Profesorski rozkrok PiS

Można podejrzewać, że zabieg z ogłoszeniem „niezamierzonego efektu oczywistej omyłki rachunkowej” o poziomie 1 m 4 cm – miał za zadanie sprowokować media smoleńskie do agresywnego wystąpienia akurat w dniu, w którym PiS planował swój wielki ruch PR-owski, czyli zgłoszenie wniosku o konstruktywne wotum nieufności dla rządu Donalda Tuska. Zagrano więc na pewniaka i niezbyt finezyjnie, dublując starą historię z trotylem. Swoją drogą zaś – „obniżając brzozę” i tak poza poziom wskazywany w raporcie Komisji Millera – Naczelna Prokuratura Wojskowa wykonuje odpowiednik wzruszenia ramionami, na zasadzie „a jakie to ma znaczenie – walnął, to walnął, nie dociekajcie”. I choć po ludzku można by nawet zrozumieć takie podejście – to w sprawie tak newralgicznej politycznie, jak i ważkiej prawnie – kolejny dowód bałaganiarstwa śledczych (po nieszczęsnym pozamienianiu zwłok) nie może nie razić. O ile bowiem dla samego ustalenia przyczyn katastrofy faktycznie nie ma większego znaczenia, czy dany prokurator umie liczyć do 700, o tyle dalsze huśtanie polską debatą polityczną nadal obciąża obie strony smoleńskiego sporu. Co gorsza zaś – zmniejsza i tak niski autorytet państwa i wymiaru sprawiedliwości, a całą dyskusję o przyczynach i przebiegu katastrofy od dawna przenosi poza granicę absurdu. Co zabawne, w samych zainteresowanych propagandystach jest coraz mniej zapału – tzn. prokuratura robi wrzutę niebacząc, że wychodzi na stado durniów, a „media niepokorne” oburzają się raczej dla porządku i rutynowo. Na szczęście dla wszystkich zresztą – abdykacja Ojca Świętego problem „premiera Glińskiego”, a co za tym idzie także zagrywki PR-owski związane z tym kabaretem odsunęła na plan dalszy.

Oczywiście istnieje jednak grupa, dla której „pancerna brzoza” pozostaje kwestią tak kluczową, że odejście Benedykta XVI może wydawać im się odwracaniem uwagi od tego zasadniczego dla Polski i świata problemu. Przed kilkoma dniami miałem przyjemność obejrzeć co najmniej 1.000 lublinian o takim nastawieniu, którzy tłoczyli się na spotkaniu z prof. Wiesławem Biniendą. Poszedłem na nie bez uprzedzeń, mając nawet nadzieję, że nawet po stronie spiskowej o katastrofie można choć próbować mówić językiem zbliżonym do naukowego. Bez większego zdziwienia stwierdziłem jednak, że nadzieje te były płonne. Choć daleki od psychologizowania i tłumaczenia wszelkich form ludzkiej aktywności kompleksami i fobiami – zmuszony też jestem uznać, co widziałem i słyszałem. Obawiam się, że prof. Binienda opowiada swoje historie z trzech podstawowych powodów: po pierwsze kazała mu żona, po drugie chce zareklamować wyniki swych prac nad materiałami lotniczymi, po trzecie zaś – bo jest próżny.

Mechanizm wystąpień „eksperta” jako żywo przypomina zdarzenia sprzed 20 lat, kiedy to Jan Parys zaczął działać politycznie i marzyć o prezydenturze, bo jego ówczesna żona (o ukradzionym nazwisku) chciała być prezydentową. Słuchając agresywnych przemówień politycznych drobnej blondynki mówiącej o swoim mężu per „Pan Profesor” widać coś z tamtego zapału Małgorzaty Bocheńskiej, to samo przekonanie „mówiłam ci, że będziesz wielkim, a nie jakimś tam prowincjonalnym naukowcem!”. Oczywiście, ani miłość, ani głęboka wiara i zaufanie ze strony najbliższej osoby to nic złego, jednak elementy te rzucają charakterystyczny rys psychologiczny na propagandowe wojaże naukowca i organizowane dla niego wiece, niemające nic wspólnego z prezentacjami naukowymi.

Sama opowieść („wykład”) prof. Biniendy przypomina jako żywo skecz „Komicznego Odcinka Cyklicznego” parodiujący programu Adama Słodowego. Przebrany za legendarną złotą rączkę kabareciarz oklejał się papierkami, plątał w gumkach, by na końcu wyjąć spod stołu gotową, motorówkę i podsumowywać: „no i tak się właśnie ją robi”. Długie wprowadzenie smoleńskiego profesora brzmi i wygląda bardzo podobnie, przywodząc na myśl także działania prestidigitatorów, które mają odwrócić uwagę od techniki ich sztuczek. Oto bowiem Binienda długo tłumaczy jakimi posługuje się danymi (i dlaczego nie weryfikuje bezpośrednio ustaleń raportu MAK i Komisji Millera), by potem samo clou swych rozważań konsumować jednym zdaniem „i to sobie liczy, liczy apolityczny program i o! Jest wynik!”. Bez urazy, ale od „eksperta” można by oczekiwać, że skupi się właśnie na metodzie ustalania wyników, a nie zaprezentuje swe ustalenia na zasadzie „fiku-miku i są”.

Co więcej, część dywagacji Biniendy jest po prostu ucieszna, jak np. tłumaczenie, że po uderzeniu w brzozę powinny odpaść blachy skrzydła, natomiast dźwigary winny ściąć drzewo. – I co, i patrzę na zdjęcia wraku i co, blachy są, tylko jakaś dziura zieje, przecież to jest dowód, że nie było uderzenia! – wołał profesor jakoś nie przyjmując do wiadomości, że wspomniane blachy (i nie tylko) odpadły właśnie w miejscu, gdzie jest owa wyrwa…

Dalej – sam problem wybuchów na pokładzie Tu, które Binienda uważa za oczywiste – również jest ogarnięty jednym zdaniem, cytuję „więc inni eksperci ustalili, że te nity tak się rozrzuciły, że aż wbiły w ciała ofiar, że to musiał być wybuch”. Koniec cytatu. Jak na ekspertyzę – nie grzeszy więc to wystąpienie precyzją.

Zamiast opowiadać o wybuchach – Binienda woli opowiadać, jak jego studenci powiedzieli mu „pan jest popularniejszy od Michaela Jacksona”, albo rektor docenił rzucając „pan kolega robi coś ważnego, skoro jest na niego tyle donosów”. Pycha to ulubiony grzech Szatana – uważają niektórzy i te celebryckie marzenia pana profesora wydają się oczywistym motorem działania ambitnego małżeństwa. Marzenia nie ograniczonego chyba tylko do samych oklasków na wiecach Ruchu Społecznego im. Lecha Kaczyńskiego. Pokaźną część wykładu zajmowała ewidentna reklama opracowanego przez Biniendę materiału („30 proc. lżejszego do stali, ale odporniejszego”), który wykorzystuje się przy budowie silników lotniczych. Cóż, swej opinii w kręgach naukowych w Polsce prof. Binienda swą aktywnością polityczną z pewnością nie poprawia, jednak „popularity” może być kategorią marketingową w realiach zachodnich, gdzie polskie spory nikogo nie interesują, a cytowalność wynalazcy w zauważalny sposób wzrosła.

Choćby jednak prof. Binienda czytał na swych spotkaniach „Trzech muszkieterów” – to przecież i tak by to nie miało żadnego znaczenia. – Nic nowego nie usłyszałem, ale to dobrze takiego mądrego posłuchać – opowiadali uczestnicy „wykładu”. Również dla lokalnych polityków PiS dobrze jest pokazywać się przy panu profesorze, podkreślając za jednym zamachem swą smoleńską prawowierność, jak i „szerokie zaplecze intelektualne” partii. Z obiektywnego punktu widzenia seanse te są jednak po prostu żałosne i obraźliwe dla inteligencji, a liderom „IV RP” do ich licznych win doliczają grzech ogłupiania narodu. Z kolei rządzących obciąża ruchomy punkt uderzenia w brzozę smoleńską, będący równie ordynarnym graniem na rozedrganych emocjach tych biednych ludzi. Wyczyny prokuratury z jednej, a prof. Biniendy z drugiej strony dowodzą więc po raz kolejny całkowitej jałowości tematyki smoleńskiej i zmęczenia za jej pomocą niemal wszystkich uczestników życia politycznego. Charakterystyczne bowiem, że poza rytualnymi pokłonami – pierwsza liga PiS (oprócz Antoniego Macierewicza) nie towarzyszy w krajowym tournée „eksperta”, dostrzegając też jednak zapewne rozpaczliwość prób wyjścia poza swój żelazny elektorat, uwieszony na smoleńskiej brzozie.

PiS rozkraczone między Glińskim a Biniendą w obu tych odsłonach jest równie bezradne, i równie dalekie od zdrowego rozsądku i polskiego interesu narodowego. Obaj panowie profesorowie wydają się równie oderwani od spraw ważnych dla Polski, niezgrabnie chowając tak własne kompleksy, jak i dość oczywiste motywacje swych mocodawców. Oba wreszcie oblicza PiS-u – są równie odstręczające.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Profesorski rozkrok PiS”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *