„Nil” ofiarą „Wyklętych”?

Z bronią u nogi, a nawet bez

Generał Fieldorf (o czym pisał red. Engelgard) nie był „Żołnierzem Wyklętym”, nie podzielał bowiem żadnego z dwóch stanowisk typowych dla tego środowiska. Nie uważał za prawdopodobne, by wybuchła trzecia wojna światowa (czym różnił się od znacznej części politycznego kierownictwa tak Organizacji NIE, jak i późniejszych Delegatury Sił Zbrojnych i pierwszych Zarządów WiN), ani nie traktował swego i ojczyzny położenia jako „sytuacji bez wyjścia”, jak wielu „leśnych”, dokonujących swego rodzaju honorowego samobójstwa z bronią w ręku. Przeciwnie, już w łonie dowództwa NIE „Nil” różnił się istotnie z Okulickim nie widząc celów dla rozwijania siatki konspiracyjnej tej grupy, ani podejmowania przez nią zakładanej wcześniej akcji wywiadowczo-dywersyjnej. Niestety, formalne przejęcie dowództwa nad NIE na okres ledwie miesiąca nie pozwoliło Fieldorfowi podjąć żadnych realnych działań na rzecz całkowitego wygaszenia jej działalności i ujawnienia resztek konspiracji – którego to zadania (już po zatrzymaniu „Nila”) podjął się „Radosław” – z nie w pełni zadowalającym skutkiem.

Szczególnie szkodliwe jednostki”

Tymczasem jednak, o czym tak często się dziś zapomina – relacje między konspiracją niepodległościową, a władzami komunistycznymi i Sowietami próbowały przynajmniej regulować rozkazy coraz bardziej wyalienowanego (co od biedy można zrozumieć) polskiego Londynu – i równie oderwane od rzeczywistości pomysły kolejnych kandydatów na lokalnych wodzów. Niechlubna rolna przypada tu zwłaszcza Delegaturze Sił Zbrojnych i jej komendantowi, płk. Janowi Rzepeckiemu, postaci zresztą co najmniej dziwnej także ze względu na swą działalność podczas okupacji niemieckiej. I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu politycznej odpowiedzialności.

Do znudzenia trzeba przypominać, że to właśnie Rzepecki, w depeszy nr 252/HJ do gen. Władysława Andersa określił zadania Delegatury jako: „organizowanie oporu zbrojnego przeciw władzy komunistycznej, dokonywanie aktów dywersyjnych, prowadzenie propagandy w społeczeństwie”. Anders depeszą Nr 277/H z dnia 7.V.45 r. zaakceptował wszystkie te propozycje, zatwierdził „Prezesa” jako Komendanta DSZ, zalecił prowadzenie agitacji w szeregach Ludowego Wojska Polskiego w ramach akcji „Ż” oraz przekazał mu uprawnienia w zakresie personalnym i sądowym analogiczne do posiadanych przez KG AK, włącznie z „zadaniem ochrony społeczeństwa i pracy konspiracyjnej przez likwidowanie „szczególnie szkodliwych jednostek”. Oczywiście nie trzeba dodawać, że rozkazy te były znane komunistycznemu i sowieckiemu kontrwywiadowi. Stanowiły nie tylko znakomity pretekst dla samych represji wobec byłych żołnierzy podziemia i powracających z Zachodu, ale wywołały zupełnie autentyczną falę nieufności wobec wszystkich zainteresowanych ujawnieniem się, normalnym życiem a zwłaszcza – o ironio – czynnym zaangażowaniem w funkcjonowaniem powojennego państwa.

Woleli Sowietów od Berlinga

Oczywiście ortodoksyjna dziś linia obrony ŻW odpowie, że po pierwsze rozkazy takie, a także diagnozy i zalecenia zawarte choćby w znanym rozkazie Okulickiego do komendanta Obszaru Zachodniego NIE ppłk. Jana Szczurka-Cergowskiego „Sławbora” – stanowiły tylko prostą reakcję na znaną już choćby z Kresów linię postępowania Sowietów wobec AK. Były więc odpowiedzią na represje, a nie ich przyczyną. Odpowiedź taka jest jednak tylko częściowo prawdziwa, za to mocno uproszczona. Pomija bowiem choćby szereg zjawisk (mówiąc w kategoriach nie moralnych, ale politycznych win) związanych z pojawieniem się represji podczas pierwszych kontaktów na linii AK-Sowieci-LWP. By to w pełni zrozumieć należy cofnąć się na moment do lata 1944r.

Weźmy choćby przykład lubelski (mniej znany, ale kto wie czy nie bardziej znaczący od podobnego, a słynniejszego wileńskiego). Jak wiadomo, Lublin został wyzwolony przez AK oraz 2 armię pancerną RKKA gen. Bogdanowa przy udziale oddziałów AL 23 lipca 1944r. Ważne jednak, co się działo dalej i co dało podwaliny pod późniejszą legendę Żołnierzy Wyklętych, a zwłaszcza uch „sytuacji bez wyjścia”. Kolejno:

  • 25 lipca wieczorem – gen. Berling zwraca do lubelskiej Komendy Miasta AK z propozycją rozmów. Spotyka się odmową.

  • 27 lipca – Berling ponownie przyjeżdża do Komendy Miasta i prosi o rozmowę z komendantem, gen. Tumidajskim i delegatem Cholewą. Tylko zgadza się ten drugi zgadza się przyjąć dowódcę 1 Armii.

  • 28 lipca – Tumidajski rozmawia z dowództwem sowieckim, następnie zostaje zatrzymany, ale na wniosek Berlinga zwolniony. Opuszcza areszt 29 lipca.

  • 29 lipca – Tumidajski wysyła „Borowi” raport o wydarzeniach w Lublinie: „Gen. Berling ostrzegał [swoich], by nie stwarzać zadrażnień z AK i kładł nacisk na ostrożne postępowanie, jak się wyraził z „londyńczykami”.

  • 1 sierpnia – ostatnia rozmowa Berlinga z Cholewą, odmawia on wszelkich rozmów z LWP i PKWN twierdząc, że jest upoważniony wyłącznie do negocjacji z Sowietami.

  • 3 sierpnia – „londyńskie” władze cywilne i wojskowe zostają aresztowane.

  • 4 sierpnia – Bór depeszuje m.in. o sytuacji w Lublinie do Londynu.

Nie wiemy kiedy dokładnie, ale zapewne 29 lipca odbyło się jedno spotkanie dwóch generałów – tego z AK, i tego znad Oki. Znamy je z relacji Stanisława Pieńkowskiego za świadectwem ppłk. Żabki-Wira. Wypowiedź Berlinga do „Marcina”: „Dajcie mi waszych oficerów, a ja stworzę armię, jakiej Polska jeszcze nie miała!” Tumidajski odmawia i wydaje AK rozkaz złożenia broni. W wyniku akcji werbunkowej ogłoszonej w Lublinie przez Berlinga do LWP zgłasza się jednak 1.002 osoby, w tym żołnierze AK i BCh.

Kto zagrodził „wyjście”?

Tak więc wydarzenia bezpośrednio poprzedzające powstanie Delegatury i jej deklaracje stanowiące de facto wezwanie do stosowania terroru i inwigilacji przeciwnika pokazywały, że skalę represji można było znacznie ograniczyć, choćby poprzez porzucenie pryncypialnego stanowiska wobec przedstawicieli „Polski lubelskiej” i jej wojska. A skoro już zdecydowano się na walkę – nie sposób zrozumieć czemu czyniono to tak hucznie, wszem i wobec ogłaszając, że będzie się likwidować i szpiegować. Niestety, ale to właśnie kazało władzom patrzeć szczególnie nieufnie na każdego „leśnego” wchodzącego do lokalnej komisji amnestyjnej, czy siedziby PUBP, nie mówiąc o zatrzymywanym w kotle u byłego dowódcy, choćby się do niego przyszło na herbatkę i wspominki. Nic więc dziwnego, że tym większą nieufność musiał budzić były szef Kedywu i samej Organizacji NIE.

Taktyka ta, przyjęta przez część konspiracji nasuwa zresztą pewne skojarzenie i to takie, które nie spodoba się bezkrytycznym piewcom ŻW. Otóż podobnie podczas wojny działała GL (i konspiracje komunistyczne w innych krajach) celowo ściągając represje na niezdecydowanych i potencjalnych członków tak, by skłonić ich do ostatecznego opowiedzenia się po swojej stronie. Ci, którzy wyboru tego nie dokonali – byli ostatecznie narażeni na śmierć i to niekiedy z każdej ze stron. Może na tym polega swego rodzaju smutna pociecha dla „Nila”, że zginął on z ręki bolszewickiego oprawcy kierowanego niepolską ręką, a nie z dłoni jakieś rozgorączkowanego patrioty widzącego w dawnym bohaterze mięczaka i zdrajcę… Tak czy siak jednak, w ten sposób słynna „sytuacja bez wyjścia” ŻW jawi się nie jako fatum, ale wykreowana sytuacja polityczna: nader dwuznaczna moralnie i bezcelowa strategicznie.

Prowokacja w prowokacji

Inna kwestia to fakt, iż w swoim czasie to komuniści odmawiali swym walkom z podziemiem niepodległościowym miana wojny domowej, z czasem dezawuując w ten sposób nie tyle zresztą racje, co potencjał przeciwnika. Obecnie przed mianem zmagań bratobójczych cofają się sami zwolennicy ŻW, widząc w działaniach swych idoli jedynie „powstanie antykomunistyczne”, a więc zlewając w jedno tak władze komunistyczne, jak i nadzorców sowieckich. Jest to jednak pogląd uproszczony i nieznajdujący odzwierciedlenia nawet w postawie wielu ówczesnych ośrodków opozycyjnych, by sięgnąć choćby do podstaw i założeń działania WiN, a więc formacji starającej się jakoś umiejscowić niezawisłą Polskę w ramach systemu jałtańskiego, a więc i siłą rzeczy lawirującą i odróżniającą problematykę geopolityczną (sowiecką) od ustrojowej („lokalnie” komunistycznej).

I znowu jednak – sam fakt funkcjonowania kolejnych komend WiN wiązał się ze staczaniem tej organizacji w kierunku zachodniego ośrodka wywiadowczego, co dokonywało się zresztą także na emigracji aż do smutnego finału w postaci afery Bergu. I WiN, i choćby NZW reklamowały się swymi zdolnościami wywiadowczymi nie tylko dlatego, że dawały one choćby pozory ochrony resztkom siatki, ale dlatego także, że pozwalały na uzyskiwanie wsparcia finansowego z Zachodu. Oczywiście, można zrozumieć, że (przynajmniej do czasu upadku IV Zarządu WiN) działano w pewnym sensie w dobrej wierze. Zacytujmy zresztą za źródłem tak życzliwym Zrzeszeniu, jak IPN: „Jeszcze w styczniu 1947 r. prezes Obszaru Południowego Łukasz Ciepliński z grupą swoich współpracowników (…) podjął decyzję o powołaniu IV Zarządu Głównego i kontynuowaniu działalności organizacyjnej. Żaden z nich nie miał już złudzeń, że wybuchnie III wojna światowa, ale uważano, że ci którzy pozostali w konspiracji pomimo amnestii muszą mieć sprawdzone kierownictwo, bo w przeciwnym razie padną ofiarą prowokacji ze strony NKWD. (…) Rozwinięto działalność wywiadowczą przeciwko jednostkom sowieckim stacjonującym na ziemiach polskich. Prowadzono wywiad polityczny gromadząc informacje o działalności partii i stronnictw politycznych w kraju oraz o stosunkach Polski z sąsiednimi pastwami. W ramach działalności kontrwywiadowczej wprowadzono swoich ludzi do struktur Urzędu Bezpieczeństwa i PPR. W czerwcu 1947 r. z Zachodu dotarł do kraju kurier Jerzy Woźniak wiozący nowe szyfry ułatwiające kontakt z Delegaturą Zagraniczną, która tymczasem rozbudowała się do tego stopnia, że obok centrali w Londynie, miała swoje placówki w Paryżu, Brukseli, Monachium, Sztokholmie, Rzymie i w USA”. Mówiąc prościej – chcąc uniknąć prowokacji NKWD stworzono system, który potem bezpieka znakomicie wykorzystała do przeprowadzenia takiej właśnie prowokacji na wielką skalę, a przy okazji niespecjalnie się już nawet kryto z utrzymywaniem się ze szpiegowania na rzecz mocarstw zachodnich, choć działalność taką jednoznacznie wówczas potępiał nawet polski rząd emigracyjny.

Tak oto dochodzimy do sedna całej sprawy – gdyby nie istniał nastawiony na szpiegostwo IV Zarząd WiN, wówczas być może bezpieka nie wpadłaby na pomysł realizacji osławionej Operacji Cezary, a więc stworzenia prowokatorskiego „V Zarządu”, którego działalność skończyła się nie tylko kompromitacją emigracji przez aferę Bergu, ale i ostatecznym pognębieniem resztek zorganizowanego podziemia niepodległościowego w kraju. Niezależnie też od tego, czy komuniści faktycznie chcieli wykorzystać „Nila” do firmowania tej prowokacji (jak uważają twórcy głośnego filmu Ryszarda Bugajskiego), czy po prostu reagowali dokręceniem śruby na stwierdzaną aktywność wywiadowczą przeciwników – fakty są oczywiste. Generał Emil Fieldorf został zamordowany, chociaż nie był jednym z Żołnierzy Wyklętych, ale niestety – poniekąd właśnie w związku z ich działalnością.

Wiara i wina

Los „Nila” każe po raz kolejny postawić fundamentalne pytanie o odpowiedzialność. Nie odpowiedzialność samotnego, zagubionego i honorowego chłopca, takiego choćby jak „Rój”, szafującego ostatecznie życiem tylko swoim i przyjaciela, ale odpowiedzialność politycznych i militarnych decydentów firmujących zjawisko takie jak Żołnierze Wyklęci właśnie jako fakt polityczny i historyczny. Otóż właśnie ich współodpowiedzialnością, czy jak kto woli winą – jest śmierć gen Fieldorfa i wielu innych ofiar zbrodni komunistycznych. Oprawców należy bowiem w tym przypadku traktować zdaniem jednak jak narzędzia zła, wg innych jak bestie, wreszcie po prostu jako wroga, po którym niczego lepszego nie można się było spodziewać. Jednak wydawanie takiemu wrogowi bliźnich jak na tacy – a chodziło wszak o postaci i całe środowiska wartościowe i potrzebne narodowi – to już było coś znacznie gorszego od zbrodni!

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “„Nil” ofiarą „Wyklętych”?”

  1. No to jest właśnie kłopot z językiem polskim, że pojęcie odpowiedzialności zlewa się weń w jedno z pojęciem „winy” – i to w potocznym rozumieniu najczęściej „winy moralnej”. To jak nieśmiertelna dyskusja o odpowiedzialności za wybuch II wojny światowej – niemal nigdy nie udaje się w niej wyjść poza kwestię niemożności zdefiniowania pojęć. Bez tego zaś nie sposób określić zaś określić zakresu odpowiedzialności. Podobnie jest z tematem powyższego tekstu. Nie można zakładać, że ponieważ winni byli zawsze komuniści jako bezpośredni sprawcy – to nie miało znaczenia co kto robił.

  2. Być może będzie to przesada ale zaryzykuje: czy gdyby nie było ŻW a Sowieci bez problemów by opanowali nasz kraj to i tak ludzie pokroju ,,Nila” nie zostali by zamordowani bądź zmuszeni do opuszczenia kraju jako ludzie potencjalnie niebezpieczni dla systemu?

  3. I jeszcze jedno: czy rzeczywiście generała Nila nie można zaliczyć do ŻW? Wydaje mi się, że nie są to tylko Ci co walczyli z Sowietami lecz także (chyba nawet przede wszystkim) Ci, o których ,,historia głucho milczy” a takim był bez wątpienia generał Emil August Fieldorf.

  4. Ad. 2 Toteż kol. red. Engelgard odniósł się do obecnego, mocno zawężonego pojęcia ŻW. Ad. 1 Przyznam się, że nie w pełni rozumiem pytanie. Przecież Sowieci bez większych problemów (chyba, że liczymy te ze strony niemieckiej) opanowali nasz kraj, więc…?

  5. Po prostu niezbyt jasno się wyraziłem. Problemy: miałem na myśli pacyfikacje ŻW (która nie była większym problemem);miałem raczej na myśli że problem ŻW by nie zaistniał w postaci chociażby partyzantki i co wtedy czy nie rozprawiono by się z potencjalnymi wrogami? Elementami, które zaliczono by do niepewnych?

  6. Zapewne by się rozprawiano. Pytanie brzmi, czy skala represji byłaby większa, mniejsza, czy taka sama? Zdrowy rozsądek nakazał sprawdzić przy założeniu, że bez podkładania głowy pod topór gorzej by nie było. Skądinąd przecież z podobnych założeń wychodziła konspiracja niekomunistyczna w okresie okupacji hitlerowskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.