Medialny szum, chaos i dezinformacja, czyli co my w ogóle wiemy o sytuacji na Ukrainie?

           Niemalże każdego dnia słyszymy z mediów i od polskich polityków albo, że stoimy u progu wybuchu III wojny światowej – albo, że stoimy u progu całkowitego zwycięstwa armii ukraińskiej.  

Sytuacji na wschodniej Ukrainie i rosyjsko-ukraińskim pograniczu w ostatnich dniach i tygodniach towarzyszy niewyobrażalny i niespotykany dotychczas chaos informacyjny. Niemalże każdego dnia słyszymy z mediów i od polskich polityków albo, że stoimy u progu wybuchu III wojny światowej – albo, że stoimy u progu całkowitego zwycięstwa armii ukraińskiej. Tyle tylko, że przez kolejne tygodnie – i miesiące – nie potwierdza się ani jedno, ani drugie. Tymczasem z ust polskich komentatorów, polityków i dziennikarzy, padają coraz to większe głupoty na temat Rosji i sytuacji na Ukrainie. Czemu służyć ma ta celowa najwyraźniej dezinformacja, i jaka jest faktycznie sytuacja na wschodzie kraju – tego, po prostu, nie wiemy.

Wojna na jabłka i puste półki

            Gdy media obiegły słowa ministra rolnictwa Marka Sawickiego, że embargo na polskie warzywa i owoce to definitywny znak, że Rosja rozpoczyna wojnę – zastanawiałem się, jak można wygadywać publicznie takie bzdury? Lub – czy może trzeba naprawdę w nie wierzyć, by głośno i do mikrofonów wypowiadać takie karkołomne tezy i twierdzenia? Po pewnym czasie jednak doszedłem do wniosku, że w temacie Ukrainy nic już nie powinna zadziwiać i szokować – choćby i rząd wydał oficjalne memorandum pod tytułem „Polskie jabłka a kwestia ukraińska” lub „Rosyjskie embargo początkiem agresji zbrojnej na pokojowo nastawione państwa UE i NATO”. Jak bardzo naiwnym – a może jak bardzo zakłamanym – trzeba być (zwłaszcza jako zawodowy polityk lub zawodowy komentator międzynarodowej sceny politycznej) by twierdzić, że nałożenie embarga w odpowiedzi na wcześniejsze sankcje i embarga jest niespotykaną niesprawiedliwością i aktem niczym nie sprowokowanej agresji, porównywalnym do wypowiedzenia wojny?

            Pozostając w temacie jabłek, warzyw i żywności: media bombardują nas doniesieniami o rzekomych pustych półkach w rosyjskich supermarketach i o tym, że Putin skazał własną ludność na głodowanie. Zwłaszcza jedno zdjęcie faktycznych pustych sklepowych półek obiegło media elektroniczne i telewizyjne; tyle tylko, że – jak wykryli internauci – było to zdjęcie supermarketu, który w sierpniu miał być remontowany (czyli zamknięty), w związku z czym ceny tych artykułów, których termin ważności nie pozwalał na magazynowanie, obniżone były nawet o 70%! Nie dziwi więc, że pozostały po nich tylko puste półki. Inną sprawą pozostaje także „szczegół”, że to samo zdjęcie w mediach posłużyło do potwierdzenia „informacji dnia”, że w Wenezueli zabrakło… papieru toaletowego. Że ceny w Rosji są wyższe niż u nas – to fakt. Faktem jest jednak także, że wyższe są zarobki, emerytury czy renty, i ludzie posiadający pracę radzą sobie w życiu codziennym całkiem nieźle (na pewno o wiele lepiej niż spora część społeczeństwa polskiego). Polskie media podają „sensacyjną” informację, że Rosjanie „szturmują polskie supermarkety” i „kupują w Polsce na potęgę” (mowa o Rosjanach z Obwodu Kaliningradzkiego, którzy nie potrzebują wizy, by wjechać do przygranicznych powiatów). Tyle tylko, że tanie supermarkety („polskie”?) – takie jak Biedronka, Lidl czy Tesco – od wielu lat cieszą się ogromną popularnością wśród Rosjan, a także Ukraińców. Rosjanie sami się z tego śmieją, a jedna z rosyjskich grup muzyki pop nagrała piosenkę, która stała się w Rosji przebojem: „Zdrawstwuj Lidl, zdrawstwuj biedronka”.

Odnośnie do „rujnujących rosyjską gospodarkę” skutków sankcji dowiadujemy się jedynie o (rzekomym) bankructwie setek rosyjskich firm – natomiast o tym, że w pierwszym półroczu bieżącego roku rosyjska gospodarka, produkcja przemysłowa, PKB i wydobycie surowców odnotowały półtoraprocentowy wzrost – ani słowa. A tak na marginesie: jeszcze kilka tygodnie temu polskie media donosiły regularnie o tym, że po przyłączeniu do Rosji na Krymie są (znowu…) puste półki w sklepach, że brakuje wody i prądu, że branża turystyczna się załamała, słynne czarnomorskie kurorty „krymskiej riwiery” świecą pustkami, a ceny poszybowały drastycznie w górę. Byłem na Krymie na początku lipca, i żadnego z powyższych zjawisk jakoś nie udało mi się doszukać.         

„Konwojowa inwazja”

            Wyjątkowo wdzięcznym tematem do najróżniejszych spekulacji, snucia domysłów i fantazjowania okazał się rosyjski konwój humanitarny. Czy przewozi broń i żołnierzy? Czy ciężarówki jadą puste? A może wwożą ukrytego Janukowycza (to ostatnie to oczywiście żart – w Internecie pojawił się odpowiedni mem, pokazujący fotomontaż, przybliżający uradowaną twarz byłego prezydenta w szczelinie plandeki)? Jednego dnia konwój rzekomo „zniknął” z oczu całego świata niczym malezyjski boeing, i nikt nie wiedział gdzie się znajduje – drugiego natomiast wszystkie stacje RTV „wiedziały”, że rozdzielił się on na dwie części, z których jedna „grzecznie” czeka na ukraińskiej granicy, a druga już miała wjechać na Ukrainę bez żadnej kontroli ukraińskiej (w domyśle: z bronią i żołnierzami)…

            Jest oczywiste, że moment wysłania konwoju humanitarnego nie jest przypadkowy; że pojawił się akurat w momencie, w którym ukraińska armia zdawała się odnosić coraz większe sukcesy w brutalnej walce z powstańcami. Że zapewne było ono taktycznym posunięciem Putina, które – być może – miało odwrócić uwagę od czegoś innego. Jeśli tak – to putinowskie szachowe zagranie okazało się mistrzowskie, przez kilka dni bowiem oczy całego świata skierowane były niemalże wyłącznie na „biały konwój”. Warto jednak zastanowić się nad stanowczością i „stuprocentową pewnością” polskich mediów i większości polityków, że konwój to albo transport uzbrojenia, albo akcja prowokacyjna mająca doprowadzić do rosyjskiej inwazji militarnej. Oczywiście konkretne dowody nie pojawiły się żadne – podobnie jak w sytuacji rzekomej broni masowego rażenia Saddama Husajna. Znów wszystkie przekazy miały ten sam, z góry przygotowany (narzucony?) wydźwięk: rosyjski konwój to element agresji, znak rozpoczęcia wojny itd. itp. Tylko jeden szczegół jakoś umknął komentatorom: na rosyjski konwój z pomocą humanitarną niczym oparzone zareagowały władze ukraińskie. Przez tyle tygodni nie uczyniły zupełnie nic, by pomóc cywilnej ludności Ługańska i Doniecka – a teraz, nagle, z dnia na dzień wysyłają własny konwój pomocy humanitarnej złożony także z dużej ilości ciężarówek. Czy to nie daje do myślenia?  

Striełkow ranny, separatyści rozbici i „Armia Czerwona na Ukrainie”…

            I znów „sensacyjna” informacja, która okazała się kompletnym bublem dziennikarskim. Igor Striełkow, minister obrony Donieckiej Republiki Ludowej i jeden z głównych przywódców powstańców, miał zostać ciężko ranny, lub nawet zabity. Tą wiadomość podały najważniejsze polskie stacje RTV i portale internetowe – za mediami ukraińskimi. Dowodu oczywiście żadnego nie było, i już kolejnego dnia pojawiły się nagrania telewizyjne, pokazującego uśmiechniętego i w pełni zdrowego Striełkowa w Doniecku. Fakt, że zrezygnował ze stanowiska ministra przypuszczalnie jest prawdziwy, i pozostaje pytanie, dlaczego tak się stało? Odpowiedzi na nie jednakże po prostu nie znamy.

            Od połowy sierpnia Kijów coraz głośniej domaga się bezpośredniej militarnej pomocy od NATO i USA – jednocześnie jednak media przekonują nas, że „separatyści” cały czas się cofają, że ich morale są na dnie, że Ługańskowi i Donieckowi grozi okrążenie, rozdzielenie, i właściwie to ostateczne zwycięstwo sił rządowych jest już tylko kwestią czasu. W parze z doniesieniami o sukcesach armii ukraińskiej i jej kolejnych zwycięstwach idą jednak straszenie mającą rzekomo nastąpić w każdej chwili agresją rosyjską i domaganie się przez Kijów militarnej pomocy od Zachodu. Logicznej spójności tu jakoś nie widać – ale chyba trudno oczekiwać od masowych mediów logiki. O poziomie rzetelności i bezstronności mediów niech świadczy nagłówek w jednym z największych polskich dzienników: „Armia Czerwona na Ukrainie”. Czy naprawdę wszyscy politycy i dziennikarze wierzą, że czas stanął w miejscu w latach 80-tych, że dzisiejsza Rosja to ZSRR, a polityka Putina nie różni się od polityki Chruszczowa czy Breżniewa? Chociaż w jednym punkcie tytuł w gazecie nie mija się z prawdą: sprzęt używany zarówno przez armię rządową, jak i powstańców, w dużym stopniu pamięta czasy Armii Czerwonej.   

… vs. „armia ukraińska tuż przed rozpadem”

            Zupełnie inny obraz wydarzeń przedstawiają z kolei media rosyjskie. Inny – nie znaczy, że prawdziwy i obiektywny. Ale mając do czynienia z tak jednostronną propagandą i ogólnym (dez-) informacyjnym chaosem, warto przyjrzeć się także punktowi widzenia drugiej strony. Media rosyjskie donoszą o fatalnym stanie morale i wyposażenia armii rządowej. Brakować ma amunicji, środków i chęci do walki. Podobno maleje liczba żołnierzy (część zginęła, część miała zdezerterować do Rosji). Oligarchowie (przede wszystkim Igor Kołomysjki) mają robić świetne interesy na sprzedaży wyposażenia, uzbrojenia i materiałów napędowych dla wojska po zawyżonych cenach. Ponieważ żołnierze ukraińscy nie chcą być „katami własnego narodu”, jedynym bodźcem mobilizującym do walki mają być premie finansowe za każdego zabitego przeciwnika. Na szczeblach nowej państwowej administracji panować ma korupcja, która niczym nie różni się od czasu rządów Janukowycza: USA wysłać miały 300 tys. paczek z żywnością i lekami dla ukraińskiej armii. Z ministerstwa obrony trafiły one jednak nie do żołnierzy, a na czarny rynek.

            Media rosyjskie podkreślają też, że cywilna ludność regionu Ługańska i Doniecka ucieka nie na zachód Ukrainy, a do Rosji. Potwierdzają to zresztą mieszkańcy przygranicznych miast rosyjskich – Taganrogu czy Rostowa. Sporo więcej uwagi poświęca się sukcesom powstańców w starciach z siłami rządowymi. Można znaleźć bardzo dużo zdjęć i nagrań o zestrzelonych samolotach czy helikopterach armii ukraińskiej, oraz o zniszczonym sprzęcie, czołgach i wozach bojowych. Na autentycznych nagraniach z pobojowisk, pośród wypalonych wraków wozów pancernych i porzuconych dział, moździerzy, pocisków i granatów – wyraźnie pokazane są też hełmy i kamizelki kuloodporne z niemieckimi, angielskimi lub amerykańskimi napisami. Dowody na militarną pomoc od Zachodu więc istnieją – ale w polski odbiorca dowie się tylko o tym, że to Rosja dozbraja „separatystów”.     

Terror „akcji antyterrorystycznej” i neonazistów

            Zadziwiające, jak bardzo ignorować można bezwzględny terror wobec ludności cywilnej, jeśli tylko dokonuje go „słuszna” strona. Dlaczego nasze media nie pokazują zdjęć, jak ukraińska armia z moździerzy, armat i wyrzutni rakiet ostrzeliwuje miasta, domy, bloki, osiedla? Dlaczego próżno w polskich mediach szukać informacji o zabitych rodzinach z dziećmi, o zbombardowanych przedszkolach i domach starców, o płonących domkach nawet w mniejszych miejscowościach i wsiach? Widząc takie sceny – a nagrania bez problemu znaleźć można w internecie, na portalach czy to rosyjskich, czy też zachodnich – trudno nie szukać porównań z byłą Jugosławią. Tam, gdy tylko bomby spadały na osiedla i miasta – winni byli Serbowie. A gdy amerykańskie i natowskie naloty niszczyły szpitale, szkoły, fabryki i bloki mieszkalne – była to także słuszna i sprawiedliwa „akcja humanitarna”.

            I wreszcie – temat udziału w walkach neonazistowskich bojówek. Także o tym nasze media milczą, a udział na Majdanie i w walkach środowisk, odwołujących się do tradycji nazizmu, Hitlera, III Rzeszy i ludobójstwa na Polakach – powinno przecież budzić ogromne oburzenie. Rosyjskie media dostarczają dowody – zdjęcia i nagrania – na spore zaangażowanie skrajnie nacjonalistycznych ukraińskich bojówek w walkach na wschodzie kraju. W ostatnich dniach pokazano ostrzelany przez powstańców autobus, wiozący bojówkarzy Prawego Sektora. Mieli czarno-czerwone legitymacje, emblematy i nazistowskie tatuaże. Wszyscy zginęli. Prawy Sektor, Batalion Azow i Batalion Donbas oraz mniejsze grupki neofaszystowskie i neonazistowskie walczą pod Donieckiem i Ługańskiem. Ci sami ludzie byli także na Majdanie. Symbolika tych środowisk jest jednoznacznie nazistowska (jednym z bardziej charakterystycznych symboli, jakie sam widziałem na Majdanie, był ukraiński tryzub wpisany w kontury godła III Rzeszy, czarnego orła), i oburzenia faktem udziału takich band ramię w ramię z armią rządową nie kryją nawet media zachodnioeuropejskie. Tylko u nas – cisza.   

W Berlinie o Ukrainie, czyli nic o nich bez nas?

            Za to bardzo głośno było o rozmowach ministrów spraw zagranicznych Rosji i Ukrainy w Berlinie, z udziałem przedstawicieli Niemiec i Francji – ale z pominięciem Polski! Nieobecność Radka Sikorskiego stała się ważniejsza, niż same rozmowy rosyjsko-ukraińskie. Co ciekawe, najbardziej oburzony był… PiS. Jedynie lewica zachowywała się wstrzemięźliwie i nie wyraziła swego rozgoryczenia z powodu pominięcia Polski w rozmowach. Niektórzy politycy szeroko rozumianej „prawicy” twierdzili nawet, że takie rozmowy przypominają lata 30-te, kiedy nazistowska III Rzesza decydowała o losie innych europejskich państw…

            Na przykładzie berlińskich rozmów doskonale widać, jak wielka przepaść dzieli mniemanie o nas niektórych polskich polityków od tego, jak nas postrzegają zachodni i wschodni partnerzy. Chcemy być środkowoeuropejską potęgą, autorytetem, neo-jagiellońskim imperium, współdecydującym w sprawach państw ościennych na wschodzie? Tylko, że jakoś brak nam ku temu środków, wpływów, autorytetu i siły przyciągania. Od nas nie zależy tam naprawdę nic, za to liczą się przede wszystkim Rosja i USA, a także Niemcy, Francja i Wielka Brytania. I trudno się temu dziwić. Polska polityka wschodnia jest krzykliwa, awanturnicza i agresywna – a jednocześnie pozbawiona realnych możliwości, siły i wpływów. Jeśli nikt nie traktuje nas teraz poważnie i nie liczy się z naszym zdaniem, to jest to bezpośrednim wynikiem właśnie takiej polityki naszego MSZ, dziwacznych wypowiedzi ministra Sikorskiego i bezwzględnego zaangażowania naszego kraju po jednej stronie konfliktu. Jeżeli nasze władze i nasi polityce nieustannie krzyczą o III wojnie światowej i rosyjskiej agresji, używając – delikatnie mówiąc – zupełnie niedyplomatycznego języka, to nie powinno nas dziwić, że Moskwie nie jesteśmy w ogóle potrzebni do jakichkolwiek rozmów.   

Michał Soska

/ame/

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *