Miksa: Denazyfikacja Niemiec – prawda czy mit?

Pamięć o 8 maja 1945 roku ma zarówno w społeczeństwie niemieckim, jak i polskim ambiwalentne konotacje. Jest tu miejsce na poczucie i klęski, i wyzwolenia. Różnica jest jednak taka, że na przestrzeni 75 lat te ambiwalentne odczucia obrały w obu narodach odwrotny kierunek. Zdecydowana większość Polaków od momentu zakończenia wojny i pokonania Niemców cieszyła się z wolności, upływ kolejnych dekad, a zwłaszcza upadek PRL-u, przyczyniły się do wzrostu postaw uznających zakończenie wojny za porażkę. Miały o tym świadczyć utracone wschodnie dzielnice państwa na rzecz ZSRR oraz skala oddziaływania ZSRR na państwo polskie. Zaczęły się wręcz pojawiać głosy mówiące o potrzebie porozumienia się z III Rzeszą i wsparcia jej w „krucjacie” przeciwko bolszewizmowi. Tymczasem Niemcy przeszły odwrotną drogę. Wyzwolenie i upadek nazistowskich rządów były dla nich ogromną klęską, w którą do końca nie chcieli uwierzyć. Tylko nieliczni uznali upadek Hitlera i jego akolitów za wyzwolenie. Przez trzy dekady większość z nich żyła właśnie w takim przekonaniu. Dopiero rozpad Bloku Wschodniego i zjednoczenie Niemiec spowodowały ponowną dyskusję na temat odpowiedzialności narodu niemieckiego za zbrodnie czasu III Rzeszy i wzrost odsetka Niemców poczuwających się do sprawstwa narodu niemieckiego w ramach nazistowskiego aparatu terroru. Postawa Niemców wobec ogromu dokonanych zbrodni w Polsce, w kraju, który wyjątkowo mocno odczuł skutki niemieckiego bestialstwa, budzić może niedowierzanie i oburzenie. Dlatego tym bardziej warto przyjrzeć się, jak w praktyce przebiegała denazyfikacja, zwłaszcza w pierwszych latach po zakończeniu wojny. Był to zdecydowanie czas, w którym najłatwiej było można zidentyfikować winnych i sprawiedliwie ich osądzić oraz ukarać.

Niemiecka mentalność oczami Konecznego

Kiedy analizuje się postawę Niemców względem rozliczenia się ze swoją przeszłością, kiedy czyta się, w jaki sposób tłumaczą swój udział w zbrodniach, na myśl przychodzi dorobek intelektualny Feliksa Konecznego, który charakteryzując cywilizacje, sporo miejsca poświęcił bizantynizmowi, również bizantynizmowi niemieckiemu. Cywilizacja bizantyjska czerpie swój rodowód z Bliskiego Wschodu, ale według Konecznego spośród państw europejskich, to właśnie Niemcy mają najwięcej elementów składowych będących wyróżnikami bizantynizmu. Szczególnym wyróżnikiem jest podwójna moralność i odmienne standardy w życiu prywatnym oraz wspólnotowym. Bizantynizm nakazuje żyć w życiu prywatnym według prawideł moralności chrześcijańskiej, natomiast nie uznaje norm etycznych w odniesieniu do funkcjonowania państwa, jak i sfery polityki. Takie uwarunkowania pozwalają rządzącym sprawować nieograniczoną władzę oraz realizować wizję państwa totalnego. Atrybutami tak stworzonego państwa są amoralność, serwilizm, przemoc, gromadność, prymat siły fizycznej nad wartościami duchowymi, podporządkowanie życia religijnego potrzebom państwa. Skrajną formą bizantynizmu niemieckiego był bizantynizm hitlerowski, który był zwycięstwem pruskiego ducha ekspansjonizmu nad duszą niemiecką. Jak głęboko kolejne formy bizantynizmu utrwaliły się w niemieckiej świadomości, paradoksalnie pokazuje nie tyle skala niemieckiego przemysłu zbrodni w trakcie wojny, co właśnie postawa po zakończeniu wojny, kiedy powinna przyjść pora na otrzeźwienie z nazistowskiego amoku.

Wina i wstyd

To, czego oczekiwała Europa od narodu niemieckiego, w pierwszej kolejności po jego kapitulacji, to było oczekiwanie na poczucie winy i wstydu, a następnie na próbę rekompensaty krzywd, których świat doświadczył ze strony Niemiec. Tymczasem naród niemiecki zdawał się sygnalizować, że nie rozumie swojej odpowiedzialności za popełnione zbrodnie. Niemiecki filozof Karl Jaspers przestrzegał rządy alianckie przed posługiwaniem się pojęciem winy jako orężem politycznym w celu uczynienia z Niemców narodu banitów i żebraków.

W obronę wziął Niemców nawet niemiecki noblista Tomasz Mann, który musiał przecież uciekać z Niemiec jako przeciwnik rządów nazistowskich. Mann w listopadzie 1945 roku stwierdził, że to, czego doświadczali wówczas Niemcy ze strony Rosjan, Polaków i Czechów, to nic więcej jak tylko mechaniczna reakcja na zbrodnię i nie ma to nic wspólnego z dociekaniem indywidualnej sprawiedliwości i tego, kto konkretnie zawinił lub nie. Podobnie myślała większość Niemców, którzy politykę zwycięskich aliantów względem siebie uważali za wyrok i zbiorową moralną egzekucję na całym narodzie niemieckim. Choć w Norymberdze oskarżyciele nie używali sformułowań o zbiorowej odpowiedzialności, to elity alianckie świata zachodu uznawały, że za wybuch wojny i zbrodnie odpowiada naród niemiecki.

W zdecydowanej mniejszości były opinie takie jak ta, która padła z ust jednego najpoczytniejszych pisarzy niemieckich lat trzydziestych Ernsta Wiecherta, który w listopadzie 1945 r. stwierdził: „Musimy zrozumieć, że jesteśmy winni i potrzeba może stu lat, aby zmyć z naszych rąk winę. Niech wina pomoże nam zrozumieć, że musimy pokutować, ciężko i długo”.

Sowieci usprawiedliwiają niemieckich robotników

Co ciekawe, administracja radziecka w okupowanej przez siebie strefie Niemiec za pośrednictwem lokalnej prasy podkreślała, że przyczyną niemieckiej katastrofy jest nazizm, a nie naród niemiecki jako taki. Dla Sowietów winny był Hitler i jego klika. Od Niemców oczekiwano zrozumienia i współczucia, tymczasem zarówno w strefie zachodniej, jak i tej okupowanej przez ZSRR, Niemcy współczuli, ale przed wszystkim sobie. Współczuli, ponieważ znaleźli się na skraju nędzy, a przecież Hitler dbał o ich potrzeby niemal do końca wojny. To w 1944 roku produkcja odbiorników radiowych na potrzeby ludności cywilnej osiągnęła najwyższy poziom, mimo że wydolność produkcyjna Niemiec była już mocno ograniczona.

Komunistyczni przywódcy NRD w podobnym duchu usprawiedliwiali odpowiedzialność narodu niemieckiego, choć używając innego arsenału argumentów. Walter Ulbricht, enerdowski gensek, wskazywał, że „sprawcami tragedii narodu niemieckiego” jest „banda przestępców”, którą stanowić mieli nazistowscy biurokraci i przedstawiciele wielkiego przemysłu zbrojeniowego. Hitler był agentem „monopolistów stali, węgla i chemii”. Naród niemiecki był winny tylko o tyle, że pozwolił lekkomyślnie się oszukać. Że pruska mentalność niewolniczego posłuszeństwa opanowała szerokie masy, które słuchały rozkazów zbrodniarzy wojennych. Niemieccy komuniści zdawali się widzieć pewne cechy narodu niemieckiego, które jak wyżej wykazałem, Koneczny dostrzegł w dziejach narodu niemieckiego znacznie wcześniej. Niemieccy komuniści winili również prawe skrzydło niemieckich socjaldemokratów, które według nich czuło sympatię wobec umiarkowanych poglądów nacjonalistycznych i imperialistycznych. Czołowi przywódcy komunistycznych Niemiec sprzeciwiali się powszechnej denazyfikacji, ponieważ według nich przeciętne masy chłopskie i robotnicze nie były niczemu winne, a skrajnie lewicowe skrzydło stanęło do walki z nazistami, składając daninę krwi. Podkreślano, że reżim hitlerowski skierowany był przeciwko ruchowi robotniczemu, idei światowej rewolucji proletariackiej oraz ZSRR. Dlatego w ramach zimnej wojny wykorzystywano bombardowanie Drezna do podkreślenia, że uderzało ono nie w nazistowskich notabli, a w niemiecki ruch robotniczy. W ten sposób rzekomy antyfaszyzm NRD, który miał być niejako kamieniem węgielnym komunistycznych Niemiec, był w rzeczywistości politycznym pustym sloganem. Fabrykowanie takiej wizji świata ułatwiała postawa ZSRR. W 1951 roku, w rocznicę powstania NRD, w depeszy do narodu niemieckiego Stalin stwierdził, że największe ofiary w trakcie II wojny poniosły narody niemiecki i radziecki, oraz że mają one w sobie największy na Starym Kontynencie potencjał do realizacji wielkich przedsięwzięć o znaczeniu globalnym. Liberalną politykę wobec nazistowskich zbrodniarzy prowadzoną przez RFN cynicznie wykorzystywało NRD, twierdzące, że Niemcy Zachodnie to w rzeczywistości w prostej linii kontynuacja państwa nazistowskiego. NRD stosowało taką retorykę w czasie, w którym na własnym terytorium tolerowało już powrót do życia społecznego nazistów w NRD.

Niemcy na froncie walki z nazizmem

Niemiecki polityk CDU Theodor Schneemann na posiedzeniu Landtagu Nadrenii Północnej-Westfalii stwierdził: „Mówi się wiele o zbiorowej winie narodu niemieckiego. Czy taka wina istnieje, rozsądzi historia. Historia sprawdzi również, czy to właśnie nie wpływy obcych państw ukierunkowały przywódców narodowego socjalizmu (…). Niemiecki naród w żadnym razie nie może uznać zbiorowej winy. Kiedy naród rozpoznał prawdziwą naturę narodowego socjalizmu, w swej przeważającej większości zwalczał go”. Z upływem kolejnych miesięcy i lat podobnych opinii pojawiało się coraz więcej. Prasa Niemiec Zachodnich pisała, że naród w dobrej wierze służący swoim władzom został wyprowadzony w pole i oszukany. Ofiarami wojny byli niemieccy patrioci oszukani przez Hitlera. Ofiarni, wierni i niezłomni.

Nazistowscy przywódcy byli zdrowi psychicznie

Co ciekawe, w trakcie procesu norymberskiego oskarżonym zbrodniarzom bacznie przyglądali się psycholodzy sądowi, spodziewając się, że wśród oskarżonych znajdą psychopatów i ludzi o skłonnościach sadystycznych, ludzi niepoczytalnych, niezdających sobie sprawy ze swoich zbrodniczych poczynań. Ku ich zaskoczeniu, wszyscy okazali się normalnymi, zdrowymi psychicznie ludźmi. Wszyscy, poza Albertem Speerem, uważali się za niewinnych. Wielu wygłaszało podniosłe mowy, podkreślając swoje zaangażowanie na rzecz dobra Ojczyzny. Uważali, że ich czyny sądzić może jedynie Bóg, historia i naród niemiecki, a nie międzynarodowy trybunał. Alfred Rosenberg uznawał narodowy socjalizm za „najszlachetniejszą ideę, dla której Niemcom przyszło oddawać swoje siły i zdolności”. Mimo wygłaszanych podobnych tyrad sprawcy nie poczuwali się do bezpośredniej winy, twierdząc, że nikogo nie zabili ani nie wydawali osobiście takich rozkazów.

Wielu Niemców uważało narodowy socjalizm za właściwy kierunek rozwoju dla narodu niemieckiego, jedynie wypaczony przez Hitlera, który był według nich osobiście odpowiedzialny za klęskę w wojnie, która była do wygrania. Komendant Auschwitz w swoich powojennych wspomnieniach pisał o wewnętrznych rozterkach, jakie go trapiły, o niechęci do mordowania i jednocześnie wewnętrznej potrzebie lojalności wobec państwa i narodu.

Franz Stangl, komendant obozów w Treblince i Sobiborze, uznawany za wzór komendanta po tym, jak nadzorował śmierć 900 tys. więźniów Treblinki, w wywiadzie z amerykańską dziennikarką tłumaczył swoją niewinność tezami, których uczył się w szkole policyjnej. Stangla uczono tam, że żeby mówić o zbrodni, potrzebne są cztery elementy: powód, przedmiot, czyn i wolna wola. Tymczasem w jego wypadku nie było wolnej woli, ponieważ on wykonywał tylko polecenia, które otrzymał od przełożonych, a które jako porządny obywatel starał się wypełniać najlepiej, jak potrafił. Hitler w oczach Niemców troszczył się o los niemieckiego robotnika, kobiet i dzieci oraz reprezentował żywotne interesy niemieckie, dlatego należało go wspierać w jego dziele.

Zbiorowa pamięć w służbie polityki

Zbiorowa pamięć stanowi ogromny, mniej lub bardziej wykorzystywany rezerwuar siły politycznej.

W 1949 roku kanclerz Konrad Adenauer w swoim przemówieniu w Bundestagu odniósł się krytycznie do skutków denazyfikacji. Uznał, że „wyrządziła ona wiele zła i nieszczęścia”, doprowadzając do powstania w Niemczech dwóch klas ludzi. Dwa lata później stanął przed niemieckimi żołnierzami zawodowymi, uczestnikami wojny, twierdząc, że nie powinni być dłużej ganieni i szykanowani. W tym samym czasie reszta świata apelowała do niemieckiego sumienia o samorozliczenie się ze zbrodni czasu wojny z braku możliwości udowodnienia winy indywidualnej. Paradoksalnie mimo ogromu zbrodni, główni odpowiedzialni za nią w majestacie prawa pozostawali bowiem niewinni.

Co zaskakujące, przeciwko denazyfikacji występowała niemiecka hierarchia kościelna zarówno protestancka, jak i katolicka. Elementem denazyfikacji było też puszczanie Niemcom filmów dokumentalnych przybliżających niemieckie zbrodnie w obozach zagłady. Film pod wymownym tytułem „Młyny śmierci” większość oglądających go Niemców uznała za aliancką propagandę. Badania przeprowadzone w 1952 roku w RFN wykazały, że wśród polityków Hitler cieszył się 24% poparciem, Göring 37%, ówczesny minister gospodarki L. Erhard miał poparcie tylko o dwa punkty wyższe od Hitlera.

W 1964 roku w jednym z artykułów w „Die Zeit” przeczytać było można o tym, że nie należy nieustannie kalać własnego gniazda, a zwycięskie mocarstwa powinny rozliczyć zbrodniarzy we własnych szeregach odpowiedzialnych za obrócenie w popiół Drezna, stawiając ich przed sądem. Denazyfikacja i związane z nią procesy zbrodniarzy nie wstrząsnęły Niemcami jako narodem. Nieudolność postawienia przed sądem wielu zbrodniarzy, a także piastowane przez nich wysokie stanowiska w aparacie państwa, spowodowały, że przeciętny Niemiec tym bardziej nie czuł się winny i odpowiedzialny za zbrodnie, skoro czołowi zbrodniarze nie dość, że nie zostali osądzeni, to jeszcze stali wysoko w hierarchii społecznej. Sami sprawcy uważali się za ofiary zemsty zwycięzców. Byli przeciwnikami dalszych „upokorzeń narodu” i chętnie zasilali struktury ugrupowań neonazistowskich.

Niemcy, wbrew oczekiwaniom narodów, które stały się ofiarami ich zbrodni, nie opłakiwali swych ofiar, ubolewali nad własnym losem, nędzą, ubóstwem i upokorzeniem, którego doświadczyli po zakończeniu wojny. Tak jakby ciągle nie docierało do nich, że Wielkie Niemcy znalazły się na dnie, tak jakby wydawało im się, że to czego doświadczają, to jedynie nocny koszmar senny.

Wehrmacht wykonywał tylko rozkazy

Od Norymbergi rozpoczął się też wieloletni proces, którego celem było wykreowanie mitu „czystego Wehrmachtu”. Zapoczątkował go właśnie w Norymberdze feldmarszałek Walther von Brauchitsch, który mówił o krytycznym stanowisku wyższej kadry dowódczej Wehrmachtu wobec polityki nazistowskiej oraz o sprzeciwie wobec zbrodni wojennych. Co ciekawe, marszałek zapomniał, że w 1938 roku głosił tezy o wspólnym duchowym pniu Wehrmachtu i nazizmu. Okazało się, że rzekomo większość marszałków i generałów nie wiedziała o przemyśle śmierci stworzonym przez ich państwo. Generał Hermann-Bernhard Ramcke na pierwszym spotkaniu weteranów Wehrmachtu w 1952 roku, postawił pytanie o to, kto jest rzeczywistym przestępcą wojennym i sam udzielił na nie odpowiedzi, twierdząc, że przestępcami są ci, którzy bez taktycznego powodu zrównywali z ziemią całe miasta, którzy zrzucili bombę na Hiroszimę i dalej produkują nowe bomby atomowe. Niemieccy generałowie zdawali się zapomnieć o bombardowaniu Wielunia, Warszawy, Leningradu, Londynu czy kolumn ludności cywilnej. Podobnie jak nazistowscy notable oficerowie niemieccy tym bardziej usprawiedliwiali swoje zbrodnie wykonywaniem rozkazu. Generałowie nie winili Hitlera za wywołanie wojny i za zbrodnie, ale za to, że jego posunięcia militarne doprowadziły Niemcy do klęski. W powojennych wspomnieniach czołowi dowódcy niemieccy podkreślali przede wszystkim bohaterstwo i ofiarność niemieckich żołnierzy. Powojenni badacze taką postawę, w której Hitlera obarcza się winą za przegraną wojnę, a nie za sam jej wybuch, dostrzegali nie tylko wśród wojskowej kadry dowódczej, ale w całym narodzie niemieckim. Niemcy dywagowali nad tym, w którym momencie należało odsunąć Hitlera od władzy, aby ją wygrać, nie zadawano sobie pytania, kto i co powinien był zrobić, aby powstrzymać masową eksterminację Żydów czy Słowian. W sukurs kadrze oficerskiej przyszły partie polityczne, zarówno chadecy, jak i socjaliści ubolewali nad losem napiętnowanych żołnierzy Waffen-SS i w 1951 roku postanowili przywrócić im pełnię praw obywatelskich. 900 tysięcy esesmanów mogło w końcu odetchnąć z ulgą. Wkrótce proces rehabilitacji jeszcze przyśpieszył, dzięki popkulturze. Powstawały filmy przygodowe, komiksy i książki, których głównymi bohaterami byli zarówno żołnierze Wehrmachtu, jak i esesmani. Wszyscy oni byli waleczni, oddani sprawie i toczyli bohaterskie boje z przeważającymi siłami wroga. Jedną z najbardziej ulubionych postaci kolorowych czasopism był Arthur Nebe SS-Gruppenführer, szef nazistowskiej policji kryminalnej Kripo, odpowiedzialny za masowe egzekucje Żydów i Cyganów. Swoje miejsce w popkulturze miał również Hermann Göring. Według wytworzonego przekazu większość najwyższych rangą dowódców Wehrmachtu, SS i SA była zakonspirowanymi przeciwnikami Hitlera. Antyniemiecka partyzantka w Europie ukazywana była jako zbiorowisko prymitywnych zbirów i degeneratów. Powieści opisujące agresję na Polskę przybliżały opis przyłączenia do Niemiec ziem, które się Niemcom historycznie należały. Opisując bombardowania Niemiec czy obozy jeńców niemieckich używano języka, jaki wcześniej wykorzystywano wobec mordowanych Żydów czy Polaków, co miało pogłębić dramaturgię i skalę współczucia wobec żołnierzy niemieckich i ludności cywilnej.

Zachód odpuszcza Niemcom

Początkowo wydawało się, że alianci rzeczywiście zamierzają schwytać i osądzić niemieckich zbrodniarzy. Niemal automatycznie aresztowano około 200 tys. najbardziej niebezpiecznych i odpowiedzialnych za zbrodnie osób ze struktur kluczowych instytucji odpowiedzialnych za zbrodnie (SS, Gestapo, NSDAP). W USA istniało silne lobby, które postulowało skrajne kary i odpowiedzialność zbiorową, uznając Niemców za nację wysoce kolektywną, wymagającą ostrych działań obejmujących szerokie masy. Już jednak z początkiem 1947 roku rozpoczęły się pierwsze zwolnienia. Mimo ogromnej machiny, którą zorganizowano dla osądzenia winnych, efekty działalności izb orzekających były mizerne. Większość tych, którym udowodniono winę, trafiała do niższych kategorii. Szacuje się że 95 proc. osób, które prześwietlano, a które pracowały wcześniej w służbie publicznej, teraz wróciło do pracy. Grube ryby unikały kary, a karano tych, których przewinienia były najmniejsze. Działo się tak wraz ze wzrostem antagonizmu między Zachodem a ZSRR, kiedy okazało się, że niemiecki potencjał zarówno demograficzny, jak i gospodarczy jest Zachodowi potrzebny. Niemcy, niedawni śmiertelni wrogowie, stawali się przyjaciółmi. Co tylko jeszcze utwierdzało ich w przekonaniu, że już nie muszą mieć sobie nic do zarzucenia. Szczególnie tych, którzy pracowali. Jeszcze łagodniejszy stosunek do denazyfikacji miały władze brytyjskie, które z automatu z denazyfikacji wyłączyły pracowników niektórych sektorów gospodarki. Francuzi w swojej strefie tępili nazistów w administracji publicznej, ale tolerowali zbrodniarzy na uczelniach, w szkołach i przemyśle, których skreślili w swojej strefie Amerykanie. Nazistowskich nauczycieli dopuszczono do pracy w oświacie w strefie radzieckiej. Sowieci zakończyli denazyfikację z początkiem 1948 roku. W NRD postawiono na podkreślenie roli żołnierzy Armii Czerwonej w wyzwoleniu Niemiec, a samym mieszkańcom wmawiano, że w gruncie rzeczy są zwycięzcami tej wojny.

Wypędzeni chcą wrócić na Śląsk

W 1985 roku Związek Wypędzonych planował opatrzyć swój zjazd mottem „Śląsk pozostanie nasz”, po protestach zmieniono motto na pozornie mniej kontrowersyjne „40 lat wypędzeń – Śląsk pozostanie naszą przyszłością – w Europie wolnych narodów”. W 1994 roku dozorczyni z Ravensbrück otrzymała odszkodowanie za dziesięć lat więzienia w obozach i więzieniach NRD na skutek skazania jej przez radziecki sąd wojenny. Otrzymała 550 marek za każdy miesiąc więzienia, w tym samym czasie więźniarka Ravensbrück dostała jedynie 150 marek za każdy miesiąc pobytu w obozie. Po półwieczu od zbrodni oprawcom przyznano większe odszkodowania niż ofiarom.

Sondaż przeprowadzony w 1996 roku pokazał, że dwie trzecie Niemców uznaje ustanowienie 27 stycznia Dniem Pamięci o Holokauście za sensowne, ale już blisko 80 proc. z nich nie wiedziało, dlaczego dzień wyzwolenia Auschwitz został wybrany w roli szczególnego dnia. W 2000 roku przywódcy 22 państw spotkali się w rocznicę wyzwolenia Auschwitz, żeby rozmawiać o odpowiedzialności za ludobójstwo. Znany niemiecki profesor historii, Michael Jeismann, komentując to wydarzenie na konferencji naukowej w Sztokholmie, z przekąsem pytał, czy wina jest nowym mitem założycielskim Europy.

Nadzieja w zjednoczonych Niemczech

Choć na przestrzeni kolejnych dekad można dostrzec niewielki progres w mentalności niemieckiego społeczeństwa, to nawet zjednoczenie Niemiec nie przyczyniło się do diametralnej zmiany jego postawy wobec oceny odpowiedzialności narodu niemieckiego za zbrodnie czy potrzeby poniesienia kary i zadośćuczynienia. Nowe zjednoczone Niemcy, to państwo, w którym coraz silniej dawał o sobie znać Związek Wypędzonych ze swoimi roszczeniami, zwłaszcza wobec Polski i Czech. Esencję z problematyki nazistowskich Niemiec próbowano rozwodnić położeniem nacisku na potrzebę rozliczenia zbrodni komunistycznych Niemiec oraz tragizm związany z bombardowaniem Drezna. Z pewną dozą satysfakcji patrzono na skalę agresji i przemocy na Bałkanach. Bałkany miały być pewnego rodzaju formą rozgrzeszenia Niemców, którzy mówili: „Patrzcie, mówicie o zbrodniach sprzed półwiecza, a tymczasem u progu XXI wieku w Europie dochodzi do potwornych zbrodni, z którymi Niemcy nie mają nic wspólnego”.

Z zadowoleniem odnotowywali wypowiedzi Polaka Władysława Bartoszewskiego, który uznawał Niemców za ofiary nazizmu.

Po 75 latach od zakończenia II wojny światowej trudno patrzeć na kwestię denazyfikacji Niemiec inaczej jak nieudany i bulwersujący projekt, którego realizacja okazała się nie na rękę, ani tym, którzy mieli być sądzeni, ani sądzonym, wykorzystującym kwestię rozliczenia potwornych zbrodni do bieżących celów politycznych. Oczywiście, w ostatnich dekadach powstały w Niemczech dziesiątki opracowań poświęconych niemieckim zbrodniom i planowej polityce wyniszczenia, a władze niemieckie wielokrotnie okazywały skruchę za niemieckie zbrodnie, nie zmienia to jednak faktu, że większość sprawców i inspiratorów nie tylko nie została rozliczona, ale wielu z nich zajmowało lukratywne stanowiska w powojennych Niemczech.

Arkadiusz Miksa

Tekst ukazał się w Nowoczesnej Myśli Narodowej.


Dziękujemy za zainteresowanie naszym czasopismem. Liczymy na wsparcie informacyjne: Państwa komentarze i polemikę z naszymi tekstami oraz nadsyłanie własnych artykułów. Można nas również wpierać materialnie.

Dane do przelewów:
Instytut Badawczy Pro Vita Bona
BGŻ BNP PARIBAS, Warszawa
Nr konta: 79160014621841495000000001

Dane do przelewów zagranicznych:
PL79160014621841495000000001
SWIFT: PPABPLPK

Facebook

6 thoughts on “Miksa: Denazyfikacja Niemiec – prawda czy mit?”

  1. (…)Co ciekawe, w trakcie procesu norymberskiego oskarżonym zbrodniarzom bacznie przyglądali się psycholodzy sądowi, spodziewając się, że wśród oskarżonych znajdą psychopatów i ludzi o skłonnościach sadystycznych, ludzi niepoczytalnych, niezdających sobie sprawy ze swoich zbrodniczych poczynań.(…)
    Gdyby to była prawda to byłaby dla wszystkich niewygodna:
    – gdyby, że Niemcy wybrali szaleńców do władzy to byłoby straszliwe upokorzenie
    – uznanie niepoczytalności zablokowałoby zwycięzcom do wymierzenie sprawiedliwości na pokonanych
    Zatem istnieje silny motyw do sfałszowania ekspertyz.

    Warto tu zauważyć, że po zadymie w Kapitolu nikt ze strony oskarżenia nie pamiętał o pewnej diagnozy jaką swego czasu Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne wydało na temat poczytalności Trumpa.

    (…)W 1964 roku w jednym z artykułów w „Die Zeit” przeczytać było można o tym, że nie należy nieustannie kalać własnego gniazda, a zwycięskie mocarstwa powinny rozliczyć zbrodniarzy we własnych szeregach odpowiedzialnych za obrócenie w popiół Drezna, stawiając ich przed sądem.(…)
    I mieli rację… bo albo zbrodnia wojenna jest zbrodnią wojenną albo jak to kiedyś ujął sam… Adolf Hitler (…)Historię piszą zwycięzcy(…), ale wtedy nie mamy prawa do mówienia o sprawiedliwości.

    (…)Niemieccy generałowie zdawali się zapomnieć o bombardowaniu Wielunia, Warszawy, Leningradu, Londynu czy kolumn ludności cywilnej.(…)
    I co to ma do rzeczy? Prawo zemsty? O ile wiem to żaden z kodeksów karnych nie sankcjonuje tego procederu…

    A jeśli chodzi o samą produkcję broni nuklearnej to warto zauważyć, że nawet naród-ofiara historii jakim jest Polska została przymuszona do przystąpienia do traktatu o zakazie proliferacji, bo inaczej zostalibyśmy okrzyknięci narodem conajmniej nieodpowiedzialnym.

    (…)Znany niemiecki profesor historii, Michael Jeismann, komentując to wydarzenie na konferencji naukowej w Sztokholmie, z przekąsem pytał, czy wina jest nowym mitem założycielskim Europy.(…)
    Co jak co, ale ktoś urodzony jakieś 13 lat po zakończeniu wojny ma prawo do nie poczuwania się do odpowiedzialności za nazizm… a pytanie zostało zadane w czasie, gdy zarówno pokolenie sprawców jak i pokolenie ofiar było na wymarciu, zatem pytanie to było w pełni zasadne.

    1. Heinz Reinefahrt (chyba nie trzeba przedstawiać?) urodził się na długo przed zakończeniem wojny, a nawet przed jej początkiem, co nie przeszkodziło w długim życiu z piękną generalską rentą, oraz licznym oficjalnym zaszczytom.
      Herbert Reinecker z oddziału propagandy SS, aktywny jeszcze w kwietniu ’45…(!) – potem twórca kultowych w RFN seriali, poczytny pisarz, do późnej starości miłośnik podróży, żeglarstwa i golfa.
      —————————————————————————————————————
      Ludzka pamięć bywa bardzo krótka…

      1. Faktycznie ludzka pamięć jest krótka… urodziłem się w ’86 i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co się działo ’50, a co tu mówic o pierwszej połowie lat ’40.

        1. nawet jak się ktoś urodził niedawno, to pewnie usłyszy gdzieś wcześniej czy później np. o „polskich” jakoby obozach koncentracyjnych, albo inne modne dziwności – i okaże się, że jednak coś TRZEBA pamiętać…

  2. Koneczny mylił się co do cech kultury wschodniego Rzymu (Bizancjum to sztuczny termin historyków niemeickich). Błędem historyków jest brak rozeznannia w dokumentach prawnych, teologicznych i kanonicznych. Dlatego powtarzaja te same komunały w kolejnych pokoleniach. Ponadto Koneczny nie wyjasnia, w jaki sposób Nimcy miałyby ulec wpływom bizantyjskim. Jako Cesarswto Rzymskie Narodu Niemieckiego?

  3. Tekst dobry, zarówno w treści jak i w formie (zjawisko coraz rzadsze na tym portalu) i właściwie poprzestałbym na tym, gdyby nie końcowy, mimochodny rzut oka na (niskie) oceny. Daje to pewien obraz czytelników „Konserwatyzm.pl”, a przynajmniej tych oceniających.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *