Schizma słonia albo o tym, czy da się rozumieć konserwatystę?

            Znaczna część osób określających się jako konserwatyści, tradycjonaliści czy kontrrewolucjoniści głosi – cokolwiek to znaczy – że przyszło nam żyć w „świecie nierzeczywistym” lub – jak niedawno wyraził się Jacek Bartyzel w rozmowie z „Rzeczpospolitą” – w „schizmie prawdziwego bytu”. Istniejący w naszych czasach porządek polityczny to schizma od wyższego porządku, spływającego na świat „z góry” od samego Boga. „Prawdziwy” konserwatysta traktuje zatem jako nierzeczywiste to wszystko, co stoi w opozycji do słusznych idei poczętych przez iluminowany tradycją, religią, intuicją, bezpośrednim wglądem, wiarą, wreszcie samą łaską Bożą konserwatywny umysł. I nie ma wielkiego znaczenia, czy chodzi o wyniosłych fideistów pokroju kolumbijskiego samotnika Mikołaja Gomeza Davili, katolickich pseudo realistów i pseudo tomistów, jak choćby wspomnianego wyżej Bartyzela, czy politycznych realistów, reprezentowanych być może najlepiej przez Adama Wielomskiego. Wszystkim im wspólna jest bowiem platońska zażyłość z „prawdziwym bytem” oraz równie platońska odraza do jego schizm.

            Znajomość historii filozofii uczy, że realizm jest niezwykle rzadkim zjawiskiem w historii myśli nieprzypadkowo przesiąkniętej idealizmem. Zwykło wymieniać się Arystotelesa i Tomasza z Akwinu jako przedstawicieli realizmu. A co z resztą? Ponieważ uważam, że do rzeczowych dyskusji o metafizyce zdolnych jest może kilka osób w Polsce, zostawiając metafizykę, zacytuję próbkę politycznych poglądów obydwu wspomnianych myślicieli. Wygodnie jest oczywiście cytować Akwinatę. „Ściśle mówiąc, prawo odnosi się w pierwszej kolejności i przede wszystkim do porządku służącego dobru wspólnemu. Przyporządkowanie zaś czegoś do dobra wspólnego jest sprawą albo całego ludu, albo jego przedstawiciela. Dlatego wydawanie praw należy bądź to do całego ludu, bądź do osoby publicznej, która obarczona jest troska o niego. Jest tak dlatego, gdyż i we wszystkich innych dziedzinach przyporządkowanie do celu jest zadaniem tego, do kogo dany cel należy[1] […] W dobrej organizacji zarządzania państwem czy narodem należy przestrzegać dwóch rzeczy. Po pierwsze, aby wszyscy mieli jakiś udział w rządzeniu: przez to bowiem jest zachowywany pokój ludu, a wszyscy taki porządek kochają i chronią, jak mówi druga księga Polityki. Druga sprawa dotyczy rodzaju rządów czy organizacji władz. Chociaż jest ich wiele rodzajów, jak Arystoteles to przekazuje w trzeciej księdze Polityki, najważniejsze jednak to: monarchia (regnum), w której jeden panuje z racji cnoty, i arystokracja, to jest władza najlepszych: niektórzy nieliczni panują z racji  cnoty. Dlatego najlepsza organizacja władz w mieście lub królestwie jest taka, na której czele stoi – z racji cnoty – jeden przywódca mający władzę nad wszystkimi, zaś pod jego władzą znajduje się pewna liczba przywódców rządzących także z racji cnoty, i tak określona władza należy do wszystkich, zarówno dlatego, że wszyscy mogą zostać wybrani, jak i dlatego, że wszyscy wybierają. Taki jest najlepszy ustrój, na który składa się dobre połączenie (politia bene commixta) monarchii, przez przewagę jednego, arystokracji przez wielość przywódców rządzących z racji cnoty, i wreszcie demokracji, to jest władzy ludu, z racji faktu, iż spośród wszystkich obywateli można wybierać przywódców, zaś wybór przywódców należy do ludu”[2]            

            Ten szokujący „prawdziwego” konserwatystę przykład „schizmy bytu” można by uzupełnić wieloma innymi cytatami z „Summy teologicznej”. Dzieło to bowiem, ze względu na jego objętość oraz wewnętrzną architekturę i spójność, trudno poddać takiej obróbce, jaką pomniejszym a popularniejszym dziełkom Doktora Powszechnego zafundowali Piotr z Owernii, Ptolemeusz z Lukki czy Idzi Rzymianin. Wyjęcie czy przeinterpretowanie jakiegoś fragmentu „Summy” powoduje bowiem, że całość zamienia się w mętne wywody, które dla nikogo nie są przekonywujące. No i ta objętość. Zawsze łatwiej jest fantazjować o polityce, trudniej przeczytać „Summę”.

            Niech zatem wystarczy jeszcze tylko jeden ale za to pikantny przykład na schizmatyckie pochodzenie prawowitej władzy. „W przypadku społeczeństwa wolnego, zdolnego samodzielnie ustanawiać swoje prawo, więcej znaczy zgoda całego ludu dotycząca zachowywania nakazu, co okazuje zwyczaj, niż wola przywódcy, który ma władzę ustanawiania praw jedynie jako reprezentant ludu. Dlatego, chociaż jednostki nie mogą ustanawiać prawa, jednakże cały lud może stanowić prawo”.[3]  Czyż nie jest to zmora wszystkich współczesnych tradycjonalistów, którzy takie poglądy wywodzą przecież z nowożytnego racjonalizmu, brytyjskiego empiryzmu, lóż masońskich, rewolucji francuskiej jeśli nie wprost z piekła? Ludowładztwo jest kamieniem obrazy dla każdego tradycjonalisty. Tymczasem Akwinata cytowany wyżej pogląd nonszalancko aplikuje sobie do egzegezy Biblii, wyraźnie sądząc, że politia bene commixta jest opisana już w Starym Testamencie jako ustanowiona przez prawo Boże![4]  Nawet w świetle dzisiejszej wiedzy o starożytności pogląd ten wydaje się co najmniej naciągany.  

            Skąd bierze się kuriozalna metafizyka, operująca jakimiś wyobrażeniami „dołu” czy „góry”, jako „pojęciami” ontologicznymi? Wyświechtana scholastyczna mądrość uczy, że „nie ma niczego w umyśle, czego by wcześniej nie było w zmyśle”. Wszystko, co wiemy, o świecie idealnym, wiemy z analizy doświadczanego ruchu. Ruch zaś nie jest żadną schizmą tylko oczywistym faktem. Dlatego według Tomasza z Akwinu najpierw trzeba się nauczyć logiki a potem matematyki. Następnie należy opanować corpus scientia natura (ówczesna fizyka). Metafizyka jest końcowym zwieńczeniem wiedzy. Objawienie natomiast obejmuje te porządki ale na innym poziomie, przez co relacje wiary i rozumu są wyjątkowo złożone i trudne do eksplikacji[5]. Znakiem tego do rzeczywistości nie mamy innego dostępu jak tylko przez doświadczenie zmysłowe; bez różnicy czy idzie o objawienie, religię, naukę, politykę, moralność, czy mistykę. Bez empirii jesteśmy po prostu ślepi, głusi i głupi. Potocznie, ale przecież tyleż trafnie co sugestywnie, określa się taki stan mianem „utraty zmysłów”. Jakże jednak czysty intelekt  ma  uznać, że jego działanie jest tylko przygodnym skutkiem działającego nań ruchu? „Myśl ludzka jest mierzona przez rzeczy w tym znaczeniu, że pojęcie jakie sobie człowiek urobił, nie jest samo z siebie prawdziwe, ale uchodzi za prawdziwe przez to, że jest zgodne z rzeczami. Natomiast myśl Boża jest miarą rzeczy, bo o tyle rzecz jest prawdziwą, o ile ziszcza w sobie wzorzec myśli Bożej. Stąd też myśl Boża jest sama w sobie prawdziwą. I dlatego jej pomysł jest samą prawdą”[6].  Nam zawsze będzie się wydawać, że to nasze pomysły są samą prawdą, gdy tymczasem mogłyby jedynie uchodzić za prawdziwe.

            Każe to wręcz myśleć o jakimś zasadniczej wadzie, wręcz grzechu pierworodnym poznania[7]. W moim przekonaniu tylko mistyk jest w stanie na tyle „zaprzeć się samego siebie”, żeby nie utożsamić obrazu rzeczy, jaki nosi w sobie, z samą tą rzeczą. Tylko mistyk może tak „oderwać się” od doznań duszy, jako doznań, żeby zjednoczyć się z tym, co jest doznawane zamiast z samym doznaniem. I tym samym poznać prawdę wolna od wszelkiej schizmy. 

Ponieważ za mistyka się nie uważam, pozostaje mi zakończyć słowami wybitnego, polskiego filozofa i logika śp. o. Innocentego Marii Bocheńskiego OP, który mówił: „Nie rozumiem, czego ci ludzie chcą. Nie ma takiej rzeczy jak byt. To tylko wieloznaczne wyrażenie. To nie jest jak słoń. O słoniu można wiele rzeczy mówić, o bycie nie można. Teoria bytu nie jest możliwa, bo nie ma klasy przedmiotów w ogóle. […] To, czym jest byt, Arystoteles powiedział – wydaje mi się – raz na zawsze. Byt jest wyrażeniem wieloznacznym”.  

Otóż to. Ja również nie rozumiem, czego ci ludzie chcą.

Włodzimierz Kowalik 


[1] ST 1-2 q.90 a.3

[2] ST 1-2 q. 105 a.1

[3]ST 1-2 q.97 a.3 ad 3

[4]ST 1-2 q.105 a. 1.

[5]Tomasz z Akwinu jest autorem pierwszej w dziejach relatywizacji systemów aksjomatycznych, wynalazku który poszedł w zapomnienie wraz z jego śmiercią. „Summa teologii” zaczyna się rozważaniem tego problemu.

[6] ST 1-2 q.93 a.1 ad.3

[7] Doktryna katolicka nie od parady podkreśla, że grzech we właściwym teologicznym znaczeniu jest wadą poznania a nie pożądania; vide, św. Tomasz z Akwinu, ST 1, q.81; De passionibus, q, 25, a.4, res. 4; św. Augustyn, De Trinitate, K XII, R.XII;

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Schizma słonia albo o tym, czy da się rozumieć konserwatystę?”

  1. Dokładnie tak jak śp. o. Bocheński wiemy (wiem), że BYT, NIEBYT, SCHIZMA, to pojęcia wieloznaczne. Pewne ich ułożenie w sposób nieścisły trochę metaforyczny opisuje nasz stan względem współczesności. Pan myśląc ściślej niż myśliciele polityczni jak Joseph de Maistre specjalizując się w dokładnym, jednoznacznym i ścisłym analizowaniem tomizmu z całym warsztatem filozoficznym zapomina, że ma do czynienia z próbą wyjaśnienie rewolucji przed pojawieniem się języka mogącego sprostać temu zadaniu. Niczym dziwnym w takiej sytuacji jest zapożyczanie z nauki najogólniejszej, czyli filozofii pojęć i niczym dziwnym jest nieortodoksyjność semantyczna przy takim zapożyczeniu.

  2. Tzn. Akwinata wychwala demokrację, czy jak, bo już się pogubiłem? Przed soborzykiem/asyżykiem nie wychwalał, a po soborzyku/asyżyku wychwala? Czy zawsze wychwalał, ale nie nieomylnie, albo i nieomylnie-po staremu, a teraz nieomylnie-po nowemu…???

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *