Od Sodalicji Mariańskiej do granicy na Odrze

Szanowni Zebrani, Drodzy moi,
Dziękuję za zaproszenie na Kongres. Niestety, zły stan zdrowia nie pozwala mi dzisiaj być wśród Was. Zapowiedziom ewentualnego udziału w Kongresie oraz zbliżającej się 90. rocznicy moich urodzin towarzyszy specyficzny „akompaniament” – oburzenie, oskarżenia, potępienia, nawet epitety. Właściwie powinienem odczuwać swego rodzaju „satysfakcję”, iż dzieje się to po 23 latach od oddania władzy, kiedy już z mojej strony nie ma żadnych politycznych możliwości i aspiracji.

Do tego stwierdzenia mógłbym się ograniczyć, a nawet zbyć to żartem Szwejka – to dobrze, iż nieprzyjaciel do nas strzela, gdyż będzie miał mniej amunicji. Co prawda, ta „amunicja” bywa wielokrotnego użytku – przy tym często zwietrzała. Ale głośna. W istocie rzeczy chodzi o uderzenie w Lewicę, która żyje, wzmacnia swą kondycję, czego wyrazem jest dzisiejszy Kongres. Jej system wartości jest mi niezmiennie bliski. Ale punkt wyjścia był inny. Należałem do warstwy uprzywilejowanej – panicz z Podlasia, członek Sodalicji Mariańskiej z mieczykiem Chrobrego w klapie. Po latach coraz bardziej uświadamiałem sobie rażące kontrasty i niesprawiedliwy charakter owego ustroju. Wreszcie – wojna oraz wychowawcza rola Ludowego Wojska Polskiego. Stąd też zaangażowanie po stronie Lewicy, której jestem wiemy po dzisiejszy dzień.

Ukazało się wiele moich publikacji, w tym kilka książek, zwłaszcza dotyczących stanu wojennego. Zawierają one dokumentalnie moje obszerne wyjaśnienia, m.in. złożone przed sądem w roku 2008 i wydane w 319-stronicowej książce pt. „Ostatnie słowo” (Wyd. Comandor 2008 r.). Były również książki wcześniejsze, m.in. „Stan wojenny. Dlaczego…” oraz późniejsza „Starsi o 30 lat”. Spodziewałem się konkretnych komentarzy, polemiki, krytyki – a tu wymowna cisza.(…)

W kilku napisanych przeze mnie książkach, chyba już w setkach artykułów, wywiadów, wypowiedzi (w tym w oficjalnych oświadczeniach) często pojawiają się słowa: żałuję, ubolewam, przepraszam. Odnosi się to szczególnie do wszystkich tych okoliczności i faktów, jakie niosły ze sobą jakąś ludzką krzywdę i ból. (…)

W 1991 roku demokratycznie wybrany Sejm powołał Komisję Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Oto kluczowy fragment jej wniosków: „Niedopuszczenie do urzeczywistnienia się niebezpieczeństwa grożącego wówczas Polsce było próbą ratowania dobra nieporównywalnie większego. Jeśli do tego dodać lawinowe pogarszanie się sytuacji gospodarczej i związane z tym zagrożenie elementarnych warunków bytu obywateli, to powstrzymanie tego procesu przy użyciu środków nadzwyczajnych również staje się bardziej zrozumiałe. Przede wszystkim jednak nie ulega wątpliwości, że dopuszczenie do obcej interwencji zbrojnej lub do wybuchu starć wewnętrznych pociągnęłoby za sobą znacznie większe represje i cierpienia obywateli niż to miało miejsce wskutek wprowadzenia stanu wojennego. Potwierdzają to również i współczesne doświadczenia różnych regionów świata objętych walkami wewnętrznymi lub obcą interwencją. Destabilizacja w Polsce mogła wpłynąć wysoce negatywnie na sytuację w Europie Środkowej i Wschodniej. Mogła wręcz odwrócić bieg historii i w skrajnym przypadku stać się przyczyną konfliktu ogólnoświatowego. Mogła uniemożliwić, a w każdym razie opóźnić procesy demokratyzacji i zasadniczych przemian, jakie zaszły w naszym państwie oraz w całym regionie. Tak przeprowadzona analiza wskazuje wyraźnie na to, że wartość dobra ratowanego była nieporównywalnie większa od wartości dobra poświęcanego”. Powyższe stanowisko Komisji przyjął i zaaprobował Sejm Rzeczypospolitej Polskiej i Uchwałą z 23 października 1996 roku sprawę umorzył.

„Wkroczył” IPN, faktycznie dezawuując decyzję Sejmu, wprowadził kategorię „zorganizowanego związku przestępczego”, do której kuriozalnie zaliczył premiera i kilku ministrów. Proces od lat twa – zawieszony jedynie na okres moich schorzeń oraz ich następstw (nowotwór, zapalenia płuc). Podobnie jest z procesem w sprawie wydarzeń Grudnia 70. Przesłuchanych zostało ok. tysiąca świadków. Moje wyjaśnienia zostały opublikowane w książce pt: „Przed Sądem” rozszerzone o materiały zawarte w książce pt. „Przeciwko bezprawiu” (Wyd. Adam Marszałek, odpowiednio 2002 i 2004 rok).

Wszystko to nie zmienia doniosłej roli i historycznych zasług „Solidarności”. Mówię o tym z głębokim przekonaniem i szacunkiem dla wielu jej członków i działaczy, niektórych po prostu po ludzku lubię i podziwiam. Od niepamiętnych czasów dyskusyjna jest teza: „cel uświęca środki”. Cel generalny, do którego zmierzała „Solidarność”, był słuszny, nawet wzniosły. A jakie były środki? Można oczywiście je tłumaczyć, „uświęcać”, a diabolizować motywacje i postępowanie władzy. Faktem jednak jest, iż droga do tego celu obarczona była konsekwencjami rujnowania gospodarki, udręką codziennego bytu społeczeństwa, anarchizacją życia kraju, „wywoływaniem z lasu” zewnętrznego zagrożenia. Skłania to jednocześnie do myślenia nie w kategoriach „czarne-białe”, ale w duchu lepszego zrozumienia dylematów władzy, drugiej politycznej strony. Chodziło w szczególności o państwo. W okresie swego 45-letniego istnienia – obok organicznych schorzeń i ciężkich błędów – miało niewątpliwy dorobek. Tworzenie wyłącznie „czarnej legendy” PRL poniża, rzuca cień na miliony życiorysów Polaków – żyjących, kształcących się i uczciwie wówczas pracujących dla dobra kraju.

PZPR zeszła z politycznej sceny. Jej krytyczna ocena i surowe, polityczne osądzenie są uzasadnione. Nie uchylam się od tych ocen. Trzeba jednak dokonywać ich obiektywnie. Przede wszystkim uwzględniać historyczne uwarunkowania. Organizującą i mobilizującą rolę partii, zwłaszcza w okresie powojennej odbudowy. Jej program i praktykę, jako dźwigni awansu życiowego milionów ludzi z warstw i środowisk przez lata i wieki upośledzonych. Jej filozofię i praktykę społeczną, do których – stosownie do realiów czasu – nawiązywać powinna współczesna lewica. Przede wszystkim zaś przełomowy etap zmian zrealizowany z aktywnym udziałem ludzi partii.

Polska Ludowa nie była „dziurą w historii”. Oceniać ją trzeba nie według ko-
niunkturalnego politycznie zapotrzebowania, ale na gruncie realiów historycznych i międzynarodowych. (…)

Historyczne zwycięstwo – to przezwyciężenie zacofania, skok cywilizacyjno-kulturowy. Polska z rolniczego stała się krajem przemysłowo-rolniczym. Ktoś może powiedzieć, iż w tych latach wszyscy się rozwijali. Jednakże nasz powojenny punkt startu był, w wyniku bezprecedensowych zniszczeń i strat, znacznie trudniejszy.

Kolejne historyczne zwycięstwo Polski Ludowej to granice na Odrze i Nysie Łużyckiej batalia o przyłączenie tych Ziem, a następnie o uznanie granicznego status quo. Jeśli by jakimś cudem Polska po wojnie stała się państwem w pełni demokratycznym i w pełni suwerennym – to nie odzyskalibyśmy Lwowa i Wilna, i nie uzyskalibyśmy Wrocławia i Szczecina, szerokiego dostępu do morza. Byłoby więc to państwo słabe, kadłubowe, karłowate.

Nie przypadkowo te prawdy przypominam. Tym bardziej, iż są one przemilczane lub pomijane. A przecież to Lewica ma prawo do satysfakcji. W czasie kryzysu wzrasta zapotrzebowanie, jest koniunktura na jej ideały. Cele społeczne wołają o skuteczną realizację. Powinny być one w programach Lewicy, uwspółcześnionych w duchu socjaldemokracji. Są na tej Sali przedstawiciele różnych nurtów i środowisk Lewicy. Ale nie wszystkie. Konieczna jest konsolidacja, jako źródło siły i potencjału wyborczego. Krótko mówiąc: „maszerować można oddzielnie, ale nacierać i bronić się trzeba wspólnie”.

Wojciech Jaruzelski

Od Redakcji:
Tekst gen. Wojciecha Jaruzelskiego nie wyraża stanowiska Redakcji wobec PRL, które oczywiście jest krytyczne (acz potrafimy inaczej niż większość tego, co zwie się w Polsce “prawicą” podejść do decyzji o wprowadzeniu Stanu Wojennego). Celem zamieszczenia tego tekstu jest wyłącznie prezentacja poglądów Generała na własne życie i rolę historyczną.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *