Prawica nie-smoleńska?

Przekonanie to przez długi czas wydawało się być weryfikowane pozytywnie – o czym świadczyć miał tak wynik wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, jak i załamanie pozostałych nie-PiS-owskich inicjatyw prawicowych – Polski Plus, Prawicy Rzeczypospolitej, a następnie PJN. Byliśmy więc świadkami, jak powtarzał się na polskiej scenie politycznej proces, w efekcie którego desygnatami „prawicowości” stawały się cnoty rewolucyjne: żądanie „przyspieszenia”; antypaństwowość polegająca na podważaniu zaufania do pracy organów państwa, a wręcz nawet na odrzucaniu w ogóle poczucia więzi z istniejącą państwowością, apologizowanie destrukcji itp. Wraz z nasilaniem propagandy spiskowo-zamachowej w odniesieniu do katastrofy, zjawisko to przybierało na sile, faktycznie cementując pewną część elektoratu uważającego się za prawicowy wokół Prawa i Sprawiedliwości.

Błędy w zarodku

Jednocześnie jednak mechanizm ten niemal od początku zawierał w sobie podstawowe symptomy słabości. Po pierwsze bowiem zakładał nieustającą kumulację: od momentu, gdy podejrzenia zamachu stanowiły margines obozu, oficjalnie odrzucany przez jego liderów – aż do ich ostatnich wystąpień, w których stawiają już kropki nad „i”, mówiąc wprost o zamachu, wybuchach i wojnie. Ta eskalacja nie może jednak trwać w nieskończoność, a najwyżej do wskazania domniemanych sprawców – a więc nie może utrzymywać nieustającego napięcia zwolenników.

Drugą słabością „logiki” wroga – jest konieczność nieustannego mnożenia przeciwników. Tak skonstruowanej grupie politycznej nie wystarcza bowiem oczywisty wróg zewnętrzny (Rosjanie), ani nawet czytelny wróg wewnętrzny (Tusk, rząd i Platforma). Liczba wrogów musi stale rosnąć, obejmując jeszcze bardziej wewnętrznych zdrajców, elementy niepewne, przekonane zbyt późno, lub jeszcze się wahające. Nie trzeba dodawać, że taka konstrukcja obozu politycznego nie jest możliwa na dłuższą metę, doprowadzić bowiem może jedynie do sytuacji, w której „Robespierre zgilotynowawszy już wszystkich Francuzów ścina w końcu kata” – przy czym w roli „Nieprzekupnego” wystąpiłby zapewne Antoni Macierewicz

Pod prąd?

Co ciekawe, świadomość tych ograniczeń nie była typowa dla kolejnych rozłamowców z PiS. Zarówno PJN, jak i początkowo Solidarna Polska wyraźnie obawiały się pójść pod prąd fali smoleńskiej, przeciwnie wręcz, dawały się jej unosić – tym samym jednak biernie znosząc podpadanie pod paragraf o niedostatecznej ortodoksji zamachowo-spiskowej. Od pewnego czasu jednak jesteśmy świadkami zmiany nastawienia do obowiązującej linii „10.04” i to ze strony dwóch alternatywnych (czy potencjalnych) ośrodków „prawicowych”.

Kiedy pierwszy raz Zbigniew Ziobro wyraził swój sceptycyzm (bardzo łagodny zresztą) wobec teorii zamachowej – można było uznać, że się zagalopował, pociągnięto go za język, lub nawet zmanipulowano wypowiedź. Wszak nie jest tajemnicą, że spora część tzw. „prawicowych autorytetów” nie wierzy w „mord smoleński”, z różnych jednak względów woli zachować swoją opinię dla siebie – już to, aby nie tracić czytelników, już uznając, że jest to znakomity argument polityczny do grillowania przeciwników. Kiedy jednak jednoznacznie swoją niewiarę w zamach wyraził Jacek Kurski – o przypadku nie może już być mowy.

Solidarna Polska, która dotąd wątek smoleński starała się raczej przykrywać swoimi pomysłami ekonomiczno-socjalnymi – teraz zdecydowała się chyba przetestować wariant va banque. „Wierzę w sowiecki “bardak”, wylądują, to dobrze, nie wylądują, też dobrze. Ale to jeszcze nie zamach” – powiedział Kurski w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim”, w oczach czytelników GaPy czy Solidarnych 2010 ustawiając się pewnie w ten sposób w tym samym rzędzie co Tusk z Putinem. Jeśli słowa te nie zostaną szybko zdementowane, a Kurski dla zrehabilitowania się w oczach sekty nie dokona samospalenia pod ambasadą rosyjską – oznacza to, że SP podjęła wyzwanie.

W poszukiwaniu niesmoleńskich wyborców

W takim przypadku liderzy Solidarnej uznawaliby skrajnych smoleńszczyków za środowisko stracone, nie do wyrwania spod wpływów PiS, a więc w sumie nieistotne z punktu widzenia wyborczego. SP musiałaby w takim przypadku przestać eksploatować katastrofę (poza standardową krytyką śledztwa, prokuratury, uległości Tuska wobec „Ruskich” itp.), a zacząć szukać innego elektoratu. Oprócz poszukiwań po stronie socjalnej sceny politycznej – chodziłoby o tych wyborców prawicowych (i „prawicowych”), którzy zaczynają się bać. Bać Macierewicza, wojny, eskalacji w nieskończoność – słowem tych, którzy albo nie odczuwali nigdy, albo teraz mają już dość nieustającego rewolucyjnego napięcia serwowanego przez PiS.

Trzeba przyznać, że byłby to ze strony SP eksperyment ambitny – doprowadzić bowiem musiałby do ostatecznej falsyfikacji opisanej na wstępie tezy, że oto „po Smoleńsku nie będzie w Polsce prawicy poza PiS-em”. Słowa Kurskiego i Ziobry wskazują, że chcą oni sprawdzić to założenie drogą tzw. ostrego eksperymentu. I choć można mieć wątpliwości tak co do ich intencji, jak i zdolności w tym kierunku – nie mniej dla czytelności sceny politycznej byłby to krok w dobrym kierunku.

Marsz też skręca?

Tym bardziej, że podobny ruch zdecydował się w końcu wykonać także jeden z liderów „prawicy maszerującej”. Robert Winnicki, prezes Młodzieży Wszechpolskiej w tekście „10 kwietnia nie dla nas” ostrożnie i zbyt późno, ale jednak ostatecznie odcina się od „smoleńskości” jako wykładni polskiego patriotyzmu. Dowodzi to, że z jednej strony musi odczuwać wzajemne przenikanie się smoleńszczyków z neo-endecją (by wspomnieć tylko pamiętny portret Lecha Kaczyńskiego niesiony na jednej z manifestacji przez chłopców z „falangami”) – co jest groźne dla planów budowy nowej formacji. Z drugiej zaś – lider MW po kilku przebieżkach musi też czuć się wystarczająco mocny, by kazać swym zwolennikom wybierać – za Smoleńskiem, czy za maszerowaniem.

Oba te przykłady dowodzą, że „prawica funkcjonalna” (czyli te środowiska, które się za prawicę mają, lub są za takową uważane, nieważne czy z sensem) próbuje się w końcu otrząsnąć ze smoleńskiej traumy i zorganizować siebie i potencjalne elektoraty wokół innych haseł, niż tylko rozliczenie katastrofy. „Koniec prawicy” może się więc okazać tylko krótka przerwą w jej dziejach w Polsce.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Prawica nie-smoleńska?”

  1. Tzw. prawica powinna sobie wziac do serca metody FSSPX, nie wchodzić póki co na scene polityczna, tylko prowadzić: 1/ Ultramontańska pracę u podstaw 2/ Krucjaty Różańcowe, takze publiczne w rozmaitych godziwych intencjach 3/ Działalność ewangelizacyjną w srodowiskach matematyczno-przyrodniczo-inzynierskich.

  2. Akurat Robert Winnicki zachowuje bardzo wiele z retoryki PiS-owskiej. Są pewne personalne sygnały /które przecież Ty Konradzie akurat doskonale znasz/, że to środowisko jednak myśli w kategoriach wkomponowania się w PiS. Oczywiście wolałbym, żebyś miał rację, iż jest inaczej.

  3. trzeba rozdzielić krytykę smoleńskiego partactwa w śledztwie od politycznej smoleńskiej karty. Klasyfikacja prawicowości smoleńskim kryterium jest idiotyczna i nie warta dyskusji.

  4. Ziobro o Macierewiczu (za wPolityce.pl): “Odniósł się też do niedawnych słów Antoniego Macierewicza o tym, że „Smoleńsk to wypowiedzenie wojny”. “W najmniejszym stopniu nie pomaga to sprawie wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. W jaki sposób jacyś eksperci mają przyjechać z zewnątrz, by pomóc w wyjaśnieniu katastrofy, skoro słyszą, że uczestniczą w wojnie?” – pytał. Zbigniew Ziobro dodał, że jeśli Solidarna Polska wejdzie w przyszłości w koalicję z PiS, nie zgodzi się na udział Macierewicza w rządzie. “Z pewnym smutkiem konstatuję, że jest różnica miedzy PiS a Solidarną Polską. Chcemy być kompetentną prawicą, która skutecznie prowadzi do realizacji celów. Jednym z nich jest wyjaśnienie katastrofy” – powiedział.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *