Piasta: Łupy z księgarni

Część łupów z dzisiejszej wyprawy do księgarni. Ku zgrozie mojej szanownej Małżonki raz na jakiś czas czuję nieodpartą potrzebę kontaktu fizycznego z książką drukowaną. Bo e-booki, jakkolwiek wygodne i poręczne, dla bibliofila stanowią jedynie marny ersatz zacnego foliału.

Książkę tę znają raczej wszyscy. Jako, że poruszony w niej temat ździebko nie pasuje do postępowej wizji świata, podejrzewam, że w krótkim czasie padnie ona ofiarą polit-poprawnej cenzury. W końcu nie godzi się burzyć ugruntowanego w opinii publicznej obrazu „mniejszości seksualnych” jako ofiar nazizmu. Czytając „Różową swastykę” dowiadujemy się, że homoseksualizm w partii nazistowskiej był wręcz powszechny i przyczynił się do jej skrajnie militarystycznego charakteru. Zatem nie czekając aż książka zniknie z księgarskich półek niezwłocznie uzupełniłem o nią domową biblioteczkę.

Natomiast książka poniżej do niedawna była swego rodzaju białym krukiem. Wydana w latach 90-tych przez wrocławski Nortom na całe lata zniknęła z księgarskiego obiegu, zdobiąc co najwyżej półki prywatnych kolekcji. Obecnie znów jest dostępna. Ja znalazłem ją w poznańskiej księgarni Sursum Corda, jednak bez problemu można kupić ją w internecie. Jako, że mój egzemplarz dawno temu wywędrował w świat i nie wrócił, skorzystałem z okazji do uzupełnienia luki. To ważna choć mało znana książka. Wspomnienia Piotra Kosobudzkiego, partyzanta NSZ, ukazują w sposób całkowicie odmienny od popularnych obecnie patriotycznych czytanek wojenne i powojenne losy żołnierzy polskiego podziemia. Nie ma tu brązowienia historii i taniego moralizatorstwa. Dobitnie obrazuje to fragment stanowiący relację rozmowy Autora ze swoim dowódcą „Świtem” latem 1945 roku:

„Gdzieś koło 25 sierpnia 1945 r. zostałem ze swą grupą odwołany i przez majora „Świta” wezwany do powrotu w powiat siedlecki w związku z jakąś reorganizacją. Zadowolony byłem z tego. Po prostu przysłuchując się odgłosom z szerokiego świata, szczególnie po konferencji poczdamskiej, straciłem wiarę w zwycięstwo, ogarnęło mnie rozczarowanie i zwątpienie. Po przegranej naszej sprawie zapragnąłem skończyć beznadziejną działalność i powrócić do rodzinnego domu, do normalnego życia.
Po powrocie, zameldowaniu się i zdaniu raportu „Świtowi” poprosiłem zaraz o zwolnienie mnie ze służby, motywując to swoimi racjami i beznadziejnością dalszej walki.

Mjr „Świt” skrzywił się, jakby rozgryzł kwaśne jabłko i zdziwił się, że taki dotychczas wierny, wypróbowany, doświadczony i zdyscyplinowany żołnierz jak pchor. „Błyskawica” zwątpił w zwycięstwo naszej wspólnej sprawy i chce się zwolnić. Odpowiedział mi, że nie może mnie zwolnić, bo szeregi kadry mocno się już przerzedziły i nie miałby z kim zostać. O mnie ma jak najlepszą opinię i darzy mnie wielkim zaufaniem. Jeżeli już koniecznie chcę zobaczyć rodzinę, to udzieli mi dwutygodniowego urlopu, a po powrocie dalszy awans.

– Owszem kolego majorze, zgadzam się, tylko zaznaczam, że z urlopu tu na Podlasie już nie wrócę. Brata mi partyzantka zabrała, czy i ja tu mam bez śladu zginąć? — powiedziałem z żalem.
– Dam koledze urlop, odwiedzi kolega rodzinę, zobaczy znajomych i powróci – nie może inaczej być – rzekł stanowczo.
Widząc jego upór, wezbrał we mnie długo tamowany bunt, więc wyrzuciłem mu resztę goryczy.
– Jesteśmy osamotnieni, prowadzimy walkę bez poparcia i bez żadnej pomocy. Teraz po konferencji poczdamskiej, po uznaniu przez aliantów rządu lubelskiego i rozwiązaniu polskiego na emigracji, kim my właściwie jesteśmy i na kogo możemy liczyć. Prowokujemy wroga i gubimy najlepszych synów narodu, czyż nie tak?
– To tylko chwilowo, tak długo być nie może – przerwał mi „Świt”.
– A jak długo, majorze? według kolegi zdania – dociekałem.
– Najwyżej dwa-trzy tygodnie, to nie potrwa dłużej – zawyrokował „Świt”.
– Dwa, trzy tygodnie – powtórzyłem z naciskiem. A jak to potrwa tak dwa, trzy lata? — kto to nam może dziś zaręczyć?
– To niemożliwe. To niemożliwe! – bronił się od tak groźnych i wygórowanych przypuszczeń.
– Wiele już było niemożliwości, a stopniowo stały się możliwe – upierałem się przy swoim. – My jesteśmy zdania, że działamy słusznie, a inni w tym czasie uganiają się za własnymi interesami. Wydaje mi się, że nam, którzy uważamy się za wzorowych i najmądrzejszych, przyjdzie jeszcze najgłupszy koniec.
– To być nie może – to być nie może! – powtarzał mój zwierzchnik.
– Bez pomocy z zewnątrz nie mamy żadnych szans – dodałem.
Nie! Nie! To chwilowo. Alianci nas nie opuszczą – mamrotał – starając sam siebie przekonać major „Świt”.

Mam nadzieję, że zachęciłem Was do lektury. W końcu warto czytać, szczególnie dobre książki

Przemysław Piasta

za: FB

[Głosów: 9   Average: 5/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *