Rękas: Baterie na kółkach, czyli o co chodzi z elektrykami (EV)

Jak wiadomo, elektryki wyzwalają ludzi ze stresu i wyścigu szczurów, pozwalają kontemplować każdą rozpoczętą podróż, no i pomagają nie opaść z sił, bo dzięki nim co 200-300 km wręcz wypada zatrzymać się na kolejny godzinny obiad. W efekcie kto delektuje się używaniem EV – wręcz nie wyobraża sobie innej metody pokonywania przestrzeni (i zwłaszcza czasu…), w związku z czym gotów jest uczynić, by do dobrodziejstw tych zachęcić jeszcze nieprzekonanych. Na przykład zakazując pojazdów z silnikiem diesla. Albo wprowadzając przymus postojowy dla wszystkich uczestników dróg (bo przecież tak będzie sprawiedliwie, to znaczy zdrowo, prawda?).

Motoryzacyjny woluntaryzm

Cóż, jak zapewne wielu Czytelników, znam wielu kierowców, którzy kiedy już wsiądą do auta, by pokonać kilkaset kilometrów – to chcą wysiąść dopiero po dojechaniu do celu, nawet jeśli jest on odległy o 500 kilometrów. Nie palą, nie jedzą hot dogów na stacjach, pęcherze pozwalają im na parominutowy postój co kilka godzin, a nie co 30 minut, a obiad spożywają po zakończeniu podróży, już na miejscu. Nie wnikając czy takich użytkowników dróg jest większość czy mniejszość – są oni uparcie pomijani przez propagandę namolnie wpierającą, że najfajniej podróżuje się stając co dwie godziny na godzinę, a dzień bez zjedzenia sześciu obiadów na stacjach w ogóle nie może zostać uznany za udany. Jasne, ktoś kręci się z całe życie tylko na odcinku biuro-dom, lubi ciągłe niekończące się postoje i jedną sprawdzoną trasę wakacyjną od ładowarki do ładowarki – jego życie, jego wola. Już jednak tworzenie barier i regulacji prawnych, by taki styl życia i podróżowania narzucać innym – budzić może zrozumiały sprzeciw.

Nadal bowiem naiwnie wydaje mi się czasem, że własnym samochodem mogę przejechać ile kilometrów zechcę i jechać nim jak długo zechcę. I nic nikomu do tego. Z góry też dziękuję za utrudnianie, blokowanie czy karanie za te moje podróże. Zwłaszcza, jeśli będzie to czynione dla mojego i większego dobra. Właśnie bowiem w związku z takimi tendencjami nadal wielu ludzi pozostaje sceptycznymi wobec sekt i tyranii. Sęk w tym jednak, że nachalna promocja, a w praktyce wymuszania elektryfikacji transportu to nie (tylko) ideologiczne wariactwo, ale przemyślana strategia rynkowa.

Zmiana systemowa

Na promocję i rosnącą podaż samochodów elektrycznych należy bowiem patrzeć z szerszej perspektywy, uwzględniającej całość współczesnej transformacji energetycznej. Docelowo zachodnioeuropejski system energetyczny ma opierać się na elektryczności, produkowanej przede wszystkim z atomu, wodoru oraz (innych) źródeł odnawialnych. Główny problem takiego rozwiązania sprowadza się do ograniczonych możliwości magazynowania energii elektrycznej. Właściwie wszystkie proponowane rozwiązania – są raczej obietnicami technologicznymi niż zmianą zasady, że podaż i konsumpcja prądu muszą odbywać się jednocześnie. Istnieje jednak jeden istotny wyjątek. Są nim właśnie baterie na kółkach, dla niepoznaki nazywane samochodami elektrycznymi.

Rynek energii elektrycznej potrzebuje permanentnych konsumentów, którzy w dodatku mogą przez czas jakiś magazynować znaczące ilości wygenerowanej energii. Im więcej EV będzie podpisanych do sieci – tym więcej energii można bez większych przerw produkować, a więc i sprzedawać. Właściwości jezdne, wydajność energetyczna, zgodność z zapotrzebowaniem indywidualnych konsumentów mają tu znaczenie dalszorzędne. Liczy się strategiczna decyzja rynkowa. Skoro odrzucamy gaz i węgiel (nb. także do generowania prądu) – to poświęca się też ropę, bo tego wymaga nowa formuła rynku energii. Oczywiście, będzie to zapewne miało dalekosiężny wpływ na wiele sektorów gospodarki, przede wszystkim przemysł tworzyw sztucznych, produkcję nawozów, a więc i żywności. Na naszych oczach dokonywana jest już zmiana całego wzorca konsumpcji, a więc faktycznie i kształt globalnego kapitalizmu. Te zmiany, które już odczuliśmy bywają nam tłumaczone najpierw pandemią, ostatnio wojną, jednak w istocie mamy do czynienia ze zjawiskami przygotowywanymi niezależnie od wszelkich spektakularnych zdarzeń. To transformacja systemowa i cywilizacyjna.

Ale jeśli ktoś ma ochotę ją obserwować podczas godzinnego postoju przy ładowarce – to droga… wolna.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 35 Average: 4.8]
Facebook

4 thoughts on “Rękas: Baterie na kółkach, czyli o co chodzi z elektrykami (EV)”

  1. Na razie celem jest powrót do transportu zbiorowego poprzez piętrzenie problemów dla posiadaczy samochodów, jak np. drakońskie kary i podatki, wysokie koszty paliwa czy w końcu nakazy i zakazy prawne. Ciekawą koncepcją zakazu jest monitorowanie śladu węglowego, czyli nawet gdyby paliwo było osiągalne to w praktyce nie będzie go można zbyt wiele kupić z powodu przekroczenia limitów emisji CO2, co będzie się wiązało z odcięciem od płatności.

  2. „bo dzięki nim co 200-300 km wręcz wypada zatrzymać się na kolejny godzinny obiad.”

    Taki zasięg, choć niewielki, to i tak byłoby marzenie. Proszę zwrócić uwagę na najtańszego w Polsce elektryka, tj. Dacię Spring za 89 400 zł.

    https://www.dacia.pl/samochody/nowy-spring/zasieg.html

    Wg deklaracji producenta, w zimowych warunkach eksploatacji z włączonym ogrzewamiem i prędkością 90 km/h zasięg owego cudu techniki wynosi… 72 km. Czyli startując S7 z Gdańska w kierunku Warszawy na 1 ładowaniu można dotrzeć co najwyżej do Pasłęka w nieodległym powiecie elbląskim… Tymczasem litr benzyny stanowi równoważnik 10 kWh energii, co warto porównać z rzeczywistymi pojemnościami akumulatorów pojazdów elektrycznych.

  3. Ciekawe, czy ktoś już obliczył, ile średnio godzin w ciągu życia będzie musiał poświęcić właściciel samochodu elektrycznego na jego ładowanie? Abstrahując już od tego, że w Polsce mało kogo będzie na taki samochód stać. Skończy się tym, że ludzie nie będą w stanie zawieść dziecka do szpitala, a w tym samym czasie Bezosy będą latać w kosmos. I dlaczego Konfederacja nie ma na sztandarach antyklimatyzmu i postulatu wyjścia z UE? Przecież to się aż prosi.

  4. Po artykule i komentarzach widac ,ze ludzie nie zdaja sobie sprawy z grozy sytuacji. W gospodarce pracuja glownie silniki spalinowe. Kazda rzecz , z ktorej korzystamy i ktora kupujemy , wymaga na kazdym etapie transportu . Likwidacja silnikow spalinowych oznacza kataklizm z dziesiatkami , moze wiecej , milionow ofiar w Europie. Przy dzisiejszym zurbanizowaniu i zdeindustrializowaniu Polski nie jest mozliwe cofniecie sie do etapu chodzenia pieszo i wozenia rzeczy wozkami recznymi bez spowodowania smierci milionow. Na przyklad , czy ktos zastanawia sie ile tysiecy ton trzeba przewiesc i na jakie odleglosci , zeby wybudowac kilkupietrowy budynek. Albo czy ktos zastanawia sie jak wielka baterie musialby miec czterdziestotonowa ciezarowka , jesli samochod osobowy do przewozu mniej niz tony ma baterie wazaca 50 kg itd. Wszystkie rozwazania o niedogodnosciach podrozowania etapami , albo dostrzeganie w tym planu zrobienia jakiegos interesu na elektrycznosci , nie mowiac juz o teoriach , ze to jest sposob na zmuszenie ludzi do korzystania z transportu publicznego , sa absurdem. To nawet w jednej setnej jest niewykonalne. Ci ludzie , Morawiecki , Kaczynski , Duda , Tusk i reszta opozycji, Urszula Layen , rzad amerykanski i niemiecki , szykuja nam katastrofe z milionami ofiar . Niech ktos poda jakies , dane , fakty i wyliczenia , ze to co napisalem jest nieprawda i za ja po prostu czegos nie rozumiem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.