Ostatnie pytanie

Głosować poszli wszak głównie zadeklarowani zwolennicy tej opcji. Inna sprawa, że teraz pytanie (dla Kukiza niemal ważniejsze od tych referendalnych) brzmi – ilu ich zostanie po kolejnych siedmiu tygodniach medialnych bombardowań.

Samą analizę ruchu KUKIZ’15 i implikacji jego tworzenia dla całej mniej systemowej części sceny politycznej zostawmy sobie na inną okazję. Zostając przy podsumowaniu referendum warto zauważyć, że niemal od swego ogłoszenia sprawiło ono całej masie osób zainteresowanych polityką frajdę spokojnego oczekiwania na możliwość rzucenia zblazowanego „mówiłem, że się nie uda…”. Progności i badacze lubią takie łatwe sukcesy, bo to trochę jak zakładanie się przed EURO, że znowu nie wyjdziemy z grupy – niemal na pewno się wygra, co z tego, że raczej niewiele i nikomu się takimi zdolnościami profetycznymi nie zaimponuje?

Przy wymaganiu dla ważności referendum 50-procentowej frekwencji nikt chyba nie miał złudzeń, że jest ona osiągalna. Tego typu akcje odbywa się dla zorganizowania mniejszości, a nie dla uzyskania większości – to elementarz. Inna rzecz, że jak dotąd nie widać, by najbardziej zainteresowani z tej okazji skorzystali. Nadal jednak mają bazę potencjalnych wyborców. Minus – jak już wspomniano – ci, którzy uwierzą, że doszło do jakiejś strasznej klęski, o czym niektórzy co naiwniejsi woJOWnicy już upewniają labidzącymi wpisami na FB.

Nawiasem mówiąc zresztą dla ruchu Kukiza i jego samego cała kampania referendalna powinna być nauczką, że przy tworzeniu formacji antysystemowej nie ma co, a wręcz nie wolno oglądać się na establishment. Podstawowy błąd zwolenników referendum polegał na dziecinnej wierze, że jeśli nie będą drażnić wielkich partii – to one nie zasabotują głosowania, czyli przede wszystkim frekwencji. Dlatego (może nawet nie do końca świadomie) zrezygnowano z jedynego przekazu propagandowego, który mógł przekonać Polaków by poszli do urn. A wystarczyło skupić się na drugim pytaniu, żerując na populistycznym przekonaniu, że dla polityka kanapka i bilet na autobus to i tak za wiele. Odwołując się do tak lubianego przez Polaków głosowania „po złości” – całą agitację należało ograniczyć do hasła „Zabierz politykom pieniądze!”. I zadziałałoby na pewno lepiej, niż tłumaczenie dobrodziejstwa JOW-ów!

A tak partie i tak zorganizowały referendum tak, by nikt na nie nie zwrócił uwagi, PiS, SLD i KORWiN wprost nawoływały do bojkotu – i efekt widać. Niektórzy w ogóle posuwają się do stwierdzenia, że samo dopisanie drugiego pytania było celowym chwytem antyfrekwencyjnym. Jeśli tak – to jednak byłaby to sztuczka bardzo ryzykowna, bowiem nawet wyborcy partii niechętnie oddają im swoje pieniądze, nawet bezpośrednio. Jak słusznie wiele razy wypominał Polakom Stan Tymiński – rodacy nasi są czasem gotowi gardłować za tym czy innym programem czy hasłem, nie mają jednak najmniejszej ochoty wydać choćby złotówki na ich realizację. Pozostaję więc przy przekonaniu, że do tego narodowego skąpstwa można było (i nadal należy!) się odwoływać.

Tymczasem to właśnie kosztami całego przedsięwzięcia skutecznie do niego zniechęcano. Wiele osób powtarzało raczej bezmyślnie, że „nie ma co wydawać 100 mln zł na referendum” – zamiast zastanowić się (niczym Bolo z „Domu”): ILE?! I DLACZEGO TAK DROGO? Nawiasem mówiąc niezależnie od tego, czy referendum kosztowało „aż” 100, czy „tylko” 82 mln zł – to i tak z prostego rachunku wynika, że 32,5 mln zł tej kwoty trafi po prostu do członków obwodowych komisji, o tyle zwiększając ich siłę nabywczą, do wydawania na handel, usługi oraz inne dziedziny wpływające ogólnie na ożywienie gospodarcze – przy czym raczej w kraju, bo przecież 140-180 zł nikt nie będzie transferował zagranicę (czego o dochodach polityków już z całą pewnością powiedzieć nie można!). Słowem – w sumie warto było, choćby dla walki z kryzysem!

Żarty żartami, ale ciekawe też, że po fakcie zdanie „po co było wydawać pieniądze, skoro ludzie nie poszli” – wygłaszają przeważnie ci, którzy w referendum nie uczestniczyli… A więc to postawa niczym osławione „znowu durniów wybrali!” w ustach nie chodzących na wybory. Skądinąd bowiem, jeśli faktycznie decydować miałby koszt takich imprez – to może warto by zrezygnować z czegoś jeszcze droższego, a równie bez sensu, tzn. wyborów? Tegoroczne prezydenckie były wszak jeszcze droższe, kosztując coś ok. 166 mln zł, wobec nikłych kompetencji głowy państwa wydanych jeszcze głupiej… Rezygnacja zaś z elekcji do parlamentu przyniosłaby oszczędności jeszcze większe, bo nie tylko na przygotowaniu samego aktu głosowania – ale i na uposażeniach parlamentarzystów, a koniec końców i… dotacjach dla partii, bo gdyby wyborów nie było, to i skończyłaby się podstawa do ich wypłacania, nawet w obowiązującym systemie.

Paradoksy (?) można by mnożyć, jednak najbliższe, październikowe głosowanie raczej się jednak odbędzie. A w nim wyborcy odpowiedzą tak czy siak na ostatnie już pytanie – ilu z głosujących 6 września zostanie przy Kukizie 25 października?

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *