OFErta

Gdy przed laty zmieniałem pracę porzucając liceum, kierowały mną bardzo prozaiczne pobudki. Otóż obliczyłem sobie, że w ciągu kilku lat na skutek malejącej liczby oddziałów w szkole zabraknie godzin na etat dla historyka. Dlatego nie potrafię wyjść ze zdumienia nad postawą „ekspertów”, którzy dopiero niedawno zauważyli, że w Polsce już nie grozi, ale trwa zapaść demograficzna. Naprawdę nie dało się tego wcześniej przewidzieć i podjąć kroków zaradczych?

Dało się. Ale to była pieśń przyszłości – dopóki kryzys demograficzny nie uderzył bezpośrednio w Święte Świętych, czyli w finanse państwa, w równowagę budżetową. Podejmuje się więc teraz gorączkowe działania, mające doraźnie uratować sytuację: wydłuża się wiek przejścia na emeryturę (łamiąc przy tym bez skrupułów rzymską zasadę lex retro non agit!), reformuje się system emerytalny. Z tym ostatnim akurat trudno się nie zgodzić: konstrukcja OFE to jeden z największych skandali tej transformacji. Obywatele zostali przez państwo opodatkowani na rzecz prywatnych korporacji, które do niczego nie są zobowiązane. Gdyby operując moimi pieniędzmi wypracowywały zysk, którym dzielilibyśmy się – uznałbym to za uczciwe. Ale z mojej składki najpierw potrącana jest prowizja – za nic! za łaskę pobierania moich pieniędzy – a zysk może będzie, a może nie. Tym niemniej desperackie ruchy rządu Tuska to tylko półśrodki, tymczasem potrzebny jest plan globalny.

Pozwolę sobie takowy zaproponować. Niestety zgodzić się musimy, że zasada solidarności pokoleniowej jest nie do utrzymania w warunkach zapaści demograficznej. Zarazem jednak system kont indywidualnych, w którym każdy sobie rzepkę skrobie, w praktyce spycha znaczną część emerytów w nędzę.

Uważam, że system emerytalny powinien z jednej strony zapewnić możliwość godnej egzystencji emerytom, z drugiej jednak – sprzyjać polityce pronatalistycznej. Te dwa cele można pogodzić na zasadzie „zindywidualizowanej solidarności pokoleniowej”, która zerwałaby z charakterystycznym dla obecnego systemu premiowaniem egoizmu. Mówiąc najprościej: emerytura składałaby się z dwóch lub trzech części – pierwszą gwarantowałoby państwo na poziomie minimum socjalnego, druga tworzona byłaby ze składek płaconych przez dzieci konkretnego emeryta (ewentualna trzecia to konto indywidualne). Dzięki temu im więcej emeryt miałby dzieci i im wyższe byłyby ich zarobki, tym wyższa byłaby jego emerytura. Sprzyjałoby to nie tylko polityce pronatalistycznej, ale też skłaniałoby rodziców do dbałości o wykształcenie i właściwe wychowanie potomstwa. A dzieci, rzec można, zwracałyby po latach rodzicielom koszty swego utrzymania. Oczywiście to tylko ogólna idea, dopracowania wymagają różne kwestie szczegółowe (np. rekompensaty dla osób bezpłodnych czy ludzi, którzy utracili dzieci).

Wątpliwości może też budzić pośrednictwo państwa przy przekazywaniu pieniędzy. Wydaje się ono jednak być niezbędne ze względu na (spójrzmy prawdzie w oczy) osłabienie więzi rodzinnych. Ideałem byłaby sytuacja, w której ludzie pomagają sobie nawzajem z dobrej woli, nie wyręczając się państwem – dziś niestety to utopia. W warunkach niewydolności wspólnot naturalnych instytucje publiczne muszą pełnić rolę protezy – a może tylko kuli ortopedycznej, którą będzie można odrzucić, gdy rekonwalescentowi powróci sprawności.

To oczywiście pomysł na jutro, bo pierwsze skutki działania takiego systemu dałyby o sobie znać za dwadzieścia lat. Natomiast na dziś zaproponować można wprowadzenie możliwości rozliczania się podatnika razem z dziećmi: im liczniejsza rodzina, tym niższe podatki by płaciła. Uważam to za lepsze rozwiązanie niż osławione „becikowe”, które zachęcać do prokreacji może tylko margines społeczny.

Inny problem to wydłużanie wieku emerytalnego. Jest to uzasadnione o tyle, że wydłużyła się średnia długość życia. Ale zarazem zmuszanie ludzi do pracowania wciąż i wciąż dłużej wydaje się nieludzkie – człowiek powinien mieć prawo do odpoczynku jeszcze zanim zupełnie zniedołężnieje. Rozwiązaniem mógłby być system, w którym osoba osiągająca wiek dotychczas[1] uprawniający do emerytury, przechodziłaby na emeryturę połowicznie: otrzymywałaby połowę emerytury, pracując zarazem na pół etatu. Byłoby to swoiste „miękkie lądowanie”, zapewniające ludziom w podeszłym wieku możliwość aktywności zawodowej (i dzielenia się doświadczeniem z młodszymi), ale jednak nie wyciskające z nich ostatka sił.

Pozostaję pesymistą odnośnie możliwości zrealizowania tych propozycji. Jakakolwiek polityka pronatalistyczna może przynieść pierwsze skutki pozytywne dla gospodarki najwcześniej po dwudziestu latach – a to jest perspektywa dla polityków równie abstrakcyjna jak epoki geologiczne. W końcu, jak wiadomo: „Po nas potop”.

dr Jarosław Tomasiewicz

Magazyn Obywatel nr 3 (2011)

a.me.


[1] Pisane przed wydłużeniem wieku emerytalnego.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “OFErta”

  1. czyli autor proponuje i tak socjalizm w innej wersji. Jakakolwiek forma odbierania ludziom władzy nad pieniędzmi, które swoją pracą wytwarzają jest nie tylko niekonserwatywna co niesprawiedliwa i jest zwykłym złodziejstwem. Monopolizowanie przez państwo systemu ubezpieczeń społecznych prowadzi do patologii. Ideałem byłaby całkowita wolność, a wariantem pośrednim przymus „wyboru” prywatnej firmy ubezpieczeniowej tak jak z ubezpieczeniem samochodu. Doprawdy zdumiewająca jest obecnie wiara w „państwo” jako gwaranta czegokolwiek. Co mają zarobki moich dzieci do mojej emerytury. Co w ogóle emerytura ma do moich zarobków. Dlaczego akurat w wieku 67 lat, a nie wcześniej, albo później? Pytania mnożą się jak króliki, a rozwiązaniem jest po prostu danie ludziom wyboru w tej kwestii i wolny rynek. Widzimy jak wolny rynek wpłynął w Polsce pozytywnie na rozwój np. internetu. Dlaczego z emeryturami miałoby być inaczej?

  2. Autor kompletnie nie rozumie, że państwowy system emerytalny, który daje ludziom poczucie pewności (tym znajdującym się u dołu tej piramidy finansowej – fałszywe) posiadania środków do życia na starość, jest głównym generatorem wspomnianej zapaści demograficznej. Przez tysiące lat istnienia ludzkości to dzieci były gwarantem dostatniej starości (im więcej dzieci, tym dostatniejsza starość). Właśnie ze strachu przed nędzą na starość ludzie jak najwięcej ich płodzili i starannie wychowywali. Autor narzeka na dzisiejszą słabość więzi rodzinnych, ale niestety nie rozumie, że to właśnie pośrednictwo państwa (wg Autora – „niezbędne”), które wchodzi klinem w relacje rodzinne, niszczy te więzi. „Rekompensaty dla osób bezpłodnych?” A może tak adopcja sierot? Państwo minimum i wolny rynek to jedyny sposób na pokonanie zapaści demograficznej. Państwowy przymusowy system emerytalny jest anty-narodowy i prowadzi do demograficznego zwijania się każdego narodu. Nie można tego popierać i określać się mianem narodowca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.