Ossoliński: Rzekome musy warszawskiej awantury, czyli jak rozmawia się ze zwolennikami zrywu powstańczego

Bardzo trudno porozumieć się z apologetami sierpniowego czynu szaleńczego. Człowiek stara się, próbuje, perswaduje, przekonuje – i nic, ściana wrogości i niezrozumienia. Wydaje się, że zachodzą trzy podstawowe przyczyny takiej przykrej sytuacji:

1) niewiedza – apologeci powstania nie znają podstawowych faktów wydarzenia, które tak ochoczo wynoszą na ołtarze.
2) eschatologia historyczna – czyli po prostu nieuprawniona gdybologia, pełna odniesień nie do twardych, sprawdzalnych faktów, lecz mistyki i niewłaściwych skojarzeń.
3) agresja – charakterystyczny sznyt fanatyków i fundamentalistów, najlżejszą krytykę jednego małego aspektu ich wymędrkowanej wizji świata traktują jako brutalny atak na całość.

Powyższe czynniki są ze sobą ściśle powiązane i tym samym przesądzają sprawę: z powodu ignorancji apologeci nie potrafią przeciwstawić krytykom faktów, przeto reagują albo pleceniem trzy po trzy, albo furią. W istocie dyskusja z amatorami przelewania potoków krwi i burzenia wielkomiejskich murów najczęściej kończy się grubymi wyzwiskami – bezsilni wobec faktów, dokumentów i analogicznych przykładów po prostu inaczej nie umieją obronić swojego stanowiska.

Przykładem takiego produktu „trzy w jednym” jest sztandarowy bodaj argument apologetów „powstanie musiało wybuchnąć”. Dlaczego „musiało”? Bo tak, musiało i już (amatorzy awantury, podnosząc ten rzekomy powód, nie zauważają, że obrażają swoich idoli, uznając zaprzysiężonych żołnierzy AK za rozhisteryzowaną cywilbandę, łamiących przysięgę wojskową i wymóg dyscypliny). Ludność Warszawy ni stąd, ni zowąd rzuci się z gołymi rękoma na niemieckie bunkry. Humorystycznym aspektem tej ponurej tragifarsy jest to, że Bór-Komorowski sam podważa ową spontaniczną niecierpliwość do czynu – wedle jego własnego świadectwa, kiedy 1 sierpnia padły pierwsze strzały, ludność „w mgnieniu oka znikła z ulic”, chowając się w mieszkaniach, bramach i klatkach schodowych.

Niestety dla agitujących owym „musem” – fakty, dokumenty i analogie przeczą tej wersji.

Fakty są takie, że okazja do „spontanicznego wybuchu” była i to znakomita: skoncentrowane i uzbrojone oddziały AK zajęły wieczorem pozycje wyjściowe do ataku. Z bronią gotową do strzału przesiedziały cała noc. Następnego dnia rano rozkaz alarmu odwołano – no i uzbrojona młodzież grzecznie sprzęt strzelający zdała i spokojnie rozeszła się do domów. Gdyby w rzeczywistości końca lipca 1944 roku rzeczywiście istniał nieokiełznany „mus” zrywu, to zrealizowałby się właśnie wówczas – w nocy z 27 na 28 lipca 1944. Wszystko było gotowe do akcji: był rozkaz, była broń, były oddziały na podstawach do ataku. I wszystko rozeszło się po kościach – rzekomo „rwąca się do walki armia” posłusznie poddała się rozkazowi odwołującemu alarm. Czyli akowcy zachowali się zupełnie inaczej, niż to obecnie wypisują na ich temat eksperci od „musu”.

Nie istnieje także żadna analogia „musu” – w żadnym innym polskim mieście do spontanicznego wybuchu powstania w obliczu nieprzyjaciela nie doszło. W żadnym, chociaż chyba wszędzie ludność z niecierpliwością oczekiwała na możliwość „odpłacenia przebrzydłemu okupantowi”.

Jednym słowem – teoria „powstanie musiało wybuchnąć” nie odpowiada faktom, jest pretekstem wymyślonym ex post przez zawodowych wybielaczy czynów szaleńczych.

Drugi z najpowszechniej spotykanych teraz „musów” jest śmiała koncepcja „Gdyby powstanie nie wybuchło, to…” Pod owe „to” można umieścić cokolwiek, dosłownie wszystko, co ślina na język lub palce na klawiaturę przyniesie. Słowo wejściowe – gdyby – to nic innego jak carte blanche dla najdzikszych fantazji. No bo kto zdoła zaprzeczyć koncepcji „powstanie zatrzymało na pół roku front wschodni” (swoją drogą to nieprawda, no ale fanatycy nie korzystają z map, im się wydaje, że Ostfront to 50-kilometrowy odcinek w okolicach Warszawy)? Jak można obalić historię alternatywną? No nie można, niby jak? Gdyby ciocia Klocia miała wąsy, byłaby wujkiem Zenkiem. Ale ciocia Klocia wąsów nie ma, więc wujkiem Zenkiem nie jest. Taki jest fakt. Apologeci odpowiadają „Ale gdyby miała, to…” To rozrywka na długie zimowe wieczory, a nie dowód na cokolwiek.

Od dowodzącego wszystko, co dusza zapragnie, magicznego słówka „gdyby” już tylko krok do mistycznych uniesień. „Gdyby powstanie nie wybuchło, to Polska byłaby Republika Rad, na szczęście wybuchło, więc dzisiaj jesteśmy Polakami”. Co można na takie dictum odrzec? Nic mądrego, racjonalizowanie mielonych konfabulacji mija się z celem. Można ewentualnie złapać takiego agitatora za guzik od marynarki i łagodnie przycisnąć do ściany prośbą o konkrety, choć i to jest działaniem bezcelowym – delikwent albo straci dech z oburzenia, albo po prostu się ulotni, zostawiając nam w ręku guzik, marny dowód łatwego zwycięstwa.

Nie istnieją bowiem żadne pozytywne następstwa draki warszawskiej. Była to ciężka i krwawa klęska wojskowa, polityczna, społeczna, materialna i mentalna. Poległo 16 tys. żołnierzy, zginęło ponad 100 000 ludności cywilnej, zniszczeniu uległo całe miasto wraz z wielowiekowym dorobkiem narodowym. Struktury społeczne zostały w większości zdezorganizowane i rozproszone po całym świecie. W dodatku klęska AK była klęską rządu emigracyjnego, czynnikiem ułatwiającym komunistom przechwycenie władzy w kraju. Powstanie, które miało być dla Mikołajczyka atutem podczas rozmów z towarzyszem Stalinem, błyskawicznie okazało się kulą u nogi. Premierowi roiło się, że sukces powstania wzmocni jego pozycję podczas rozmów w Moskwie. Sukcesu nie było, natomiast od razu 2 sierpnia z Warszawy zaczęły napływać lamenty „Pomóżcie!” – i Mikołajczyk stał się klientem sowieckiego dyktatora. Zamiast demonstrować siłę pokornie błagał o ratunek dla Warszawy.

Z racji braku realnych, wymiernych sukcesów, apologeci szukają przestrzeni do argumentacji w mistyce. Stąd się biorą wydumane „musy”, absurdalne następstwa „gdyby” oraz niedorzeczne oświadczenia w rodzaju wczorajszego autorstwa p. Hofmana „przez ten trud [powstanie] mamy dziś niepodległą RP”. Byłoby ciekawe obserwować, jak p. Hofman chciałby swoją tezę udowodnić, aczkolwiek można założyć, że to wyznanie religijnej wiary, a nie uzasadniony osąd.

Ostatnim stałym elementem przepychanek z miłośnikami eksterminowania ludności oraz burzenia miast (to nie moje słowa, lecz Okulickiego) jest przyjmowanie słów krytyki. Przez „słowa krytyki” rozumiem wyrazy powszechnie uznawane za obraźliwe, połączone z lustracyjną demaskacją „ty ruski agencie”. Tak, kiedy już zabraknie oparcia w wojowniczej niewiedzy i ezoterycznych gdybaniach, apologeci przystępują do rozstrzygającego ataku. „Sowiecka k…” w odniesieniu do krytyka czynu zbędnego jest argumentem o obalającej sile. Rozgorączkowani odpieraniem „ruskiej wersji” apologeci nie zauważają, że wśród „k…” umieszczają postaci przy innych okazjach przez nich samych stawianych jako wzór do naśladowania: generała Andersa, historyków Poboga-Malinowskiego i Wieczorkiewicza, opozycjonistę Kisielewskiego, powstańca warszawskiego Wiesława Chrzanowskiego, przewodniczącego RJN Pużaka…

Podsumowując: jedynym faktycznie istniejącym w związku z powstaniem musem, jest przemożny mus usprawiedliwienia tego bezsensownego czynu.

Łukasz Ossoliński
[aw]

Click to rate this post!
[Total: 1 Average: 2]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.