Polemiki z Mirosławem Salwowskim cz. 2.

Pierwszą kwestią, jaką należy poruszyć, to czy faktycznie istnieje taka sytuacja, w której odnosimy szkodę, a nie jest w jakiś sposób zawłaszczana nasza wolność? Pan Salwowski posługuje się tutaj przykładem zdrady małżeńskiej, będącej faktycznie czynem godnym napiętnowania. Tyle tylko, że tutaj w istocie jest zawłaszczana wolność strony poszkodowanej. Zawierając związek małżeński, dobrowolnie akceptujemy pewne zasady postępowania, między innymi wierność i prawdomówność. Jeśli mąż zdradza żonę nie mówiąc jej o tym, to nie robi nic innego, jak łamie zaakceptowane wcześniej zasady! Powoduje, że jego współmałżonka żyje w fałszu, którego dobrowolnie nie zaakceptowałaby, więc ingeruje w jej wolność. Taka kobieta może odnieść (według mnie odnosi) szereg szkód związanych z haniebnym postępowaniem swojego męża, więc ponownie aparat sprawiedliwości w rzeczywistości libertariańskiej mógłby tutaj zainterweniować.

Drugą kwestią jest ów „różny stopień potencjalnego zagrożenia”. Brzmi równie tajemniczo, jak heideggerowska „nicość”, która „nicości uje” (lub nicuje, zależnie od przekładu), bowiem stopień potencjalnego zagrożenia jest niewymiernym abstraktem, do którego każdy odnosi się przecież w sposób subiektywny. Przenosząc to na płaszczyznę etyki kantowskiej można powiedzieć, że odczuwanie potencjalnego zagrożenia jest swoistą maksymą, czyli subiektywną zasadą postępowania. Jak więc prawo, które winno być obiektywnym wyrazem sprawiedliwości, ma przekładać się na coś, co może być postrzegane relatywnie? Aby mój Polemista nie zarzucił mi, że wcześniej postulowałem istnienie jednej prawdy, a teraz piszę o relatywizmie zaznaczam, że mam świadomość niedoskonałości ludzkiego aparatu poznawczego, co pozostawia swoistą furtkę dla rozwiązań bardziej bezpiecznych i użytecznych. Takim rozwiązaniem jest właśnie subiektywnie pojmowana kwestia poczucia bezpieczeństwa, które w razie indywidualnego odczucia zagrożenia, może wdrożyć aparat sprawiedliwości do egzekwowania wolności. Dla przykładu: w polskim prawie mógłby pojawić się zapis regulujący, jakiej długości ostrze może posiadać nóż, który można przy sobie nosić. Określmy tę długość na 7 cm. Nie jest to więc duży nóż – wystarczający do obrania sobie jabłka na pikniku. Jako eksperyment myślowy proponuję namysł nad tym, kiedy czujemy się bezpieczniej: czy w sytuacji, gdy jest taki zapis i każdy może legalnie posiadać tego typu scyzoryk, czy w sytuacji, gdy tego zapisu nie ma i każdy może nosić dowolnej długości ostrze? Osobiście twierdzę, że rozterka nie przyniosłaby mi zbytnich efektów, bo prowadzi do jednego stwierdzenia – jeśli ktoś jest na tyle szalony, aby użyć noża, by kogoś skrzywdzić, to taki zapis nie jest w stanie mnie uchronić przed ewentualną szkodą. Życzeniowe myślenie Pana Salwowskiego polega na przekonaniu, że istnienie zakazu jest w stanie okiełznać maniaków czy innych zwyrodnialców. Oczywiście zbył milczeniem moją sugestię z poprzedniego tekstu – jeśli zakazy są takie skuteczne, to skąd tyle morderstw czy gwałtów? W rzeczywistości libertariańskiej taki zapis w prawie jest po prostu bezsensowną stratą czasu i papieru. Należy odnieść się do popełnionego czynu i sprawiedliwie go ukarać, a nie szykanować prawnie ludzi za to, że mają dłuższy scyzoryk mimo że nigdy nie użyli go w złym celu.

Wyrazem wręcz uroczej naiwności mojego Polemisty są ostatnie dwa pytania trzeciego akapitu, na które odpowiem kolejno.

Po pierwsze – czy zakaz cudzołóstwa będzie skuteczniejszy od jego karania? Sądzę, że nie, bo ludzie jednak jeśli się czegoś boją, to właśnie kary, a nie zapisów o nielegalności czynu. W dzisiejszej rzeczywistości przecież panuje zapis o nielegalności kradzieży, a jednak tych jest u nas mnogość. Jedyne, co jest w stanie ewentualnie powstrzymać człowieka przed kradzieżą, to ewentualna kara, lecz jest to na dobrą sprawę nieweryfikowalne – tę problematykę widać doskonale w sporze zwolenników kary śmierci i abolicjonistów, co podkreśla w swojej książce dr Piotr Bartula. Dlatego też libertarianizm pokłada nadzieje w wewnętrznej moralności i sumieniu jednostki, bo to one są konstytutywne dla popełnianego czynu.

Po drugie – jest sporym nadużyciem twierdzenie, że libertarianizm ogranicza w czymkolwiek władze cywilne. W imię sprawiedliwości działają skuteczniej, bo to poszczególne jednostki zwracają się do niej o pomoc w przywróceniu im wolności i wymierzeniu odpowiedniej kary tym, którzy w jakiś sposób starają się ją zawłaszczyć.

Pan Mirosław Salwowski sugeruje zarówno mnie, jak i libertarianom ogólnie, oderwanie od rzeczywistości. Przyznaję, jestem oderwany od dzisiejszej rzeczywistości (choć w innym sensie, niż życzyłby sobie tego mój Polemista) z prostego powodu – nie odpowiada mi ona. Pan Salwowski miesza dwa porządki – zakazu i kary, co wprowadza duży zamęt do naszej dyskusji. Już w poprzednim tekście zaznaczałem, że jedyne, co być może działa prewencyjnie, to system sprawiedliwych kar. Jak wcześniej pisałem, jest to jednak nieweryfikowalne. Jednakże libertarianizm nie twierdzi, że nie należy stosować kar, więc Pana zarzut jest po prostu wymyślony. Jasno zaznacza się tylko fakt, że zakaz nijak nie wpływa na popełniany czyn – to indywidualna moralność skłania nas do popełnienia danego czynu, lub nie. Jako przykład podam Panu wykroczenie drogowe. Gdy jesteśmy w sytuacji, w której jest zakaz zawracania, a chcemy tę czynność wykonać, jakie mechanizmy działają? Odruchowo sprawdzamy, czy w okolicy nie ma funkcjonariusza służb, który mógłby nas ukarać za złamanie przepisu. Zastanawiamy się, czy czyn będzie słuszny pod względem bezpieczeństwa – czy nie narazimy na niebezpieczeństwo kogoś, lub siebie. Nie wydaje mi się, żeby ktoś nie wykonał manewru zawracania tylko i wyłącznie dla samej idei czynu legalnego – to sumienie i ewentualny strach przed karą są motorem działania. Jako chrześcijanin, człowiek powinien zawsze kierować się najpierw wykładnią moralną, a dopiero potem prawem. Jeśli będziemy konsekwentnymi legalistami, możemy dojść do absurdów w postaci akceptowania prawa obowiązującego podczas wojny, które na przykład nakazuje wydanie na śmierć ukrywanych Żydów.

Casus pornografii byłby celnym ciosem w stronę libertarianizmu, gdyby nie fakt, że jeśli ktoś korzysta z takich materiałów, to robi to dobrowolnie. Podobnie twórcy stron, czasopism czy filmów tej branży korzystają z usług tych, którzy sami chcą brać w tym procederze udział. W przypadku siłowego nakłaniania do pornografii, libertarianizm ukarałby nakłaniającego. Nie widzę też powodu, aby obwiniać ideę wolności za fakt, że niektórzy ludzie chcą i korzystają z pornografii – to jest wina ludzi, a nie idei. Bez większych problemów można nałożyć siatkę chrześcijańskich wartości na libertarianizm, co pozwala na skuteczną obronę przed wszelkimi zwyrodnieniami i tak nachalnego dystrybutora pornografii można by pozwać za naruszenie wolności.

Z wielkim szacunkiem odnoszę się zawsze do Akwinaty, lecz mam wrażenie, że Pan Salwowski zbyt literalnie odczytał słowa świętego Tomasza. Rozumiem, że sformułowanie ustawodawstwo mogło zwieść mojego Polemistę, zechciałbym jednak przypomnieć, że w myśli św. Tomasza istnieje hierarchia praw – boskie stoi najwyżej, czyli wyżej od stanowionego i to prawo boskie jest najważniejsze. Co za tym idzie, wychowanie wynika głównie z akceptacji i stosowania się do przesłania bożego. Owo ustawodawstwo winno więc być tutaj traktowane raczej jako wyraz moralności chrześcijańskiej, stąd właśnie sformułowanie „wychowanie”. Jest także u Tomasza syndereza (jako swoiste prasumienie), oraz wolna wola wyrażona poniższym cytatem:

Wola jest pożądaniem rozumnym. Otóż wszelkie pożądanie odnosi się tylko do dobra, a to dlatego, że pożądanie jest skłonnością pożądającego podmiotu do jakiegoś przedmiotu”. (Św. Tomasz z Akwinu, Suma Teologiczna, t. 9 Wolność i uczynki, s. 177, wyd. Veritas).

Z równym szacunkiem odnoszę się także do świętego Augustyna z Hippony, który nie mówi tego, co chciałby Pan Salwowski, czyli że zakaz będzie nakłaniał do poszukiwań prawdy. Ojciec Kościoła twierdzi tutaj, że to strach przed cierpieniem, które jest wywołane karą może spowodować chęć odrzucenia kłamstwa, ale to wola jest głównym motorem działania. Czy jest tu coś zgoła odmiennego od tego, co pisałem w swoim poprzednim tekście?

W ostatnim akapicie działu „Czy zakazany owoc smakuje lepiej?” Autor dokonał ponownego pomieszania kary oraz zakazu. Jak już wcześniej pisałem – libertarianie przyjmują kary jako istotny element idei wolności i sprawiedliwości, a odrzucają prewencyjny charakter zakazów.

W kwestii mojej rzekomej bagatelizacji sytuacji „seks albo zwolnienie z pracy”. Niestety mam wrażenie, że źle odczytał Pan moje tezy dotyczące tejże sytuacji. Zaznaczyłem wyraźne, że prawdopodobnie sytuacja na rynku byłaby inna, co ułatwiłoby zmianę pracy takiej kobiecie, ale  pracownica mogłaby domagać się egzekwowania sprawiedliwości i wolności naruszonej przez szefa!

Dodatkowo pierwsze słyszę, aby prawo miało funkcję wychowawczą. Prawo ma być wyrazem sprawiedliwości i taki porządek panuje od czasów Platona. Nie zmieniajmy funkcji prawa, bo wychowywaniu służyć ma religia czy etyka. Jeśli zaś chodzi o to, czy brak zakazu ułatwia popełnienie czynu – jest to nieweryfikowalne. Wypada jednak przypomnieć prohibicję – alkohol był ówcześnie w USA zabroniony, a problemów z dostępem do niego nie było. Zakaz spowodował tylko rozwój działalności przestępczych grup zorganizowanych.

Co do punktu drugiego – owszem, takiej gwarancji nie ma. Jednakże nawet w trudnej sytuacji rynkowej, kobieta winna zrezygnować z pracy po otrzymaniu takiej propozycji od szefa, bez względu na obecność zakazu czy nie. Tutaj wchodzi w grę indywidualna moralność, więc zakaz ponownie nic nie wprowadza. W rzeczywistości libertariańskiej taka kobieta, jak już wyżej pisałem, śmiało mogłaby się uciec do organów egzekwujących sprawiedliwość.

Czy wolny rynek mógłby panować w rzeczywistości libertyńskiej – tutaj nie zgodziłbym się. Rynek jest oparty na obrocie towarami, a to jest możliwe tylko w relacji klient – sprzedawca. Między nimi musi być odpowiednia więź zaufania, zadowolenia z jakości świadczonych usług et caetera. Inaczej sprzedawca nie będzie sprzedawał zbyt wiele towarów i zbankrutuje. Śmiem wątpić, aby przy libertyńskim nastawieniu wolny rynek przetrwał choć kilka tygodni. Mechanizm niewidzialnej ręki rynku zweryfikowałby takie zwyrodnienia i doprowadził do normalności. I ponownie zaznaczam, że libertarianizm nie wyklucza karania za niegodziwe propozycje ze strony pracodawcy. To niestety jest nadinterpretacja Pana Mirosława Salwowskiego.

W kwestii praw zwierząt moja myśl z poprzedniego tekstu była wyrażona stosunkowo jasno. Powtórzyć jednak muszę, że zasada zabraniająca naruszania wolności innych osób nie implikuje braku kar za znęcanie nad zwierzętami. Owszem trafnie Pan Salwowski zauważył, że zwierze nie jest traktowane jako osoba, więc obejmują je inne reguły, lecz nie jest to tak, jak przedstawił mój Polemista, czyli tak zwana wolna amerykanka. Karanie za znęcanie nad zwierzętami w rzeczywistości libertariańskiej można uzasadnić następująco: wszelkie istoty, które nie są wyposażone w mechanizm samoświadomości i nie są osobami, odczuwają na przykład fizyczne cierpienie, więc zadawanie takich katuszy może być obłożone karą ze względu na to, że owe istoty nie są w stanie wyrazić swojego stanowiska wobec zaistniałej sytuacji. W takim wypadku należy zawsze brać pod uwagę najgorszy wariant, czyli taki, w którym zakłada się, że owe istoty będąc świadomymi, nie chciałyby tego cierpienia.

Ostatni akapit wydaje mi się być potwierdzeniem powierzchownej znajomości libertarianizmu przez mojego Polemistę. Z całym szacunkiem do Jego słusznych intuicji w kwestiach moralności, ale można je bez problemów przełożyć na rzeczywistość libertariańską, dlatego przytoczone słowa świętego Grzegorza idealnie wpisują się w wolnościową koncepcję kary.

Marcin Sułkowski
[aw]

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Polemiki z Mirosławem Salwowskim cz. 2.”

  1. Niestety mój tekst został „delikatnie” okrojony (całość była obszerna i podejrzewam, że to dlatego), więc podejrzewam, że część ewentualnych zarzutów Pana Salwowskiego znajdzie odpowiedź w tych wyciętych fragmentach mojej polemiki. Niemniej dziękuję profesorowi Wielomskiemu za możliwość publikacji i obrony stanowiska,

  2. Co do praw zwierząt, to autor posunął się tu do tak nieracjonalnego i niebezpiecznego – gdyby miało być podstawą do tworzenia prawa stwierdzenia, że nie sposób nie zareagować. Jakimi to bowiem podstawami trzeba się kierować, by ustanawiając prawo zastanawiać się co „chciałyby” zwierzęta? Czy jeśli z obserwacji ich zachowania wynika, że nie chcą iść na ubój, należy tego zabronić? Jak w ogóle można mówić o samoświadomości u zwierząt? Czy dotyczy to również insektów albo bakterii? Nawet jeśli te organizmy mają jakiś rodzaj świadomości, to czy to jest powód by traktować je na równi z ludźmi? Mam nadzieję, że autor się dobrze zastanowi nad swoim rozumowaniem, bo idąc tą drogą dochodzimy do samych absurdów. Domniemanie, że ktoś nie życzył by sobie takiego czy innego traktowania może dotyczyć WYŁĄCZNIE LUDZI, którzy z jakich względów nie mogą tego wprost wyrazić, np chorych umysłowo. A jakakolwiek próba regulacji sposobów obchodzenia się ze zwierzętami jest w najlepszym wypadku zbędną biurokracją. Bardzo mało jest przecież osób, które celowo zadają cierpienia zwierzętom, a robią to zapewne i teraz, kiedy jakieś tam zakazy obowiązują. A jeśli chodzi o ubój zwierząt, którego zapewne też by sobie „nie życzyły”, to przecież to powinno być wyłącznie przedmiotem tego, kogo ewentualnie na taki widok się naraża. Nie powinno się na przykład pozwolić na to, by można było swojego psa wyprowadzić na trawnik przed blokiem i tam go zarżnąć, nawet bez zadawania niepotrzebnego cierpienia. Ale jeśli ktoś zrobi to w miejscu ustronnym, to nie widzę w tym najmniejszego problemu. Co do zaś cudzołóstwa, to autor częściowo ma rację. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że takie regulacje sprzyjają wybitnie rozwodom. Dlatego bliższy jestem raczej stanowiska, że małżeństwami państwo nie powinno się zajmować w ogóle. Oczywiście, można by zawrzeć jakąś cywilną „umowę małżeńską”, ale tak jak umowa o pracę nie powinna być regulowana żadnym kodeksem pracy, tak i nie powinno być żadnego kodeksu rodzinnego. Poza tym takie cywilne małżeństwo było by raczej wynikiem wzajemnego braku zaufania.

  3. sadi34 – czytanie ze zrozumieniem się kłania. Nigdzie nie napisałem, że należy brać pod uwagę, co zwierzęta chciałyby, tylko trzeba przyjąć najgorszego wariant, a to jest różnica, bo to ludzie narzucają taką opcję. Po prostu znadinterpretował Pan moje słowa. Dodatkowo zwierzyniec służący jako pożywienie i zabijany w celu odpowiedniego przetworzenia, to nie znęcanie. Jakieś cywilne małżeństwa być muszą, bo trzeba sformalizować kwestię na przykład ewentualnych spadków etc. Nie myślałem jak miałoby to wyglądać, by najmniej angażować aparat urzędniczy, ale chyba dałoby się coś wymyślić.

  4. libertarianie błądzą w przekonaniu, że państwo da się zredukować aż tak bardzo jak planują, a prawo będzie nadal wykonywane, ale nie w zamiarze depenalizacji szkód wyrządzonych chcącemu.

  5. jak zaczniemy karać sądownie cudzołóstwo i pornografię, to następnego dnia obudzimy się w Iranie…

  6. Piotr Napierała – da się połączyć koncepcję państwa minimalnego ze skutecznością w zakresie egzekucji prawa. Aczkolwiek zgadzam się, że nie może być tutaj przesady, bo faktycznie obudzimy się w państwie zamordystycznym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.