Sułkowski: Lepsza naftalina niż siarka

Czcigodny Sługa Boży abp Fulton J. Sheen powiedział kiedyś, że  „cechą charakteryzującą rozkład danego społeczeństwa zawsze było malowanie bram piekła złotą farbą raju”. Tą smutną konstatacją należy skwitować wystąpienie byłej premier Ewy Kopacz na zorganizowanej przez Koalicję Obywatelską konwencji „Kobiety, Polska, Europa”. Ewa Kopacz pokazała się jako „postępowa”, zaznaczając jednocześnie, że osoby o przeciwnych poglądach „czuć naftaliną”.

W skrócie – te słowa wpisują się w narrację powtarzaną od lat przez TVN, Gazetę Wyborczą, Platformę Obywatelską i resztę mainstreamu, że albo jest się nowoczesnym, bo głosuje się odpowiednio, czyta odpowiednie gazety czy serwisy internetowe i ogląda odpowiednie programy, albo jest się zaściankowcem-katolikiem z Polski B. Było to szczególnie widoczne gdy obserwowało się sondaże przed wyborami samorządowymi – rzekomy wyborca opozycji to człowiek z wyższym wykształceniem i z dużego miasta, zaś elektorat PiS to ludzie z wykształceniem podstawowym ze wsi albo małych miasteczek. Oczywiście wszystko w ramach zwalczania przez mainstream tzw. mowy nienawiści, którą zarzuca się politykom PiS oraz wszystkim, którzy się z owym mainstreamem nie zgadzają, choć niekoniecznie są zwolennikami partii rządzącej. Optyka jest bardzo prosta – albo jesteś z nami albo jesteś przeciwko nam. Nie trzeba chyba wspominać, że nie ma w tym wypadku miejsca na dobro Polski.

Można śmiało powiedzieć, że choć dla dużej części społeczeństwa, która ulega narracji mediów rządowych czy anty-rządowych powyższe słowa mogą wydawać się pewnym novum, lecz dla osób o ukształtowanym światopoglądzie są to oczywistości. Z tych oczywistości należy jednak wyciągnąć pewne wnioski i dotyczy to szczególnie środowiska konserwatywnego, które od wielu lat ma ogromny problem – jeśli już brać udział w nonsensownej, demokratycznej hucpie i głosować, to na kogo? Na polityczny plankton, który nie ma szans na osiągnięcie 5% lecz odpowiada konserwatywnym poglądom? Czy może na którąś z głównych partii aby budować w niej konserwatywne skrzydło? Za drugą opcją opowiedział się na przykład podający siebie za konserwatystę senator Libicki, znany nam z łamów chociażby portalu konserwatyzm.pl, który najpierw przystąpił do PiS, później do PO, natomiast teraz jest bodaj w PSL. Ot taki typowy przykład albo koniunkturalizmu, który próbuje się podszyć ładną łatką obrony pewnych wartości czy realizmem politycznym albo zwykłej naiwności, że w którejś z tych partii da się stworzyć konserwatywną frakcję.

Sprawa jednak dość mocno się klaruje jeśli chodzi o możliwość pogodzenia poparcia dla Platformy Obywatelskiej z konserwatyzmem[1]. Wystąpienie pani poseł Ewy Kopacz wyraźnie pokazuje, że cały blok opozycji jeszcze ostrzej niż zazwyczaj „skręca w lewo” i to w kwestiach dla konserwatysty nieakceptowalnych. Zbudowana na rzekomo chrześcijańskich wartościach Platforma zawsze optowała za demokracją, czyli była niczym innym jak kolejną partią chadecką. Tego typu partie fetyszyzują demokrację do takiego stopnia, że przy wyborze między wartościami chrześcijańskimi a demokracją zawsze wybiorą właśnie ją. Akurat na przykładzie PO i całej opozycji powód jest prosty – jeśli jest nadzieja na ponowne dorwanie się do władzy, to należy chwycić się tej nadziei z całej siły. Ze względu na nadchodzące wybory, ze strony opozycji i mainstreamu będziemy obserwowali coraz bardziej nachalną narrację o „konserwatywnym ciemnogrodzie u władzy” (choć z konserwatyzmem PiS nie ma nic wspólnego) a Polacy zasługują na Polską „nowoczesną”. Walka będzie się więc toczyła na polu, które dla konserwatysty jest mało komfortowe – z jednej strony mamy etatystyczną, sanacyjną partię władzy, która bezpodstawnie twierdzi, że jest prawicą; z drugiej zaś mamy partię, która była ufundowana na rzekomo chrześcijańskich korzeniach, ale która staje się na wskroś lewacka pod względem obyczajowym (bo pod względem ekonomicznym zarówno PO jak i PiS to zwyczajny, lewicowy interwencjonizm). Konserwatywni przeciwnicy Prawa i Sprawiedliwości zarzucają im słusznie tragiczną politykę zagraniczną – przykładem może być kompletnie odrealniony koncept Trójmorza. Kolejnym słusznym zarzutem jest rozdawnictwo, choć tu należy zaznaczyć, że kompletną bzdurą jest twierdzenie o głównych beneficjentach programu 500+ w postaci rodzin patologicznych – wystarczy rzucić okiem na dane GUS, które jasno mówią, że od momentu startu programu nie odnotowano żadnego znaczącego wzrostu sprzedaży alkoholu. Program 500+ powinien być krytykowany jako niesprawiedliwy i niewydajny ekonomicznie, ponieważ redystrybucja ze swej natury takowa właśnie jest, ale to temat na inny tekst. Toteż owi konserwatywni przeciwnicy PiS muszą się zastanowić czy popieranie Platformy w imię czy to powyższych zastrzeżeń czy też z innych pobudek jest możliwe do pogodzenia z konserwatyzmem. Po ostatnich „występach” byłej premier sprawa jest raczej oczywista. Poparcie dla in vitro, edukacji seksualnej dla dzieci, refundacji środków antykoncepcyjnych czy narzucania przez państwo równych płac dla kobiet i mężczyzn to poparcie dla kwestii absolutnie sprzecznych z wartościami fundamentalnymi dla konserwatysty, przyzwoitego człowieka i przetrwania Polski. Pani poseł Ewa Kopacz chcąc poświęcać środki publiczne na finansowanie niemoralnego in vitro (o kwestii in vitro pisałem kilka lat temu na konserwatyzm.pl) czy wciskając do szkół publicznych programy ukazujące naszym dzieciom homoseksualizm jako zjawisko normalne, co godzi w konstytucyjne prawo rodziców do wychowywania zgodnie z własnymi przekonaniami (to tak a propos przestrzegania konstytucji przez PO) zmusza konserwatystę do kategorycznego odrzucenia tego ugrupowania politycznego.

O ile w imię realizmu czy „mniejszego zła” (które to pojęcie jest doprawdy niefortunne) można wybrać partię, która jest bardziej bezpieczna w prowadzeniu polityki zagranicznej niż tę, która proponuje np. niższe podatki, o tyle nie może być zgody i poparcia dla ugrupowania, które sprzeciwia się prawu naturalnemu i prawu bożemu. Moralnym obowiązkiem konserwatysty jest najpierw troska o duszę, życie i bezpieczeństwo (szczególnie niewinnych!), dopiero później można zająć się kwestią podatków, polityki wewnętrznej czy zagranicznej.

Pani poseł Ewa Kopacz zaprezentowała nie tylko postawę sprzeczną z tym, co konserwatywne i katolickie ale targnęła się również na szereg kłamliwych i manipulujących argumentów. Nie powinno być przyzwolenia na takie metody w debacie publicznej, choć świadomy jestem, że również partia rządząca stosuje takie zabiegi. Sprawa jednak dotyczy bezpieczeństwa naszych dzieci i kształtu przyszłości polskich rodzin, toteż tym bardziej należy piętnować Koalicję Obywatelską. Twierdząc, że dopiero teraz „mamy prawo do edukacji seksualnej naszych dzieci” poseł Ewa Kopacz zwyczajnie nie zauważa, że każdy rodzic takie prawo posiada od wielu lat i jest ono zagwarantowane właśnie przez konstytucję. To prawo poseł Ewa Kopacz wespół z Koalicją Obywatelską chce nam odebrać wprowadzając do szkół zajęcia, które nigdy nie powinny być proponowane dla dzieci przez swój demoralizujący charakter oraz nasze prawo do wychowania dzieci tak, jak my – rodzice sobie tego życzymy. Podobnie ma się rzecz z twierdzeniem, że w Polsce kobiety dopiero dzięki proponowanym podczas konwencji projekcie będą miały „prawo do decydowania czy mają urodzić czy nie”. Otóż może szanowna Pani poseł nie zauważyła, ale kobiety mają prawo do decydowania czy mają urodzić – wystarczy decydować o przyczynie ciąży aby zdecydować o jej skutku. Zupełnie zaś kuriozalnym jest jednoczesny postulat „równości w kompetencjach” i „ograniczenia luki płac między płciami”. Ta sprzeczność, na którą targa się lewica od lat, wymaga zdecydowanej krytyki – albo płace powinny być sprawiedliwe, czyli zróżnicowane, bo oparte właśnie o kompetencje, albo powinny być równe między płciami, czyli niesprawiedliwe i niezależne od kompetencji.

Podsumowując – od dawna konserwatysta w Polsce jest przyparty do muru jeśli chodzi o wybory polityczne. Najczęściej jednak były to wybory między dżumą a cholerą. Teraz jednak porównując PiS, który rzeczywiście jest partią niekorzystną dla Polski do Platformy czy raczej Koalicji Obywatelskiej, porównujemy dżumę do nowotworu ostatniego stadium z przerzutami. Jeśli do władzy dojdzie opozycja, to zamiast zażenowania z powodu poziomu uprawiania polityki przez PiS czy opozycję będziemy musieli drżeć o bezpieczeństwo naszych dzieci i obserwować polityczne zezwolenie na zabijanie nienarodzonych w imię rzekomej „nowoczesności”. Wybór wydaje się więc oczywisty i to przy świadomości, że PiS nie robi nic aby być wiernym nauczaniu Kościoła w kwestii ochrony życia a projekt ustawy „stop aborcji” leży w szufladzie od miesięcy. Może i faktycznie od katolików, konserwatystów i przyzwoitych ludzi czuć naftaliną, ale jestem przekonany, że od pani poseł Kopacz zwyczajnie czuć siarką zwyczajnie czuć siarką.

Marcin Sułkowski

[1]    Pragnę zaznaczyć, że według mnie konserwatyzm oznacza również wiarę katolicką.

[Głosów:12    Średnia:3.8/5]
Facebook

4 thoughts on “Sułkowski: Lepsza naftalina niż siarka”

  1. Pragnę dodać, że tekst pisałem wczoraj a dzisiaj pojawiła się informacja dotycząca nieco obojętnego stosunku PiS do konwencji stambulskiej co nakazuje ostrożność i przy tej partii (oczywiście należy pamiętać, że owa konwencja to jedynie część tego, co zaproponowała była premier Kopacz).

  2. Problem polega na tym, że losy Polski zadecydują się poza Polską. POPIS nie będzie miał tu nic do powiedzenia. Albo USA rozpoczną wojnę z Federacją Rosyjską na naszych ziemiach, co nas unicestwi (nie mówię o wojnie jądrowej), albo USA same wycofają się z regionu rzucając nas na żer Niemiec i Rosji. Każdy scenariusz jest dla nas niekorzystny. Nie wykorzystaliśmy szansy na zbudowanie silnej pozycji w regionie także w oparciu o sojusze z mniejszymi państwami. Teraz pozostaje nam czekać na rozwój wypadków a POPIS można zwyczajnie pominąć.

    1. Póki co byłbym ostrożny w twierdzeniu, że USA czy Rosja w bardzo bliskiej przyszłości chcą konfliktu. USA ma raczej problem z ekspansywnymi Chinami. Z tym “rzuceniem nas na żer Niemiec i Rosji” też byłbym ostrożny, bo Stany Zjednoczone nie są zbytnim parasolem dla nas – to, że realizujemy ich politykę nie oznacza, że USA jakkolwiek są skłonne się za nami wstawić. A z balansowaniem między Niemcami i Rosją mamy do czynienia od pokoleń – wypadałoby w końcu nauczyć się robić to z korzyścią dla Polski.

      Nasza pozycja w regionie faktycznie nie jest taka, jaka mogłaby być. Trzeba jednak pamiętać, że owe sojusze z mniejszymi państwami nie są wcale takie proste – to, co odpowiada Węgrom może nie odpowiadać np. Czechom czy Słowakom. Wszystkie bliskie nam kraje leżą blisko Niemiec i Rosji, więc muszą troszczyć się o swój interes i bezpieczeństwo odpowiednio lawirując między nimi.

      Przeczekanie POPiSu jest jakąś metodą i wiąże się tak naprawdę z wyczekiwaniem na koniec kariery politycznej liderów tych partii (choć w przypadku PO po odejściu Donalda Tuska to chyba ta partia sama się wykończy).

  3. Zgadzam się z tym, że nie są żadnym parasolem. Udają w imię własnych interesów, a niektórzy w to wierzą (idioci, pożyteczni idioci) albo udają, że wierzą (agenci, agenci wpływu, zdrajcy, sprzedawczyki). I nie będą nas rzucać na żer, tylko najzwyczajniej w świecie przehandlują, w czym zresztą mają już praktykę. A przehandlują właśnie w ramach targów o poparcie w konflikcie z Chinami. I tu ujawnia się jedyny plus obecności tych wszystkich amerykańskich brygad – jeżeli pod jakimkolwiek pretekstem będą się zwijać, to najprawdopodobniej będzie oznaczało, że coś się szykuje. Przecież nie mogą sobie pozwolić, żeby z powodu jakiegoś rannego lub nie daj Boże zabitego żołnierza stali się zakładnikami polskiej polityki np. w relacjach z Rosją (zresztą polityki tak głupiej, jak tylko można sobie wyobrazić, choć “polscy” rządzący wielokrotnie pokazali, że jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa w sprawach, gdzie wydawało się, że już jest dno).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *