Polska nowomowa w Strasburgu

Słowa-klucze i rzeczywiste intencje

Teraz, gdy ostygły pierwsze emocje wywołane debatą w Parlamencie Europejskim na temat Polski i utrwaliły się opinie, iż „sukces” w niej odniosła nie tylko Beata Szydło i jej partia, ale również cała Polska, warto przyjrzeć się intencjom i sensom zawartym w wystąpieniu polskiej premier, potwierdzanym przez słowa-klucze wyeksponowane lub świadomie pominięte. Suwerenność, wolność, demokracja, równość, standardy, Europa równych szans – należą do tych pierwszych. Dziedzictwo duchowe Europy, wartości chrześcijańskie i moralne, prawda, islam i zagrożenie cywilizacyjne, kryzys imigracyjny, akces do UE, traktat lizboński – do tych drugich. Z kolei nadreprezentacja pojęcia „suwerenność” miała na celu odwrócić uwagę Polaków od rzeczywistego jej kształtu. W przemówieniu sejmowym 13 styczna br. premier Szydło zapewniła, że: „polski rząd nie będzie uprawiał polityki zagranicznej na kolanach” i pokazała, jak się uprawia politykę „na stojąco”.

Mowa „europejskiego lidera politycznego” i jej wyznaczniki

Pani premier przypomniała więc Konstytucję 3 maja, wkład Polski w dzieje Europy w ramach walki pod hasłem „za naszą i waszą wolność”, podkreśliła, że: „Nasi ojcowie, nasi dziadowie przelewali krew za to, byśmy dzisiaj mogli się cieszyć się wolnością, byśmy mogli być częścią równej, zjednoczonej Europy, ale też przelewali krew za wolność innych narodów europejskich”.

Przez dziesiątki lat musieliśmy walczyć o prawo do wyrażania własnych opinii, do budowania własnej państwowości. Wywalczyliśmy to i nie damy sobie tego odebrać. Bo to jest idea, której nauczyła nas zjednoczona Europa. Jesteśmy Europejczykami i jesteśmy z tego dumni” („Nasz Dziennik”, 21 stycznia 2016, Nr 16). I rzeczywiście, wielu Polaków – nie tylko z PiS – poczuło satysfakcję i dumę, o czym świadczą triumfalne oceny pani premier. Kwintesencją znakomitego samopoczucia partii rządzącej Polską i jej zwolenników jest wypowiedź Witolda Waszczykowskiego dla „Sygnałów dnia” Programu I Polskiego Radia z 20 stycznia br.: „Zarzuty stawiane Polsce były i są bezzasadne. A stoją przed nami wielkie wyzwania, jak np. organizacja szczytu NATO. Dlatego ta debata była niepotrzebna. Ale powiem szczerze, wczoraj w Strasburgu urodził się nowy lider europejski, który nazywa się Szydło. Te trzy godziny pokazały, że narodził się rasowy przywódca. To była wielka osobista wygrana premier Szydło, która jak sądzę będzie procentować dla całego naszego rządu”.

Okazało się, że wystarczy oświadczenie, iż prawo do wyrażania własnych opinii i do budowania własnej państwowości jest ideą, której nauczyła Polaków zjednoczona Europa – czyli UE – aby osiągnąć „sukces”, a nawet zostać nowym liderem europejskim. Polscy fani pani premier muszą jednak wobec jej rewelacji historycznych jakoś sobie wytłumaczyć tajemnicę wolności (również słowa) i państwowości Rzeczpospolitej przedrozbiorowej, zrywów powstańczych w czasie rozbiorów, walki „za naszą i waszą wolność” w czasie II wojny światowej – m.in. pod sztandarami AK i NSZ. Tłumaczenie może być np. takie, że jest to nowa polityka historyczna wobec Zachodu, kreowana przez PiS z pomocą uczonych zastępów IPN. Za takim tłumaczeniem przemawia połączenie ogólników patriotycznych z językiem politycznej poprawności, w jakim przemawiała pani premier. Ani jednym słowem nie wspomniała o zapłacie, jaką otrzymaliśmy od Europy w Jałcie za to, że Polacy „przelewali krew za wolność innych narodów europejskich”, o naszych niepowetowanych stratach, jakie ponieśliśmy w czasie II wojny światowej – w ludziach, kulturze, gospodarce, terytorium. O tym, że wtedy, gdy wolna Europa konsumowała Plan Marshalla, dzięki któremu również Niemcy stanęły na nogi, Polska sama dźwigała się z ruin wojennych i, skazana na komunizm, w osamotnieniu doświadczała najcięższej jego formy – stalinizmu. Dostosowując ocenę tego wystąpienia do jego podniosłego „patriotycznego” stylu, trzeba dodać, że pani premier przemilczała również i to, że Polska w osamotnieniu nauczyła się „sztuki znoszenia cierpienia” – jak określa cichy heroizm Max Scheler. I według tej sztuki elity – m.in. PiS we wcześniejszych swoich wcieleniach – rządzące od 1989 roku polskim państwem każą jego społeczeństwu żyć nadal.

To już nie tylko polityczna poprawność, ale również „sojusznicza” lojalność wobec Waszyngtonu – ta sama, którą kierowały się rządy w Warszawie, wysyłając polskie wojsko na amerykańskie wojny, biorąc odpowiedzialność za więzienia CIA na naszym terytorium, czy ściągając na nie obce wojska i bazy NATO w ramach przygotowań do wojny z Rosją, czemu poświęcił swoją prezydenturę Andrzej Duda. Polityczna poprawność tym bardziej nie mogła pozwolić Beacie Szydło na przypomnienie profitów, jakie otrzymały Niemcy dzięki zaistnieniu Solidarności i jej wkładowi w upadek komunizmu. Zjednoczenie Niemiec – bez referendum i poza prawem międzynarodowym, a jedynie na skutek starannie obecnie eliminowanej z debat politycznych decyzji „formatu 2+4” (bez naszego udziału), a następnie „2+4+1 (z udziałem przedstawicieli rządu Tadeusza Mazowieckiego) było unieważnieniem Jałty, omijającym inne poza „zabezpieczeniem” granicy polsko-niemieckiej skutki II wojny światowej dla współczesnej Polski. Pani premier – zgodnie z założeniami politycznej poprawności – nie tyle schlebiła Europie, ile złożyła jej współczesnej formie wiernopoddańczy hołd, przemilczając – z jednej strony – nasze własne dziedzictwo wolnościowe i państwowe, z drugiej – tragiczny dla naszej historii wybuch II wojny światowej i jego skutki. Pokazała, na czym polega nasza suwerenność – nie tylko polityczna i państwowa, ale również intelektualna: Europę i jej struktury możemy sobie krytykować, krzyczeć o zagrożeniu islamem – ale w Polsce. Natomiast w Europarlamencie możemy co najwyżej powiedzieć: „Bo wydaje mi się, że wiele ważnych, niezwykle ważnych spraw, niezwykle ważnych problemów, które zasługują na pochylenie się i nasza uwagę, dzieje się obecnie w Europie” (cyt. za: „Nasz Dziennik”).

Warto też podkreślić, że ci, którzy jako zwolennicy Unii oburzają się obecnie na pozycję Niemiec w roli jej hegemona, nie chcą pamiętać o tym, iż sama Polska ją budowała. Polscy politycy obozu solidarnościowego – także seniorzy z obecnego PiS i obecnej opozycji – skuszeni wizją integracji z Brukselą, szybko pogodzili się z tym, że „format” ustalający zjednoczenie Niemiec i jednocześnie obalający Jałtę nie dał Polsce żadnych zabezpieczeń przed: pretensjami niemieckich „wypędzonych”, ukraińskimi żądaniami terytorialnymi (polskie władze udają, że nie wiedzą o powiatach polskich, które neobanderowskie ugrupowania uważają za swoje) oraz roszczeniami finansowymi, formułowanymi przez organizacje żydowskie jako rekompensata „za przejęte przez Polskę mienie ofiar holokaustu”. Za zgodą Polski postanowiono, że ustają skutki wywołanej przez Niemcy wojny, wobec czego samo sformułowanie przez nas żądania odszkodowań z ich strony jest nie tyle karkołomne, ile w ogóle niemożliwe. Wciąż natomiast jest możliwe realizowanie roszczeń wysuwanych pod adresem Polski. O tym jednak zabrania mówić polityczna poprawność, chyba że pozwoli na to nasz „sojusznik”.

Kwintesencja politycznej poprawności.

Zwłaszcza w kontekście ignorowanych w Polsce przez całą obecną klasę polityczną wymienionych roszczeń, które powiększa działalność RAŚ i umacnia idea „narodu śląskiego”, „sukces” premier Szydło w europarlamencie to nawet nie pyrrusowe zwycięstwo, tylko jego parodia. A jednak – wbrew naszym oczekiwaniom – na takiego „nowego lidera europejskiego” postawił wielki „sojusznik” UE zza oceanu. Pani premier dała dowód, że się na niej nie zawiedzie. W jej wystąpieniu nie padło ani jedno słowo o cywilizacji europejskiej, a tym bardziej łacińskiej, czy o chrześcijańskim dziedzictwie Europy. Jak widać, do nich odwołać się może taki „lider” tylko na gruncie polskim – najlepiej w kampanii wyborczej albo w kościelnych wystąpieniach. Beata Szydło pokazała, że nauka pobierana przez polską „elitę” na amerykańskich szkoleniach liderów politycznych nie idzie w las. Mówiła więc nie o chrześcijańskich wartościach, ale o europejskich – m.in. tych, które wywodzą się z haseł rewolucji francuskiej: „Właśnie wolność, równość i sprawiedliwość to są te wartości, na podstawie których wytyczamy rozwój naszego państwa. (…) Bo my, Europejczycy, powinniśmy budować naszą wspólnotę w oparciu o zaufanie, poszanowanie różności i budowanie w ramach tego zróżnicowania jedności, jaką jest Unia Europejska” (cyt. za: „Nasz Dziennik”). Majstersztyk politycznej poprawności – przecież w tym „poszanowaniu różności” i „zróżnicowaniu jedności” z powodzeniem może być realizowane przeformatowanie cywilizacyjne Europy przy pomocy islamu, o czym marzą amerykańscy „sojusznicy” Unii, którym jej umocnienie – nade wszystko cywilizacyjne – przeszkadza w ustanowieniu globalnej władzy.

Teraz dopiero widać, jak polska „elita” nauczyła się idealnego rozróżniania odbiorców swych wystąpień i różnicowania ich języka, ale nade wszystko takiego używania słów-kluczy, aby ich treść mogła wywołać oczekiwane reakcje. Dlatego fani pani premier mówią nie tylko o jej „sukcesie”, ale także o lekcji historii dla Europy. Dla nich bowiem wystarczy, że „nowy lider europejski” rzucił w twarz europarlamentowi prawdę o tym, iż Polacy przelewali krew „za naszą i waszą wolność” i jeszcze kilka dopowiedzeń, wymuszonych na pani premier pytaniami eurodeputowanych. Między innymi to, które zyskało już swoją sławę – o milionie ukraińskich uchodźców w Polsce, jako odpowiedź na problemy Europy z najazdem wyznawców islamu.

Odpowiedź bezpieczna, bo nie zawiera ani słowa krytyki pod adresem tych, którzy najazdem tym kierują i tych, którzy na niego się godzą. Tym bardziej politycznie poprawna, że nie ma w niej żadnej aluzji do różnic cywilizacyjnych i wynikającej z nich zagłady Europy, o której mówią politycy i znawcy problemu – nade wszystko w UE – odrzucający polityczną poprawność. Jeśli odrzuci ją polski wyborca, zauważy, że 19 stycznia 2016 roku Europa na forum parlamentu europejskiego nie otrzymała – jak niektórzy głoszą – od Warszawy żadnej lekcji historii, ani też żadnej koncepcji na dalsze istnienie Unii. Hasła w rodzaju „jesteśmy za Europą wolnych narodów i ojczyzn” nie robią już na nikim – poza wyborcami PiS i częściowo PO – wrażenia w obliczu załamania strefy euro czy kryzysu cywilizacyjnego, spotęgowanego imigracyjnym. Okazało się, że poza sloganami nie mamy nic do zaoferowania Unii. Blisko 40- milionowy naród nie ma żadnej własnej koncepcji na dalsze jej istnienie oraz własne w niej miejsce. Amerykańska agentura wpływów w Polsce zadbała o to, aby nie pojawiła się w niej żadna samodzielna myśl polityczna i społeczna, a także jakaś nowa dla Europy propozycja geopolityczna. Pod tym względem wystąpienia: premier Szydło, a wcześniej prezydenta Dudy pokazały, ile mogą czołowi polscy politycy – również z opozycji. Tyle, na ile pozwalają im gremia zza oceanu. Różnica między nimi polega jedynie na tym, że PO jest uzależniona od Berlina, który wykonuje dyrektywy Waszyngtonu, zaś obóz patriotyczny z Jarosławem Kaczyńskim na czele jako „liderem Polski” – słucha bezpośrednio centrali: administracji Białego Domu. Ta zaś nie pozwoli nade wszystko na uniezależnienie w sferze koncepcji politycznych, na jakąkolwiek suwerenność intelektualną.

Dlatego nawet koncepcja odejścia od traktatu lizbońskiego, na mocy którego ustanowiony został mechanizm „reagowania na zagrożenia dla państwa prawa” i zastosowana wobec Polski jego „procedura ochrony praworządności”, była poza zasięgiem możliwości Beaty Szydło. Polityczna poprawność nakazała jej ominąć traktat lizboński także dlatego, że wchodzi on w skład „świętego” dla PiS „dziedzictwa politycznego” Lecha Kaczyńskiego. Sakralizacja owego dziedzictwa jest nie tylko odrębnym zagadnieniem, wpływającym nade wszystko na naszą politykę wschodnią, ale również hamulcem w wysuwaniu polskich propozycji dla Unii.

Majstersztyk manipulacji

Jak bardzo rzutuje to uzależnienie na rozwiązywanie naszych problemów z Unią, pokazuje taki „drobiazg” w wystąpieniu polskiej premier, jak wyjaśnienia dotyczące powodu zwołania debaty europarlamentarnej – TK i związanych z nim nowych ustaw. Beata Szydło po mistrzowsku omijała prawdę, mówiąc o niekonstytucyjnym wyborze sędziów przez poprzedni parlament i konstytucyjnym wyborze przez PiS i Kukiz’ 15. Wykazała głębokie prze-konanie, że nikt z Brukseli nie będzie dochodził tego, ilu sędziów dotyczy pierwszy wybór, ilu drugi – i z czyjego nadania. To jest także przekonanie, że zwolennicy PiS – wprawdzie w większości katolicy – taki drobiazg wybaczą Pani premier i nie tylko wyciszą sumienie, ale także pochwalą, bo przecież dała alibi panu prezydentowi, który zaprzysiągł jedynie wszystkich sędziów „wybranych konstytucyjnie”. Mało tego, europarlament usłyszał: „Wciąż też zdecydowana większość sędziów Trybunału Konstytucyjnego została wybrana przez poprzednią większość parlamentarną. Jedynie pięciu z piętnastu sędziów to ci wybrani przez większość parlamentarną wspierającą mój rząd” (cyt. za: „Nasz Dziennik”). Arcydzieło machiawelizmu: żonglowanie prawdą przy pomocy słów: „konstytucyjny” i „niekonstytucyjny” bez konkretnych danych oraz sugestia, że wcześniejszy wybór 10 sędziów, którym nie kończy się kadencja, był także niekonstytucyjny. Wysoka sztuka manipulacji – ale czegóż to nie robi się dla Polski! – widoczna jest również w tym fragmencie wystąpienia, który był poświęcony reformie mediów. W czystej nowomowie globalnego ładu medialnego polska premier mówiła o: standardach europejskich, pluralizmie, neutralności, apolityczności, bezstronności, rzetelności, kompetencjach podmiotów operujących na rynku medialnym. Beacie Szydło udało się ani razu nie wymienić słów: prawda, kłamstwo, mechanizm ideologicznej perswazji, manipulacja, propaganda i jej formy – tak jakby istniały one poza światem mediów. Jednocześnie udało się w wielu punktach wystąpienia podkreślić, jak bardzo różni się obóz rządzący od opozycji, na co czekali przede wszystkim wyborcy PiS. Szczególnie ważne było dla nich to, że polska premier poskarżyła się eurodeputowanym: w Polsce dzieci marzą o jednym ciepłym posiłku w szkole, emeryci żyją w biedzie, młodzi są bezrobotni, a jeśli pracują – mało zarabiają. PiS chce to naprawić, co ma znaczyć, że za ten stan rzeczy nie odpowiada jego rząd, tylko poprzedni, utworzony przez PO i PSL. Klasyczna szara manipulacja i szara propaganda – łączenie prawdy z nieprawdą. Bieda w Polsce zaczęła się przecież o wiele wcześniej, natomiast za rządów PO – PSL osiągnęła jedynie skrajną postać. Również nieprawdą jest, że PiS w najmniejszym nawet stopniu nie ponosi za nią odpowiedzialności, bo jego ludzie sprawowali władzę nie tylko pod przewodnictwem własnych premierów, ale także w różnych układach koalicyjnych (m.in. w AWS). Próba uwydatnienia również na tym polu sztucznego podziału między dwiema głównymi partiami politycznymi w dużej mierze udała się.

Potwierdzają to towarzyszące sztucznej walce komentarze i hasła. Zwolennicy PiS krzyczą: oszuści, złodzieje. PO i jej kompania: zamordyzm, dyktatura, trybunał stanu za załamanie konstytucji. Pierwsi dołączyli do swego repertuaru narracyjnego dwa dodatkowe słowa-klucze: donosiciele, sprzedawczyki – wymiennie z Targowicą. Co się takiego stało, że nagle dopiero teraz odkryto u nas Targowicę? Czy Polskę, tracącą na skutek działalności obozu solidarnościowego – z PiS i PO na czele – suwerenność poprzez reformy Leszka Balcerowicza, wejście do NATO i UE oraz ratyfikację traktatu lizbońskiego można jeszcze raz sprzedać? Możliwości sprzedawczyków są bowiem nieograniczone – mogą oni ofiarować nas np. Moskwie, albo Pekinowi. Ten podział na patriotów i Targowicę to teatr odgrywany dla polskiej publiczności od 1989 roku. Mamy bowiem do czynienia cały czas z jednym obozem – solidarnościowym/postsolidarnościowym, który jednomyślnie decydował o kierunku przemian w Polsce – prywatyzacji majątku narodowego, wejściu do NATO i UE, ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Jego podział jest zwykłą grą, bo zmienia się jedynie obsada dwóch ról: rządzących i opozycji. Wystarczy jedno z haseł: USA, NATO, UE, poparcie dla Ukrainy, sankcje dla Rosji, aby obóz mówił jednym głosem – proamerykańskim, prounijnym, proukraińskim (probanderowskim), antyrosyjskim. Obecny spektakl ma na celu zatuszowanie nowych niebezpieczeństw dla Polski – przyjęcie „uchodźców”, zgoda na obce wojska i bazy wojskowe w Polsce, przedłużenie sankcji dla Moskwy – dające partii wojny czas na przygotowanie ataku na Rosję – spełnienie roszczeń finansowych wysuwanych przez organizacje żydowskie? Kiedyś polscy wyborcy zorientują się, o co idzie, ale poniewczasie.

Anna Raźny

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *