Od podstaw

Oczywiście, całą sprawę można wykorzystywać do podniesienia kwestii ważnych, jak np. niepokonywalne różnice cywilizacyjne albo nadmierne uzależnienie polityki III RP od Brukseli – lub też nieważnych, a w każdym razie fałszywie stawianych, jak postulat zniesienia wszelkich zasiłków społecznych „żeby Arabowie do nas nie przyjechali”. Idąc wszak tropem argumentacji JKM (obliczonej na wykorzystanie ludycznego przekonania, że „Araby, panie, to nieroby!”) – jeszcze bardziej konsekwentne byłoby i zlikwidowanie wszystkich zasiłków – i dalsze ograniczanie dostępnych miejsc pracy, bo przecież jednak „przynajmniej niektórzy” imigranci przyjeżdżają do roboty!

Afera wyborcza

Zasadniczo zaś – cały problem przybycia coś bodaj 120 tys. przybyszów zainteresowanych ok. 700 tysiącami miejsc pracy w gospodarce niemieckiej jest globalnie (i bezpośrednio dla Polski zresztą też) na tyle nieistotny, że pewnie mieści się właśnie w zakresie autonomii niemieckiej (i w takiej roli jest zresztą wymieniony w tekście „Kwestia niemiecka”). Powtórzę raz jeszcze – awantura o przybyszów to w dużej mierze hucpa obliczona na polaryzację elektoratów w wyborach, stąd więc z jednej strony PO mobilizuje radykalnych tolerancjonistów, ziejących nienawiścią do „polskiego zaścianka”, z drugiej zaś PiS i KORWiN rzeczywiście odwołują się do naprawdę istniejącej w części polskich umysłów ksenofobii (w przypadku partii Kaczyńskiego podszytej jeszcze antygermańsko). Ponieważ człowieka inteligentnego wszelki moheryzm i szczery entuzjazm w takich kwestiach – powinien raczej bawić, zostańmy przy konstatacji, że nasza chata z kraja.

Porachujmy

Oczywiście pośrednio jednak dotykają Polski ekonomiczne aspekty całej tej afery. Odpowiedzialnie myśląc możemy się więc zastanawiać, na ile przybywający do Europy imigranci będą konkurencją dla Polaków funkcjonujących na zachodnim rynku pracy? Chyba tylko do pewnego stopnia, bo i nasze rezerwy kadrowe powoli się wyczerpują i to jednak już nieco inny poziom np. wynagrodzeń, ale warto obserwować rozwój wydarzeń, skoro nawet bez „polityki antyimigracyjnej” nowych miejsc pracy w Polsce nie ma i nie będzie. Po drugie zaś – powtarzając, że jesteśmy przecież częścią gospodarki Wielkich Niemiec powinniśmy brać pod uwagę jak wpłynie na nią przybywanie gastarbeiterów – lub zablokowanie tego procesu. Nie miejsce tu na takie analizy, ale trzeba podkreślić, że przecież to nie my byliśmy jakąś tam „zieloną wyspą”, tylko pewna część Polaków (bynajmniej nie tylko siepaczy UE i kolaborantów PO) utrzymała w ostatnich latach pewien zadowalający ich (acz mizerny w porównaniu ze standardami europejskimi) poziom konsumpcji właśnie dlatego, że kryzys (?) znośnie przetrwała gospodarka niemiecka. Wahnięcia dynamiki niemieckiego rozwoju odbiją się na nas – jako peryferiach Rzeszy, więc niech nas martwi raczej ewentualne gospodarcze, a mniej cywilizacyjne samobójstwo Zachodu.

Nie podniecać

Czy więc „wspólny front wyszehradzki” ma dla Polski tak pierwszoplanowe znaczenie? Po pierwsze – przecież nigdy go nie było. Grupa Wyszehradzka nie mogła umrzeć, skoro nigdy nie była żywa. Jakieś kuluarowe rozmowy premierów i ministrów i tak przecież żadnego sojuszu by nie zbudowały i to nie tylko dlatego, że Ewa Kopacz to nie ten format co Victor Orbán i Robert Fico. Ba, stawiam orzechy przeciw dolarom, że nawet prezes Kaczyński niczego by na obszarze bałtycko-karpackim nie zbudował, bo po prostu nie ma takiego zlecenia ze strony zewnętrznych, głównie amerykańskich architektów sceny międzynarodowej.

Pozostaję więc konsekwentnie sceptyczny wobec szans na budowę jakiejś „solidarności środkowoeuropejskiej”, choć gdyby udało się faktycznie przynajmniej zbliżyć do urzeczywistnienia Unii Europejskiej-bis, czy „Europy drugich prędkości” – byłoby to istotnie zjawisko pozytywne, o ile katalizowałoby docelowy rozpad UE, a nie jej przetrwanie w jakiejś przepotwarzonej formie à la rzekomy „euro-realizm”. Mam też zasadnicze wątpliwości, czy „taki urealniony Visegrad” udałoby się osiągnąć akurat na bazie kwestii imigranckiej, w której rządy naszych południowych sąsiadów (może poza mającymi autentyczny problem Węgrami) działają przecież raczej na gruncie PR-u na użytek wewnętrzny, a nie na rzecz trwałej reorientacji swojej geopolityki, czy choćby stosunku do UE (i zwłaszcza USA).

Nie zmienia to faktu, że o ile ekonomicznie cała sprawa imigrancka nie jest jednoznaczna, to głosowanie przeciw kwotowaniu uchodźców mogłoby stać się propagandowo użyteczne, podobnie jak różnorakie inne próby osłabiania „europejskiej solidarności” i sabotowania unijnego państwa, choćby werbalnie. Tematy takie zawsze można rzucać ludowi do pobudzenia nastrojów antybrukselskich, tylko może niech dorośli ludzie się tak nimi nie ekscytują.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *