Piasta: Polskie piekło w Stobnicy

O wielkopolskiej Stobnicy stało się głośno kilkanaście miesięcy temu, gdy strzeliste dziś wieże nowo budowanego zamku zaczęły wyłaniać się znad koron okazałych sosen.

Od początku inwestycja wzbudzała gigantyczne emocje, przeważnie negatywne. W wyszukiwaniu „dziur w całym” i mnożeniu spiskowych teorii prześcigały się zwaśnione na co dzień polityczne szajki. Jednak dopiero kiedy padła polityczna głowa broniącego inwestycji wojewody wielkopolskiego, Łukasza Mikołajczyka, stało się jasne, że batalia o Stobnicę dopiero się rozpoczyna.

W połowie 2018 roku, najpierw w mediach lokalnych, później krajowych pojawiły się utrzymane w sensacyjnym tonie doniesienia o budowie w sercu Puszczy Noteckiej gigantycznej imitacji średniowiecznego zamczyska. Życzliwe zainteresowanie lokalną ciekawostką wkrótce zamieniło się w święte oburzenie. Czytaliśmy coraz bardziej rozgorączkowane newsy jak to w tajemnicy, w sercu prastarej puszczy, do tego na brzegu jeziora powstał sekretny zamek… Jana Kulczyka. Tego samego, który trzy lata wcześniej spoczął na Cmentarzu Jeżyckim w Poznaniu. Co ciekawe, pomimo natychmiastowego dementi rodziny Kulczyków plotka rozbiegła się lotem błyskawicy i do tej pory ma się świetnie. Kto nie wierzy niech wpiszę w internetową wyszukiwarkę frazę „zamek Kulczyka”…

Nieważne, że owa „prastara puszcza” to w istocie rzeczy przemysłowy las, mało atrakcyjna przyrodniczo monokultura sosnowa, całkowicie nienaturalna dla obszaru zachodniej wielkopolski. Obszar „Natura 2000”, na którym zlokalizowany jest zamek, nie jest bynajmniej rezerwatem ani nawet Parkiem Narodowym. Budowa obiektów mieszkalnych, w tym wielorodzinnych, jest tam jak najbardziej dozwolona. Nieważne, że owo bezcenne jezioro to po prostu staw zlokalizowany na działce inwestora. Nie miało też znaczenia, że owym inwestorem nie okazał się rzecz jasna nieżyjący Jan Kulczyk. Okazała się nim poznańska spółka D.J.T.

„Spółka D.J.T. jest inwestorem inwestycji w Stobnicy. Dodam, iż D.J.T. otrzymała w połowie roku 2015 pozwolenie na budowę obiektu: „Budowa budynku mieszkalnego wielorodzinnego, budynku gospodarczego wraz z infrastrukturą techniczną”. Jest to normalna inwestycja deweloperska tyle, że o specyficznej architekturze. Budynek w swym charakterze nawiązuje do średniowiecznych zamków otoczonych fosą” – przekonywał dziennikarzy prezes spółki Dymitr Nowak.

Nie przekonał. Subtelne niedomówienia, jawne koloryzowanie i komentarze w rodzaju „kto bogatemu zabroni” zrobiły swoje. Rządne poklasku medialne hieny nakręciły spiralę nienawiści. Resztę zrobiliśmy już sami. Rozkręciło się typowe polskie piekło, gdzie realia i merytoryka nie mają najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko by dokopać komuś kto się wyróżnia, kto osiągnął sukces. By sprowadzić go na ziemię, zbesztać, zgnoić. A jeśli się da to skutecznie podłożyć nogę.

Gdyby Roman Polański finałową scenę „Dziewiątych wrót” umieścił nie we francuskim Puivert a w polskiej Stobnicy, Dean Corso na koniec swej wędrówki trafiłby wprost do polskiego kotła w piekle. Tego, którego nikt nie pilnuje, bo jeśli tylko ktoś próbuje się wydostać pobratymcy skutecznie ściągają go z powrotem w dół.

Rzecz jasna tam gdzie pojawia się rozwścieczona tłuszcza jak grzyby po deszczu wyrastają i ludowi trybuni. Gotowi bronić „człowieka prostego” przed każdą krzywdą. Tym lepiej jeśli mniemaną lub urojoną. Nic więc dziwnego, że politycy niemal wszystkich formacji zaczęli wykazywać nadzwyczajną aktywność w tej sprawie. Wola polityczna szybko została przekuta w czyn. Na inwestora posypały się wszystkie możliwe kontrole. Stosunkowo drobne uchybienia, takie jak wykryte przez RDOŚ nieznaczne przekroczenie przez zaplecze budowy deklarowanego obszaru inwestycji, były rozdmuchiwane do poziomu niebywałego skandalu. Usłużna zwykle wobec władz prokuratura ponad rok szukała w inwestycji znamion przestępstwa. Wreszcie postawiła zarzuty sześciu osobom – przedstawicielom inwestora i urzędnikom starostwa powiatowego. Oskarżeni nie przyznali się do popełnienia zarzucanych im czynów. Są zdeterminowani by dochodzić sprawiedliwości przed obliczem sądu.

Trzeźwo w całej sprawie zachował się wojewoda wielkopolski Łukasz Mikołajczyk. Nie stwierdził on nieważności pozwolenia na budowę. Nie uchylił tym samym decyzji starosty obornickiego. Wojewoda stwierdził, że decyzja zezwalająca na budowę została wydana z naruszeniem prawa. Jednak kierując się zasadą trwałości decyzji administracyjnych, ugruntowanym orzecznictwem sądów administracyjnych, nieodwracalnością skutków dla środowiska przyrodniczego oraz upływem czasu od wydania decyzji zdecydował się nie paraliżować inwestycji.

Choć z punktu widzenia porządku prawnego była to jedyna możliwa decyzja, politycznie był to poważny błąd. Zbyt wielu ludzi władzy zaangażowało się w „uwalenie” zamku w Stobnicy. Minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński uznał, że utracił zaufanie do wojewody i zawnioskował o jego odwołanie. Ostateczną decyzję podjął premier.

Zaskakuje determinacja z jaką władza i media, nawet te zazwyczaj z nią skłócone, ramię w ramię dążą do zniszczenia zamku w Stobnicy. Nie ma bowiem racjonalnych argumentów przeciwko tej inwestycji. Zamek może stać się kolejną turystyczną atrakcją, przyciągającą w wielkopolskie lasy nie tylko amatorów grzybów i świeżego powietrza. Doskonale zdają sobie z tego sprawę mieszkańcy samej Stobnicy. Tutaj prawie wszyscy popierają zamek. Inwestycja jest dla wsi niespotykaną szansą na rozwój. Będą nowe miejsca pracy, nowe perspektywy, nowe możliwości… Ale może ziścić się też inny scenariusz. Niedokończona budowa może przez dziesięciolecia szpecić okolicę, stanowiąc ponury symbol zmarnowanej szansy. Triumfu urzędnika nad przedsiębiorcą.

Podziwiając rozsiane po Polsce dwory i pałace radujmy się, że powstały one w innych, prostszych czasach. Kiedy to wyznacznikiem skali i jakości inwestycji była zasobność kiesy inwestora a nie urzędnicze „widzimisię”. Dzięki temu możemy dziś cieszyć oczy wspaniałymi perłami architektury. Wyobraźmy sobie, że nie przed niemal dwustu laty, lecz dzisiaj Tytus Działyński podejmuje się rozbudowy zamku w Kórniku. Poległby już na konserwatorze zabytków, który nie zezwoliłby na jakąkolwiek ingerencję w bryłę XV-wiecznego obiektu. Poza tym byłaby to inwestycja położona na cennym przyrodniczo terenie, w pobliżu jeziora, nieuwzględniająca linii zabudowy… Do tego ta koszmarna architektura, całkowicie odbiegająca od stylu dominującego w okolicy. Obecnie ten zamek nie miałby prawa powstać.

Dlatego nasze pokolenie pozostawi po sobie głównie koszmarne, betonowe blokowiska i szpecące tkankę miejską sześciany galerii handlowych. To wystawia nam może niezbyt pochlebne, ale za to całkowicie prawdziwe świadectwo. Właśnie tacy jesteśmy.

Przemysław Piasta

Myśl Polska, nr 9-10 (28.02.7.03.2021)

Click to rate this post!
[Total: 15 Average: 4.5]
Facebook

2 thoughts on “Piasta: Polskie piekło w Stobnicy”

  1. A ja bym proponował trochę inny punkt widzenia:
    Zamki, które nie są siedzibami starych rodów, pełnią zazwyczaj rolę ekskluzywnych hoteli itp. elitarnych działalności. Zatem ten inwestor chce zarabiać na zamkach itp. to zamiast stawiać podróby to niech odrestauruje jakieś stanowisko dziedzictwa Śląska czy Pomorza, które masowo niszczeją…
    Ew. teksty o poniemieckości odpalę argument, że nie było takiego co nie chciał szabrować Złotego Pociągu… a do tego Wałbrzych wtopił wizerunek w przekręcanie litery (…)ł(…).

  2. „Obszar „Natura 2000”, na którym zlokalizowany jest zamek, nie jest bynajmniej rezerwatem ani nawet Parkiem Narodowym. Budowa obiektów mieszkalnych, w tym wielorodzinnych, jest tam jak najbardziej dozwolona.” – w obszarze Natura 2000 uzyskanie pozwolenia na budowę wcale nie jest takie proste i zauważyłem, że najczęściej jest zwyczajnie uznaniowe. Sam w takim obszarze mieszkam i długo borykałem się z uzyskaniem pozwolenia mimo, że działka od blisko 30 lat była zaklasyfikowana jako budowlana. Najzabawniejsze jest to, że dom finalnie zbudować mogłem, ale garażu oddalonego od domu o jakieś 10 metrów już nie. Aby jeszcze dokładniej unaocznić uznaniowość – nowy sąsiad, którego działka przylega do mojej – budowlanej, choć powinien „z automatu” również dostać pozwolenie na budowę i nie mieć problemu z przeklasyfikowaniem gruntu z leśnego na budowlany, takowego przekształcenia ani pozwolenia nie dostał. Odpuścił walkę i zbudował na zgłoszenie, z czym już problemów szczęśliwie nie było, choć i tu warto dodać, że zamiast słynnego 7×5 (dopuszczalność na zgłoszenie to 35m2), na pozwolenie chciał budować dom 8×6. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni przyczyny odmowy pozwolenia na budowę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.