Miliardy na ręczne sterowanie

Jak to w socjalizmie, celem tego etatystycznego programu jest – jak wyjaśnił Mikołaj Budzanowski, minister skarbu państwa – utrzymanie tempa wzrostu gospodarczego i inwestycji oraz tworzenie nowych miejsc pracy. Te publiczne inwestycje mają pełnić rolę czegoś na kształt pomostu pomiędzy dotacjami unijnymi z okresu 2007-2013 a dotacjami z kolejnego okresu programowania 2014-2020. – Powstaje luka w tych inwestycjach. Kończą się jedne środki, a drugie się jeszcze nie zaczynają. Żeby nie stracić impetu inwestycyjnego, który na pewno napędzał polską gospodarkę w ostatnich latach, powstał pomysł wygenerowania środków finansowych, które by wypełniły tę lukę – mówi „Najwyższemu Czasowi!” Wojciech Saługa, poseł PO, zasiadający w sejmowej Komisji ds. Unii Europejskiej oraz w sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Spółka Inwestycje Polskie za pośrednictwem państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego ma generować środki finansowe do inwestowania w gospodarkę. Rząd zakłada, że będzie to kwota 40 mld zł do 2015 roku. – Do BGK wnoszone będą udziały spółek Skarbu Państwa, z zachowaniem przez Polskę pakietów kontrolnych w strategicznych spółkach sektora energetycznego i finansowego – wyjaśnił minister Budzanowski. – BGK w wyniku sprzedaży kilku procent jednej czy drugiej spółki będzie pozyskiwał dodatkowy kapitał. Z tego kapitału zostaną zwielokrotnione możliwości kredytowe i poręczeniowe tej instytucji – dodał.

 

Dał im przykład Dyzma

 

Pod koniec grudnia 2012 roku rząd Donalda Tuska zgodził się na przekazanie udziałów Skarbu Państwa w notowanych na GPW spółkach: PGE (do 11,39 proc.), PKO BP (do 8,36 proc.), PZU (do 10,1 proc.) oraz Ciech (do 37,9 proc.) do Celowej Spółki Inwestycyjnej, a następnie do BGK. Łącznie te akcje mają wartość około 12 mld zł. Jak zapowiedział Paweł Tamborski, wiceminister skarbu państwa, spółka inwestycyjna ma być gotowa do działania w drugim kwartale br. Działalność operacyjną CSI ma zacząć w drugiej połowie 2013 roku.

Na razie rząd nie przedstawił konkretnego wykazu inwestycji przewidzianych do realizacji w ramach programu. Ale z oficjalnych zapowiedzi wiadomo, że program Inwestycje Polskie ma objąć m.in. budowę elektrowni węglowych i gazowych (w Stalowej Woli, Kozienicach, Opolu), gazociągów, magazynów gazu, infrastruktury drogowej, kolejowej oraz portowej, a także nowej fabryki chemii na Wybrzeżu. – Będzie to co najmniej 12 strategicznych projektów – zapowiadał w październiku minister Budzanowski. „Dziennik Gazeta Prawna” poinformowała o dwóch takich „strategicznych” inwestycjach, które mają być realizowane w ramach programu. Jedną z pierwszych ma być dokończenie gazociągu z (nieistniejącego jeszcze) gazoportu w Świnoujściu do granicy z Ukrainą, co umożliwi połączenie m.in. z rurociągiem jamalskim. Drugą inwestycją ma być dokończenie (niezrealizowanej przed Euro 2012) budowy kluczowego 140-kilometrowego odcinka autostrady A1 Tuszyn–Pyrzowice, łączącego Śląsk z Łodzią i dalej Pomorzem, kosztem około 5 mld zł.

Ale Jan-Vincent Rostowski, minister finansów, mówił także o innych państwowych inwestycjach, również współfinansowanych przez podatników z Unii Europejskiej, a także podmioty prywatne. W latach 2012-2015 na autostrady i drogi krajowe ma trafić 43 mld zł. W energetykę ma zostać zainwestowane 100 mld zł, w tym 40 mld zł w energetykę atomową, a w infrastrukturę gazową – 18 mld zł, w tym w gaz łupkowy – 5 mld zł. Na modernizację kolei w latach 2013-2015 ma iść 30 mld zł, a 10 mld zł na infrastrukturę naukową. Z kolei Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zapowiedziało, że będzie dążyć do powołania spółki Innowacje Polskie. – Chodzi nam o to, aby inwestowanie w proces komercjalizacji było bardziej dynamiczne – tłumaczy Barbara Kudrycka, „ministerka” nauki z PO.

Na programie publicznych inwestycji suchej nitki nie pozostawia opozycja, która porównuje cały pomysł do Banku Zbożowego Nikodema Dyzmy. – Oczywistą intencją twórców tego mechanizmu jest sprzedaż strategicznych spółek z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa i dalsze generowanie długu, który nie będzie się wliczał do rachunku Rostowskiego – powiedział portalowi se.pl Przemysław Wipler, poseł PiS. – W aferze Amber Gold jest już chyba jasne, że ponad 10 tysięcy poszkodowanych nie odzyska większości swoich wierzytelności. W projekcie Inwestycje Polskie jesteśmy dopiero na początku drogi do zmarnowania kilkadziesiąt razy większych pieniędzy publicznych – napisał na swoim blogu Zbigniew Kuźmiuk, poseł PiS. – Decyzja o przekazaniu akcji spółek skarbu państwa wartości 11 mld zł według obecnej wyceny na giełdzie, w sytuacji kiedy nie wiadomo, w jaki sposób będą kwalifikowane projekty do finansowania w ramach Inwestycji Polskich, a przede wszystkim, w jaki sposób będą one finansowane, rodzi poważne podejrzenia, że za jakiś czas może się okazać, że rozgrzebano jakieś projekty, wykonawcy i podwykonawcy oczekują na płatności, a pieniądze na nie gdzieś się rozeszły – pisze dalej ekonomista. – Przykładów skrajnie złego zarządzania przez ludzi wywodzących się z Platformy albo z nią powiązanych projektami finansowanymi ze środków publicznych jest w ostatnich miesiącach aż nadto – dodaje.

 

Urzędnicy będą zadowoleni

 

Niestety PiS nie krytykuje państwowego inwestowania, ale inwestowanie przez PO. Tymczasem jak działają państwowe inwestycje można zobaczyć choćby na przykładzie zbiornika w Raciborzu, PKP czy Euro 2012. Z powodu niedbalstwa urzędników związanego z (nie)budowaniem zbiornika retencyjnego „Racibórz”, który ma zabezpieczyć południe Polski przed powodzią, Polska może stracić 300 mln zł unijnych dotacji i pożyczki z Banku Światowego w wysokości 140 mln euro. Podobnie około 93,7 mln euro unijnych dotacji PKP nie umiało wykorzystać na czas i pieniądze zostały przesunięte na transport morski i inter-modalny. W pesymistycznym wariancie państwowa spółka PKP PLK może stracić aż 1,8 mld uniodotacji. Nie mówiąc o przygotowaniach do Euro 2012. Według spółki PL.2012, koordynującej przygotowania do mistrzostw, nie udało się zrealizować jednej ósmej planowanych inwestycji o wartości 13 mld zł. Żadna z dróg, którymi kibice mieli przemieszczać się po Polsce, nie została w całości ukończona ani zmodernizowana. Z kolei budowa Stadionu Narodowego była dwa razy droższa niż pierwotnie zakładano. Jak przed Euro 2012 pisała „Rzeczpospolita”, udały się tylko inwestycje, którymi zajmowały się prywatni przedsiębiorcy, a nie udały się te, gdzie inwestowało państwo.

Publiczne inwestycje to także korupcja. Pod koniec października 2012 roku Najwyższa Izba Kontroli odkryła nieprawidłowości w sześciu związkach międzygminnych realizujących jedne z największych inwestycji z udziałem środków publicznych i unijnych. W co drugim kontrolowanym związku stwierdzono naruszenie procedur lub nierzetelne prowadzenie dokumentacji przetargowej. W jednym związku międzygminnym kontrolerzy stwierdzili istnienie praktyk sprzyjających mechanizmowi korupcjogennemu. Łączna wartość ujawnionych w wyniku tej kontroli nieprawidłowości wyniosła ponad 15 mln zł.

Państwowe inwestowanie najzwyczajniej nie działa. Nie tylko w Polsce. Państwowy New Deal prezydenta Roosevelta przedłużył wychodzenie USA z Wielkiego Kryzysu. Z kolei nowozelandzki program wielkich publicznych inwestycji przemysłowych Think Big, realizowany na przełomie lat 70. i 80. XX wieku, doprowadził kraj do zadłużenia, bezrobocia i do katastrofy gospodarczej. Obecnie w USA zawodzi na naszych oczach program stymulacyjny Baracka Obamy. Dotowane, kosztem 90 mld USD, firmy „zielonego sektora” padają jak muchy – zbankrutowało ich już 50. Zawiódł wart 500 mln USD program tworzenia w USA „zielonych miejsc pracy” – zaledwie jedna trzecia ze szkolonych osób utrzymała pracę dłużej niż przez 6 miesięcy. Zdaniem ekonomisty Johna R. Lotta juniora, to polityka gospodarcza prezydenta Obamy jest odpowiedzialna za przeciągający się kryzys w USA. Prof. Steven Horwitz z Uniwersytetu Saint Lawrence w Canton w stanie Nowy Jork dowodzi, że zwiększenie publicznych wydatków stymulacyjnych nie prowadzi do polepszenia sytuacji ekonomicznej państwa. Wskazuje, że centralne planowanie i związane z tym wydatki stymulacyjne nie poprawiają sytuacji gospodarczej państwa, ponieważ nie odpowiadają dokładnym potrzebom ekonomicznym społeczeństwa. – Politycy, którzy nie są w stanie wiedzieć, jak najlepiej lokować zasoby stymulacyjne, ostatecznie przekażą je osobom i grupom, które gwarantują im największe poparcie w kolejnych wyborach – twierdzi Horwitz. – Wydatki stymulacyjne, które wędrują do takich grup interesu, nie mają prawa odpowiednio uformować kapitału ani rynku pracy – dodaje.

Skoro nawet w USA (gdzie sektor prywatny jest bardzo silny, a państwo zwykle niewiele ingerowało w gospodarkę) i Nowej Zelandii (która od lat szczyci się opinią kraju, gdzie nie ma korupcji) inwestycje publiczne kończą się klęską, to dlaczego niby w Polsce miałoby to się udać? Cały ten program interwencyjny to wielokrotnie skompromitowany keynesizm, ręczne sterowanie gospodarką przez polityków, którzy gdyby się na tym znali, to byliby bogatymi biznesmenami, a nie politykami. Zasadniczy problem polega na tym, że państwo w ogóle nie powinno zajmować się inwestycjami. Zarówno jeśli chodzi o dotacje unijne, wsparcie krajowe różnych przedsięwzięć z kieszeni podatnika czy też powstające Inwestycje Polskie. To szkodliwa ingerencja biurokratów w ład rynkowy, wprowadzająca chaos w mechanizmy gospodarcze i uskuteczniająca nieuczciwą konkurencję. No ale najważniejsze, że teraz ci urzędniczy eksperci będą decydowali, kto zajmie się tymi wszystkimi inwestycjami i kto będzie zasiadał w nowo tworzonych politycznych spółeczkach. „Celem inwestycji państwowych jest zadowolenie urzędników, a nie konsumentów” – stwierdził prof. Murray Rothbard w „Ekonomii wolnego rynku”.

Tomasz Cukiernik 

M.G. 

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 3 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2013 r.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.