Rękas: Czy chcemy przeżyć?

Gdyby to był film – wszyscy współczuliby zniewoleniu ukazanego w nim dziwacznego społeczeństwa, skazanego na powszechny areszt domowy. Z pewną nutką wyższości dziwiono by się, że wszyscy dali się oszukać kolejnej filmowej diabolicznej władzy (zapewne straszącej dawno już niegroźnym promieniowaniem albo bestią z lasu). No i kibicowano by głównym bohaterom, wiodącym ogół ku nieuchronnemu wyzwoleniu. Gdyby to był film…

Spirala bez końca i sensu

Niestety, to nie kolejne dziełko katastroficzne, jakich wiele obejrzeliśmy, a które chyba przygotowały nas na pokorne znoszenie coraz bardziej dolegliwych, ale też i coraz bardzie absurdalnych niedogodności stanu epidemicznego. Kolejne pisane na kolanie zarządzenia nie łączą się w żadną logiczną całość i już wyraźnie wydają się wynikiem samonapędzającej się spirali – zabrania się, bo przecież codziennie trzeba dodatkowo zabraniać. Nakazy pisane dalekim od prawniczego językiem tworzą z miejsca problemy interpretacyjne („uzasadnione życiowo zakupy” – których zasadność i życiowość każdorazowo ma sprawdzać organ administracyjny w postaci funkcjonariusza, zakupy w określonych godzinach dla seniorów zrozumiane, jako zakaz chodzenia przez nich do sklepów w innych porach itd.). Nadto zaś – jak to w Polsce – na złe prawo nakłada się jego kulawe, głupawe, alogiczne stosowanie i wykonywanie. Stąd właśnie mandaty za siedzenie na ławce albo ściganie spacerujących po zmroku, choć jako żywo – godziny policyjnej jeszcze przeciw nie wprowadzono. Nie myśli się także w żadnym momencie o najbardziej bieżących skutkach wprowadzanych regulacji – co ilustruje kwestia rękawiczek: są wymagane podczas zakupów – ale kto ma je zapewnić? – sklep – ale skąd ma je wziąć, przecież w necie nie kupi, a żeby pójść po zakupy, trzeba… mieć rękawiczki – no dobra, sklep rozdaje rękawiczki, ale czy ktoś myśli, że to dodatkowy koszt obciążający jego działalność?

Dalej – całkowite oderwanie od życia, od samej istoty natury ludzkiej wprowadzanych norm. Weźmy choćby zakaz samodzielnego poruszania się niepełnoletnich, w którym (poza jego całkowitą bezprawnością) zwraca uwagę całkowite odrealnienie. Twórcy zakazu ewidentnie nie mieli 17 lat, a nawet będąc w tym wieku – nie mieli dziewczyn/chłopców, sympatii, nie przeżywali pierwszych miłości i nie spotykali się w parach mieszanych inaczej niż w obecności rodziców. Stąd teraz nie widzą niczego dziwacznego w tym, że nastolatek tęskniący za swoją dziewczyną – musi prosić tatusia, żeby z nim podszedł pod jej blok, żeby mogła mu chociaż (pod opieką własnego rodzica!) odmachać. Zaiste, piękny do powrót do dawnych obyczajów, mam jednak obawy na ile motywowany troską o zdrowie (moralne!) młodzieży, a nie zwyczajną legislacyjną głupotą. Nie wiem dokładnie jak jest teraz, większość moich dzieci jest już, chwalić Boga, dorosła, jednak w czasach mojej młodości nawet najbardziej leniwy i praworządny nastolatek, gdyby stworzono mu takie przeszkody, by nie dotarł do ukochanej – zrobiłby wszystko, aby je pokonać i udowodnić w ten sposób i swoje uczucia, i fundamentalną męskość. Taka była logika… przetrwania gatunku.

I tak dalej – to naprawdę są sprawy fundamentalne, bo nie można zawieszać wymogu tak podstawowego, jak analiza skutków prawnych (analiza ryzyka – czyli zastanowienie się co może nie wyjść i jak przepis może zostać zastosowany wbrew intencjom twórców) tylko za pomocą okrzyku „Furda wszystko, jest pandemia!”. Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie przy stanowieniu prawa!

Nikt nad tym nie panuje

Oczywiście, chaotyczne działania władz wciąż jeszcze spotykają się z masowym poparciem, choć przynajmniej po internecie sądząc – rośnie też chyba liczba stawiających kluczowe pytania: czemu poszczególne rozwiązania (w rodzaju obśmianego, wprowadzonego w sposób wątpliwy, ale obowiązującego zakazu wstępu do lasów) mają KONKRETNIE służyć? Jak długo to jeszcze potrwa? I najważniejsze – czy w ogóle ktoś już planuje CO DALEJ?

Dam przykład z własnej poniekąd branży. Ciekawostką absurdu, w jakim się znaleźliśmy – jest powszechne zdziwienie nudzących się na telepracy mas urzędniczych, że dziennikarz w ogóle ich o coś pyta! I to o jakże wstrząsające i niespotykane rzeczy – np. dyrekcję dróg o budowę dróg albo szpital onkologiczny o leczenie pacjentów onkologicznych. Nad krajem wisi jedno wielkie “Jak można w takiej chwili… ?!“, jakby ktoś zdanie to wyrył na niebiosach dla ułatwienia biurokratom rzucenia zaklęcia gaszącego. Ale można, a nawet należy – bo ludzie nadal chorują także m.in. na raka, bo drogi są (a raczej właśnie nie są…) budowane, bo tak czy inaczej to wszystko kiedyś się skończy, tymczasem wygląda na to, że administracja rządowa i samorządowa w ogóle nie zakładają, że powinny być na ten moment przygotowane, policzone i zorganizowane. I to jest zagrożenie naprawdę poważne.

Oczywiście nie jest jednak prawdą, że urzędy i instytucje nie odpowiadają precyzyjnie na pytania dziennikarzy. Wstydziłbym się w ogóle coś takiego sugerować! Taki np. Oddział Lubelski Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad na luźne i zupełnie chaotyczne pytanie: Czy GDDKiA szacuje na bieżąco ewentualne opóźnienia (a więc i zmianę kosztów) realizowanych inwestycji, w tym zwłaszcza tych o strategicznym znaczeniu dla Lubelszczyzny (S12, S17, S19, planowana obwodnica Chełma itp.)? Jeśli tak – to o jakim wzroście kosztów mowa i jakie przedłużenie terminów brane jest pod uwagę? – odpowiedział z zimną, chirurgiczną wręcz dokładnością: „Z uwagi na obecną sytuację zaangażowanie osobowe na budowach jest NIECO mniejsze, kontrolujemy to. Zima była łaskawa”. Nie, no z takimi asami u władzy i kierownictwa inwestycji publicznych – od razu się śpi spokojniej!

Rozumieją państwo? Założenie, że oto gdzieś, za umęczonymi twarzami ministrów znajdują się tłumy jeszcze bardziej kompetentnych strategów skrupulatnie zliczających straty, szukających metod ich zniwelowanie i dynamicznego powrotu do normalności – okazuje się być naiwnością! To wciąż ta sama nieudolna, pozbawione wizji i elementarnej inteligencji miazma biurokratyczna! Mówiąc jeszcze prościej – skąd w ogóle bierze się wiara, że państwo i ci konkretni politycy, którzy wszystko poza tym robią źle, knocąc dowolną sprawę, której się dotkną – akurat z pandemią będą walczyć skutecznie i sensownie? Przecież to bardziej irracjonalne niż sam strach przed wirusem!

Ochrona zdrowia – czemu nie myślano wcześniej?

A przecież myśleć trzeba, inaczej stale mieszane bagno tylko wciągnie nas głębiej. Zostając przy przykładach z własnego podwórka – muszę Państwu przyznać, że przez kilkanaście ostatnich lat zawodowo zajmuję się pisaniem o ochronie zdrowia i medycynie (tak, ta Rosja to tylko takie hobby…). Kto zna te moje teksty, ten wie, że trudno mnie oskarżyć o brak zrozumienia, sympatii i szacunku do środowiska medycznego. Dlatego właśnie pozwalam sobie dziś na pewną wątpliwość. Oto słyszymy cały czas, że drakońskie blokady konieczne są nie po to, by chronić nas przed zarażeniem (które ostatecznie czeka pewnie wszystkich), tylko by “CHRONIĆ OCHRONĘ ZDROWIA“.

Hmm, przepraszam, a to nie miało być odwrotnie, że ochrona zdrowia chroni nas?

Podstawowe pytanie brzmi zresztą DO KIEDY? Jakie działania są podejmowane, by kupiony internowaniem społeczeństw czas wykorzystać dla zwiększenia potencjału służb medycznych? Expresowo buduje się i wyposaża nowe oddziały zakaźnictwa? Szkoli służby pomocnicze? Czy tylko gapi tępo na kalendarz licząc, że fala zachorowań sama opadnie? Prawda jest bowiem bolesna. Odpowiedź na pytanie “A kiedy właściwie polski system ochrony zdrowia będzie gotowy na pandemię i już nie trzeba go będzie chronić?” – brzmi:

NIGDY.

 

Nigdy przy obecnej filozofii bilansowania ponad wszystko, nigdy przy wieloletnich zbyt niskich nakładach. Nigdy bez oddłużenia. Nigdy przy utrwalonym chaosie organizacji i finansowania. Albo więc zostaniemy już w mieszkaniach zamknięci na stałe, albo z całego tego dramatu wyciągniemy jedyny pożyteczny wniosek, biorąc się NATYCHMIAST za systemowe zmiany ochrony zdrowia. Chyba, że ktoś ma ochotę na cykliczne powtórki z obecnych zdarzeń…

Chora polityka

Niestety jednak, tym wszystkim TAKŻE klasa polityczna III RP się nie zajmuje, skupiając się na swojej ulubionej grze alienacyjno-polaryzacyjnej tzn. takiej, która większość od siebie odrzuca, a resztę dodatkowo dzieli i skłóca. Tyle, że tym razem, o ile jeszcze nie dawno sejmowy kontredans pozwalał przynajmniej partii rządzącej spać w miarę spokojnie – bo „uny, panie, nasz ratujo, a ta cała opozycjo, to ino o wyborach i stołkach by myślała!”, o tyle przedłużanie się całkowicie już dla ludzi niezrozumiałych przepychanek o datę wyborów wspólnie już topi wszystkie siły parlamentarne.

Zresztą, gdyby Kaczyński rzeczywiście był tak diabolicznie sprytny, jak kreślą go jego wrogowie i zwolennicy – to przecież dziś oddałby władzę sejmowej opozycji. I co ona biedna by z nią zrobiła? Wówczas też PiS mogłoby powrócić w glorii i chwale na czele rewolucji głodnych i to już za kilka miesięcy, ratując w ten sposób chorobliwą pseudo-dwubiegunowość polityki III RP. A tak istnieje szansa – ale tylko maleńka szansa! – że całe to szambo, odpowiedzialne i za obecną dewastację naszego systemu prawnego, i za nieprzygotowanie polskiej służby zdrowia, i za nadchodzący krach gospodarczy, wobec którego nie tworzy się ŻADNYCH REALNYCH planów zaradczych i niwelujących – zostanie w końcu  spuszczone do ścieków.

W istocie bowiem trudno oprzeć się wrażeniu, że – zwłaszcza w obecnej sytuacji – kolejna kłótnia polityczna – spełnia rolę podobną do… posiłku w samolocie. Tzn. jest mdła, przewidywalna, niestrawna i wchłaniany ją, choć wcale nie mamy ochoty – byle nie zwracać uwagi, że jest ciasno, duszno, telepie całym pokładem, dzieciak z tyłu kopie nas w siedzenie, pijak z przodu coś fałszywie wyśpiewuje na cały głos, pani z boku chyba się porzyga, a cały samolot i tak pewnie w końcu spadnie.

A przecież jeszcze może jest czas, by się uratować!

Co zrobić JUŻ

Jak?

Po pierwsze – przez przyznanie, że strategia oddalania w czasie prognozowanego apogeum epidemicznego oznacza w istocie permanentne przedłużanie obecnego stanu zamknięcia kraju. Ten zaś jest nie do utrzymania z powodów tak gospodarczych, jak po prostu… ludzkich. Elementarny behawioryzm – kolejnych tygodni czy miesięcy lockdownu nie wytrzyma ani ekonomia, ani psychika najpierw jednostek, a potem całych mas.

Po drugie – najbardziej idiotyczne i krępujące zakazy należy znieść NATYCHMIAST. Otworzyć wszystkie zakłady produkcyjne, usługowe i handlowe (czym, u licha, różni się 5 osób w spożywczym od 5 osób w obuwniczym?! Zamknięcie sklepów budowlanych w weekendy = więcej kupujących w dni powszednie i tak dalej – oczywiście, dziś by z tego wywnioskowano, że należy zamknąć i mniejsze spożywcze, a budowlankę w całości…).

Po trzecie – przedstawić w trybie pilnym przynajmniej wstępny raport na temat strat i dopasować działania pomocowe do konkretnych liczb, sum, dat, a nie na czuja, bo trzeba zdążyć przed „Wiadomościami”.

Po czwarte – możliwie szybko, co nie znaczy wcale, że na chybcika – podjąć się systemowej reformy systemu ochrony zdrowia, jej finansowania, organizacji, sytuacji zatrudnionych.

Po piąte – dokonać analizy sytuacji międzynarodowej, tak geopolitycznej, jak i ekonomicznej. Zarówno dla weryfikacji istniejących powiązań międzynarodowych Polski, oceny ich przydatności, choćby w sytuacji tak kryzysowej jak obecna (Czego jeszcze musiałaby NIE ZROBIĆ Unia Europejska, by udowodnić swą całkowitą zbędność? Gdzie jest pomoc od najważniejszego, strategicznego sojusznika? Może chociaż ten cudowny amerykański gaz by nam prolongowano?) – jak i by ustalić perspektywy dla gospodarki polskiej. (Jakie kroki podejmą Niemcy, dla których pracują resztki polskiego przemysłu? Czy w przypadku ich wycofania i cięć w gospodarce niemieckiej – mamy alternatywę? Czy jesteśmy w stanie podjąć jakąkolwiek ofensywę inwestycyjną w produkcję czy własny sektor finansowy? Czy oprócz oczywistych kosztów zmian w globalnym systemie dostaw – jest jaka bądź możliwość, byśmy się w nich odnaleźli w nowych rolach? Czy znowu czeka nas tylko znane od przeszło 40 lat tłumaczenie „jest kryzys – więc musi być ciężko” – oczywiście, ciężko tylko Tobie i Twojej rodzinie…).

To wszystko trzeba robić JUŻ, nie czekając na żadne magiczne daty. Paradoksalnie, jak z wielu chorób – tak i z tej wciąż jeszcze możemy wyjść wzmocnieni i uodpornieni. Pamiętajmy, jeśli pacjent chce żyć – to nawet medycyna bywa bezsilna!

Tylko czy my naprawdę chcemy to przeżyć?

Konrad Rękas

[Głosów: 28   Average: 4.7/5]
Facebook

6 thoughts on “Rękas: Czy chcemy przeżyć?”

  1. Wiadomo było od dawna, że czeka nas zapaść służby zdrowia z powodu niskiego finansowania i ucieczki lekarzy oraz pielęgniarek za granicę. Dlaczego nie wprowadzono płatnych studiów na kierunku medycyna i ewentualnego odpracowania w kraju? Samo zwiększanie liczby miejsc na studiach nie wystarczyło. Takie przepisy wprowadzono na Węgrzech. Lekarze brutalnie wykorzystują tę sytuację. Popyt na nich jest ogromny a podaży brakuje. Państwo z tektury polega na tym, że pewne grupy interesów są silniejsze od rządu i nie pozwalają na reformy.

    1. ” Dlaczego nie wprowadzono płatnych studiów na kierunku medycyna i ewentualnego odpracowania w kraju?”
      A no dlatego, że pozostały jeszcze ostatki równości wobec prawa, którą Twoi komunistyczni pobratymcy z PIS próbują właśnie likwidować. Każdy bowiem ma równy dostęp do wszelkich kierunków studiów. Więc albo niech płacą wszyscy, co byłoby bardzo słuszne, albo nikt. A jeśli nikt, to niech odpracowują wszyscy. Ci z uniwersytetów powiatowych w szczególności. Nikt Ci nie zabraniał studiować medycyny. Ale pewnie książki były zbyt ciężkie to wybrałeś zarządzanie na jakiejś powiatowej a nawet gminnej “wyższej uczelni”.
      Aha i przyjm do wiadomości, że zostanie lekarzem, to jest wysiłek studenta i jego rodziców. Państwo wydaje tylko papierek. Do głowy nie wkłada i po nocach nie zakuwa.

  2. (…)„Furda wszystko, jest pandemia!”(…)
    A ja na to odpowiadam:
    Albo mamy stan wyjątkowy, albo mamy dura lex sed lex.

    (…)Czego jeszcze musiałaby NIE ZROBIĆ Unia Europejska, by udowodnić swą całkowitą zbędność?(…)
    Już widzę polską reakcję na unijną relokację respiratorów… taką samą jak na relokację migrantów.

  3. Czy Romek slyszal o tzw. drenazu mozgow ? Jest to problem swiatowy, nie tylko polski, Niektorzy uwazaja to za nowy kolonializm bo jak nazwac to ze bogate kraje sciagaja do siebie najzdolniejsza mlodziez a pozniej ci wyksztalceni juz mlodzi zostaja w takich Niemczech, Skandnawii czy Ameryce pn. A wyksztalcenie lekarzy kosztuje krocie , to nie szkolka socjologii czy europeistyki. A studia platne juz istnieja tylko dlaczego nie ma wsrod prywatnych szkol tych drogich dla wlasciciela uczelni jak studiow medycyny czy inzynierii ? Wprowadzic oplaty za studia medyczne oraz wymusic umowe o prace przez pierwsze np. 10 lat po studiach w kraju i basta !

    1. W ogóle, cała edukacja publiczna powinna się wiązać z obowiązkiem odpracowania jej w kraju. Każdy szczebel edukacji w szkole i uczelni publicznej powinien być wyceniony na tyle i tyle lat pracy, i każdy absolwent w przypadku emigracji powinien albo udokumentować swoje lata pracy w Polsce, albo spłacić edukację zgodnie z ustaloną stawką. Chora jest sytuacja, kiedy podatnik polski za swoje pieniądze kształci pracowników dla państw obcych

      1. Jasne. Ja bym jeszcze kazał im pracować za darmo z 5, a co tam, z 10 lat. A jak wyjadą za granicę przed odpracowaniem, to obłożyłbym karą rodziców i dziadków. Jak czytam takie genialne rozwiązania to naprawdę utwierdzam się w przekonaniu, że rozwiązaniem jest tylko pełna prywatyzacja edukacji – podatnicy nie musieliby płacić za efekty kształcenia delikwentów na tym poziomie intelektualnym, bo to jest właśnie chore. Jak ktoś głupi chce się uczyć, to niech to robi za swoje pieniądze.

        A gwoli wyjaśnienia – pomysł “odpracowywania” studiów jest idiotyczny i niesprawiedliwy. Ludzie już raz zapłacili za edukację w podatkach – np. rodzice studenta i sam student poprzez konsumpcje w trakcie edukacji etc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *