Rękas: Szkocja – kraj (jeszcze…) bez prawicy

Państwowa komisja wyborcza rozpatruje wniosek o rejestrację nowej szkockiej partii politycznej: Sojuszu dla Niepodległości – Max The Yes! (AFI). To już druga taka inicjatywna po powstaniu Niepodległości dla Szkocji (IFS) pozycjonującej się bardziej w centrum od rządzącej SNP. Czy najbliższe miesiące okażą się więc przełomowe i dla przywrócenia na mapę suwerennej Alby, i dla przyszłości szkockiej polityki?

Rok 2020 r. zaczął się od oczekiwania na nową jakość w polityce Szkocji. Dobrze poinformowani (i lubiący się takimi wydawać) robili tajemnicze miny, zapowiadające „Wkrótce o czymś usłyszycie!”. Gwałtownie wzrosła ilość analiz nagle zgadzających się, że strategia rządzącej krajem Szkockiej Partii Narodowej znajduje się na jałowym biegu, a przynajmniej, że formacja ta nieco zużyła się trzynastoletnimi rządami i nie ma pomysłu nawet na zwiększenie ilości własnych mandatów w krajowym parlamencie, a co dopiero na zdobycie niepodległości dla Szkocji (co pozostaje wszak strategicznym, a w każdym razie deklaratywnym celem tego stronnictwa – wbrew historycznej nazwie będącego po prostu umiarkowaną socjaldemokracją).

 Już nie tylko uchodzący za starego marudę były wice-lider SNP, twardy lewicowiec Jim Sillars i wiecznie niesłuchany prorok, najpopularniejszy w Szkocji bloger, wielebny Stuart Campbell zaczęli wołać, że Szkocja potrzebuje czegoś nowego. A po kompromitacji przy procesie ex-premiera Szkocji Alexa Salmonda (niesłusznie, jak się okazało, oskarżanego o molestowanie seksualne, które to ataki miały być inspirowane przez otoczenie obecnej pierwszej minister, Nicoli Strugeon) – naprawdę zaczęło się wydawać, że establishment SNP ma problem. I co?

Matematyka nie jest dobrym hasłem wyborczym

No i nic, przynajmniej na razie. Wielebny Campbell pisze swojego bloga i nikt jakoś nie pali się do zakładania się z nim nowej niepodległościowej centroprawicy. Z kolei chętni do bardziej wyborczego zaangażowania ponadpartyjnego ruchu YES/AYE tak długo liczyli i liczyli, zmagając się z wyzwaniami mieszanej szkockiej ordynacji wyborczej – że aż w końcu doszli do logicznego wniosku, że dla uzyskania w przyszłorocznych wyborach dodatkowych pro-niepodległościowych posłów wybieranych proporcjonalnie z list wyborczych – potrzebna jest trzecia partia (ale jeszcze inna niż szkoccy Zieloni, relatywnie mało zwariowani, mocno lewicowi, ale jeszcze bardziej niepodległościowi). I po tym trudnym, matematycznym wyzwaniu – postanowili założyć co najmniej… dwie partie trzecie. Obie o agendzie trudnej do odgadnięcia, bowiem Alliance for Independence – Max the Yes przed lockdownem skupiała się właściwie wyłącznie na ordynacyjno-matematycznych wyliczeniach dlaczego miałaby być potrzebna (?), a Independence for Scotland przez ostatnie tygodnie umiała się od SNP odróżnić bodaj tylko kwestią definicji płci (w obronie feminizmu przed gendryzmem – taka to… zachodnia zachowawczość), choć także łagodnym eurosceptycyzmem (domagając się przyłączenia niepodległej Szkocji do Rady Nordyckiej, nie zaś Unii Europejskiej). Tymczasem przecież matematyka i zastanawianie się kto jest kobietą – to chyba jednak za mało, by uzupełnić szkocką scenę polityczną?

Dlaczego nikt nie wybiera socjalistów?

Mając prawo uczestnictwa w szkockich wyborach – głosowałem już na kandydatów zarówno SNP, jak i Szkockich Zielonych, konsekwentnie też odpowiadam wszystkim interesującym się z zewnątrz szkocką polityką, że nie, nieprawdą jest, że jakimś dziwnym sposobem w Szkocji mają tylko dwie partie. Bo choć rzeczywiście, trzy główne partie brytyjskie – torysi, liberalni demokraci, a nawet labourzyści (przy wszystkich pro-związkowych bardziej niż realnie pro-socjalnych zasługach tej ostatniej) są tutaj ciałami obcymi – to przecież Szkoci mogą też korzystać z oferty prawdziwej rodzimej lewicy. A jednak, mimo całej swojej ogromnej społecznej wrażliwości, wręcz unikalnej na Zachodzie naturalnej lewicowości – nie głosują w kolejnych wyborach ani na Szkocką Partię Socjalistyczną (SSP), ani na trockistowską Socjalistyczną Partię Szkocji (SPS), ani na żadne inne inicjatywy, nawet najciekawsze, które (jak Solidarity) próbowano powoływać przez ostatnie kilkanaście lat.

Można rozumieć że jest to strategiczny, fundamentalny problem prawdziwej lewicy w Szkocji, jednak mieszkańca Europy Wschodniej, którego rodaków żyje tu przeszło 180.000 (na ok. 5,6-milionową populację kraju) interesują nie tylko przyczyny tego zjawiska, ale także fakt pewnej hermetyczności szkockiego socjalizmu zwłaszcza dla imigrantów. Przecież właśnie jako gastarbajterzy, znajdując się często na dole drabiny społecznej, stanowiąc element nowej klasy robotniczej (bo zatrudnienie w usługach wcale nie powinno eliminować klasowej identyfikacji pracujących) – przybysze z Polski, Węgier, Rumunii, państw bałtyckich winni  być naturalnym zapleczem dla szkockiego socjalizmu, walczącego o podwyżkę płacy minimalnej, publiczną (a więc bardziej dostępną, a nawet zrozumiałą dla nas służbę zdrowia), nacjonalizację masowego transportu i w szeregu innych kwestii, które dotyczą bezpośrednio naszych portfeli, a więc głównego motywu naszej imigracji. Tymczasem, o ile można znaleźć polskich czy węgierskich zwolenników, a nawet aktywistów SNP, niektórzy z nas są obecni w ruchu YES, to jednak jeszcze częściej imigranci jakoś tam już wyrobieni politycznie wybierają Labour czy Lib-Dem, nie angażując się niemal nigdy po stronie autentycznej lewicy szkockiej. Ba, bywam pytany przez Szkotów jak to możliwe, że może nie u nas, ale np. w Anglii imigranci z Europy Wschodniej odnajdują się wśród klasowo im obcego elektoratu torysów, a nawet aktywu pro-syjonistycznej tzw. skrajnej prawicy, której głównym hasłem jest przecież „Zero emigracji = nie będzie Polak kradł nam pracy”?!

Uciekinierzy z paradygmatu liberalnego

Po pierwsze, odpowiedzią jest eksperyment społeczny, przeprowadzony na społeczeństwach polskim, węgierskim, rumuńskim i innych od lat 90-tych, od upadku Bloku Wschodniego. W wyniku przeprowadzonej wówczas transformacji (nie będącej żadną „rewolucją demokratyczną”, tylko prostym geopolitycznym targiem elit polityczno-finansowych Zachodu i Wschodu) – całkowitą wyłączność na kształtowanie świadomości wschodnich Europejczyków uzyskał liberalizm. Po 30 latach słuchania o „przypływie podnoszącym wszystkie statki”, na który tylko musimy poczekać, dowiedziawszy się, że jesteśmy jak lud Izraela, który Mojżesz prowadzić po pustyni, aż wymrą pamiętający poprzedni system, po utracie własnego przemysłu (zamkniętego jeszcze przed spiralą globalizacji), po zamknięciu naszych dawnych krajów w pułapce średniego wzrostu i niskich zarobków – wszyscy jesteśmy w istocie uciekinierami z dyktatury paradygmatu liberalnego.

Stąd dopiero na Zachodzie, pracując – zaczynamy się orientować np., że związki zawodowe nie są tylko największym złem kapitalizmu (jak uczono nas w starych krajach). Albo jak to jest, kiedy pracodawca każe polskiej sprzątacze drzeć brudy tą samą starą ścierką i wodą, bo on musi odbić sobie na nowe Porsche i ratę za kolejną willę. Niestety, ci z nas, którzy wracają do starych krajów – szybko te lekcje zapominają, ale czemu zostający tutaj Nowi Szkoci tak często nie potrafią przekuć rosnącej wiedzy społeczno-ekonomicznej na wnioski polityczne?

Wydaje się, że przede wszystkim imigranci, nawet ci nie bojący się polityki – czują się… zaniedbani przez szkocką lewicę. W 2014 r., podczas pierwszego, przegranego referendum niepodległościowego czytali pełne kłamstw ulotki unionistycznego ruchu „Better Together” i innych, przekonujące zwłaszcza szkockich Polaków jakim niebezpieczeństwem będzie dla ich miejsc pracy niepodległość. Z zadowoleniem można było przyjąć wyciągnięcie wniosków z tej porażki przez SNP i ruch YES szukające przynajmniej wspólnego języka z imigrantami. Zgodzić się też można, że na pewnym poziomie percepcji postawienie znaku równości „Niepodległość Szkocji = Unia Europejska = wolny rynek pracy” może wystarczać i odpowiada uświadomionym potrzebom Nowych Szkotów. Ważniejszym często nawet niż różnice kulturowe, zderzenie wschodnio-europejskiego konserwatyzmu kulturowego z platformą progresywną i polityczną poprawnością. Śmiem jednak twierdzić, że choć SNP pozyskała już dziś większość głosów tych imigrantów, którzy przełamując niechęć wyniesioną ze starych krajów zdecydują się głosować – to jednak na dłuższą metę ma im niewiele do zaproponowania. I to jest właśnie pole dla „trzecich partii” – i tych już istniejących, i właśnie wymyślanych.

Konserwatyzm nacjonalistycznej socjaldemokracji

W rzeczywistości zresztą nie różni się to tak bardzo od sytuacji głównej bazy szkockiego elektoratu niepodległościowego. Jest coś w oczywisty sposób paradoksalnego, sprzecznego w oczekiwaniu, że tak fundamentalną zmianę, jak uzyskanie niepodległości i ustanowienie nowego państwa – przeprowadzi partia tak głęboko już, mentalnie zachowawcza, jak SNP! To jest oczekiwanie od żółwia, by skoczył wzwyż, a od maratończyka, by zatriumfował w sprincie! To się po prostu nie może udać…

Obecne sondaże, dają SNP ok. 47 do blisko 51 proc. poparcia. Pierwsza więc Minister Nicola Sturgeon idzie po kolejne, pewne i samodzielne zwycięstwo w wyborach krajowych w 2021 roku. Czy więc trzecie partie nie są potrzebne i SNP załatwi wszystko? No przecież w to nie wierzą już chyba nawet deklarujący dla niej swoje poparcie… To prawda, że Pierwsza Minister zbiera znakomite recenzje za swoją metodę odróżniania się od Borisa Johnsona w walce przeciw koronawirusowi. Faktem jest, że nawet samo (wolniejsze) tempo wychodzenia z lockdownu – odróżnia Szkocję od Anglii bardziej nawet niż stosunek do BREXITu. I wreszcie sondażowe 54 proc. na rzecz niepodległości robi wrażenie. To wszystko jednak nie daje odpowiedzi na co najmniej równie ważne pytania. Po pierwsze – czemu N. Sturgeon tak bardzo chce robić dobre wrażenie w Anglii, liczy, że ktoś tam z sympatii do niej da Szkocji niepodległość? Nie, nie da. Niepodległości przeważnie się nie dostaje, trzeba ją brać samemu. Po drugie – walka o życie i zdrowie mieszkańców jest naprawdę imponująca, ale przecież dopóki w realiach dewolucji (nadanych przez Londyn uprawnień krajowych) Szkocja nie może wprowadzić własnych osłon dla pracobiorców, ani programów wsparcia dla branż takich jak hospitality i gastronomia, a o dodatkowe pieniądze dla szkockiego NHS (funduszu zdrowia publicznego) musi prosić Westminster – dopóty miękki socjaldemokratyzm SNP buduje szkockiej gospodarce i własnej polityce największą z możliwych pułapek! Co p. Sturgeon powie jesienią pracownikom wciąż zamkniętych hoteli i pubów, że ona tylko trzymała je zamknięte, a brak realnej pomocy to wina p. Johnsona? A co, jeśli pracownicy nie uwierzą? Jasne, podkreślanie zbyt małych kompetencji rządu krajowego (Holyrood) to sprawdzona praktyka agitacji YES. Tym razem jednak może nie wystarczyć.

Ba, nie można wręcz wykluczyć, że SNP poniesie w końcu skutki własnych zaniechań, własnej niechęci do bardziej śmiałych ruchów pro-socjalnych, czy to w sferze podatkowej, czy płacowej, swojego unikania większego nacisku na Westminster właśnie w sprawie dewolucji socjal-ekonomicznej. Edynburg nie ma własnych środków, by bronić się przed kryzysem, który dopiero narasta wraz z narastającą falą zwolnień w kolejnych przedsiębiorstwach i całych sektorach. I nie wolno mieć złudzeń – torysi osłonią wielką własność, cały globalny kryzys COVID-19 tylko umocnił pozycję finansjery, a to ci w Holyrood będą musieli rozkładać ręce, że nie ma jak ani skąd brać i pomagać. To zaś uderzy w całą klasę pracującą, w tym zwłaszcza w Nowych Szkotów, czyli i polskich emigrantów.

Kto ma odwagę Lenina?

To prawda, że obecne sondaże SNP imponują. Tylko po co komu takie wyniki rok przed wyborami? Co z tego, że za niepodległością jest 54 proc. ankietowanych, skoro w tym roku nie będzie referendum., a im wyższe słupki sondażowe – tym pewniejsze, że Westminster NIGDY się na ponowne głosowanie nie zgodzi? Sport zna kategorię przetrenowania, zbyt szybkiego uzyskania formy mistrzowskiej. Ile jeszcze głosów może przybyć pani Pierwszej Minister, skoro wyborcy unionistów wybierają jedynie między partiami unionistycznymi, a grupka przeciwników BREXITu (jeszcze dwa lata temu uważana za decydującą…) została skonsumowana i nie zaważała bynajmniej na sondażach? Mam wielu przyjaciół w SNP, sam z tym ugrupowaniem sympatyzuję (jak i całej sprawie niepodległości Szkocji) – ale obiektywnie należy przyznać, że z tak wysokiego poparcia możliwy jest tylko zjazd w dół.

Nie musi to jednak oznaczać, że ci już pozyskani dla sprawy niepodległości również zmienią zdanie. Przeciwnie, można zakładać, że choć SNP zacznie tracić poparcie, wracając do swych „normalnych” sondażowych rozmiarów – to w tym właśnie zakresie, między poparciem dla SNP a poparciem dla samej niepodległości zostanie margines do zagospodarowania przez siły umiejące wystąpić z czymś więcej niż tylko matematyką i „głosowaniem taktycznym”. W istocie bowiem Szkoci nie potrzebują partii technicznej – skoro jedną… już mają. Czy jednak jest albo czy może powstać partia, która nie ograniczy samej siebie do bycia „tą trzecią”, ale która realnie weźmie odpowiedzialność, która przynajmniej spróbuje szukać odpowiedzi na kryzys i która nie tylko będzie do niepodległości szła, ale do niej dojdzie?

Ponad 100 lat temu na podobne pytanie, zadanie w Rosji, w Piotrogrodzie – wstał pewien człowiek i odpowiedział: Jest taka partia!”. Czy ktoś taki, nie jeden, ale tysiące – znajdą się w Szkocji 2020/2021?

Konrad Rękas

Tłumaczenie artykułu, który w wersji anglojęzycznej ukazał się na portalu http://oneworld.press/

[Głosów: 10   Average: 2.4/5]
Facebook

1 thought on “Rękas: Szkocja – kraj (jeszcze…) bez prawicy”

  1. (…)przybysze z Polski, Węgier, Rumunii, państw bałtyckich winni być naturalnym zapleczem dla szkockiego socjalizmu, walczącego o podwyżkę płacy minimalnej, publiczną (a więc bardziej dostępną, a nawet zrozumiałą dla nas służbę zdrowia), nacjonalizację masowego transportu i w szeregu innych kwestii, które dotyczą bezpośrednio naszych portfeli, a więc głównego motywu naszej imigracji.(…)
    Jeśli faktycznie kapitał ma narodowość to imigranci na nacjonalizacji zbiorkomu nic nie zyskają… a ci co są tam zatrudnieni nawet stracą źródło utrzymania.

    (….)Stąd dopiero na Zachodzie, pracując – zaczynamy się orientować np., że związki zawodowe nie są tylko największym złem kapitalizmu (jak uczono nas w starych krajach).(…)
    Mam nadzieję, że nie chodzi o te związki co skumały się z mafią jak to miało miejsce w Ameryce?
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Jimmy_Hoffa
    Albo te nasze co przymykały oko na sabotaż czujników metanu jak to miało miejsce w naszych kopalniach?
    https://www.money.pl/gospodarka/wstrzasajace-relacje-polskich-gornikow-oszukiwanie-czujnikow-metanu-to-byla-norma-6329978397333633a.html
    A gdy chodzi o wyrwanie kasy to nie cofają się nawet przed aktami o charakterze terrorystycznym (115 art. KK) jak to miało miejsce w Sławkowie?
    https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,25707970,gornicy-blokowali-rosyjski-wegiel-na-torach-zamontowali-cos.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *