Rewolucja bez rewolucji

Rozczarowanie pozorowanym rewolucjonizmem Dni Protestu dobitnie wyraził już Paweł Kukiz, który w obecnej fazie swego cyklu emocjonalnego wydaje się cierpieć na dokuczliwe urojenie, że mamy rok 1989, na ulice mogłyby wychynąć setki tysiące robotników, dyktować władzy warunki i zawierać z nią kontrakty polityczne z pozycji siły. Tymczasem związki zawodowe są w istocie bezsilną fikcją – dlatego zarówno uroszczenia przewodniczącego Dudy, jak i antysyndykalistyczna krucjata senatora Libickiego są bieganiem wokół tego samego fantoma. Piszę to z przykrością, będąc związkowcem niemal przez całe swoje dorosłe życie i do dziś starając się wspierać radą tak organizacje rolnicze, jak i pracownicze. Nie mniej to, co widzieliśmy w stolicy – to był związkowy aparat i aktyw, występujący z pełnopłatną dniówką, a prowadzony przez liderów głównie zainteresowanych, by nie otrzymać 30 tys. zł kary za zbyt dużą ilość rzuconych petard.

Najlepszym dowodem pozorności wystąpień „Solidarności” i pozostałych central – było wybranie na finał Dni Protestu weekendu, a więc zabezpieczenie się, żeby tym razem żaden poseł nie oberwał nie daj Bóg tyczką do pomidorków. Już abstrahując od wizji wielkich ogólnopolskich akcji snutych przez Kukiza – to przecież gdyby naprawdę chciano zablokować parlament, to należało do niego wejść, nie bacząc na pochowane w okolicy siły porządkowe. Pozorowanie Budapesztu czy Sofii w polskich realiach po raz kolejny okazało się farsą.

Podobnie wyglądało to zresztą w przypadku pikietki „Solidarności” Rolników Indywidualnych. Pomiędzy przyjmowaniem kolejnych dotacji i dofinansowań od ministerstwa rolnictwa – ekipa senatora Jerzego Chróścikowskiego udała się pod ten sam resort ze szczególnie radykalnym postulatem – żeby przewodniczący RI nadal był senatorem. Trudno też było się oprzeć wrażeniu, że zbliżone oczekiwania ma też „Solidarność” pracownicza. Przewodniczący Duda powstrzymał się bowiem wprawdzie od ogłoszenia powstania ruchu politycznego zbudowanego na bazie związku, jednak jego zaistnienie jest chyba tylko kwestią czasu.

Rzecz jasna nie może się to skończyć inaczej, niż w przypadku AWS – tzn. może niekoniecznie zdobyciem władzy, ale właśnie powstaniem formacji o wyjątkowo niskim poziomie intelektualnym i ideowym, per saldo szkodliwej dla Polski. To, że obecnie na zapleczu tej potencjalnej partii związkowej znajdują się osoby skądinąd zacne i niegłupie, jak Gabriel Janowski czy Ryszard Bugaj nie zmienia bowiem faktu, że stanowiłyby one tylko dekorację dla aparatu związkowego aż przebierającego nogami, żeby zamienić państwo w jednego wielkiego pracodawcę wypłacającego im apanaże za sam fakt istnienia.

Charakterystyczne zresztą, że ten fałsz w założeniu i pozorowalność podejmowanych starań wyłapała realnie istniejąca formacja syndykalistyczna – Polska Partia Pracy i lider WZZ „Sierpień’80” Bogusław Ziętek. „Czy „Solidarność” nie odpowiada za AWS i jeszcze niedawne, fetowanie owacjami na stojąco, liderów tej formacji politycznej, którzy dla społeczeństwa i ludzi pracy zrobili tak dużo złego? Fatalne skutki tej polityki – OFE, tysiące zlikwidowanych miejsc pracy, także tu u nas na Śląsku, bezrobocie, niskie płace, niewydolność systemu ochrony zdrowia i edukacji odczuwamy do dziś. Czy dziś nie popełniamy tego samego błędu, do rangi bohaterów tych antyrządowych protestów wynosząc ludzi, takich jak szef SLD Leszek Miller, który jest gorszą „zakałą liberalną”, niż sam Donald Tusk? W sobotę – 14 września – będzie On maszerował z Panem ramię w ramię, aby obalić rząd i protestować przeciwko antypracowniczej i antyspołecznej polityce, którą jako Premier współkreował. Czy związki zawodowe, w tym te które przez lata zasiadały w Komisji Trójstronnej, żyrując tam swoim udziałem antypracowniczą politykę kolejnych rządów, nie powinny uderzyć się przede wszystkim we własne piersi? Pozbyć się ze swojego grona związkowców – biznesmenów, którzy stanowią „zakałę” ruchu związkowego, przez co tracimy swoją wiarygodność, a wraz z nią skuteczność – rzecz najważniejszą, z której nas ludzie rozliczą” – słusznie punktował Ziętek.

Umówmy się bowiem – te nieszczęsne, wymuszone Dni Protestu odbywały się m.in. pod hasłem przywrócenia i utrzymywania fikcji – czyli właśnie „dialogu” w Komisji Trójstronnej, czy „pełnego wykorzystania środków finansowych przewidzianych na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu”. Bez urazy, ale to ja już wolę neo-Komitety Obywatelskie Kukiza i jego ordynację mieszaną… Fikcją było też rzekome odcięcie się PiS-u od solidarnościowych protestów, mające uwiarygodnić Dudę w oczach nielubiących Kaczyńskiego wyborców. Wyjątkowo fikcyjne i epatujące wymuszonym humorem są akcje organizowane przez „Solidarność” w regionach, z przerażająco nieśmiesznymi happeningami, skeczami i balonami – w które związkowcy starają się zrobić ludzi, którzy może zapomnieli już AWS. Taki jest bowiem cel całej tej operacji – przekonanie wyborców, że związek się zmienił. Otóż nie, nie miał na to żadnej szansy – bo już od dawna nie przyciąga nowych ludzi, ani nie generuje nowych haseł odpowiadających wyzwaniom współczesnego rynku pracy, a kontentując się oprotestowywaniem skądinąd faktycznie fatalnych i dowodzących bezradności propozycji rządowych.

Czy jednak te spacerki po Warszawie i pogróżki Dudy mogłyby dać jakieś pozytywne efekty? Być może, np. jeśli pewną elastycznością wykażą się liderzy Ruchu Narodowego – wówczas możliwa jest ich kooperacja z „Solidarnością”. Związek udzielał już wszak swojego wsparcia ONR-owcom w przekomarzankach z ABW i chętnie dogadałby się w sprawie kooperacji. Mogłoby to dać prawicy maszerującej szansę na zbudowanie zaplecza poważniejszego niż tylko kibice, a także pewien rys socjalny, wciąż nie dość obecny w programie i frazeologii RN. Z drugiej strony neo-AWS gdyby powstał – odciągałby wyborców nie tyle od PiS, co od Solidarnej Polski, a więc subiektywnie wspierałby wysiłki Jarosława Kaczyńskiego, co dla kraju mogłoby mieć następstwa tylko fatalne.

Ale czy sam pomysł nowej partii opartej o sytą i zadowoloną związkową biurokrację ma sens? Partia fikcyjnego protestu w żaden sposób nie dotyka problemów innych grup, niż radykalnie ograniczony krąg pracowników spółek Skarbu Państwa, służby zdrowia i nauczycieli. Sam Duda po cyrku z Platformą Oburzonych uznał za nierealne, a w każdym razie niecelowe skrzykiwanie grupek poszkodowanych przez system, różnych „forów walki z bezprawiem”, „stowarzyszeń obrony praw…”, Niepokonanych itp. Raz, że zadecydował partykularyzm i kłótliwość ich członków, a dwa fakt, że ekspertom związkowym nie chciało się postawić znaku równości między bojem o płacę minimalną (od której liczone są różne dodatki), a np. problemami zadłużonych we frankach szwajcarskich. Walka o „prawa związkowe” miałaby więc być z definicji słuszna – a bój o poszanowanie prawa w ogóle już tylko opcjonalny i weryfikowany pod kątem „sprawiedliwości społecznej”, co wszelką realną kooperację uniemożliwiło, a ruch związkowy skazało na dalszą alienację od faktycznych potrzeb i bolączek coraz większych rzesz obywateli.

Marszałek Piłsudski nazwał swój przewrót „rewolucją bez rewolucyjnych konsekwencji”. Nawiązując do tego bon motu jeden z najbystrzejszych opozycjonistów doby PRL swą fundamentalną broszurę strategiczną zatytułował „Rewolucja bez rewolucji”. Na razie mamy do czynienia z „rewolucją” bez rewolucyjnych podstaw, nie mówiąc już nawet o celach. I trudno się spodziewać, by ten wymuszony „protest” dał jakieś inne efekty.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Rewolucja bez rewolucji”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *