Po śmierci Kaddafiego. Przeciwko demoliberalnemu mesjanizmowi

Zwulgaryzowanie przekazów medialnych sprzyja upowszechnieniu prostych skojarzeń i opisywaniu świata według prostych, dwubiegunowych schematów. Ostatnio w jaskrawy sposób widać to było na przykładzie komentarzy odnoszących się do śmierci Muammara Kaddafiego. Schemat rozumowania zwolenników „eksportu demokracji” w imię post-oświeceniowej, antropocentrycznej filozofii (nie wiem czy to nie zbyt wygórowane słowo, gdyż zamiast żelaznej logiki czy finezyjnych uzasadnień jej wyznawcy proponują nam raczej rozumowanie pt. „mi się należy”; o filozofii można tu mówić co najwyżej nadając jej negatywne konotacje, choćby tak jak robili to tradycjonaliści polemizujący z poglądami stojącymi u podstaw Rewolucji Francuskiej, dzielący rzeczywistość na świat tradycji i świat filozofów) brzmi tak: „jesteś przeciwny atakowaniu innych państw w imię wykształconych w obrębie twojej kultury miazmatów? To jesteś zwolennikiem Kaddafiego!”. Wszelki bardziej stonowany i skomplikowany przekaz dowodzący, że podejście do Kaddafiego nie ma nic wspólnego z poparciem lub oporem wobec naruszania suwerenności kulturowej ginął w gąszczu uproszczeń. Personalne niechęci znowu, w przekazie orędowników demoliberalizmu, dominowały nad refleksją nad zasadami.

Tymczasem można uważać Kaddafiego za szkaradnego satrapę godzącego w prawa obywateli swojego państwa, a jednocześnie stanowczo sprzeciwiać się atakowaniu go w imię „eksportu demokracji”. Stosunek do libijskiego przywódcy nie ma nic wspólnego ze stosunkiem do żelaznych zasad, jakie winny konstytuować świat geopolityki i relacje międzynarodowe.

A jak powinny wyglądać te relacje?

Czy naprawdę dopuszczalna jest sytuacja, w której grupa samozwańczych przywódców „opinii międzynarodowej” decyduje, że jakiś dyktator im się nie podoba, więc należy go zlikwidować? Przypuśćmy, że w przypadku brutalnego satrapy – tak. Tylko tu pojawia się problem – który satrapa zasługuje na to, by nazwać go „brutalnym”? A kto w ogóle zasługuje, by nazwać go „satrapą”? Czy ten, kto zamyka niewinnych ludzi w więzieniach? Czy ten, kto dopuszcza się skrytobójstw wobec przeciwników politycznych? A jeśli tak, to ten, który pozbawił życia kilkudziesięciu spośród nich, czy dopiero ten, który zabił kilkuset? Gdzie jest ta granica i kto ją określa? Kilkunastu „światowych przywódców” podczas pogawędki przy kawie?

Guy Sorman zauważył kiedyś, że mamy tendencję do instynktownego oceniania wydarzeń mających miejsce w innych sferach cywilizacyjnych w świetle zasad naszej cywilizacji. Jest to w miarę naturalne w świecie globalizacji i natychmiastowego przepływu informacji. Świecie, który nie zostawia wiele czasu na refleksje, a raczej wymaga odruchowego zachowanie według schematu „wydarzenie-reakcja”. Jest to naturalne, ale też prowadzi do niezwykłych uproszczeń. Jakże bowiem, skoro zazwyczaj nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć zachowań osób z innej części państwa czy regionu naszego kontynentu, możemy zrozumieć myślenie ludzi z innej sfery globu?

To, co nam wydaje się odrażające i sprzeczne z normami kształtującymi naszą kulturę, w świetle zasad wywiedzionych z innej cywilizacji może być akceptowalne. Dzieje się tak dlatego, że to właśnie kultura kształtuje człowieka i jego myślenie o świecie, nie zaś fakt posiadania czterech kończyn czy innych cech biologicznych. Wbrew wyznawcom ideologii „praw człowieka”, czyli owych „eksporterów demokracji”, ludzi z całego świata tak naprawdę niewiele łączy – warunkuje ich to, z jakiej sfery cywilizacyjnej się wywodzą, a nie to że przynależą do gatunku homo sapiens.

Zastanówmy się, jaka byłaby nasza reakcja, gdyby kilku przywódców państw muzułmańskich stwierdziło, że należy dokonać „eksportu dyktatury”, bo generujący nihilizm system demoliberalny wydaje im się sprzeczny z „prawami religii”. Zapewne reakcją byłby gwałtowny sprzeciw. I słusznie!

Powstaje zatem pytanie, dlaczego my sami mamy sobie rościć prawo do narzucania innym tego, do czego ich kultury nijak nie przystają? Bo to, że „tolerancja”, „demokracja” i „prawa człowieka” nie są obiektem westchnień Libijczyków to chyba oczywiste (w tym sensie paradoksalnie akurat podzielam ich stanowisko).

Zastanówmy się jak „eksport demokracji”, swoisty demoliberalny mesjanizm ma się do interesu naszej cywilizacji, który powinien być fundamentem planów geopolitycznych.

Czy powstanie państwa islamskiego w Libii (a to alternatywa wcale prawdopodobna po upadku Kaddafiego) to nasz cel wobec i tak już ekspansywnej polityki państw, których dominują muzułmanie? Nawiasem, czy Amerykanie, wspierający islamistów w Afganistanie i mający niemały udział w wypromowaniu Osamy bin Ladena nie zrozumieli nic z tej lekcji?

Czy wojska państw demoliberalnych są tak potężne, że mogą pozwolić sobie na trwonienie siły na drugim końcu świata, zamiast być gotowym na obronę przed wcale realnymi zagrożeniami ze strony sił zewnętrznych?

Wreszcie – czy orędownicy „demokratycznego mesjanizmu” nie widzą sprzeczności między powstrzymywaniem islamskich fundamentalistów (skądinąd słusznym) na terenie cywilizacji zachodniej, a ingerowaniem w wewnętrzne sprawy innych cywilizacji?

Reasumując, to co myślimy o Kaddafim nie ma znaczenia. Zlikwidowania go nie tłumaczy nic. Tak na gruncie zasad, jak i chłodnej politycznej kalkulacji.

Jacek Tomczak
[aw]

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *