Morze Śródziemne wpada do Renu

Jak widać, nawet we Francji, jednym z najszerzej otwartych krajów dla przybyszy, obecną politykę imigracyjną Unii Europejskiej postrzega się jako wymuszoną (do pewnego stopnia) przez Niemcy. Skoro autorytety rządowe i ekonomiczne w Berlinie mówią, że imigracja leży w interesie Niemiec, to nie jest oczywiste, że inne kraje Unii mają moralny lub inny obowiązek uczestniczenia w kosztach tego interesu. Niemcy żyją w takim nastroju, że przyjmowanie setek tysięcy czy milionów migrantów wydaje im się ponadto humanitarnym obowiązkiem. Za tym też musi iść ponoszenie kosztów. Ale czy narody żyjące w innym nastroju mają obowiązek udziału w tych kosztach? Czy nie wystarczy, że np. Polska zasiliła już świętą migrację kosztem dwóch milionów swoich obywateli? Jesteśmy jak najbardziej sercem po stronie migrantów i oprócz tych dwóch milionów Polaków, którzy już są migrantami, drugie dwa marzy, żeby nimi zostać. Zostaną wkrótce. W procesie, że tak powiem, rozwijania wędrówki ludów ponosimy jako kraj większe koszty niż Niemcy.

Leszek Balcerowicz, agitując w telewizji Polsat za przyjmowaniem imigrantów, argumentował, że jeżeli chcemy, aby Niemcy zgodzili się na bazy NATO w Polsce, to trzeba im teraz okazać solidarność i ulżyć w kosztach, jakie ponoszą. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie – powiedział. Balcerowicz ma bardzo szczególne wyobrażenia o przyczynowości w dziedzinie polityki obronnej. Imigracja urosła Niemcom do epokowego problemu, ale czy rzeczywiście może ona wpłynąć na ich strategię wojenną wobec Wschodu? Gdy im Polska nieco pomoże w radzeniu sobie z przybyszami, to oni staną się bardziej wojowniczy wobec Rosji? Aż tak nastrojowa, „nieznośnie lekka” polityka obronna (czy zaczepna) może być tylko w polskich wyobrażeniach. Przygarnijmy imigrantów, choć to pewien kłopot – radzi Balcerowicz – a za to dostaniemy poparcie dla baz wojskowych, dzięki którym w razie wojny nasz kraj stanie się od razu celem dla rakiet wrogiego mocarstwa. Na takim schemacie opierają swoje rozumowania również inni politycy.

Zadziwiające, jak bardzo korzystny politycznie stał się wizerunek osoby miłosiernej. Cyniczni wyjadacze, międzynarodowi spekulanci polityczni pomijają istotę, źródła i dalsze skutki odbywającej się wędrówki ludów i mówią tylko o miłosierdziu. Zdeklarowani ateiści zawstydzają katolików za ich brak empatii dla muzułmanów.

Obecna fala migrantów z krajów muzułmańskich (nie ma ani sensu, ani możliwości rozróżniać uchodźców z powodu wojny i z powodu nędzy) jest – jak oczywiście wiadomo – spowodowana głównie wskutek destrukcji państw arabskich przez Stany Zjednoczone. Można to jednak przedstawić inaczej. W „Gazecie Wyborczej” przeczytałem, że za tę destrukcję odpowiedzialni jesteśmy my. Kto to są „my”? „Nie Niemcy. Nie Francuzi. Nie Austriacy. Ale my. Bułgarzy, Czesi, Estończycy, Gruzini, Litwini, Łotysze, Macedończycy, Polacy, Rumuni, Słowacy, Ukraińcy, Węgrzy – środkowowschodni Europejczycy, uczestnicy zmontowanej przez Amerykanów »koalicji chętnych«. W roku 2003 i kilku kolejnych latach rozwaliła ona Irak, a potem go porzuciła w stanie chaosu…”. Gdy z taką dokładnością ustala się przyczyny, to nie pozostaje nic innego, jak ulatać w coraz wyższe przestworza abstrakcji: „Tragedia uchodźców to jest szczególnie polska odpowiedzialność. Bo to my pyszniliśmy się, że obok Brytyjczyków i Amerykanów mamy »swoją prowincję« w Iraku…”. I jeszcze wyżej: „chodzi o poczucie współodpowiedzialności nas wszystkich, którzy popierali taką politykę lub nie potrafili jej się sprzeciwić, czyli każdego dorosłego obywatela” („Gazeta Wyborcza”, 21.09.2015). Jak pisał Jean-Paul Sartre: „dźwigam na swoich barkach ciężar całego świata”. W ten sposób odpowiedzialność rozwiała się na cztery wiatry.

W tej koalicji satelitów Ameryki samej Ameryki prawie nie widać. Innego zachowania się polskiego rządu w tamtych okolicznościach sobie nie wyobrażam. Ale również obecnie jest prawie niemożliwe, aby Polska miała politykę zagraniczną niezależną od Stanów Zjednoczonych. Szalonym wydatkom na zbrojenia nikt się nie sprzeciwia, a przecież one mają sens tylko jako element amerykańskiej geopolityki i strategii. Nikt nawet poważnie się nie zastanawia, gdzie, w jakiej części świata mogą być użyte. Nikt ze zwykłych obywateli, co są dziś odpowiedzialni za zburzenie Iraku, bo panowie ministrowie Siemoniak i Schetyna coś mogą wiedzieć. Ale nie powiedzą.

Jeśli spotkam uchodźcę, może on być pewien mojej pomocy. Może się zdarzyć, że sam go będę szukał. Jednakże jako komentator nie mam najmniejszej ochoty przemawiania ludziom do sumienia, budzenia w katolikach poczucia winy, że nie kochają muzułmanów, i podsuwania im pod nos chrześcijańskich nakazów, do których sam nie jestem przekonany. Interesuje mnie, a nawet fascynuje, wędrówka ludów, która przecież nie skończy się ani za rok, ani za 10 lat. Na ulicach starożytnego Rzymu w schyłkowym wieku Imperium zaczęli pojawiać się dziwni z wyglądu ludzie: mieli jasne włosy i niebieskie oczy. Przybywali do sławnego i bogatego miasta w poszukiwaniu lepszego życia. Czytałem gdzieś, że zbliża się epoka, gdy Niemców będzie się rozpoznawało po śniadej cerze oraz czarnych oczach i włosach.

Bronisław Łagowski

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie tygodnika „Przegląd”: 

http://www.tygodnikprzeglad.pl/morze-srodziemne-wpada-do-renu/

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *