„Polska lista katyńska”

Fakty mówią niewiele. O istnieniu wyodrębnionego spisu zamordowanych na sowieckiej Białorusi historycy domniemują, przez analogię do odnalezionego dokumentu odnoszącego się do zbrodni na terytorium Ukrainy i Rosji. Jednocześnie jednak nawet uważający, że zestawienie tego typu było koniecznością w biurokratycznych realiach imperium Stalina – nie mogą całkowicie wykluczyć, że (wraz z niemal całością akt mińskiego NKWD) zostało ono zniszczone przed wkroczeniem Niemców do Mińska. Jakby na to nie patrzeć – historyczna „lista”, jeśli nawet istniała – jest po prostu dodatkowym materiałem źródłowym, bynajmniej nie kluczowym, ani nie przełomowym dla badań nad losami ofiar represji komunistycznych. Szczegóły, które mogła zawierać mają oczywiście znaczenie dla kompletności naszej wiedzy, są też ważne dla rodzin zaginionych i pomordowanych, które dla spokoju ducha chciałyby zapewne znać dokładnie losy swych bliskich.

„Białoruska lista katyńska” w polskich realiach nie jest jednak tylko, ani nawet przede wszystkim fragmentem historii. Przeciwnie – to jak najbardziej żywa broń polityczna z arsenału służącemu permanentnemu podgrzewaniu temperatury stosunków polsko-rosyjskich. Obowiązująca w środowisku centroprawicy narracja każe traktować istnienie „listy” jako pewnik, przy czym z obowiązkowym dodaniem, że jest ona „ukrywana przez władze” – tak w Mińsku, jak i Moskwie. Na tej bazie dobudowuje się już znane elementy propagandowe: tezę o „NKWD-zistach rządzących Rosją” z Putinem na czele, czy czarny PR wymierzony w prezydenta Łukaszenkę (”wyparł się” obecności „listy” w mińskich archiwach). Przede wszystkim jednak „białoruska lista katyńska” ma być koronnym dowodem na ciągłość władzy w Rosji między Stalinem a Putinem, na zbrodniczy charakter obu tych reżimów, wreszcie na ich nieodmiennie wrogi i nienawistny dla Polski charakter.

W sosie znanym z niezależna.pl czy GaPy daje to melanż katyńsko-smoleński, w którym wciąż wmawia się Polakom, że władze rosyjskie wypierają się sowieckiej odpowiedzialności za Katyń, albo że uniemożliwiają jakieś polskie działania prawne w zakresie ostatecznego rozliczenia tej zbrodni. Niestety, frazeologii tej ulega nawet część środowiska Rodzin Katyńskich, nie zdających sobie chyba sprawy, że kiedy „niepodległościowcy” mówią Katyń – to w istocie mają na myśli Smoleńsk. Nie zależy więc im na prawdzie historycznej o tamtym zdarzeniu – ale na kreowaniu legendy politycznej katastrofy i własnego obozu.

Pogłoska o odnalezieniu 'listy” wyraźnie popsuła humory kręgom smoleńskim, tak rzekomo zaangażowanym w walkę o prawdę dziejową. Półgębkiem powtórzono tylko tezy, że dokument był ukrywany, by w końcu z ulgą ogłosić „to nie to!”. Zestawienie 1.996 nazwisk więźniów przewiezionych do Mińska z aresztów NKWD w Brześciu, Pińsku, Baranowiczach, Grodnie i Białymstoku – to jeszcze nie ten spis, którego oczekiwano. Trudno ukrywalne było westchnienie ulgi, jakie przeszło przez portale i gazety centroprawicowe. Jak powszechnie bowiem wiadomo – sensem poszukiwań ukrytych artefaktów jest sam proces poszukiwania, a nie jego finał. Odnalezienie takiego mitologizowanego przedmiotu blednie wobec atrakcyjności związanej z jego brakiem!

Znaleziona „białoruska lista katyńskiego” będzie ważna dla historyków i rodzin ofiar. Wiecznie poszukiwana – stanowi niekończące się źródło propagandowej amunicji dla obozu politycznego pokrywającego wszystkie swoje słabości i błędy polityczne rusofobią i antykomunizmem. Oczywiście, nie jest niczym dziwnym manipulowanie dziejami i materiałami źródłowymi dla osiągania bieżących celów politycznych. W tym jednak przypadku mamy przecież do czynienia z formacją, dla której prawda, a zwłaszcza prawda historyczna ma stanowić wartość niemal najwyższą. Wobec tego jednak – środowisko to winno przyjąć do wiadomości, że być może jedyną metodą uzyskania wiedzy o zawartości „białoruskiej listy katyńskiej” – będzie jej zrekonstruowanie i współpraca naukowa z historykami i archiwistami z Rosji i Białorusi. Jak dojść do takiej kooperacji pod sztandarami wojny z Moskwą i Mińskiem – rusofobi z Polski rzecz jasna nie wiedzą.

Bo nie o Katyń im chodzi. Nie o prawdę, nie o spokój rodzin pomordowanych, ani o godne upamiętnienie ofiar. To tylko gra polityczna mająca kanalizować uwagę Polaków na wymyślonym sporze historycznym z Rosją i służyć globalnym interesem frakcji neokonskiej z USA. Katyń zaś i inne zbrodnie stalinowskie, jako „zastępczy Smoleńsk” – są dla takiej gry po prostu profanowane.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.