Koniec dyplomacji „praw człowieka”

Premier Chin był ostatni raz w Polsce 27 lat temu. Potem dominowała u nas dyplomacja „praw człowieka”, którą uosabiał Bronisław Geremek. Kiedy był ministrem spraw zagranicznych, podczas wizyty w Pekinie, jedyne co miał do powiedzenia – to połajanki pod adresem gospodarzy i upominanie się o Tybet i Dalajlamę. Nic więc dziwnego, że na całą dekadę Chińczycy zwyczajnie nas skreślili, uznając że nie jesteśmy poważnym partnerem. Geremek i jego wyznawcy pomylili rolę aktywistów prawo-człowieczych z obowiązkami polityków kierujących państwem.

Niestety, „filozofia” polityczna Bronisława Geremka była przez lata uznawana u nas za wielkie osiągnięcie. Jej wyznawcy kazali być nam dumni z tego, że jesteśmy krajem, który ma wyjątkowe prawo do pouczania innych – co mogą, a co nie mogą robić, co jest dobre, a co złe, czym jest demokracja itp. Ta pycha połączona z misjonarstwem uczyniła wiele szkód, nieraz nieodwracalnych, a i dziś znajduje wiernych wyznawców. Przez lata Dalajlamę traktowano u nas jako „wielkiego przywódcę”, zapraszano go przy każdej okazji, spotykali się z nim premierzy i prezydenci, próbowano nadawać ulicom i placom jego imię. Typowy lewacki obłęd, połączony z narzucaniem Polsce polityki konfrontacji z państwem mającym 5000 lat historii.

Czy wizyta w Polsce chińskiego premiera Wen Jiabao kończy ten niechlubny etap naszej „polityki zagranicznej”? Raczej tak, przynajmniej w odniesieniu do Chin. Dzisiaj, kiedy Zachód nie błyszczy już tak, jak kiedyś, kiedy zaczyna być postrzegany jako zmurszałe próchno – oczy wielu państw dawnego bloku wschodniego kierują się ponownie na Wschód, głównie na Chiny. Tam jest rozwój, dynamizm, są wreszcie pieniądze. Donald Tusk decydując się na zwołanie szczytu państw Europy Środkowej (także z udziałem krajów spoza UE – Serbii, Macedonii i Bośni Hercegowiny) wykonał bardzo ważny ruch na geopolitycznej szachownicy, bez wątpienia znacznie bardziej racjonalny i skuteczny niż słynny „szczyt energetyczny”, któremu patronował Lech Kaczyński. Tamten „szczyt” był bardziej polityczny niż gospodarczy, był wymierzony w Moskwę, dlatego kilka państw szybko się z tego wycofało. Teraz tak nie będzie, bo inicjatywa chińska i polska nie jest bezpośrednio montowana przeciwko UE czy Rosji. Wszelkie pokusy, by to robić (a te można dostrzec) nie będą zaakceptowane przez głównego rozgrywającego, czyli Pekin. Z drugiej jednak strony spotkanie warszawskie pokazuje, że państwa Europy Środkowej nie są skazane na dyktat Brukseli czy Waszyngtonu. Chiny mają nie tylko kapitał, ale co równie ważne – nikomu nie mówią, jak mają żyć i oczekują tego samego od swoich partnerów. To znacznie wygodniejsza płaszczyzna porozumienia niż ideologiczny gorset a la Hillary Clinton czy Manuel Barroso.

Jan Engelgard
aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.