Bieleń: Polska nauka jest niszczona

Koleżanki i Koledzy Związkowcy, Szanowni Państwo, wolność akademicka i autonomia Uniwersytetu są dziś zagrożone ze względu na nową ideologizację, ale także brak pewności i bezpieczeństwa płacowego.

Od wielu lat postępuje destrukcja szkolnictwa wyższego i materialna degradacja statusu nauczycieli akademickich, pracowników naukowo-badawczych, administracji uczelnianej, bibliotekarzy i fachowców inżynieryjno-technicznych. Staliśmy się ofiarami żywiołowej transformacji ustrojowej, która postawiła na urynkowienie wszystkich wartości i poświęciła na ołtarzu neoliberalnych reform dobro nauki, oświaty, kultury, a nawet tożsamości narodowej.

Bieda, jaka towarzyszyła siermiężnym czasom PRL była usprawiedliwiana tym, że inne grupy zawodowe też były niedoinwestowane. Biedę dzielono więc równo, a istniejące dysproporcje w zarobkach różnych grup pracowniczych nie rzucały się tak jaskrawo w oczy, jak dzieje się to obecnie.

Powstaje pytanie, dlaczego w III i tzw. IV Rzeczypospolitej żaden z rządów nie był w stanie wyzwolić polskiej nauki z zaklętego kręgu niedoinwestowania, pauperyzacji i ubóstwa! Czy zabrakło woli politycznej i odwagi, świadomości i wiedzy na temat znaczenia nauki i oświaty w systemie bezpieczeństwa cywilizacyjnego? Czy też w sposób cyniczny grupy rządzące – niezależnie od ideowej proweniencji – wykorzystały swoje przewagi decyzyjne, aby zachować monopol definiowania priorytetów i potrzeb społecznych bez liczenia się ze zdaniem ludzi nauki? Bez dalekowzrocznej wizji dobrze rządzonego państwa i nowoczesnego społeczeństwa!

Dlaczego upokarzanie nędzną zapłatą pracowników oświaty i szkolnictwa wyższego stało się wątpliwą zasługą wszystkich powojennych reżimów politycznych w Polsce? Dlaczego awansujące dzięki edukacji i nauce społeczeństwo było bezradne wobec kolejnych rządów, zaniedbujących te   dziedziny życia? Tak było w czasach powszechnego awansu społecznego, ale tak jest i obecnie, gdy dostęp do edukacji jest podstawowym prawem obywatelskim.

Środowiska akademickie – niestety – same częściowo oddawały pole władzy państwowej i nie dbały należycie o swoje interesy. Nie chodzi tu o nasze indywidualne czy grupowe postawy, choćby środowisk związkowych. Sam do ZNP należę od 1976 roku i od kiedy pamiętam, zawsze podnosiliśmy postulaty dotyczące poprawy statusu materialnego nauczycieli akademickich.

Swoją uwagę i pretensję na temat bierności środowiska akademickiego kieruję przede wszystkim do gremiów kierowniczych uczelni wyższych. To nasi wybieralni i wybierani przedstawiciele w senatach, nasi rektorzy, którzy często zbyt lojalnie i przyzwalająco, a nawet czołobitnie stawali po stronie władzy, zamiast bronić interesów środowiska akademickiego.

Pamiętam, jak w latach słusznie minionego ustroju senaty uczelni, w tym Senat UW, stale zabierały głos w obronie statusu zawodowego i wolności akademickich, nie mówiąc o krytycznym recenzowaniu zachowań władz publicznych we wszystkich innych sferach. Co się takiego stało, że w czasach „wolnej Rzeczypospolitej” zanikł instynkt słusznego sprzeciwu i odruch niepoprawności politycznej na uczelniach? Dlaczego przedstawicielskie gremia nie protestują jawnie i skutecznie, gdy kolejni ministrowie nauki i szkolnictwa bezpardonowo demontują polskie szkoły i wyższe uczelnie? Czyżby indywidualna odwaga tak bardzo podrożała, a partykularne doraźne interesy wzięły górę nad wszystkimi innymi wartościami?

Panie Rektorze Uniwersytetu Warszawskiego, Wasza Magnificencjo, Państwo Dziekani, Członkowie Senatu UW, jesteście takimi samymi pracownikami Uczelni, jak my tu wszyscy zgromadzeni. Jesteście zatrudnieni przez tego samego pracodawcę, co my. Będąc beneficjentami pełnionych funkcji (chciałoby się uszczypliwie powiedzieć wysokich dodatków funkcyjnych), pozostajecie taką samą ofiarą egoistycznej, cynicznej i błędnej polityki rządzących jak cała reszta. Kiedyś przecież te funkcje przestaniecie pełnić. Zacznijcie więc głośno upominać się o nasze prawa pracownicze, przede wszystkim o wywiązywanie się rządzących z podjętych zobowiązań w sprawach wynagrodzeń, finansowania badań i rozwoju. Przestańcie swoją bierność tłumaczyć ograniczeniami formalnoprawnymi i dbałością o interesy doraźne tu i teraz. Przestańcie tłumaczyć się apolitycznością, gdyż chodzi tu o żywotne, egzystencjalne interesy społeczności akademickiej, której przewodzicie. Zdobędziecie nie tylko poparcie i aplauz środowiska Uczelni, ale wyzwolicie w ludziach wiarę w siłę sprawczą polskiej nauki, wiarę w możliwość przywrócenia jej należnego miejsca w społeczeństwie i państwie.

Finansowanie nauki poprzez granty nie załatwiło sprawy uposażeń pracowniczych. Przeciwnie, stało się wielką ściemą i powodem nowych rozczarowań. Jeszcze bardziej podzieliło społeczności akademickie niż było dotąd, skierowało wysiłki badawcze na konkurencję, której rezultaty są dalekie od zamierzonych. W większości liczą się bowiem formalne notowania, uznaniowo przyznawane punkty i sążniste sprawozdania, a nie rzeczywiste korzyści. Przecież nie słyszymy ani o epokowych odkryciach, ani o wykreowaniu pokolenia geniuszy. A swoją drogą, jak to się działo w przeszłości, że największe dzieła polskich uczonych w różnych dyscyplinach powstawały bez grantów i systemów punktacyjnych?

Wszyscy opowiadamy się za umiędzynarodowieniem polskiej nauki. Mówimy jednak nie! jej kolonizowaniu i poddawaniu werdyktom ocennym, stworzonym w innych warunkach materialnych i kulturowych. Brak wewnątrzsterowności polskich elit intelektualnych i politycznych stał się przyczyną rozmaitych uzależnień od sponsorów zewnętrznych. To zjawisko działa na szkodę wolności akademickiej! Przecież powszechnie wiadomo, że każdy sponsor stawia odbiorcom pomocy i donacji swoje wymagania, daje instrukcje i traktuje podwykonawcę instrumentalnie. Dzięki rządzącym polska nauka znajduje się na peryferiach nauki światowej, ulega wyobcowaniu, a porównywanie się do państw bogatego Zachodu jest groteskowe, zwłaszcza gdy spojrzy się na różnice w statusie pracowników sektora publicznej nauki i oświaty.

Czy doprawdy musimy biernie przyglądać się dalszemu niszczeniu polskiej nauki? Czy nadal musimy znosić upokorzenia, przypominające najciemniejsze czasy polskiej historii?

Nie, nie musimy! I dlatego tu dzisiaj jesteśmy!

Prof. dr hab. Stanisław Bieleń

Krakowskie Przedmieście 26/28, Brama Uniwersytetu Warszawskiego

20 grudnia 2021 roku, godz. 13.00

Myśl Polska, nr 1-2 (2-9.01.2022)

Click to rate this post!
[Total: 10 Average: 4.1]
Facebook

31 thoughts on “Bieleń: Polska nauka jest niszczona”

  1. Jeżeli chodzi o materialny aspekt – uczelnie powinny ściślej współpracować z przemysłem i ogólnie firmami.

    Gdyby magistrowie opracowywaliby plany, projekty i eksperymenty na potrzeby firm a nie robiliby „plagiat aby antyplagiat nie wykrył” to już byłoby inne podejście.

    Gdyby laboratoria uczelniane byłyby łatwiej dostępne firmom to też uczelnie mogłyby dobrze zarabiać.

    Tymczasem coraz większe mam wrażenie, że uczelnie wyższe służą „przedłużaniu dzieciństwa” lub produkcją „roszczeniowych nieudaczników”. A to nie są usługi na tyle potrzebne aby opłacać w wyższym stopniu.

    1. „Jeżeli chodzi o materialny aspekt – uczelnie powinny ściślej współpracować z przemysłem i ogólnie firmami.”

      Rzecz w tym, że polskie firmy nie za bardzo potrzebują współpracy z nauką. Obowiązuje u nas kult drobnej przedsiębiorczości, a celem działalności niewielkich firm jest dostatnie życie rodziny właściciela, nie zaś ciągły rozwój i zdobywanie kolejnych rynków. Z kolei duże firmy zagraniczne mają na ogół działy R&D poza Polską, a dużych polskich (państwowych i prywatnych) jest naprawdę niewiele. Dlatego współpraca nauki z biznesem ciągle wypada słabo. Drobnica nie będzie przecież podejmować długoterminowej i zarazem ryzykownej inwestycji w badania. Co najwyżej opłaci kolejnych nawiedzonych religią libertariańską „humanistów” i „ekonomistów” wmawiających społeczeństwu, że powrót do śmieciówek 5 zł/h jest polską racją stanu, bo inaczej zaraz będzie „druga Grecja i trzecia Wenezuela”.

      1. „Rzecz w tym, że polskie firmy nie za bardzo potrzebują współpracy z nauką.” – potrzebują. Dlatego w IT starają się jakoś to robić. Sęk w tym, że to nauka uważa, że nie potrzebuje współpracy z firmami, bo oni w ogóle nie chcą nic robić. Siedzą okopani w niewielkiej wiedzy sprzed dekady, mają rażące braki w znajomości technologii i obawiają się utraty swojej, de facto śmiesznej, pozycji.

        „Drobnica nie będzie przecież podejmować długoterminowej i zarazem ryzykownej inwestycji w badania.” – ale tu nie chodzi tylko o wielkie inwestycje w badania. Drobnica jak najbardziej bierze studentów na praktyki, ale po prostu ręce opadają, jak owi studenci stykają się z konkretnymi wymaganiami. Nikt na praktykach nie będzie poświęcał czasu na uczenie elementarnych podstaw, które studenci powinni poznać na studiach. Takie działanie ma miejsce po podpisaniu umowy – szkoli się absolwentów w tych podstawach, bo ma się świadomość, że po odhaczonych praktykach nie odejdą, tylko wykorzystają realną wiedzę.

        Co do ostatniego zdania – ja rozumiem lekkie śmieszkowanie z korwinizmów, ale proponuję otworzyć JDG, zobaczyć jak wygląda rynek i wtedy próbować forsować, że status quo jest słuszne i w żadnym wypadku nie kroczymy ku upadkowi. Jeszcze proszę do tego wziąć pod uwagę scenariusz emerytalny dla osób mających obecnie 20-35 lat. Mam 34, nie żyję mitami i mam absolutną świadomość, że jeśli sam nie odłożę, to zdechnę z głodu na państwowej emeryturze, o ile w ogóle jakąś dostanę za te ponad 30 lat. Gdybym nie musiał płacić przymusowej składki na emeryturę, te pieniądze byłyby o wiele lepiej ulokowane i zabezpieczyłyby moją starość.

        1. „potrzebują. Dlatego w IT starają się jakoś to robić. Sęk w tym, że to nauka uważa, że nie potrzebuje współpracy z firmami, bo oni w ogóle nie chcą nic robić.”

          Naprawdę istnieją jakieś odmowy udziału w badaniach? Przecież to nie tylko dodatkowy zastrzyk pieniędzy dla uczelni i naukowców, ale przede wszystkim ogromny sukces wizerunkowy. W naszej rzeczywistości uczelnie chwalą się nawet byle listem intencyjnym podpisanym z jakąkolwiek rozpoznawalną firmą choćby w najdrobniejszych sprawach.

          „Drobnica jak najbardziej bierze studentów na praktyki”

          Wzięcie studentów na praktyki nie ma nic wspólnego z nauką. Moglibyśmy mówić o nauce, gdyby np. firmy chętnie zgłaszały tematy doktoratów i uczestniczyły w prowadzeniu badań. To byłoby rzeczywiste zaangażowanie w naukę, które przecież nie musiałoby wiązać się z astronomicznymi kwotami.

          Natomiast same praktyki to w gruncie rzeczy obowiązkowa strata czasu. Wyjątki od tej reguły to studia wojskowe, gdzie podchorążowie są przyuczani do pełnienia obowiązków dowódcy plutonu oraz specjalności pływające na akademiach morskich, gdzie kadetów wprowadza się do pracy oficera lub mechanika wachtowego. Na całej reszcie, wliczając kierunek lekarski, jest to absurdem. Studia dają pewien zasób wiedzy, który nie przywiązuje do jednego wybranego stanowiska, więc odbycie praktyk w losowej firmie na losowym stanowisku naprawdę niczemu nie służy.

          „Takie działanie ma miejsce po podpisaniu umowy – szkoli się absolwentów w tych podstawach, bo ma się świadomość, że po odhaczonych praktykach nie odejdą, tylko wykorzystają realną wiedzę.”

          Można we współpracy z uczelnią zorganizować studia dualne, do których nabór prowadzi dana firma. Nic, oprócz braku zainteresowania ze strony biznesowej, nie stoi na przeszkodzie. Swego czasu Politechnika Poznańska uruchomiła takie w porozumieniu z Volkswagenem i Solarisem, a więc firmami bez wątpienia dużymi.

          „ale proponuję otworzyć JDG, zobaczyć jak wygląda rynek”

          Prowadzę również JDG z kodem działalności 71.12.Z w ramach dodatkowego źródła dochodu do etatu, ale robię to tylko i wyłącznie dla pieniędzy, a nie jakiegoś poczucia misji lub poświęcenia. Nie ma nic złego w etycznym zarabianiu pieniędzy i nie trzeba dorabiać do tego żadnej mitologii. Jednak interes prywatny jest na ogół sprzeczny z interesem społeczeństwa i dlatego przydałoby się, żeby państwo podjęło refleksję, czy kult drobnej przedsiębiorczości jest właściwą ścieżką rozwoju w dobie postępującej koncentracji kapitału. Tak naprawdę jest on odbiciem kultu małorolnych gospodarstw typu jedna świnka, dwie krówki i trzy kurki ze wszystkimi jego negatywnymi konsekwencjami.

          „wtedy próbować forsować, że status quo jest słuszne i w żadnym wypadku nie kroczymy ku upadkowi”

          Kłania się brak konsekwencji. Jeśli boimy się kroczenia ku upadkowi, to powinniśmy unikać religijnej polityki pt. „pieniędzy nie ma i nie będzie”, ponieważ skala zatrudnienia i tym samym rozwój gospodarczy są dodatnio skorelowane z popytem monetarnym.

          „o ile w ogóle jakąś dostanę za te ponad 30 lat”

          Kryzys covidowy powinien w szczególności nauczyć tego, że jeżeli państwo nie zrzekło się prawa do emisji własnej waluty i nie zaciąga zobowiązań w obcych walutach, to zwyczajnie nie może zbankrutować. Natomiast straszący „drugą Grecją” nie biorą pod uwagę braku własnej waluty oraz całkowitego zdania tego kraju na łaskę i niełaskę EBC. Nie mówi się o tym, że w 2011 roku Grecja mając dług rzędu 170% PKB, została zmuszona do płacenia astronomicznych odsetek rzędu 35% (!!!), a podczas obecnego kryzysu covidowego zaledwie 1% (!!!) przy długu 210% PKB. Patrząc po samej wielkości zadłużenia, teraz powinno być znacznie gorzej, a jest wprost przeciwnie, bo EBC – na szczęście dla Greków – przestał sabotować ich finanse. Polska powinna z tego wyciągnąć wniosek, że trzeba trzymać się z dala od euro i tym samym oddania EBC kontroli nad swoimi finansami oraz zaciągania zobowiązań w obcych walutach. Tak więc podniecanie się samą wielkością zadłużenia i zrównywanie go z zadłużeniem gospodarstwa domowego, któremu nie wolno emitować pieniądza, świadczy tylko o zaczadzeniu religią libertariańską. Wątpiącym polecam szczegółowo przestudiować casus Japonii.

          „Gdybym nie musiał płacić przymusowej składki na emeryturę, te pieniądze byłyby o wiele lepiej ulokowane i zabezpieczyłyby moją starość.”

          Wątpię, by ktokolwiek dał się przekonać do hipotetycznej „likwidacji ZUS”, ponieważ oznacza ona konieczność opłacania składek w pełnej wysokości dopóki, dopóty nie umrą ostatni świadczeniobiorcy bez prawa do jakichkolwiek świadczeń dla siebie z tejże instytucji. Ponadto warto wspomnieć, że wkład osób na JDG do ZUS, którzy najgłośniej protestują, jest wręcz marginalny, jeżeli sami nie zadeklarują podstawy oskładkowania wyższej od 60% średniej krajowej. Byle kasjer z dyskontu wnosi więcej do kasy ZUS niż przeciętny przedsiębiorca osiągający wielokrotnie wyższe od niego dochody.

          1. „Jednak interes prywatny jest na ogół sprzeczny z interesem społeczeństwa i dlatego przydałoby się, żeby państwo podjęło refleksję, czy kult drobnej przedsiębiorczości jest właściwą ścieżką rozwoju w dobie postępującej koncentracji kapitału. Tak naprawdę jest on odbiciem kultu małorolnych gospodarstw typu jedna świnka, dwie krówki i trzy kurki ze wszystkimi jego negatywnymi konsekwencjami.”

            Słuszna uwaga. Zaczyna mnie irytować schizofrenia środowisk narodowo-konserwatywnych, które nie mogą dojść do ładu, o co im przede wszystkim chodzi – czy o brak innowacyjnych, polskich koncernów (korporacji) o zasięgu globalnym, czy o ciemiężenie polskich „misiów”. Na portalu często widać narzekanie, że nie jesteśmy jak „azjatyckie tygrysy”. Sęk w tym, że taka Korea i Tajwan są rozpoznawalne w świecie nie dzięki jakiejś drobnicy i bezzębnym babciom handlującym na ulicy koperkiem oraz pietruszką, ale dzięki gigantom produkującym półprzewodniki.

            1. @Homo_Economo

              Tutaj dają o sobie znać niedostatki kapitału społecznego. Sytuacja dosłownie kopiuj/wklej od rolników. Zauważmy, że nie ma żadnych problemów ze skrzyknięciem się do składania roszczeń, czego wyrazem jest działalność rozmaitych organizacji lobbujących za prywatnym kapitałem rolniczym, przemysłowym lub usuługowym, ale niemal zawsze brakuje chętnych, gdy trzeba wziąć sprawy we własne ręce. Rolnicy nie zakładają spółdzielni i nie tworzą własnej sieci dystrybucji, bo nie może istnieć większy podmiot, w którym zachowane są relacje z drobnego, prywatnego, podwórka. Analogicznie z „misiami”. Nie łączą się w większe podmioty, gdyż wiązałoby się to z utratą dotychczasowej pozycji właścicieli. Orientacja na odcinanie kuponów, zamiast podejmowania wysiłków ukierunkowanych na rozwój, skazuje nas na niebyt we współczesnym świecie. W konsekwencji budżet państwa musi sponsorować czyjeś drobnorolnicze i drobnoprzedsiębiorcze fantazje, chociaż nie odnosi z tego tytułu żadnych korzyści.

          2. (…)Studia dają pewien zasób wiedzy, który nie przywiązuje do jednego wybranego stanowiska, więc odbycie praktyk w losowej firmie na losowym stanowisku naprawdę niczemu nie służy.(…)
            To jakiś żart… Na studiach adept programowania nauczy się:
            – debugować przy użyciu komendy printf (nazwa komendy nieprzypadkowa)
            – programowawać obiektowo na formatkach Borlanda Delphi
            – liczyć n!silnia i ciąg Fibbonaciego przy użyciu funkcji rekurencyjnej
            i innych bardziej użytecznych umiejętności niż znajomość:
            – wzorców projektowych
            – obsługi GIT’a
            – obsługi systemów do testowania jednostkowego
            – tworzenia i czytania dokumentacji
            – obsługi i administracji Linux’a
            – obsługi konsoli systemowej
            – pisania skryptów do powyższej i pakietów biurowych
            Powyższe mają tak szeroki zakres potencjalnych zastosowań, że współcześnie powinne być one być atrybutem nawet tzw. humanisty… np. spore pole do popisu tych zdolności jest np. w naukach filologicznych… wyobrażcie sobie jaki by nastąpiłby postęp w takowej nauki, gdyby udało się zidentyfikować autorów choćhy kilku procent utworów napisanych w średniowieczu… a wystarczy tylko przydybać jeden podpisany dokument, ale napisany (…)językiem(…), który ma cechy charakterystyczne dla utworów, które zostały przez danego autora.

            (…)ponieważ skala zatrudnienia i tym samym rozwój gospodarczy są dodatnio skorelowane z popytem monetarnym.(…)
            Tylko dlaczego klientelizm kończy się jak w Wenezueli?

            (…)Kryzys covidowy powinien w szczególności nauczyć tego, że jeżeli państwo nie zrzekło się prawa do emisji własnej waluty i nie zaciąga zobowiązań w obcych walutach, to zwyczajnie nie może zbankrutować. Natomiast straszący „drugą Grecją” nie biorą pod uwagę braku własnej waluty oraz całkowitego zdania tego kraju na łaskę i niełaskę EBC.(…)
            Tia… jeszcze przed Spinelli nie zaczął pisać traktatu z Ventotene, a Grecja zdążyła zbankrutować z jakieś 6 razy.

          3. @Fauxpas

            „Naprawdę istnieją jakieś odmowy udziału w badaniach? Przecież to nie tylko dodatkowy zastrzyk pieniędzy dla uczelni i naukowców, ale przede wszystkim ogromny sukces wizerunkowy.” – pisaliśmy o szeroko rozumianej współpracy. I tak, istnieją odmowy.

            „Wzięcie studentów na praktyki nie ma nic wspólnego z nauką.” – w większości branż praktycznych to jest jedyna nauka, jakiej dotkną studenci. To, o czym Pan pisze, to niewiele znaczące niuanse. Np. w IT nie są potrzebni kolejni naukowcy tylko fachowcy-praktycy, którzy programują lub testują. I tak jest w wielu branżach.

            „Natomiast same praktyki to w gruncie rzeczy obowiązkowa strata czasu.” – przy uwzględnieniu polskiej specyfiki studiów jest to największa bzdura, jaką można powiedzieć w tym temacie. To, że ktoś sobie losowo wybierze firmę i stanowisko (w przypadku IT technologię) wynika właśnie stąd, że guzik wie o rzeczywistości rynkowej dzięki idiotycznemu programowi studiów. I też stąd, że uczelnie traktują praktyki jako stempel na dzienniczku praktyk.

            „Można we współpracy z uczelnią zorganizować studia dualne, do których nabór prowadzi dana firma. Nic, oprócz braku zainteresowania ze strony biznesowej, nie stoi na przeszkodzie.” – kto będzie to fundował? Kto zagwarantuje, że firma odniesie z tego korzyści? Kto będzie temu patronował jeśli chodzi o dyplom i dlaczego – firma ma odwalić wszystko a później w statystykach uczelnia ma się chwalić, że mają 100% zatrudnionych po danym kierunku, mimo że palcem nie kiwnęli w tym kierunku? Kto Panu naopowiadał bzdur, że to brak zainteresowania firm za tym stoi? Czy wziął Pan pod uwagę, że to właśnie uczelnie przez zacofanie kadry i zacietrzewienie w swoim jedynie słusznym programie zniechęcają do współpracy? Pytań mogę mnożyć a Pana twierdzenie falsyfikuje rzeczywistość – masa absolwentów kierunków technicznych idzie do pracy i dopiero tam jest uczona wszystkiego, co jest potrzebne do wykonywania zawodu. Można byłoby to robić już wcześniej, ale z jakiegoś powodu się tego nie robi. Wiara, że to wina firm jest kuriozalna, bo firmom zależy na jak najszybszym starcie pracy danej osoby. Zresztą nie tylko po kierunkach technicznych tak jest – na prawie student nie ma bladego pojęcia jak wygląda prawidłowo skonstruowany wniosek o zabezpieczenie – uczy się tego dopiero w praktyce, co jest kuriozalne.

            „Jednak interes prywatny jest na ogół sprzeczny z interesem społeczeństwa” – takie podejście wynika z intencji prowadzenia działalności – jeśli ktoś prowadzi działalność tylko dla zysku, to Pana zdanie jest prawdziwe. Ale na to mogą sobie pozwolić raczej tylko więksi gracze a nie JDG, bo konsument szybko się zorientuje, że ma do czynienia z dziadem. Prowadzenie działalności musi być dla klienta – zysk ma wypływać z tego założenia. Wtedy Pana zdanie jest nieprawdziwe. I większość osób na JDG doskonale o tym wie (albo nie wie, lecz tak robi). I niech państwo trzyma się z daleka od małych działalności, tak samo jak od małych gospodarstw, z których mogę od znajomych kupić najlepsze jakościowo produkty.

            „Kłania się brak konsekwencji.” – żadnego braku konsekwencji Pan tym nie wykazał.

            Mit o państwie, które nie może zbankrutować jest tylko mitem. Może. Pokazała to np. Wenezuela. To, że państwo nie upadnie całkowicie, nie zniknie z mapy, będzie można napisać cyferkowy elaborat na ten temat i forsować, że państwo nie zbankrutowało etc. nie ma dla zwykłego Kowalskiego żadnego znaczenia, skoro leżąc na oddziale szpitalnym nagle odłączy mu się prąd od respiratora albo żeby kupić chleb będzie musiał pieniądze nieść w reklamówce. Także cyferki zostawmy w notatkach i skupmy się na tym, co już się zdarzyło w historii. Ignorowanie jej powoduje popełnianie tych samych błędów.

            „Wątpię, by ktokolwiek dał się przekonać do hipotetycznej „likwidacji ZUS”” – mnie chodzi o dobrowolność składki a nie likwidację ZUS – chyba w Niemczech jest podobny model.

            „Ponadto warto wspomnieć, że wkład osób na JDG do ZUS, którzy najgłośniej protestują, jest wręcz marginalny” – nie ma znaczenia jaki wkład ma osoba z JDG w stosunku do dużej firmy. Znaczenie ma to, jak odczuwa to obciążenie i czy uznaje, że środki z tego obciążenia spożytkowałby lepiej.

            1. (…)Np. w IT nie są potrzebni kolejni naukowcy tylko fachowcy-praktycy, którzy programują lub testują.(…)
              I tu dotarliśmy do sedna problemu, czyli do pytania: Czy jest winą uczelni ademickich, że nie są szkołami zawodowymi?

            2. „kto będzie to fundował?”

              Jak to kto? Firma, która świadomie wybierze tych, a nie innych studentów. Podczas wspomnianych studiów dualnych od drugiego roku dwa dni w tygodniu spędza się w pracy, za którą wypłacane jest wynagrodzenie.

              Ponadto niektóre duże firmy oferują też własne programy stypendialne dla studentów wyższych lat, w ramach których „zarezerwowany” przez firmę student podpisuje lojalkę, zobowiązującą do przepracowania określonego czasu.

              „Kto zagwarantuje, że firma odniesie z tego korzyści?”

              A jaką gwarancję korzyści ma przewoźnik szkolący przyszłego maszynistę albo pilota? To dopiero jest duże ryzyko, bo wyszkolony za pieniądze danej firmy maszynista albo pilot może przecież świadomie oblać medycynę pracy, by zostać zwolnionym z lojalki i następnie zatrudnić się u konkurencji albo za granicą. Niestety, działalność gospodarcza wiąże się z ryzykiem, które w tym przypadku jest tym większe, im wyższe wymagania zdrowotne stawiane są pracownikowi.

              „przy uwzględnieniu polskiej specyfiki studiów jest to największa bzdura, jaką można powiedzieć w tym temacie.”

              Szczególnie „przydatne” są praktyki studentów lekarskiego, którzy siedzą i czekają na korytarzu szpitala aż w końcu jakiś specjalista łaskawie oprowadzi ich po oddziale albo pozwoli popatrzeć na swoją pracę 🙂

              „To, że ktoś sobie losowo wybierze firmę i stanowisko (w przypadku IT technologię) wynika właśnie stąd, że guzik wie o rzeczywistości rynkowej dzięki idiotycznemu programowi studiów.”

              Czas na odbycie praktyki jest ograniczony, więc nie zawsze można wybrzydzać w ofertach. Dlatego niektórzy studenci idą po prostu tam, gdzie istnieje taka możliwość.

              „masa absolwentów kierunków technicznych idzie do pracy i dopiero tam jest uczona wszystkiego”

              Co jest w tym dziwnego? Każde studia dają tylko i wyłącznie podstawy. Nie jest powiedziane, że absolwent lekarskiego = kardiolog, prawa = sędzia sądu rodzinnego, mechaniki = projektant rurociągów, automatyki = programista PLC, chemii = technolog betonu. Jeżeli dana firma jest zainteresowana wyszkoleniem studentów w kierunku swojego profilu działalności, pozostaje jej uczestniczyć w studiach dualnych. Studia to nie jest zawodówka, która uczy np. spawaczy i skupia się tylko na jednym zawodzie.

              „Prowadzenie działalności musi być dla klienta – zysk ma wypływać z tego założenia.”

              Prowadzenie działalności dla klienta nie równa się respektowaniu interesu społeczeństwa. Kiedy np. firma oferuje produkty lub usługi w konkurencyjnych cenach, to klienci z pewnością są zadowoleni, ale społeczeństwo już niekoniecznie, jeśli wynika to z oparcia działalności na wsparciu publicznym lub słabo wykształconych imigrantach.

              „Mit o państwie, które nie może zbankrutować jest tylko mitem. Może. Pokazała to np. Wenezuela.”

              Przecież winą sytuacji Wenezueli, analogicznie do Turcji, jest obciążenie finansów zobowiązaniami w obcych walutach. Wolały jednak posłuchać libertariańskich kaznodziejów, którzy głosili, że zadłużenie krajowe we własnej walucie = zadłużenie zagraniczne w obcej walucie. No to płacą cenę za wierność religii libertariańskiej. Gdyby te kraje naśladowały Japonię, sytuacja byłaby zupełnie inna. Kraj kwitnącej wiśni, pomimo długu sięgającego 270% PKB, nie tylko jest w świetnej kondycji ekonomicznej, ale również pozostaje największym wierzycielem na świecie.

              „Znaczenie ma to, jak odczuwa to obciążenie i czy uznaje, że środki z tego obciążenia spożytkowałby lepiej.”

              Pragnę podkreślić, że zmniejszenie obciążeń wynagrodzenia pracownika, wbrew pozorom, często trafia wprost do kieszeni pracodawcy, a nie zatrudnionego. Ostatnio słyszeliśmy o obniżkach płac brutto dla beneficjentów polskiego ładu. Podobnie wcześniej z osobami <26 lat, które zwolniono z podatku. A jeszcze wcześniej z będącymi na niezgodnym z kodeksem pracy zleceniu, których nadwyżkę w stosunku do kosztów zatrudnienia na umowie o pracę, natychmiast przywłaszczał sobie pracodawca.

              1. (…)To dopiero jest duże ryzyko, bo wyszkolony za pieniądze danej firmy maszynista albo pilot może przecież świadomie oblać medycynę pracy, by zostać zwolnionym z lojalki i następnie zatrudnić się u konkurencji albo za granicą.(…)
                Żadna firma nie posadzi za sterami samolotu kogoś bez licencji… nawet szef Ryanaira.

              2. „Jak to kto? Firma, która świadomie wybierze tych, a nie innych studentów.” – po diabła mają to robić w formie studiów, angażować się w nadmiarowe obowiązki i współpracę z instytucją, która jest zdegenerowana do szpiku, skoro to samo robią obecnie bez całej tej otoczki, tylko po prostu przyjmując osobę i szkoląc ją?

                „A jaką gwarancję korzyści ma przewoźnik szkolący przyszłego maszynistę albo pilota?” – maszyniści i piloci wykładają z własnej kieszeni na szkolenia, także argument jest całkowicie chybiony. W przypadku pilotów pasażerskich na dużych maszynach faktycznie firma często finansuje lub współfinansuje szkolenie, ale nie ma możliwości zrobienia zaproponowanego wybiegu – najpierw są badania, później cała reszta. Do tego podpisuje się umowę uniemożliwiającą Pana manewr.

                „Szczególnie „przydatne” są praktyki studentów lekarskiego, którzy siedzą i czekają na korytarzu szpitala aż w końcu jakiś specjalista łaskawie oprowadzi ich po oddziale albo pozwoli popatrzeć na swoją pracę” – ciekawe dlaczego tak jest? Może dlatego, że zdegenerowane uczelnie wysyłają na praktyki do zdegenerowanego, państwowego systemu zdrowia? Jakoś ambitni studenci kierunków technicznych nie mają tych problemów, dzięki czemu szybko odpalają wrotki z uczelni i angażują się w pracę w sektorze prywatnym.

                „Czas na odbycie praktyki jest ograniczony, więc nie zawsze można wybrzydzać w ofertach. Dlatego niektórzy studenci idą po prostu tam, gdzie istnieje taka możliwość.” – student ma masę czasu na znalezienie i „zaklepanie” praktyk w odpowiednim miejscu, tylko z reguły jest po prostu nygusem, który chce odbębnić studia, bo presja społeczna/rodzina tak nakazuje.

                „Co jest w tym dziwnego? Każde studia dają tylko i wyłącznie podstawy.” – ale istnieje znacząca różnica między uczeniem elementarnych podstaw i aktualnych technologii a specjalizowaniem/szlifowaniem – proszę nie mylić tego, bo to fałszuje obraz. Jeśli Pan nie rozumie, że jest żenującym, aby po 3/5 latach studiów informatycznych absolwent nie miał praktycznie żadnej aktualnej wiedzy technologicznej (umie klepać kod, czego nauczyłby się z filmików na yt) albo żeby po 5 latach prawa nie umiał napisać poprawnego wniosku o zabezpieczenie, to naprawdę jest Pan chyba nadmiernie łaskawy dla rzeczywistości w swoich ocenach. I owszem – większość kierunków to jest zawodówka. To już nie są czasy, kiedy na prawie robiło się 2-3 lata szczegółowej filozofii czy logiki, żeby nauczyć się prawidłowo myśleć i mieć szerokie horyzonty.

                „Prowadzenie działalności dla klienta nie równa się respektowaniu interesu społeczeństwa. Kiedy np. firma oferuje produkty lub usługi w konkurencyjnych cenach, to klienci z pewnością są zadowoleni, ale społeczeństwo już niekoniecznie, jeśli wynika to z oparcia działalności na wsparciu publicznym lub słabo wykształconych imigrantach.” – miesza Pan porządek celu z porządkiem okoliczności niezależnych ani od celu ani od podmiotu.

                „Przecież winą sytuacji Wenezueli, analogicznie do Turcji, jest obciążenie finansów zobowiązaniami w obcych walutach. Wolały jednak posłuchać libertariańskich kaznodziejów, którzy głosili, że zadłużenie krajowe we własnej walucie = zadłużenie zagraniczne w obcej walucie.” – bzdura. Wenezuela upadła i miała hiperinflację przez ich socjalistyczny eksperyment (przecież w tym kraju nie ma nawet liczników od prądu a pieniądze drukowano jak gazety).

                „Kraj kwitnącej wiśni, pomimo długu sięgającego 270% PKB, nie tylko jest w świetnej kondycji ekonomicznej, ale również pozostaje największym wierzycielem na świecie.” – to świadczy tylko i wyłącznie o chorej sytuacji na świecie a nie słuszności tego rozwiązania. Czas, szczególnie poważniejszy kryzys, brutalnie zweryfikuje to ciągłe zadłużanie się.

                „Pragnę podkreślić, że zmniejszenie obciążeń wynagrodzenia pracownika, wbrew pozorom, często trafia wprost do kieszeni pracodawcy, a nie zatrudnionego.” – zważywszy na fakt, że rozmawialiśmy o JDG i osobach je prowadzących a nie o pracownikach, to co to ma do rzeczy? Inna sprawa, że z całą pewnością taka sytuacja miałaby miejsce, gdyby nie tak mocno dociśnięta śruba. Ja za każdym razem stawiam za przykład ludzi prowadzących np. sklep spożywczy w małej miejscowości i proponuję choćby przemyślenie ciężarów, jakie ponoszą. Oczywiście te fantastyczne recepty typu „to niech zmieni pracę i się wyprowadzi” wskazują tylko na słuszność zidiocenia obecnego systemu.

                1. ” po diabła mają to robić w formie studiów, angażować się w nadmiarowe obowiązki i współpracę z instytucją, która jest zdegenerowana do szpiku, skoro to samo robią obecnie bez całej tej otoczki, tylko po prostu przyjmując osobę i szkoląc ją?”

                  Na przykład po to, aby później nie wylewać żali, że świeżaka po studiach trzeba wdrażać od zera. Skoro Volkswagen kontynuuje zaangażowanie w studia dualne, mając wpływ na treści specjalnościowe w ich programie oraz praktycznie ucząc zawodu przez 2 dni w tygodniu, to widocznie musi mu się to opłacać. Rektor nie przystawił prezesowi polskiego oddziału Volkswagena pistoletu do skroni i nie wymusił na nim studiów dualnych.

                  ” maszyniści i piloci wykładają z własnej kieszeni na szkolenia, także argument jest całkowicie chybiony. ”

                  Zainteresowany z własnej kieszeni może co najwyżej opłacić 3-miesięczny kurs na licencję maszynisty, która w żaden sposób nie uprawnia do prowadzenia pociągów ani nawet bycia członkiem drużyny trakcyjnej. Ów „licencjat” może jedynie zatrudnić się u przewoźnika w charakterze stażysty, który w czasie ok. 2 lat umożliwi mu zdobycie świadectwa maszynisty, będącego „prawem jazdy” na pociąg. Stażyści są inwestycją przewoźnika (trzeba im wypłacać pensję i finansować dalsze szkolenie), więc powszechnie przyjętą praktyką jest zabezpieczanie się umową lojalnościową na kwotę ok. 100 tys. zł.

                  „ale nie ma możliwości zrobienia zaproponowanego wybiegu – najpierw są badania, później cała reszta. ”

                  Nic nie stoi na przeszkodzie, by w obliczu wyśrubowanych wymagań zdrowotnych, świadomie oblać kolejne badania okresowe (zwykle po 2 latach) lub kontrolne (po każdym 30-dniowym L4). One nie są wydawane bezterminowo jak dla kierowców kategorii B.

                  „Do tego podpisuje się umowę uniemożliwiającą Pana manewr.”

                  …która traci ważność przez negatywne orzeczenie lekarza medycyny pracy 🙂 Nie mówimy o pracy biurowej, gdzie badania wstępne/okresowe/kontrolne sprowadzają się do pytania pt. „czy jest Pan zdrowy?” i nie można ich oblać.

                  „ciekawe dlaczego tak jest?”

                  Nikt nie zabrania studentowi każdego kierunku, także lekarskiego, odbyć praktyk na własną rękę w wybranym przez siebie podmiocie. W przypadku przyszłych lekarzy pojawia się jednak podstawowe pytanie – w czym taki ktoś może być przydatny dla przychodni albo szpitala..? No niestety… W niczym. I dlatego wygląda to właśnie tak, a nie inaczej. Idąc do prywatnej placówki nie widzimy studentów, tylko samych zatrudnionych.

                  „Jakoś ambitni studenci kierunków technicznych nie mają tych problemów”

                  Niestety, ale również mają. Samemu też dostawałem z przydziału studentów (głównie mechaniki, energetyki i inżynierii środowiska), którym nie zawsze było co dać do roboty, a wdrożenie kogoś, kogo nie planuje się zatrudnić, nie ma żadnego uzasadnienia. Z tego względu utrzymuję stanowisko, że obowiązkowe praktyki mijają się z celem. Ponadto według mojej wiedzy także w technikach często nie jest lepiej… Trzeba też wziąć poprawkę na to, że część absolwentów, świadomie lub z konieczności, pracuje poza swoją branżą.

                  „student ma masę czasu na znalezienie i „zaklepanie” praktyk w odpowiednim miejscu”

                  Zwłaszcza, gdy może odbyć je tylko w wakacje, a jako przyszły inżynier zaczyna coś ogarniać dopiero w 3. roku studiów.

                  „Jeśli Pan nie rozumie, że jest żenującym, aby po 3/5 latach studiów informatycznych absolwent nie miał praktycznie żadnej aktualnej wiedzy technologicznej”

                  Nic nie stoi na przeszkodzie, by wybierać absolwentów renomowanych wydziałów informatycznych. Statystyki ekonomicznych losów absolwentów pokazują, że świetnie radzą sobie na rynku pracy, więc pracodawcy muszą względnie wysoko oceniać ich kompetencje. Problemem może być też oferowane wynagrodzenie. Ekonomiczne losy absolwentów mówią, że przeciętne zarobki absolwentów dziennej magisterskiej informatyki (PG) z 2019 roku przekraczają 8,6k zł brutto, przy czym płace w Trójmieście nie są najwyższe. Istnieje więc opcja, że pewne kwoty są w stanie przyciągnąć co najwyżej ludzi po kiepskich uczelniach państwowych albo wyższych szkołach płacenia czesnego.

                  ” bzdura. Wenezuela upadła i miała hiperinflację przez ich socjalistyczny eksperyment (przecież w tym kraju nie ma nawet liczników od prądu a pieniądze drukowano jak gazety).”

                  Historia i rzeczywistość pokazują, że hiperinflacja możliwa jest tylko w obliczu destrukcji sił wytwórczych, co ma miejsce w czasie wojny, zamachu stanu, przemian ustrojowych itp. Liberalno-demokratyczna Wenezuela nie miała jaj, by wprowadzić rządy jednopartyjne (przynajmniej na lajtowy wzór kubański), znacjonalizować produkcję (92% znajduje się w rękach prywatnych) i dystrybucję, co pozwoliłoby zabezpieczyć się przed zagrożeniem z zagranicy. Nie jest więc żadną tajemnicą, że wenezuelska hiperinflacja wynika z ciągłej destabilizacji kraju, która dodatkowo potęguje i tak znaczące zobowiązania zagraniczne.

                  „to świadczy tylko i wyłącznie o chorej sytuacji na świecie a nie słuszności tego rozwiązania. Czas, szczególnie poważniejszy kryzys, brutalnie zweryfikuje to ciągłe zadłużanie się.”

                  To tak, jakby stwierdzić, że w krajowych rozgrywkach ligowych może uczestniczyć tylko 16 zespołów, bo w przeciwnym razie zabraknie punktów do podziału.

                  „zważywszy na fakt, że rozmawialiśmy o JDG i osobach je prowadzących a nie o pracownikach, to co to ma do rzeczy?”

                  Pracownicy siłą rzeczy stanowią przytłaczającą większość w każdej rozwiniętej gospodarce. Na drugim biegunie znajduje się Niger, gdzie 95% pracujących stanowią przedsiębiorcy.

                  1. Już za kolejnością, bez wklejania cytatów, bo robią się tasiemce 😉

                    Ale nikt nie wylewa żali o to, że trzeba wdrażać ich od zera. Żale są wylewane tylko przez to, że ludzie tracą kilka lat na studiach, zamiast od razu przyjść do pracy w branżach, w których papierek w ogóle nie jest potrzebny. Także wracamy do tego, że w większości przypadków, przy obecnej sytuacji, jest to po prostu zbędna praktyka. Niektórym się to będzie opłacało i niech z tego korzystają, ale mówimy o tendencji a nie pojedynczych przypadkach.

                    Akurat tak się składa, że z kwestią „maszynisty” jestem blisko zaznajomiony, bo w ten zawód uciekł mój znajomy elektryk. Kwestia stażu zanim będzie się samodzielnym maszynistą wynika nie z kwestii finansowych tylko z przepisów. Do stażu zaś, chłopak inwestował wszystko z własnej kieszeni, dostał uprawnienia i jeździ.

                    Możemy uprawiać science-fiction i brać pod uwagę jakiś jednostkowy przypadek, dla którego akurat takie niemoralne wyjście jest opłacalne i od razu przystąpi do współpracy z takim niecnym planem, ale dobrze Pan wie, że to nie jest reguła.

                    Z czystej ciekawości – jak miałoby polegać „celowe” oblewanie takich badań? Wydaje się Panu, że firma inwestująca dziesiątki albo setki tysięcy w szkolenie nie dysponuje umowami z lekarzami, którzy mają fachowy sprzęt i sami sprawdzą czy człowiek jest zdrowy? Wie Pan, można sobie poudawać ból kręgosłupa i przepukline, ale na rezonansie wszystko wychodzi jak na dłoni. Dobra diagnostyka + widmo sprawy sądowej, w której biegli uwierzą raczej wynikom maszyny i opisowi fachowca a nie „boli mnie” Kowalskiego skutecznie zniechęcają do takiego kombinowania.

                    W prywatnej placówce oczekuje się konkretnej pomocy od fachowca a nie od praktykanta i pewnie dlatego tak jest, bo jest gdzie upchnąć niedoświadczonych. Takim właśnie cudem moja gastroskopia z wycinkiem wyglądała tak, że praktykant znęcał się nade mną i kilka razy spadał mu wycinek (pod okiem zajadającego gorący kubek lekarza), co trwało zdecydowanie dłużej i było mniej komfortowe niż to samo badanie w prywatnej placówce. Do tego większość chce pewnie pracować później w szpitalu a te są głównie państwowe, więc lepiej mieć praktykę w tym kotle, do którego się później wskakuje. Tak samo jak mechanik idzie do warsztatu samochodowego, jeśli chce naprawiać samochody a nie do takiego, który zajmuje się motocyklami.

                    Dlaczego ktoś dawał Panu studentów, którym nie było co dać do roboty? Kto o tym decydował i czy to była firma prywatna czy państwowa? Jeśli prywatna, to winny jest nieudolny szef a nie fakt istnienia praktyk. Jeśli państwowa, to odpowiedź jest jak wcześniej 😉

                    Proszę mi nie wmawiać, że z taką siatką zajęć jaką mają studenci dzienni nie można odbywać praktyk w wielu kierunkach w ciągu roku akademickiego, bo jakoś ci sami studenci nie mają wielkich problemów, by godzić pracę na pół etatu ze studiami.

                    Nie ma czegoś takiego jak renomowane wydziały informatyczne w Polsce, które gwarantują, że absolwent będzie dobrze przygotowany do realiów pracy. Statystyki pokazują tylko to, że ktoś został zatrudniony – nie pokazują ile szkoleń i szlifów przechodzi junior. Równie dobrze mogę napisać zgodnie z prawdą, że filozofia jest świetną trampoliną do IT, bo znam osoby po tym kierunku, które z sukcesem pracują w tej branży. Mogę też napisać, że sama matura jest takową. Znam też takie, które po informatyce mają podobny staż co wyżej wymienieni i przez swoje niskie kompetencje zarabiają około połowę mniej i piastują niższe stanowiska. Tyle tylko, że to są dane szczątkowe, z których nic nie wynika dla zrozumienia zjawiska.

                    Liberalno demokratyczna Wenezuela? Liberalna to ona przestała być już za czasów Chaveza, który stworzył swojego socjalistycznego potworka ideologicznego i wcielił go w życie. Kraj ropą i złotem płynący zbankrutował przez destabilizację wewnętrzną? Dobre sobie. Przy takich zasobach trzeba dobrze kombinować, żeby doprowadzić kraj do ruiny.

                    W ogóle nie ma analogii. Należy zrozumieć, że państwo jest większym odpowiednikiem rodziny. Tak samo jest z budżetem. Jakoś nikt nie ma problemu ze zrozumieniem, że rodzina nie może zadłużać się w nieskończoność, ale już z w odniesieniu do państwa wszyscy dostają małpiego rozumu tylko dlatego, że te pieniądze są „nienamacalne”. Można oczywiście wierzyć, że to się źle nie skończy, ale historia mówi coś zupełnie innego. Państwa po prostu upadają o wiele dłużej niż rodzina i stąd hurraoptymizm.

                    Nadal nie rozmawialiśmy na temat pracowników, więc nie ma to nic do rzeczy.

                    1. @Marcin Sułkowski

                      „Żale są wylewane tylko przez to, że ludzie tracą kilka lat na studiach, zamiast od razu przyjść do pracy w branżach, w których papierek w ogóle nie jest potrzebny.”

                      Hmm… Gdyby wolny rynek był szeroko otwarty na ludzi bez studiów, to cieszyłyby się one mniejszą popularnością, a prywatne szkółki płacenia czesnego mogłyby zwinąć interes 🙂 Problem w tym, że brak wyższego wykształcenia bardzo często nie tylko zamyka drogę do awansu, ale również eliminuje z grona kandydatów już na etapie selekcji CV. Jeżeli w wielu prywatnych (!!!) firmach nawet od sekretarki, którą z powodzeniem mogłaby być dziewczyna zaraz po szkole średniej, wymaga się co najmniej licencjatu, to o czym my mówimy? Znajduje to również potwierdzenie w statystyce:

                      https://bankdanych.io/1133,wskaznik-zatrudnienia-wg-poziomu-wyksztalcenia

                      „Do stażu zaś, chłopak inwestował wszystko z własnej kieszeni, ”

                      Wyszkolenie maszynisty przed stażem = odbycie ok. 2,5-miesięcznego teoretycznego kursu kosztującego 5-6 tys. zł albo zdobycie tytułu technika właściwej specjalności kolejowej. Prawda, że kwestia stażu wynika z przepisów, ale nic w tym dziwnego, skoro „licencjat” nigdy nie siedział za nastawnikiem, a zawodu tego można nauczyć się tylko w drodze przyuczenia przez pracodawcę.

                      „Z czystej ciekawości – jak miałoby polegać „celowe” oblewanie takich badań? ”

                      W przypadku maszynistów-kombinatorów do dyspozycji pozostają chociażby audiometr (nie słyszę dźwięków), ciemnia (nie widzę figur wyświetlanych w ciemności) lub aparat krzyżowy (nie klikam wystarczająco szybko). Można też wspomnieć o problemach natury psychicznej na rozmowie z psychologiem. Opcji jest naprawdę sporo i nie wykryje ich żaden RTG, rezonans, morfologia itp.

                      „Dlaczego ktoś dawał Panu studentów, którym nie było co dać do roboty? Kto o tym decydował i czy to była firma prywatna czy państwowa? ”

                      Firma prywatna z kapitałem zagranicznym. Niektóre duże firmy ze względów wizerunkowych przyjmują praktykantów, dają im najniższą krajową, a że czasem nie ma co z nimi zrobić, to już zupełnie inna sprawa. Zresztą studenci mają obowiązek realizacji praktyki, więc dla nich to dobrze, że istnieją firmy pomagające wypełnić tę absurdalną powinność.

                      „Liberalno demokratyczna Wenezuela?”

                      Tak, Wenezuela, niestety, cały czas pozostaje liberalno-demokratyczna. Ten kraj to nie ChRL, mieszkańcy Wenezueli mogą zmienić władzę na proamerykańską w drodze wyborów parlamentarnych, co zresztą miało miejsce w 2015 roku i nie przyniosło żadnej poprawy sytuacji. Opowiadając o „bogactwie” Wenezueli, warto zadać sobie pytanie, jak to możliwe, że w tak „bogatym” kraju wielu pierwszy raz poszło do szkoły i do lekarza dopiero za Chaveza? W rzeczywistości Wenezuela nigdy nie była drugą Norwegią czy Arabią Saudyjską, a jej kuriozalnie zdolaryzowana gospodarstwa nie odbiegała od peryferyjnych standardów latynoamerykańskich.

                      „Należy zrozumieć, że państwo jest większym odpowiednikiem rodziny. Tak samo jest z budżetem. Jakoś nikt nie ma problemu ze zrozumieniem, że rodzina nie może zadłużać się w nieskończoność, ale już z w odniesieniu do państwa wszyscy dostają małpiego rozumu tylko dlatego, że te pieniądze są „nienamacalne”. Można oczywiście wierzyć, że to się źle nie skończy, ale historia mówi coś zupełnie innego. Państwa po prostu upadają o wiele dłużej niż rodzina i stąd hurraoptymizm.”

                      Państwo nie jest odpowiednikiem rodziny, ponieważ rodzinie nie wolno emitować pieniądza 🙂 Analogicznie – państwo pokrywa wydatki za styczeń, zanim w ogóle zdąży zebrać należności za ten miesiąc, kiedy rodzina musi najpierw zarobić potrzebną kwotę.

                      Proszę o przykład choćby jednego zbankrutowanego państwa z własną walutą (niepowiązanej z notowaniami innych walut oraz złota i innych surowców) i bez znaczących zobowiązań zagranicznych. Obawiam się, że nie znajdzie Pan takiego.

                    2. @Fauxpas

                      1. Jest kilka branż, które są szeroko otwarte na ludzi z umiejętnościami i bez papierka. Do programowania dyplom jest potrzebny, niczym świni siodło 😉 Wiele osób o tym wie nawet idąc na studia. Po prostu nadal jest ta idiotyczna presja na „wyższe wykształcenie”. A statystyka, którą Pan podał świadczy nie o wymaganiach, tylko o tym, ile osób taki bezwartościowy papierek posiada. Osobiście znam wiele osób z dyplomami, które piastują stanowiska zupełnie niewymagające ani licencjatu ani mgr, ale takie dyplomy posiadają. Ale jak się skończyło europeistykę (licencjat) i zarządzanie (magisterka) a później odpowiada praca w recepcji, to już jest to wybór takich właśnie geniuszy, którzy tracą 5 a czasami więcej lat na studiowanie i później wchodzą na rynek pracy. No, ale mama może się chwalić znajomym, że dziecko skończyło studia 😉

                      2. Kwestię widzenia czy szybkości reakcji można badać sprzętowo. Nie wiem jak ze słuchem, bo tego nigdy nie doświadczyłem. A „zabawy” z psychologami mogą się skończyć nieciekawymi dokumentami jako balastem dla przyszłości. Generalnie to jest nadal sytuacja bardzo rzadka, więc nie ma sensu jej roztrząsać – interesujące są tendencje.

                      3. Nie wiem jakich studentów przyjmowała Pana firma – znam przypadek osoby z filozofii, która robiła praktyki w zakładzie stolarskim, więc już nic mnie nie zdziwi 🙂

                      4. Co do Wenezueli – to, że jest demokratyczna i wpaja się liberalne standardy zachodnie w kwestiach obyczajowych nie oznacza, że nie jest to kraj na wskroś socjalistyczny.

                      5. Tak, państwo jest odpowiednikiem rodziny. To, że nie może emitować pieniądza niczego nie zmienia. Jest to różnica skali i uprawnień, to jasne. Ale mechanizmy działające w obrębie rodziny działają również w obrębie państwa. Emisja pieniądza oznacza tylko emisję pieniądza, czyli wytwarzania towaru (pieniądz jest towarem). Rodzina też wytwarza towary, świadczy usługi etc. W państwie istnieje prawo i w rodzinie też istnieje pewien porządek, który sama ustala. Wiadomym jest, że w sytuacjach relacji społecznych wyznacznikiem jest prawo wyższego rzędu, natomiast widać tutaj podobne zasady funkcjonowania. Pan błędnie wyciąga wnioski o prawidłowym kształcie państwa ze status quo. To, że państwo reguluje należności za dany miesiąc przed zarobieniem świadczy o ułomności dzisiejszego państwa.

                      6. Każda waluta jest powiązana z notowaniami innych walut oraz surowców. Istnieją waluty słabsze i silniejsze – to jest normalne, tak samo jak to, że istnieją słabsze i silniejsze jeśli chodzi o ich wartość towary. I w świetle tego, że w XX-leciu międzywojennym Niemcy nosili w koszach pieniądze na chleb naprawdę kuriozalne jest proszenie o przykład. To, że mieli znaczące zobowiązania wynika z prowadzonej polityki – nie ma znaczenia, czy te zobowiązania to powzięte dobrowolnie pożyczki i zadłużanie kraju czy efekt kar za wojnę. Oba zobowiązania trzeba spłacać i oba gdy są za duże, doprowadzają do upadku.

      2. Jak to mawiają PiSmeni – mikro i małe przedsiębiorstwa (janusze w białych skarpetkach) nie generują żadnych innowacji. Ludzie miotają się, konserwatyzm.pl też. Z jednej strony, faktycznie – mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa tworzą tak z 70% miejsc pracy, ale wypracowują jedynie połowę PKB. Oznacza to, że są mało efektywne, natomiast tworzone w nich miejsca pracy to przechowalnia dla ludzi mało ambitnych, mało inteligentnych i niewykształconych. Tak na dobrą sprawę, to autentyczną potęgę kraju budują wielkie koncerny, jak chociażby Tesla, Samsung, Toyota czy Huawei. To one są wizytówką państwa i świadczą o jego sile oraz potędze. To dzięki nim mamy komputery i możemy latać w kosmos. Małe i średnie przedsiębiorstwa, cała ta drobnica-usługówka, nigdy nie stworzą galaktycznego imperium. Proponuję usiąść do stołu, pomyśleć trochę i zastanowić się – czego tak na dobrą sprawę Polsce brakuje najbardziej – czy upadłych, komunistycznych molochów, które nie zdołały się przekształcić w nowoczesne, sprawnie zarządzane, kapitalistyczne korporacje – co zaowocowało deindustrializacją Wielkiej Polski Katolickiej, czy może „misiów”?

        1. (…)Z jednej strony, faktycznie – mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa tworzą tak z 70% miejsc pracy, ale wypracowują jedynie połowę PKB.(…)
          Ponoć z połowa MISiów to JDG…

          1. No właśnie. Rzecz w tym, że ponad 85% międzynarodowej wymiany handlowej przypada na koncerny/korporacje. Drobnica nie jest w stanie obsługiwać handlu międzynarodowego, nawet jeśli zatrudnia 70% pracowników i wytwarza 50% PKB. Drobnica pełni przede wszystkim rolę redystrybucyjną, bo gdyby nie te firemki, to ludzie ciągnęliby socjal. Niech im się wiedzie jak najlepiej, ale trzeba pamiętać, że propaganda „misiów” została sklecona przez Niemców, żeby zrobić z Europy Środkowo-Wschodniej strefę zdeindustrializowaną. To wszystko miałoby się stać częścią Mitteleuropy, gdzie zgodnie z zasadą gospodarek komplementarnych – wielkie koncerny przypadłyby w udziałach RFN, natomiast „misie” Polsce.

              1. „Nie każdy MIŚ to dziadostwo… bo do nich zaliczają się takie firmy jak WB Electronics czy CD Project.”

                Dobrze prosperujące firmy nie potrzebują państwowej kroplówki, a sztuczne podtrzymywanie przy życiu niewydajnych jest działaniem na szkodę całej gospodarki. W ten sposób marnujemy pracowników, którzy mogliby trafić do większych i lepiej zarządzanych firm, a tym samym pracować dużo bardziej produktywnie.

                  1. „To prawda, tylko że JDG to nie firma tylko obejście prawa pracy.”

                    Możliwe tylko dlatego, że Polska jest jednym z bardzo niewielu państw UE (obok Estonii, Łotwy, Węgier, Rumunii i Bułgarii), w którym JDG mogą płacić podatek liniowy. Do tego dochodzi także niższy preferencyjny ZUS i składka zdrowotna.

  2. „Powstaje pytanie, dlaczego w III i tzw. IV Rzeczypospolitej żaden z rządów nie był w stanie wyzwolić polskiej nauki z zaklętego kręgu niedoinwestowania, pauperyzacji i ubóstwa!”

    Zawód nauczyciela akademickiego jest jednym z liczniej reprezentowanych w Sejmie i Senacie, więc jest kim walczyć o swoje interesy. Jednak rzecz w tym, że stosunkowo niewygórowane płaca wynika z mocno ograniczonego czasu pracy. Na stanowiskach naukowo-dydaktycznych, które dominują na polskich uczelniach, pensum wynosi od 180 do 240 godzin rocznie, a na dydaktycznych od 270 do 360. Oznacza to, że przy założeniu trwającego 30 tygodni roku akademickiego, pełen etat wymaga przeprowadzenia od 6 do 12 godzin zajęć tygodniowo. Z tego względu wielu formalnie pracuje w większym wymiarze etatu lub zarabia na wolnym rynku.

    „W większości liczą się bowiem formalne notowania, uznaniowo przyznawane punkty i sążniste sprawozdania, a nie rzeczywiste korzyści.”

    Punktacja czasopism to śmiech na sali. Renomowane czasopisma o wysokich standardach i międzynarodowym zasięgu, często zyskały dużo niższą punktację od wydawanych przez kolegów ministra, których nie tylko nie sposób znaleźć w żadnej bazie danych, ale również nierzadko nie mają charakteru naukowego. Na podobną uwagę zasługuje absurdalnie wysoka punktacja quasi-drapieżnych czasopism z niekończącymi się „special issue”, które pożerają ogromne środki z polskiego budżetu.

    „Brak wewnątrzsterowności polskich elit intelektualnych i politycznych stał się przyczyną rozmaitych uzależnień od sponsorów zewnętrznych.”

    Słuszna uwaga.

    ” Dzięki rządzącym polska nauka znajduje się na peryferiach nauki światowej”

    Warto też zwrócić uwagę na realne zapotrzebowanie na naukę w Polsce. Często mówi się o tym, że polskie wydatki na naukę są znacznie niższe od zachodnich czy chińskich, ale już nie drąży się tematu i nie wskazuje, że w tamtych państwach wiodącym sponsorem nauki jest sektor przedsiębiorstw. A czego potrzeba na polskim rynku? Niestety głównie humanistów i ekonomistów piorących mózgi religią libertariańską.

  3. gdzieś są granice śmieszności pisząc -ad2021>
    ‚Polska nauka jest niszczona”>
    Za komuny ‚nauka była niszczona’ >no bo komuna ale dzisiaj mamy WOLNOŚĆ>róbta co chceta>NEOLIBERALIZM-GLOBALIZM-etc.
    Ciekaw jestem co ‚w przedmiocie sprawy’ powiedzieliby PROFESOROWIE: Balcerowicz, Krysiak, Bodnar, Hartman, Szczerski, Zybertowicz ale i CZARNEK czy Zoll czy Chmaj czy Płatek czy Kowal, etc, etc.
    A ileż to my mamy prywatnych UCZELNI!!
    i co ‚produkują’ te uczelnie>szpeców od ‚nauk politycznych’, ‚historyków’, ‚komunikacji’, kosmetologii, etc, etc, etc.??
    A jak się u nas zmieni ‚wadza’ i pis odejdzie w zapomnienie to się coś zmieni!!!!
    ZAPEWNIA autora>że >IDENTYCZNE 'niszczenie nauki’ ma miejsce w całym NEOLIBERALNYM>GLOBALISTYCZNYM świecie i prof. Henry Giroux (http://henrygiroux.com/eng/pages/home ) wywalił kawę na ławę:
    'Neoliberalizm to nie tylko system ekonomiczny, ale także aparat kulturowy i pedagogika, które są instrumentalne w kształtowaniu nowej wrażliwości mas, nowego warunku powszechnej akceptacji systemu kapitalizmu, a nawet powszechnej wiary w jego wieczność. Starając się ukryć swoją ideologiczną i skonstruowaną naturę, ideologia neoliberalna usiłuje poprzez swój potężny aparat kulturalny wytworzyć niekwestionowany zdrowy rozsądek, który ukrywa jej podstawowe założenia tak, aby uniemożliwić ich zakwestionowanie.”
    I jeszcze jedna sprawa:pisze prof. Bieleń:
    'Co się takiego stało, że w czasach „wolnej Rzeczypospolitej” zanikł instynkt słusznego sprzeciwu i odruch niepoprawności politycznej na uczelniach?”
    nikt nie bronił prof. Wolniewicza, czy panią prof. z UŚ (nie pamiętam nazwiska)<którą lewackie=NEOLIBERALNE kadry w klasycznym SZMALCOWNICZYM stylu 'doniosły', że 'uraziła' ich lewacki paradygmat i władze UŚ oczywiście 'pochyliły się' nad problemem aż Pani profesor ZREZYGNOWAŁA z pracy (jak Wolniewicz czy prof. Szyszkowska, etc)
    ALE
    gdzie były te młody 'konserwatywne' czy 'endeckie' czy 'młoty na komunizm' STUDENTY aby WYSTĄPIĆ w obronie 'swojej' Pani Profesor??

  4. @Marcin Sułkowski

    Widzę, że skończyła się możliwość odpowiadania w kolumnie, więc wyciągnę tutaj co najważniejsze 🙂

    „1. Jest kilka branż, które są szeroko otwarte na ludzi z umiejętnościami i bez papierka. Do programowania dyplom jest potrzebny, niczym świni siodło 😉 Wiele osób o tym wie nawet idąc na studia. Po prostu nadal jest ta idiotyczna presja na „wyższe wykształcenie”. A statystyka, którą Pan podał świadczy nie o wymaganiach, tylko o tym, ile osób taki bezwartościowy papierek posiada. ”

    Problem w tym, że presję na wyższe wykształcenie tworzy sam rynek. Powodzenia w dostaniu się do dużej i renomowanej firmy bez studiów, kiedy ogłoszenia zaczynają się od „bachelor’s degree or higher” 🙂 Ludzie naprawdę nie męczyliby się m.in. z informatyką na czołowych polskich uczelniach, z trudem zaliczając wiele nieprzydatnych w pracy przedmiotów, gdyby identyczne perspektywy zapewniało powiedzmy ukończenie technikum.

    „4. Co do Wenezueli – to, że jest demokratyczna i wpaja się liberalne standardy zachodnie w kwestiach obyczajowych nie oznacza, że nie jest to kraj na wskroś socjalistyczny.”

    Jedno wyklucza się z drugim i dlatego w Ameryce Łacińskiej tylko Kuba mogła na przestrzeni lat zachować ustrój socjalistyczny. Nie da się mieć socjalizmu, jeżeli prywata rządzi krajem, a obca agentura porusza się bez skrępowania. Niestety, Latynosi nie wyciągają wniosków z historii, więc co jakiś czas któryś z przywódców realizuje nieudany i skompromitowany model przemian a’la Allende.

    „5. Tak, państwo jest odpowiednikiem rodziny. ”

    Jest dokładnie na odwrót. Także z tego powodu, że rodzina spłaca swoje zadłużenie, a państwo… jedynie odsetki. To właśnie one mogą być powodem niewypłacalności, o czym dekadę temu boleśnie przekonali się Grecy, których finanse dla ratowania niemieckich banków postanowił zarżnąć EBC. Gdyby Grecja emitowała własną walutę i zaciągała w niej zobowiązania, wówczas grecki bank centralny samodzielnie ustaliłby odpowiednią wysokość odsetek. Tak to działa we wszystkich państwach, które nie zrzekły się emisji waluty i zadłużają się na własnym podwórku. Warto też pamiętać o ujemnej korelacji między wielkością zadłużenia publicznego i prywatnego oraz ich wpływie na całą gospodarkę.

    „To, że państwo reguluje należności za dany miesiąc przed zarobieniem świadczy o ułomności dzisiejszego państwa.”

    To nie świadczy o żadnej ułomności, lecz stanowi logiczną konsekwencję tego, że każda jedna złotówka zawsze pochodzi od państwa. Jeżeli obywatele mają pieniądze od państwa, a nie państwo od obywateli (nie puszczają ich w obieg!), to nic dziwnego, że państwo nie musi czekać z pokryciem styczniowych wydatków co najmniej do połowy lutego, kiedy do budżetu wpłyną należności za styczeń.

    „I w świetle tego, że w XX-leciu międzywojennym Niemcy nosili w koszach pieniądze na chleb naprawdę kuriozalne jest proszenie o przykład.”

    Prosiłem o przykład państwa, które emitowało swoją walutę bez powiązań z notowaniami innych walut oraz surowców, i zarazem nie posiadało znaczących zobowiązań zagranicznych, a Pan przywołał weimarskie Niemcy, od których swoją nazwę wzięła inflacja wynikająca z zadłużenia zagranicznego w obcych walutach… Historia gospodarki nie zna takiego państwa.

    https://i.insider.com/4d870d6049e2aebf08000000?width=800&format=jpeg&auto=webp

    1. @Fauxpas – można to ominąć dodając komentarz do wyższego, ale faktycznie ucieka wtedy „nitka”, więc kontynuujmy tutaj 😉

      1. Ale ja nigdzie nie napisałem, że nie ma takich branż, w których nie jest to konieczne. Napisałem, że jest wiele, w którym jest to zbędne a i tak ludzie się pchają na studia i takim przykładem jest właśnie informatyka, tak ludzie kończą ją na czołowych (jak to brzmi w tej polskiej mizerii) uczelniach i równie dobrze mogliby robić to bez studiów. Jest niewiele stanowisk w porównaniu do całego rynku, na które potrzebne są studia.

      4. Nie, socjalizm nie wyklucza się z liberalną demokracją. Socjalizm to system społeczno-gospodarczy. Liberalna demokracja to tylko odmiana sposobu wybierania władzy i jej sprawowania. I zupełnie fałszywe jest stwierdzenie, że socjalizmu nie da się wprowadzić gdy „prywata” rządzi krajem. Socjalizm w naturalny sposób wyłania pewne „elity”, które tym wszystkim kierują. Ja w ogóle zauważyłem, że bardzo często atakuje Pan libertarianizm i libertarian, jak gdyby faktycznie istniał wolny rynek czy to w klasycznym czy libertariańskim tego słowa znaczeniu. A to nieprawda – żyjemy w socjalizmie i realizujemy jego założenia. Nie mylmy socjalizmu z komunizmem po prostu.

      5. Jak już pisałem – wyciąganie wniosków o roli państwa ze status quo jest błędem.

      „To nie świadczy o żadnej ułomności, lecz stanowi logiczną konsekwencję tego, że każda jedna złotówka zawsze pochodzi od państwa.” – i to właśnie świadczy o ułomności. Nie tylko operuje Pan, ale i bezkrytycznie przyjmuje koncepcję pieniądza fiducjarnego wraz z jego konsekwencjami i stąd nasze nieporozumienie.

      „Prosiłem o przykład państwa, które emitowało swoją walutę bez powiązań z notowaniami innych walut oraz surowców, i zarazem nie posiadało znaczących zobowiązań zagranicznych, a Pan przywołał weimarskie Niemcy, od których swoją nazwę wzięła inflacja wynikająca z zadłużenia zagranicznego w obcych walutach…” – i wyjaśniłem dlaczego ten przykład podałem i dlaczego nie ma prawa Pan twierdzić, że to jest dowód na to, że państwa nie bankrutują. Powtarzam – każde państwo emitujące swoją walutę ma powiązania z notowaniami innych walut oraz surowców. Waluta nigdy nie istnieje w próżni. Każde państwo posiada zobowiązania zagraniczne – mniejsze lub większe. Przyjmując Pana kryteria to tak, jakby wymagać przykładu pływaka bez rąk i nóg, który wygrał olimpiadę. No nie ma takiego, bo przyjęte kryteria są nonsensowne.

        1. Socjaldemokracja to też socjalizm. Welfare state czy ogólnie państwo opiekuńcze zasadza się na podobnych mechanizmach. Nie widzę wielkiego sensu spierania się teraz o detale. Tym bardziej w świetle np. słów Morawieckiego z wiecu wyborczego o tym, jak bliskie są im idee socjalistyczne.

      1. „Napisałem, że jest wiele, w którym jest to zbędne a i tak ludzie się pchają na studia i takim przykładem jest właśnie informatyka, tak ludzie kończą ją na czołowych (jak to brzmi w tej polskiej mizerii) uczelniach i równie dobrze mogliby robić to bez studiów.”

        Oczywiście, ale wtedy z pewnością nie trafią do renomowanych firm, więc to zrozumiałe, że młodzi nie chcą blokować sobie możliwości rozwoju. Dlatego np. w mojej okolicy ogromnym zainteresowaniem i zarazem pewną renomą cieszy się dość wymagająca, w porównaniu do licznej konkurencji, informatyka na PG. Topowym pracodawcom z Trójmiasta nie przetłumaczy się, że kandydat X po technikum na danym stanowisku może sprawdzić się równie dobrze, co kandydat Y po PG albo innej czołowej uczelni. Skrypty systemu rekrutacyjnego zmielą jego CV ze względu na brak wypełnionych rubryk o wyższym wykształceniu. Tak to niestety działa. I tutaj dochodzimy do wniosku, że całe mnóstwo absurdalnych barier tworzy sam rynek.

        „Nie, socjalizm nie wyklucza się z liberalną demokracją.”

        Łączenie jakiegokolwiek odcienia socjalizmu z liberalną demokracją uczy, że obóz socjalistyczny zostanie fizycznie zlikwidowany przez obcą agenturę. To jest ta lekcja, której Latynosi wciąż nie chcą odrobić.

        „i to właśnie świadczy o ułomności. Nie tylko operuje Pan, ale i bezkrytycznie przyjmuje koncepcję pieniądza fiducjarnego wraz z jego konsekwencjami i stąd nasze nieporozumienie.”

        Oparcie pieniądza np. o wartość złota lub innych surowców oznacza, że kontrolę nad pieniądzem oddajemy wiodącym producentom i spekulantom danego surowca. Idea ta jest w gruncie rzeczy matką pomysłu wprowadzenia wspólnej europejskiej waluty, nad której gospodarki eurozony nie posiadają absolutnie żadnej kontroli 🙂

        ” i wyjaśniłem dlaczego ten przykład podałem i dlaczego nie ma prawa Pan twierdzić, że to jest dowód na to, że państwa nie bankrutują. Powtarzam – każde państwo emitujące swoją walutę ma powiązania z notowaniami innych walut oraz surowców. Waluta nigdy nie istnieje w próżni. Każde państwo posiada zobowiązania zagraniczne – mniejsze lub większe. Przyjmując Pana kryteria to tak, jakby wymagać przykładu pływaka bez rąk i nóg, który wygrał olimpiadę.”

        Słowem podsumowania dyskusji – przykład Weimaru nijak ma się do tematu, ponieważ zobowiązania w obcej walucie były, są i będą poza jakąkolwiek kontrolą dłużnika. Państwo emitujące własną walutę i zadłużające się w niej mogłoby zbankrutować tylko wtedy, gdy jego bank centralny powtórzyłby manewr EBC wobec Grecji, czyli narzucił lichwiarskie odsetki od istniejących zobowiązań. Czy wyobraża Pan sobie, że NBP odważy się wymagać 35% odsetek od zobowiązań krajowych w PLN? Pytanie w zasadzie retoryczne, bo nawet Balcerowicz, Rostowski czy inny wyznawca credo „pieniędzy nie ma i nie będzie” nie zdecydowałby się na ten krok.

        To też podsuwa nam kolejny wniosek. Mianowicie, państwa, nawet te zadłużone za granicą, nie bankrutują z powodu wysokości zadłużenia, lecz zbyt wysokich kosztów jego obsługi. W przypadku zadłużenia krajowego we własnej walucie ustalamy je samodzielnie, gdy zadłużenie w obcych walutach skazuje nas na łaskę i niełaskę zewnętrznego emitenta. Dlatego sytuacja Japonii i Singapuru diametralnie różni się od sytuacji Grecji i Włoch, chociaż udział zadłużenia w PKB wskazywałby nieco lepszą sytuację europejskich południowców. Jednak ich finansami rządzi EBC, który przecież w każdej chwili może powrócić do morderczej dla gospodarki polityki austerity, jeśli tylko będzie wymagać tego interes Niemiec.

    2. (…)Gdyby Grecja emitowała własną walutę i zaciągała w niej zobowiązania, wówczas grecki bank centralny samodzielnie ustaliłby odpowiednią wysokość odsetek.(…)
      Co nie uratowało jej przed 6 bankructwami pod obowiązywaniem drahmy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.