Rękas: „Denazyfikacja” jako wstęp do depolonizacji

W zasadzie podoba mi się artykuł kol. Arkadiusza Miksy Denazyfikacja Niemiec – prawda czy mit?. Tylko nie do końca. A właściwie wcale nie. Tak, tak zwana „denazyfikacja” okazała się nie tyle nawet porażką, co idiotyzmem. Ale właściwie czego innego można się było spodziewać?

Zemsta słuszna, „kara” to propaganda

Oczekiwanie „kary”, czyli zemsty na Niemcach – wynikało przede wszystkim z wyjątkowego okrucieństwa z jakim prowadzili wojnę i w jaki sposób okupowali Europę, nota bene w tej formie wyłącznie wschodnią. Tymczasem miast uzasadnionego odwetu, który byłby równie gwałtowny, jak przejściowy, takie są bowiem ludzkie emocje – zaserwowano Niemcom (a na ich przykładzie światu) mocno przekombinowany koncept ideologiczny, w dodatku oparty na kłamstwach historycznych. Bo też „odpowiedzialność narodu niemieckiego” za sam wybuch wojny nie była wcale większa niż takaż „odpowiedzialność” narodów Polski czy nawet Brytanii. Ba, nawet odpowiedzialność polityczna samych przywódców państwowych nie mogła być złożona na tę tylko grupę, która w dziwacznej parodii procesu zasiadła w Norymberdze na ławach oskarżonych. Wojny nie wybuchają, bo ktoś im jest „winien”, tylko ponieważ przemawiają za nimi jakieś interesy, lepiej lub gorzej rozumiane i artykułowane.

Co gorsza, miast przykładnie niemieckie kierownictwo wymordować, a pokonany kraj ograbić, zgodnie z wielotysiącletnią tradycją zwycięską – zaczęto się bawić w inżynierię społeczną. oczywiście, punktem wyjścia było odniesienie się do nazizmu, co już było pewną przesadą politologii stosowanej. Więcej jednak – postanowiono coś dziwnego zrobić z Niemcami. I nie było to dzieło bynajmniej sowieckie i NRDowskie, bo też i dziś widzimy, że NRDyzm to co najwyżej niechęć do cudzoziemców oraz skłonność do truskawkowego wina musującego serwowanego przez ciapowatego quasi-krasnala, zanikająca zresztą z pokolenia na pokolenie.

Celowa wywołana niemiecka schizofrenia

Nie, to się zdarzyło na Zachodzie. Wymyślono dziwaczny eksperyment jak to Niemcy mają się czuć winni bycia Niemcami, a jednocześnie realizować się poprzez niemiecką ekspansję, tylko pełną ekspiacji. Entschuldige, ale ktoś na wstępie nie zauważył, że od tego można dostać schizofrenii? I to na poziomie narodowym? To stąd się wzięło to niemieckie dwójmyślenie „to nie my – to naziści!”. To dlatego nie pyta się skąd dziadek, którego takie ładne zdjęcie w czarnym mundurze stoi na kominku – wziął pieniądze na rozkręcenie rodzinnego interesu. To pomysł zrobienia z Niemców wzorowej nacji bez właściwości, pierwszego narodu nowej ery, który nie wie kim jest, ale na pewno tego serdecznie żałuje – był zaraniem globalistycznej etnogenezy, jaką poznaliśmy później z prób tworzenia „narodu europejskiego” czy fiksacji neoliberałów, że wszyscy powinniśmy być jak Kung-Fu Panda: jednocześnie biali, czarni i azjatyccy. Nie akceptujemy skutków tych zabaw świadomością, a wkrótce zapewne i genomem? To trzeba było poprzestać na bombardowaniu i zabijaniu Niemców i tej reszcie z Niemkami, zamiast mieszania im w głowach.

Po Niemcach – nasza kolej

Stąd właśnie sama myśl o dodatkowym „karaniu Niemców” dziś, podobnie zresztą jak i kabaretowe obciążanie ich „reparacjami” przez kraj, którego niemal cała gospodarka należy od bądź zależy od Niemiec – jest anachronizmem większym niż pławienie Wandy w Wiśle. Dajmy niemieckiej świadomości spokój, nigdy nie była szczególnie zdrowa, a już za dużo politneurochirurgów przy niej dłubie. To duże państwo, od którego w ogromnej mierze zależymy gospodarczo – co warto byłoby zmienić budując siłę własną. To także wielki, borykający się z własnymi, także tożsamościowymi problemami naród, obok którego, a nie zawsze przeciw któremu żyliśmy przez dobrze ponad ostatnie tysiąc lat. Upieranie się, że należy go dalej kastrować i cenzurą historyczną a to na nazizm (i „nazizm”), a to na prusactwo, a to cholera wie na co, na „barbarossism” – to tylko proszenie się i UŁATWIANIE by to samo dalej robiono nam. Bo nie miejmy złudzeń. To, że teraz do lokalnego zarządu pozostawiono nam jakąś wybrakowaną i wykoślawioną wersję własnej historii i nawet nazwano to „polityką historycznąnie oznacza wcale, że po „denazyfikacji”, będącej w istocie degermanizacją – nie doprowadzi się do końca i depolonizacji. Stare lęki między-narodowe powinny bowiem odejść w cień w sytuacji, gdy realne zagrożenie naszej tożsamości, a nawet istnienia – jest już nie tylko ponad-, ale i pozapaństwowe.

Polacy dalej w pułapce anachronizmu

Dlatego właśnie pytanie o efektywność niemieckiej denazyfikacji jest nie tyle błędne, co anachroniczne. Denazyfikacja okazała się wręcz szalenie skuteczna – w jej efekcie uzyskano bowiem z Niemiec potężne narzędzie amerykańskiego imperializmu, globalnego kapitalizmu i całego Nowego Wspaniałego Świata, który na naszych oczach cały czas nabiera kształtu. I naprawdę, czy wobec powyższego postępowania wobec zbrodniarzy nazistowskich w Trizonii były w prowadzone wystarczająco gorliwie – traci jednak nieco na znaczeniu.

Nigdy nie ukrywałem, że jestem politycznym pesymistą. Choć więc rozumiem, że zagadnieniami na dziś pozostają raczej deamerykanizacja, deglobalizacja i deliberalizacja – to i tak wiem, że nic z nich nie wyjdzie. W małym, ale jednak jakimś zakresie także dlatego, że jeszcze mniejsza grupka światłych Polaków woli roztrząsać ważkość „denazyfikacji”.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 14 Average: 3.7]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.