O tym, jak przegrywamy wojnę propagandową

Wizerunek Polski, mimo wszystkich strat poniesionych przez nią w walce przeciwko bolszewizmowi, komunizmowi, jak i nazistowskiemu faszyzmowi, jest wyjątkowo negatywny. Jak to jest możliwe, że Niemcom, państwu, które doprowadziło do śmierci tylu istnień ludzkich, udało się pozyskać sympatię w gruncie rzeczy swoich własnych ofiar? Natomiast Polska, która od wieków prawie na wszystkich kontynentach świata walczy „za wolność naszą i waszą”, przez swoich dłużników postrzegana jest z wyraźną niechęcią?

Zanim przejdę do analizy przyczyn takiego stanu rzeczy, chciałabym najpierw postawić diagnozę: jesteśmy wielkimi przegranymi wojny propagandowej. Jesteśmy przegranymi, gdyż większość Polaków, w tym przede wszystkim politycy, o istnieniu takiej wojny nawet nie wiedzą. Trudno bowiem coś wygrać tak zupełnie przez przypadek, bez świadomości tego, że się jest częścią gry. A gra się toczy, i my ją przegrywamy, z kretesem. Wielkim wygranym są oczywiście Niemcy, kraj, który miałby wiele do stracenia, gdyby opinia publiczna przy formowaniu swoich wyroków kierowała się prawdą historyczną.

Jednym z twórców teoretycznych podstaw marketingu był Niemiec, Hans Domizlaff. Swoje najważniejsze tezy wyłożył w książce pt. „O pozyskiwaniu publicznego zaufania” (Die Gewinnung des öffentlichen Vertrauens. Ein Lehrbuch der Markentechnik, I wyd. 1939). Wcześniej, w 1932 wydał książkę pt. „Środki propagandy idei państwa” (Propagandamittel der Staatsidee). Pozycję tę dobrze znał Goebbels, sam Domizlaff nie udzielał się politycznie. Tytuł pierwszego wymienionego dzieła dokładnie wskazuje na to, o co tak właściwie chodzi zarówno w propagandzie, która po II Wojnie Światowej została przemianowana na public relations, jak i w marketingu. Celem środków propagandowych, jak i marketingowych jest właśnie zdobycie zaufania opinii publicznej oraz konsumentów. „Królewską” drogą jest oczywiście dostarczanie produktów najwyższej jakości oraz rzeczywiste dbanie o korzyści ludzi, których zaufanie chce się pozyskać. Ale technika jest techniką i może służyć różnym celom.

Podstawy technik propagandowych wyłożył Edward Bernays, w słynnej pracy z 1928 zatytułowanej nie inaczej jak właśnie „Propaganda”. Podstawowe założenie technik propagandowych jest banalnie proste: chodzi o świadome i celowe kształtowanie obrazu rzeczywistości, który odbiorcy będą brać za samą rzeczywistość. Każdy człowiek ma swoje własne wyobrażenia o rzeczywistości, które mogą być prawdziwe, ale nie muszą. Drugim celem technik propagandowych jest wpływanie na uczucia odbiorców, między innymi poprzez łączenie określonych przekazów z ich negatywną bądź pozytywną oceną. W ten sposób kształtowane jest negatywne bądź pozytywne nastawienie odbiorców technik propagandowych do konkretnych pojęć, idei, zjawisk czy też osób. Jest to bardzo ważny aspekt propagandy, gdyż człowiek bardzo często działa według prostego schematu nagradzania tych, których  lubi, i karania tych, których nie lubi. Nawet, gdy obiektywne przesłanki nakazują ukaranie kogoś, kogo lubimy, to w większości przypadków będziemy skłonni do wymierzenia mu lżejszej kary bądź też do zupełnego odstąpienia od jej wymierzenia. W przypadku, gdy kogoś nie lubimy, będziemy skłaniać się ku temu, by go nawet mocniej ukarać, niż jest to wskazane z punktu widzenia obiektywnych przesłanek. Mechanizmy te są nie do przecenienia w świecie demokracji i konsumpcji. Powodzenie wielu przedwsięzięć o znaczeniu publicznym bądź też komercjalnym coraz bardziej zależy od tego, czy cieszy się ono pozytywnym nastawieniem opinii publicznej bądź też konsumentów, czy nie. Dlatego też opanowanie sztuki pozyskiwania zaufania opinii publicznej to często sprawa życia i śmierci.

Jak już wspomniałam, Niemcy opanowały tę sztukę do perfekcji. Patrząc z punktu widzenia interesów Niemiec, należy stwierdzić, że nie miały też innego wyjścia. Bez propagandy nie byłoby cudu gospodarczego, jak również całego rozwoju gospodarczego Niemiec po II Wojnie Światowej. Żeby uzasadnić to twierdzenie, należy najpierw przyjrzeć się temu, jaka była sytuacja wyjściowa Niemiec po wojnie. Niemcy to kraj ubogi w surowce naturalne. Ze względu na profil niemieckiej gospodarki, jej rozwój jest zależny od tego, czy zapewni sobie ona dostęp do tych surowców. Niemcy, jako wielki przegrany wojny, kraj, który budził w ludziach przede wszystkim uczucie nienawiści, miały więc dość kiepskie warunki wyjściowe. Ważne oczywiście było także zapewnienie sobie dostępu do obcych rynków zbytu. A „made in Germany” mogło się dobrze nie kojarzyć… Jak to się więc stało, że kilkadziesiąt lat później produkty opatrzone adnotacją „made in Germany” stały się obiektem pożądania wielu konsumentów? Oczywiście decydowała jakość produktów, ale konsument bardzo często kieruje się nie jakością, ale swoimi odczuciami i wyobrażeniami na temat tego, co dobre, a co złe.

W wykreowaniu pozytywnego wizerunku pomógł Niemcom oczywiście wybuch zimnej wojny. „Źli Niemcy” zamienili się w „dobrych Niemców”, gdyż stanęli po stronie „dobrych ludzi”. Wrogiem stał się Związek Radziecki, a nic tak nie łączy i jednoczy jak wspólny wróg. Drugim czynnikiem kreującym wizerunek Niemiec była demokratyzacja kraju, przynajmniej w sferze teoretycznej. A Niemcy demokratyczne to dobre Niemcy. Na marginesie trzeba stwierdzić, że rządy Adenauera dużo bardziej przypominały autokrację niż demokrację; ponadto opozycja socjaldemokratyczna była po wojnie dalej prześladowana, i z tym samym uzasadnieniem: ochroną kraju przed wpływami komunizmu. Trzecim czynnikiem była rzekoma denazyfikacja Niemiec. Rzekoma, gdyż na dobrą sprawę skończyła się na procesie Eichmanna i procesach norymberskich. Wyroków skazujących wydanych przez niemieckie sądy było bardzo mało, a zasądzone kary – śmiesznie niskie. Proces Eichmanna oraz procesy norymberskie stały się za to bardzo ważnym elementem kształtowania pozytywnego wizerunku Niemiec: potrzeba sprawiedliwości, zgłaszana przez opinię publiczną, została spełniona, przynajmniej częściowo. Ważnym elementem kształtowania pozytywnego wizerunku Niemiec było także powołanie do życia niemieckiej chadecji. Stworzenie partii rzekomo chrześcijańskiej miało również zyskać przychylność konserwatywnych środowisk na całym świecie. Napisałam rzekomo, gdyż partia ta była w dużej mierze tworzona przez byłych nazistów, którzy doskonale potrafili łączyć swój katolicyzm czy też protestantyzm ze służbą Führerowi. Kolejnym elementem kształtowania pozytywnego wizerunku Niemiec było pojednanie się ze swoimi sąsiadami, jak również sprawa odpowiedzialności za Holokaust. Pierwszym etapem było jednanie się z państwami należącymi do bloku zachodniego, przede wszystkim poprzez stworzenie Unii Europejskiej (pierwotnie EWG). Celem powołania UE oficjalnie było zapewnienie pokoju w Europie. Oficjalnie, bo pozwalając sobie na pewną złośliwość, skwituję to stwierdzeniem, że wystarczyłoby, żeby Niemcy zostawiły swoich sąsiadów w spokoju. W ciągu 200 lat Prusy i Niemcy wywołały dziewięć wojen, w tym pięć wielkich, a dwie światowe, i dodatkowo wzięły udział w rozbiorach Polski (cyt. za: S. Bratkowski, Kim chcą być Niemcy). Rewolucja bolszewicka to w dużej mierze także niemiecka zasługa. Dla swojego pojednania z sąsiadami Niemcy potrzebowały jednak gestu propagandowo dużo bardziej spektakularnego, czyli UE. Tym bardziej, że ten gest tak „zupełnie przypadkowo” leży w interesie niemieckiej gospodarki.

Jednym z najważniejszych elementów składających się na pozytywny wizerunek Niemiec jest sprawa Holokaustu. Niemcy szczycą się swoją gorliwością w zwalczaniu wszelkich przejawów antysemityzmu, i to nie tylko we własnym kraju, ale także za granicą. Szczególnie sprawa polskiego antysemityzmu to konik wielu kreatorów niemieckiej opinii publicznej. Publiczne przyznawanie się do winy antysemityzmu stało się wręcz rytuałem o charakterze religijnym: chodzi o dokonanie aktu ekspiacji. Niemiecka polityka historyczna w zakresie Holokaustu zapewnia Niemcom poczucie, że należą do dobrych Niemców, w przeciwieństwie do tych złych, nazistów. O tym, że jest to bardzo powierzchowne rozliczanie się ze swoją przeszłością, świadczyć może np. zasłyszana przeze mnie historia pewnej Niemki. Osoba ta podczas pobytu na terenie obozu w Oświęcimiu doznała prawdziwego załamania nerwowego, gdyż dopiero wtedy dotarło do niej, czym naprawdę był Holokaust.

Ważnym elementem tworzenia pozytywnego wizerunku Niemiec było także zastąpienie wyrażenia „niemieckich zbrodniarzy hitlerowskich” terminem naziści. Brzmi przyjemniej dla niemieckiego ucha i lepiej prezentuje się na zewnątrz. I tak sprawcami zbrodni już nie są konkretni Niemcy, tylko anonimowi naziści. Trzeba jeszcze  tylko „podrzucić” obozy koncentracyjne Polakom, i sprawa jest wyczyszczona do końca. Po upadku Muru Berlińskiego – nawet obalenie komunizmu i oznaczenie początku nowej epoki Niemcy sobie zawłaszczyli – kolejnym etapem tworzenia pozytywnego wizerunku stała się kwestia pojednania Niemców z krajami Europy Wschodniej. Oficjalnie, już od 20 lat jednamy się z Niemcami, między innymi poprzez liczne programy stypendialne, jak i programy wymiany uczniów, studentów itp. Ze strony Niemiec przeznaczane są na te cele bardzo duże pieniądze. Jest to temat, któremu na pewno poświęcę osobny artykuł, w tym miejscu pozwolę sobie tylko na krótki komentarz. Moim zdaniem, celem tych wszystkich projektów jest eksportowanie niemieckiej wizji historii i stosunków polsko-niemieckich do Polski. Sprawa konkretnych niemieckich zbrodni dokonanych na Polakach jest poruszana podczas takich spotkań tylko wyjątkowo. Jeśli ktoś taki temat poruszy, to szybko jest uciszany, jako osoba, która psuje harmonijną atmosferę jednania się. I tak po 20 latach zarówno światowa opinia publiczna, jak i Niemcy nadal nic nie wiedzą o skali zbrodni popełnionych na narodzie polskim, a np. Powstanie Warszawskie jest notorycznie mylone z Powstaniem w Getcie Warszawskim. Nie zanosi też się na to, żeby ten stan miał kiedykolwiek ulec zmianie.

Stwarzanie pozytywnego wizerunku Niemiec nie jest więc projektem zamkniętym. Kolejnym punktem jest coraz wyraźniej realizowany program kreowania Niemców na największe – obok Żydów – ofiary II Wojny Światowej. Oczywiście, mam na myśli sprawę tzw. wypędzonych. Celem tego programu jest ukazanie Niemców jako niewinnych ofiar Polaków. Jest to gra o dużą stawkę – do wygrania jest to, na czyją stronę przechyli się szala sympatii światowej opinii publicznej. Niemcy za wszelką cenę chcą zostać obiektem współczucia. Polacy są natomiast przedstawiani jako prawdziwi bandyci i zbrodniarze, których należy bezapelacyjnie potępić. Na marginesie warto wspomnieć, że ta linia jest konsekwentnie utrzymywana od 1945 roku. Uświadomił mi to następujący fakt. Po opublikowaniu jednego z moich listów czytelniczki we Frankfurter Allgemeine Zeitung (FAZ) dostałam bardzo nieprzyjemny list od anonimowego czytelnika, do którego dołączona była kopia artykułu autorstwa Roberta Jungka pt. „Z kraju umarłych” (Aus einem Totenland), który ukazał się 16.11.1945 w Die Weltwoche Zürich. Artykuł ten z jednej strony opisuje bestialstwa popełniane na Niemcach – również i Żydach – przez Polaków w „polskim sektorze”, z drugiej, jak dobrze traktowali Niemców Rosjanie, w sektorze rosyjskim. Autor artykuł zieje nienawiścią do Polaków, jak również wyraża nieskrywaną sympatię do Rosjan.  Kulisom przesunięcia granic w Europie Środkowej nie poświęca wiele miejsca.  

Kolejnym elementem aktualnego tworzenia pozytywnego obrazu Niemiec jest coraz większe rozdmuchiwanie sprawy niemieckiego ruchu oporu. Postacie takie jak np. Stauffenberg kreowane są na wielkich przeciwników nazizmu, którzy swoje życie oddali w walce z faszyzmem. O tym, że najpierw temu systemowi wiernie służyli, jakoś się nie wspomina. Ważną rolę odgrywa tutaj np. centrum spotkań w Krzyżowej, która stała się symbolem pojednania polsko-niemieckiego i generalnie walki przeciwko totalitaryzmom. Ponad 20 lat temu nastąpiło tam historyczne spotkanie Mazowieckiego i Kohla. Również w Krzyżowej spotykała się grupa oporu, której członkiem był Stauffenberg. I to właśnie tam przygotowywane były plany nowego porządku europejskiego, który miał zostać zaprowadzony po odsunięciu Hitlera od władzy. Sprawa jest ciekawa, gdyż wiele z tych punktów pokrywa się z punktami wcielanymi w życie przez UE. W każdym bądź razie, jeśli tendencja się utrzyma,  jeszcze się okaże, że to sami Niemcy obalili faszyzm. O obaleniu komunizmu już wspomniałam.

Ostatni temat jest jednak najbardziej niepokojący. Zauważyłam, że od pewnego czasu w kręgach konserwatywnych odżył temat rzekomej polskiej odpowiedzialności za wybuch II Wojny Światowej. To nie jest żart, coraz częściej jestem konfrontowana właśnie z takimi twierdzeniami. Najpierw były to listy czytelników FAZ, którzy publicznie wyrażali swoje oburzenie faktem, że to największe kłamstwo historii XX wieku, czyli o wyłącznej odpowiedzialności Niemiec za wojnę, ciągle nie zostało zdemaskowane. Niedawno wpadła mi także w ręce skądinąd ciekawa książka pod redakcją Michaela Müllera „Dyktatura po cichu” (Die leise Diktatur), w której prezentowane są również takie żądania „odkłamania historii”.

Obraz wyłaniający się z tego krótkiego szkicu jest zupełnie czytelny: wojnę wywołali Polacy, zbrodni Holokaustu dokonali anonimowi naziści w polskich obozach koncentracyjnych, a na koniec polscy bandyci przeprowadzili akcję wypędzenia zupełnie niewinnych Niemców. Niemcy obalili faszyzm i komunizm, i generalnie są największymi na świecie orędownikami pokoju, demokracji, praw człowieka oraz światową inkwizycją, jeśli chodzi o antysemityzm. Nic, tylko adorować i współczuć. Jak wygląda wobec tego obraz Polski? Nawet nie chcę wspominać.

Jeśli my, Polacy, nie zrobimy nic, by to zmienić, to za kilkadziesiąt lat dokładnie tak będzie wyglądał obraz świata tkwiący w głowach nowych pokoleń.

Lech Kaczyński bardzo słusznie wskazywał na to zagrożenie. I dlatego tak był nienawidzony przez niemieckie (w tym także polskie, należące do niemieckich koncernów) i niemiecko-poddańcze media. Tusk robi dokładnie to, czego Niemcy od niego oczekują. Dlatego też rok temu została przyznana mu prestiżowa niemiecka nagroda Karola Wielkiego. Lech Kaczyński nie przysłużył się jednak interesom Polski. To, co robią Niemcy, jest wysoce niemoralne, ale leży w interesie Niemców. Wielu prawicowych polskich polityków nie rozumie, że inne państwa – nawet jeśli tak twierdzą – w polityce nie kierują się względami moralnymi, lecz po prostu dbają o swoje interesy. Lech Kaczyński prowokując bezpośrednią konfrontację z Niemcami, dał im tylko świetną okazję do tego, żeby cementować negatywny obraz Polski jako kraju nacjonalistów. Świat polityki oparty jest na kłamstwie i oszustwie, współczesna polityka nie opiera się na tomistycznej wizji polityki jako realizacji dobra wspólnego. Jest to świat Machiavellego i trzeba umieć się w nim poruszać. Nawet jeśli moralność i prawdę ma się po swojej stronie, to w polityce niewiele to znaczy. W politycy liczy się skuteczność.

Dlatego też nie podoba mi się to, jak temat niemieckiej polityki historycznej i związanych z tym zagrożeń dla polskiej racji stanu traktowany jest w polskich kręgach prawicowych. Za dużo tam antyniemieckich haseł, co przez Niemców jest skrzętnie wykorzystywane w celu kreowania się na ofiarę polskiego nacjonalizmu. Polska prawica sama wbija sobie gwóźdź do trumny. Niemcy się nie zmienią, bo mają za dużo do stracenia.  Argumenty moralne i apelowanie do sumienia jest zupełnie bez sensu. Zamiast tego, Polska powinna prowadzić swoją własną politykę kreowania pozytywnego wizerunku. Jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że nie musimy wiele „ukrywać”, żeby pokazać się z dobrej strony. Nie musimy kreować sztucznej rzeczywistości, bo „prawdziwa” rzeczywistość jest dla nas „korzystna”. Dlaczego więc nic nie robimy w tym celu, żeby świat nas zobaczył takimi, jakimi jesteśmy?! Dlaczego pozwalamy na to, żeby inni za nas kreowali nasz wizerunek?

Wizerunek, który nie tylko jest niekorzystny dla nas, ale jest także niezgodny z prawdą. Samo nic się za nas nie zrobi. Liczenie na to, że przeciętny mieszkaniec światowego kołchozu sam się zainteresuje historią Polski, jest szczytem naiwności i głupoty. Jeśli w swojej ulubionej gazecie czyta o polskich obozach koncentracyjnych, to oczywiście nabierze przekonania, że „z tymi Polakami to trzeba uważać”. Konsumentowi prawdę trzeba podsunąć pod nos, sam jej nie będzie szukał. I jeśli za 30 lat będziemy przepraszać cały świat za wszystkie nasze „zbrodnie”, to sami będziemy sobie winni. W polityce wygrywa ten, kto skutecznie dba i walczy o swoje.

Od 20 lat Niemcy wysyłają do Polski całe sztaby swoich ekspertów, którzy mają cywilizować nasz kraj. Szkoda, że nie nauczyli polskich polityków tego, co sami opanowali w sposób mistrzowski. Ale trudno się dziwić: w końcu mamy tu do czynienia z jasnym konfliktem interesów. W interesie Niemiec nie leży, by Polska samodzielnie kształtowała swój pozytywny wizerunek w świecie. Wizerunek ten mógłby pokazywać Niemców w dość negatywnym świetle. O Holokauście mówi się dużo, ale to nie Niemcy są za niego odpowiedzialni, tylko naziści, którzy mordowali Żydów w polskich obozach koncentracyjnych.

Magdalena Ziętek
[aw]

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “O tym, jak przegrywamy wojnę propagandową”

  1. To jest święta racja, że nasi nic a nic nie rozumieją z polityki. Za bardzo zaufali wizji „wolności, równości i braterstwa” socjalistycznego tworu „Unii Europejskiej” i dlatego tak łatwo się podkładają. Nie wiem, na prawdę nie wiem, jakim trzeba być durniem, aby uwierzyć w to, że wewnątrz Unii wszyscy będą szczęśliwi, jak nie będziemy wypominać innym wypaczeń i wykrzywień historii. Poprawność polityczna w Polsce doszła do takiego poziomu, że sam Komorowski ostatnio w rocznicę zdobycia Auschwitz nic nie wspomniał o Niemcach.

  2. Artykuł słaby merytorycznie i bardzo tendencyjnie napisany. Pierwsza sprawa: żaden argument nie jest tu podparty konkretnymi dowodami (jakimiś odnośnikami, przypisami). Są to więc prywatne opinie autorki, bardzo chyba nie lubiącej Niemców. I tak zacznijmy od początku. 1. Gospodarka. To prawda, że dobry PR jest ważny także dla gospodarki, ale bez porządnego rynku, produkcji i konkurencji będzie tylko pustym sloganem. To nieprawda, że Niemcy przezyły rozkwit gospodarczy dopiero po wojnie. Duże firmy, motory napędowe niemieckiej gospodarki (Mercedes, BMW, VW, Siemens itd.) to firmy które mogą wykazać się dużo dalej sięgającą historią niż do roku 1945 i jakość ich produktów była znana już dużo wcześniej. Po wojnie po prostu kontynuowano, modernizowano. I to przede wszystkim decyduje w ponad 90% o sukcesie, a PR, czy dawniej propaganda to po prostu tylko dodatek do całości. 2. II WŚ. To fakt Niemcy rozpoczęły II WŚ, ale nie były jedynym agresorem. Jak sama nazwa wskazuje nie była to wojna polsko-niemiecka, tylko wojna światowa. Pech chciał, że geograficznie znajdujemy się blisko Niemiec, więc w naturalny sposób staliśmy się ofiarami ich agresji, ale w tamtejszej sytuacji światowej, jeśli popatrzy się na to trochę dalej (kryzys, rozwój nacjinalizmów) to byli agresorzy i także beneficjenci. Czy Niemcy są beneficjentami? Trudno jednoznacznie określić. Na pewno uporządkowanie swojej historii i rozliczenie jej nie jest takie antypolskie jak autorka sugeruje. Żydzi dostali już mnóstwo odszkodowań, dawniej w markach i do dzisiaj dostają w euro, Polacy, którzy udowodnili pracę przymusową i inni także. Oczywiście utraconych bliskich żadne pieniądze nie zwrócą, ale liczy się dobry gest. Sowieci byli takimi samymi agresorami jak Niemcy i jakoś nie słyszno do tej pory, aby ktoś dostał choćby rubla jakiegokolwiek odszkodowania, więc nie jest aż tak źle. Poza tym czas leczy rany i do dzisiaj żyje już szczątkowo pokolenie, które może domagać się jakichkolwiek odszkodowań z tego tytułu. Co do wypędzeń to sprawa jest bardziej złożona niż przedstawiają to media. Nikt nie słucha żadnych argumentów, tylko emocje biorą górę, a szkoda, bo z E. Steinbach zrobiono wręcz upiora. Nikt nie przeczy współodpowiedzialności Niemiec z II WŚ, ale także nikt nie przeczy ich odpowiedzialności za np. I WŚ. Z tą różnicą, że po I WŚ z terenów np. przypadłych Polsce, kosztem tamtejszych Niemiec (np. poznańskie) nikt nikogo nie wypędzał, po podziale na przykład wschodniej części Górnego Śląska na PL i DE Niemcy stali się po prostu legalną mniejszością narodową. Po II WŚ z terenów kraju Saary, który miał docelowo być przyłączony do Francji także nikogo nie wypędzano. Wypędzono jedynie z terenów przypadłych Polsce, Rosji (Kaliningrad) i Czechom po II WŚ, więc o to w zasadzie chodzi tym ziomkostwom, a także o to, że sam proceder wysiedleń odbywał się w „różnych” warunkach i dokonywali go bezpośrednio Polacy (MO) i Czesi. Tak się potoczyła historia, tak wyszło. Naturalnie nikt normalny nie będzie się domagał rewizji granic, a także zważywszy na fakt, że wypędzenia byli prawnie legalne (konferencja w Poczdamie) także nie należy się żadne świadczenie socjalne, ale chyba nic złego w tym, że ktoś pielęgnuje pamieć o swoim heimacie, odwiedza dawne strony itd. Z Polaków tylko kresowiacy tak naprawdę rozumieją o co chodzi. To temat który powienien łączyć nasze dwa państwa, a nie je dzielić. 3. Rola Polski. Jako państwo o dość dogodnej pozycji powinniśmy pozyskać Niemcy jako ważnego i strategicznego sojusznika. Buńczuczne odgrażanie się jest dziecinne i głupie, nieczego nie zmienia i nic z tego nie mamy. Jeśli jednak przedmiotem debaty publicznej zamiast takich rzeczy jest umiejscowienie krzyża koło pałacu prezydenckiego, albo analiza stanu psychicznego oraz mało intelektualnych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego to sprawa bądź co bądź ważna stoi nadal w miejscu.

  3. Jak zwykle pisze pani głupoty. „W ciągu 200 lat Prusy i Niemcy wywołały dziewięć wojen, w tym pięć wielkich, a dwie światowe, i dodatkowo wzięły udział w rozbiorach Polski…” – Prusy nie wywołały wojny z 1756 roku, ani tej z 1778 roku, nie wywolały także wojny z Napoleonem – sam napadł na nie i inne kraje, ani I wojny Św. – bo tą wywołała tak naprawdę Austria zajmując Serbię, i Rosja, która sie temu sprzeciwiła. Jeśli chodzi o „nazistów”, to prosze powiedzieć otwarcie, że to Polacy a nie „komuniści” interweniowali w Pradze… Jeśli chodzi o propagandę, to takie książki jak te , o kt. pani wspomina, wychodziły wówczas w całej Europie. Jeśli chodzi o denazyfikację – to była ona o wiele poważniejsza, surowsza i głębsza niż np. dekomunizacja w jakimkolwiek krau Europy. Amerykanie w latach 1945-1947 doprowadzili do osądzenia i skazania tysięcy ludzi, w tym zwykłych strażników więziennnych. Denazyfikacja była wtłaczana w niemieckie mózgi w szkołach w skali, którą trudno sobie wyobrazić. W strefie radz. było mniej ludzi do denazyfikowania, bo naziści uciekali na Zachód. Lepiej by pani napisała coś o potrzebnej dekomunizacji, a nie o rzeczach których nie rozumie. Natomiast sam PR – czy jakikolwiek państwo go nie prowadzi???? Zła zaś opinia o Polsce wynika z polskiej nietolerancji, niezdolności do samodz. myślenia, ignorancji dyplomatycznej, prowadz. polityki o hasła a ni wokół poważnych problemów, katolicyzmu który kontrastuje nawet z Czechami (59% ateistów lub bezwyznaniowców) i Węgrami (ok. 30% ateistów lub b.). No ale teraz będzie spis powsz. to zobaczymy jak to naprawdę jest:)

  4. @P. Napierala: Jesli chce Pan wierzyc w mit denazyfikacji, to prosze bardzo. Owszem, Amerykanie po wojnie uwiezieli sporo osob, ale na poczatku 50 lat wiekszosc z nich byla juz wolna i zaczela nowe kariery. Wtlaczanie denazyfikacji w szkolach- to dopiero po 68 roku, wczesniej to byl zupelny temat tabu. I wlasnie na tym niemiecka lewica zbudowala swoja wlasna tozsamosc: prawica to nazisci, my jestesmy lewica i jestesmy przeciwko faszystowskiej prawicy. Denazyfikacja to tak naprawde nowa propaganda, i to propagadna czysto lewicowa. Przecietny Niemiec nie ma zielonego pojecia o tym, czym byl caly ten zbrodniczy system. On wie tylko, ze on jest ten dobry Niemiec bo lewicowy.

  5. Ustosunkowała się pani tylko do jednego z moich zastrzeżeń, ale dobre i to. Denazyfikacja może i pozostawiała sporo do życzenia, ale się odbyła. Niemcom by się przydała raczej dekomunizacja – zbadanie powiązań między die Linke a lewakami i pogromienie ekoterrorystów

  6. @foxmann: ja mieszkam w Niemczech, i moje nastawienie do pewnych spraw zmienilo sie wlasnie pod wplywem konkretnych doswiadczen. Kwestia, ktora mnie najbardziej interesuje jest to, jak ludzie mysla i co moze kiedys z tego wyniknac. Chodzi o schematy myslowe. Widze powolna zmiane mentalnosci Niemcow. Wazna kwestia jest sprawa polskiego antysemityzmu. Niemiecka opinia publiczna „chlonie” takie historie jak te opisywane przez Grossa. Pozyskanie Niemiec: to Niemcy pozyskaly nas, do budowania eurokolchozu w heglowsko-pruskiej tradycji panstwowosci.

  7. szanowna pani, ja także mieszkam w RFN i wcale tego tak nie postrzegam jak pani. Tak więc różnie ludzie uważają. Skoro pani mieszka tutaj to chyba aż tak źle nie jest, jak sądze. Nie napisała pani jakie konkretne doświadczenia wpłynęły na pani zdanie. Pisze pani: „Chodzi o schematy myslowe.” – no właśnie w tym artykule nie było niczego innego jak tylko stereotypy i schematy myślowe, a rzeczywistość jest bardziej złożona i nie da się jej obiektywnie zdefiniować. Przykład chociażby kwesti wypędzonych. Opisałem poniżej z faktami, o które ciężko w tzw. mainstreamie medialnym. Ciężko o nich w taki sposób przeczytać np. w polskich gazetach. Tak czy inaczej problem jest zdecydowanie upolityczniony i rozdmuchany to potężnych rozmiarów, a przecież wcale tak nie musi być. Polacy też mają swoich kresowych wypędzonych przecież. II WŚ to także bardziej złożna sprawa niż tylko napaść Hitlera na Polskę. To fakt, że Niemcy to potęga gospodarcza, kulturalna. Mówię to zupełnie neutralnie. Takie są fakty. Jeśli chcemy normalnie w takim układzie funkcjonować (mająć za sąsiada takie państwo) musimy go pozyskać jako naszego najlepszego sojusznika. Historia historią, ale bieżące sprawy i przyszłość to podstawa. Czy ma pani jakiś lepszy pomysł niż współpaca i wspólne interesy? Z tego artykułu naprawdę z całym szacunkiem, bo wcześniejsze były dużo lepsze, nie wynika nic. Jest to tylko powtórzenie utartych schematów myślowych, tyle że polskich.

  8. Wybaczcie państwo, ale do napisania, że 2+2=4 nie trzeba podawać żadnej bibliografii, tak też do samego procesu propagandy antypolskiej, większej bibliografii nie trzeba. Jest to zjawisko od dawna zauważalne i odczuwalne. Polska nie posiada żadnej propagandy na arenie międzynarodowej, nawet ma antypropagadnę. Jak można prowadzić poważną politykę zagraniczną, kiedy sami siebie malujemy w barwy szmalcowników czy brunatnych inkwizytorów? Panie Napierała – mimo wszystko i ten element jest ważny. Dlaczego, może się Pan zapytać – a to dlatego, że doktryna „oblężonej twierdzy”, w przeciwieństwie do Żydów, jest u nas traktowana jako oznaka paranoi. Suma sumarum prowadzi do tego, że ludzie coraz szybciej się depolonizują. Wyjeżdżają na zachód i tracą najpierw akcent, potem obyczaje, religię i język aż w końcu świadomość. Jak dawna emigracja robiła ile się da, by trzymać poprawną polszczyznę to teraz się o to nie dba. Często spotykam się ze stwierdzeniem, że nowa emigracja jest bardziej „amerykanska” niż stara. Teoretycznie mamy 40 mln Polaków – jakby każdego z nich zapytać, czy chciałby być kimś innym niż Polakiem, zapewne wielu by stwierdziło że nie. Takie obrzydzenie Polską i Polskością najpierw dotyka się zewnętrza by ostatecznie dotknąć serca. I tak powolutku, pomalutku nie będzie Polski i Polaków. Eto wsio…

  9. eee tam naród nie zginie. Dlaczego młodzi mają woleć być polakami niż amerykanami? Proszę przedstawić jeden powód!

  10. szanowna pani, ja także mieszkam w RFN i wcale tego tak nie postrzegam jak pani. Tak więc różnie ludzie uważają. Skoro pani mieszka tutaj to chyba aż tak źle nie jest, jak sądze. Nie napisała pani jakie konkretne doświadczenia wpłynęły na pani zdanie. Pisze pani: „Chodzi o schematy myslowe.” – no właśnie w tym artykule nie było niczego innego jak tylko stereotypy i schematy myślowe, a rzeczywistość jest bardziej złożona i nie da się jej obiektywnie zdefiniować. Przykład chociażby kwesti wypędzonych. Opisałem poniżej z faktami, o które ciężko w tzw. mainstreamie medialnym. Ciężko o nich w taki sposób przeczytać np. w polskich gazetach. Tak czy inaczej problem jest zdecydowanie upolityczniony i rozdmuchany to potężnych rozmiarów, a przecież wcale tak nie musi być. Polacy też mają swoich kresowych wypędzonych przecież. II WŚ to także bardziej złożna sprawa niż tylko napaść Hitlera na Polskę. To fakt, że Niemcy to potęga gospodarcza, kulturalna. Mówię to zupełnie neutralnie. Takie są fakty. Jeśli chcemy normalnie w takim układzie funkcjonować (mająć za sąsiada takie państwo) musimy go pozyskać jako naszego najlepszego sojusznika. Historia historią, ale bieżące sprawy i przyszłość to podstawa. Czy ma pani jakiś lepszy pomysł niż współpaca i wspólne interesy? Z tego artykułu naprawdę z całym szacunkiem, bo wcześniejsze były dużo lepsze, nie wynika nic. Jest to tylko powtórzenie utartych schematów myślowych, tyle że polskich.

  11. Jeżeli to wszystko prawda to prawdziwe jest twierdzenie, że Niemcy to zdolny naród, który potrafi się podnieść z największej zapaści.

  12. Panie Napierała: naród zginie, bo zginąć może. Gdzie są Hetyci? Gdzie są Numidyjczycy? Gdzie Prusowie? Nie ma – wyginęli, zostali pochłonięci przez innych. Dlaczego zaś Polacy mieliby chcieć być Polakami niż Amerykanami? A czy musi być jakiś powód? Gdyby był jakiś konkretny powód, to by graniczyło o grzech Symonii, ale nie ma żadnego konkretnego powodu. Wszelkie powodu, dlaczego trzeba trzymać się swojej tożsamości narodowej a nie w obce piórka stroić, są niekonkretne i nieopisywalne.

  13. @foxmann: Propagande ma kazde panstwo, jak np. USA. Jest to element polityki. I tak wlasnie staralam sie pokazac niemiecka propagande- jako element niemieckiej polityki. Polska moim zdaniem swojej propagandy po prostu nie ma. Taka jest teza tego tekstu. Pozyskanie Niemcow- powtarzam- Niemcy potrzebuja nas do tego, zebysmy razem z nimi budowali eurokolchoz. Wspolny rynek lezy w interesie niemieckiej gospodarki. A co lezy w naszym interesie? Moze nalezaloby zaczac od zdefiniowania tego, co jest naszym interesem.

  14. @pbala: Niemcy to narod skuteczny w swoich dzialaniach. I tego mozna sie od nich uczyc. Po wojnie wzieli sie do roboty i kilka lat pozniej mieli cud gospodarczy. A my? Przez nastepne dziesieciolecia bedziemy rozpamietywac katastrofe smolenska i oplakiwac swoj los.

  15. Z drobną poprawką: Temat trudny, do dyskusji na godziny, a u nas dodatkowo bardzo drażliwy, tym bardziej, że solidnie obrobiony przez propagandę. Zgoda, Niemcy w 1939 r. jako pierwsze rozpoczęły działania militarne, ale czy w istocie to one wywołały wojnę, która „przemieniła się” później w światową? Wiem, z pozoru brzmi to jak jakaś „herezja”, ale tylko z pozoru. Dodam od razu, że nie jestem żadnym naiwnym germanofilem, a temat pasjonuje mnie od lat. Moim zdaniem, aby zrozumieć, jaka toczy dziś się gra, trzeba najpierw zrozumieć, o co toczyła się wtedy. A jest to możliwe tylko wtedy, kiedy uda się spojrzeć na sprawę chłodnym okiem, dystansując się do emocji z tym tematem związanych. Zresztą dotyczy w równym stopniu historycznych relacji Polski z Niemcami, jak i z Rosją. Niestety, wielu Polaków nie jest zdolnych do spojrzenia na te relacje bez emocji. Napiszę ogólnie, że moim zdaniem w latach 30-tych XX w. miejsce Polski było w Pakcie Antykominternowskim. Jednak wrogowie europejskiej cywilizacji zadbali skutecznie o to, abyśmy się tam nie znaleźli.

  16. @Mariusz Szymański: mi również daleko od romantyzmu i też uważam, że Polska powinna przystąpić do Paktu, ale nie za bardzo rozumiem na jakich przesłankach możnaby oprzeć tezę, że to niekoniecznie Rzesza była odpowiedzialna za wybuch wojny. Przecież wszystkie działania Niemców, począwszy od wkroczenia do strefy zdemilitaryzowanej (Nadrenia) były w dłuższej perspektywie wycelowane w konflikt zbrojny, a odrzucenie przez Polaków propozycji Hitlera nie usprawiedliwiają agresji, bo Polska żadnego obowiązku zgodzić się nie miała.

  17. szanowna pani, to żadne odkrycie, że każde państwo ma swoją „propagandę”, czyli dba o swoje interesy. Nie każde jednak ma takie same możliwości dbania o nie i wywierania nacisku na politykę światową. Zgodzi się chyba pani, że głos Niemiec w ważnych dla Europy i świata sprawach więcej znaczy niż głos Polski. Takie są realia. Powinniśmy zacząć od uporządkowania swojego własnego podwórka. Nie wiem czy Niemcy nas do czegokolwiek potrzebują. Myślę, że poradziłby sobie i bez Polski, ale Polska bez Niemiec już niekoniecznie, zważywszy na to, że jest to duży rynek (np. zbytu dla naszych produktów). Dobre z nimi stosunku leżą w szeroko pojetym interesie Polski. Ich potęga wynika z innego nastawienia mentalnego. Jeśli Niemiec widzi lepszego od siebie to może i trochę mu zazdrości, ale jeśli ten lepszy ma dobre kwalifikacje to zaakceptuje to, że będzie on jego szefem, bo sam wie, że z takim człowiekiem sam może wiele tylko profitować. Polak jeśli widzi lepszego od siebie to będzie robił wszystko, aby ten czasem nie był górą. Trochę generalizuję, ale tak to w istocie jest. Sam fakt , że oboje mieszkamy tutaj daje prosty wniosek, że lepiej mieszkać w państwie przewidywalnym, w którym można się rozwijać i realizować swoje plany i marzenia. Wyciąganie faktów takich jak: II WŚ, „że się nie da i wszystko jest bez sensu”, zagrożenie to wszystko można między bajki włożyć. Mieszkamy tu i teraz i historia choć jest ważna jest podrzędna wobec teraźniejszości. Nie wiem z czym pani ma problem. Nawet wyciągając z pani artykułu wniosek taki, że „Polska nie ma swojej propagandy” to co z niego tak konkretnie wynika. Co proponuje pani jako konkretne działania w tym temacie.

  18. @foxmann: odsylam do kolejnych artykulow na ten temat. W jednym tekscie nie da sie wszystkiego powiedziec 🙂

  19. @Nameless -> Z tego, co napisałem, nie wynika przecież, że to Polskę obciążam odpowiedzialnością za wybuch wojny we wrześniu 1939 r. Co do remilitaryzacji Nadrenii, trudno się Niemcom dziwić, w końcu Nadrenia, to terytorium Niemiec i niby dlaczego nie miałaby tam stacjonować niemiecka armia? Fakt, Niemcy przyjęły niezwykle ciężkie warunki pokojowe narzucone im w Wersalu przez zwycięską koalicję, włączając w to absurdalną kwotę reparacji wojennych (które dopiero całkiem niedawno spłaciły, po przerwie spowodowanej II w.ś.) oraz francuską i belgijską okupację części terytorium. Doprowadziło to do wielkiej nędzy, co w połączeniu ze zdziczałymi zachowaniami francuskich okupantów wytworzyło dość powszechną chęć rewanżu. Niemcy są zbyt dużym, silnym, dumnym i dobrze zorganizowanym narodem, aby taki stan rzeczy mogli długo tolerować. Warto zauważyć, że po 1945 r. alianci nie popełnili już podobnego błędu (choć sposób traktowania niemieckich jeńców przez Francuzów zaraz po wojnie kolejny raz potwierdził, że są oni „bohaterami” jedynie wobec słabych i jeńców). Swoistej kontroli nad „niemieckimi zapędami” miało między innymi służyć utworzenie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, czyli zarzewia obecnej UE oraz (jak dotąd skuteczna) pacyfizacja Niemiec. Wracając zaś do wybuchu wojny: ś.p. prof Paweł Wieczorkiewicz uważał, że za wybuch wojny w 1939 r. ponoszą odpowiedzialność Wielka Brytania i Sowiety. Nie będę się tu rozwodził na ten temat, ale w zasadzie podzielam taki punkt widzenia. Oczywiście Polska NIE MUSIAŁA zawrzeć (niestety) sojuszu z Niemcami na skalę, jaką Niemcy proponowały, włączając w to propozycję dodatkowego, tajnego protokołu, przewidującego przyszłą wspólną walkę przeciwko Sowietom. Zwiedziona przez fałszywe obietnice angielskie (a może i sowieckie intrygi) poszła na zgubną konfrontację z Niemcami. W ówczesnej sytuacji z pewnością nie było to działanie ani racjonalne, ani pragmatyczne. Jak prawie wszyscy chyba w Polsce słyszeli, Adolf Hitler wysunął pod adresem Polski żądanie budowy eksterytorialnej autostrady do Prus Książęcych oraz włączenia do Niemiec Gdańska. Czy te żądania w istocie zagrażały bezpieczeństwu Polski? Czy w istocie groziły „odsunięciem od morza”? Zarzewiem tych roszczeń był sam Wersal, gdzie nasi angielscy i amerykańscy „sojusznicy” odrzucili propozycję Romana Dmowskiego, aby zarówno Prusy, jak i Gdańsk włączyć do Polski. W tamtych czasach, gdy transport lotniczy był w powijakach, Niemcy potrzebowali swobodnej komunikacji z częścią swojego państwa, jaką były Prusy. Budowa takiej autostrady wcale nie musiała nam zaszkodzić, a nawet mogła być korzystna gospodarczo. Co do Gdańska: pozostaje faktem, że w tamtych czasach ludność tego miasta była w zasadniczej części niemiecka, nasze wpływy w Gdańsku bardzo iluzoryczne, a po budowie Gdyni dysponowaliśmy dużym portem na Bałtyku. Oczywiście nie sposób przewidzieć, czy Hitler zadowoliłby się zaspokojeniem tych dwóch żądań, czy by wysunął kolejne. Był jednak politykiem pragmatycznym (przynajmniej w tym okresie), który potrafił zrezygnować z wysunięcia roszczeń pod adresem Włoch o zwrot południowej Bawarii. Co ciekawe, Hitler wtedy NIE BYŁ orędownikiem przywrócenia granic Rzeszy z 1914 r. w przeciwieństwie na przykład do takiego von Stauffenberga. Tak, czy inaczej, konflikt z Niemcami kosztował nas ruinę gospodarczą i katastrofę demograficzną, a ciężko zresztą racjonalnie uznać, że naprawdę należymy do „zwycięzców”. Co do Paktu Ribentropp-Mołotow warto zwrócić uwagę, że Hitler, jako pragmatyk, zawarł ten sojusz dopiero po odrzuceniu przez Polskę niemieckich propozycji i po nawiązaniu współpracy polityczno-wojskowej z Anglią i Francją, co uznał za zagrożenie dla Niemiec i zarazem za wbicie przez Polskę Niemcom „noża w plecy”. Wracając zaś jeszcze do samych okoliczności wybuchu wojny, warto pamiętać kogo Hitler uważał za głównego wroga i z pewnością nie byli to Polacy. Konkludując: uważam, że za wybuch wojny odpowiedzialność ponoszą siły, które niepokoił wzrost potęgi Niemiec oraz kierunek zmian, zachodzących w tym kraju.

  20. Widać, że pan Szymański jako nieliczna osoba tutaj na forum myśli logicznie. Sprawa korytarza do Prus Wschodnich to tylko pseudo”duma” rządzących w tamtych czasach. Byłaby przynajmniej ścieżka pod autostradę obecnie na pomorzu. Zresztą jest teraz też ta Berlinka droga ekspresowa koło Elbląga. Ryzykować tak wiele (ruinę militarną, gospodarczą, śmierć wielu osób) w młodym państwie tylko po to, aby pomachać sobie szabelką i powiedzieć, że „Polska nie zna pokoju za wszelką cenę”. Casus Gdańska to nawet obecnie polscy historycy podobnie opisują. W polityce „zgodę” na coś zawsze można dobrze politycznie przehandlować. A że historia lubi się powtarzać widzimy w sprawie rury na dnie Bałtyku. Wielcy robią interesy i dogadują się z WSZYSTKIMI na około, tylko oczywiście nie z knąbrną, gnuśną i uperdliwą Polską.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.