Lewicki: Warszawa, 10 kwietnia. Impresje

Miałem do załatwienia sprawę w stolicy i wybrałem się tam akurat 10 kwietnia. Z Bydgoszczy rano autobus linii FlixBus. Linia ponoć niemiecka, ale kierowcy polscy i to daje się odczuć. Z przodu na osłonie przeciwsłonecznej wpięta kokarda w barwach biało-czerwonych i wiszą dwa różańce: biały i czarny. Od razu poczułem się lepiej. Przyjazd na dworzec Warszawa Zachodnia zgodnie z planem. Dużo Ukraińców i reklamy także do nich skierowane. W toalecie mała awantura. Ukrainiec usiłował  wcisnąć jakiś swój banknot jako zapłatę. Obsługujący, młody mężczyzna, wyskoczył do niego, złapał i krzyczy: „Dawaj polskie dwa złote!”. Nikomu nie jest lekko, chyba też i w biznesie klozetowym, bo trzeba pewnie z uzysku haracz dla kolei zapłacić, ale żeby z powodu dwóch złotych robić awanturę, to już chyba przesada.

Na mieście załatwiłem co miałem do załatwienia, a tu dopiero godzina 12, do odjazdu jeszcze 6 godzin. Myślę sobie: pojadę na Krakowskie Przedmieście, zobaczę jak tam obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej i zobaczę te nowe pomniki na Placu Piłsudskiego. Od Placu Zamkowego idę  spacerkiem w górę, ale widzę, że pod Pałac Prezydencki dojść, ani dojechać, nie można, bo już od archikatedry św. Jana ulica jest odgrodzona stalowymi barierkami. Przez niewielki odcinek można iść jeszcze chodnikiem, ale potem i chodnik jest zamknięty. Stoją policjanci i mówią, że dalej można iść tylko bocznymi ulicami. Widać władza i rządząca partia boją się jakiś prowokacji i odgrodzili oficjalne uroczystości od dostępu dla wszystkich chętnych. Źle to wygląda. Uroczystości i pamięć, które powinny łączyć naród, bardzo mocno go dzielą. Nie przypominam sobie, żeby nawet w czasach PRL władza tak się odgradzała podczas jakichś uroczystości.

Bocznymi ulicami,  udaje mi się przejść do Placu Piłsudskiego. Tu widać, że pierwsza część oficjalnych uroczystości już się odbyła i plac jest dostępny, choć dużo policji. Podchodzę do pomnika Ofiar Tragedii Smoleńskiej. Tego mającego kształt schodów. Okazuje się on mniejszy niż wyglądał na zdjęciach. Stopnie tych schodów mają normalny wymiar, tak jak zwykłe schody. Taka forma pomnika wydaje mi się  nieodpowiednia dla uczczenie pamięć osób, które tragicznie straciły życie. Jest to jakoś oderwane od polskiej tradycji. Stojący nieopodal pomnik Lecha Kaczyńskiego wygląda jeszcze gorzej. Prezydent nie był postacią pomnikową, ale twórca tego pomnika zadbał, według mnie, by było to jeszcze bardziej widoczne. Sama figura, trochę swoimi proporcjami,  przypomina mi postacie dzieci z dzieł barokowych mistrzów. Fatalnie to wygląda. Na dodatek tamte „schody” są ustawione bokiem do figury Prezydenta, co jeszcze bardziej zwiększa dysonans w tym całym układzie. Prezes ogłosił swego czasu, że chce by pomniki były „okazałe”. No i one są okazałe, szczególnie pomnik Brata, ale poza tym to nie mają chyba żadnych innych zalet.  Rzucam jeszcze okiem na pomnik Piłsudskiego. Marszałek głowę ma skierowaną w dół. Wygląda jakby on też był zażenowany tym, co tam teraz na jego Placu ustawiono.

Odchodzę stamtąd i po zjedzeniu posiłku idę do Muzeum Narodowego by jakoś, poprzez obcowanie z polskimi mistrzami, pozbyć się tego uczucia estetycznego dyskomfortu. Te trzy godziny w Muzeum niewątpliwie mi pomagają. Zasoby, szczególnie polskiego malarstwa, są rozproszone po różnych muzeach w kraju, ale niewątpliwie, te najbardziej znane działa są właśnie w Warszawie.

A potem już powrót na dworzec Warszawa Zachodnia. Do odjazdu jeszcze pół godziny i przez te pół, godziny słyszałem więcej zapowiedzi odjazdów autobusów na Ukrainę niż do polskich miejscowości. Można z Warszawy Zachodniej pojechać do Kijowa, Lwowa, Zaporoża, Odessy, a nawet jakiejś Mamałygi. Myślałem, że mamałyga to rumuńska potrawa, a tu się okazuje, że to też taka duża wieś, gdzieś pod Czerniowcami.

Gdy ongiś Skrzetuski wybierał się  na Zaporoże, to potrzebny mu był poczet zbrojny i listy księcia Jaremy, a teraz, proszę bardzo, można sobie autobusem pojechać tam z Warszawy Zachodniej. Gdyby w tejże chwili znalazł się tu, na tym dworcu, jakiś odhibernowany przedwojenny zwolennik międzymorza to niewątpliwie, słysząc te zapowiedzi odjazdów autobusów, wpadłby w stan euforii będąc przekonanym, że oto nie tylko Kijów i Zaporoże są nasze, ale także i Odessa, a nawet Mamałyga.

Stanisław Lewicki

[Głosów:13    Średnia:5/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *