Ściema deregulacji

Ubawiłem się setnie, gdy ostatnio przeczytałem, że ktoś organizował specjalną konferencję, na której miano zachwycać się tym, ile miejsc pracy przybędzie po dokonaniu tzw. deregulacji. Osobiście, jako członek korporacji, która w opinii PiS-owców i części PO stanowi największe zło tego świata mogę powiedzieć, iż dalsze tzw. „deregulowanie” kompletnie mi zwisa. Już teraz, bowiem jest tak, że spośród osób zdających egzamin adwokacki bardzo duża część bynajmniej nie wpisuje się na listę i nie rozpoczyna wykonywania zawodu.

Przyczyna tego jest bardzo prosta. Wpisać się na listę, to wynająć lokal na kancelarię, telefony, specjalistyczne oprogramowanie, bez którego ani rusz, zapłacić ZUS i składki adwokackie. Jeszcze nic nie zarobiliśmy, a koszty spore. W końcu nie każdy lubi cały miesiąc ganiać tylko po to, żeby zarobić na tego rodzaju świadczenia. W praktyce dziwnie okazuje się, że nawet w tak trudnej sytuacji dla młodzieży jak dzisiejsza, za bardziej realne ci nowo uprawnieni uważają często zarabianie na życie w inny sposób.

Założenie, które w sposób ukryty stoi za działaniem deregulatorów jest takie, iż istnieje bardzo duży rynek popytu na usługi prawne, który zawłaszczyła i monopolizuje pewna grupa. Innymi słowy, jest duży rynek klienta i mały, bo sztucznie ograniczony, rynek usługodawcy. Jeżeli zwiększymy rynek usługodawcy stawki spadną. Tu pierwszy sygnał ostrzegawczy dla młodych naiwnych. To oni mają pracować po tych niższych stawkach. Pytanie, czy będzie im się to opłacać. Sądząc po tym, że ludzie kończącą aplikację, nie wpisują się na listę, można wnioskować, że nie bardzo.

Problem polega na tym, że założenie o dużym rynku klienta jest fałszywe. W Polsce jest być może dużo ludzi, którzy mają lub chcieliby mieć sprawę w sądzie, co wcale jeszcze nie oznacza, że mają środki na ich prowadzenie. W stosunkach wiejskich np. notoryczne jest wykłócanie się o przysłowiową miedzę. Nie wynika jednak z tego bynajmniej, że uczestników tych tradycyjnych ludowych zabaw stać na to, żeby zapłacić adwokatowi. A jeżeli nawet wyłożyliby na to jedne czy drugie sto złotych to pytanie brzmi: czy kwalifikowany prawnik będzie gotów poświęcać długie godziny na siedzenie w związku z tym w sądzie, analizowanie opinii, by na końcu otrzymać wynagrodzenie, które miesięcznie wyniesie właśnie to paręset złotych.

W tej sytuacji mi np. zupełnie nie przeszkadza, że nawet podwojona zostanie ilość uprawnionych do wykonywania zawodu, skoro zasilą oni zbiór tych, którzy bynajmniej tej działalności nie rozpoczynają. Być może mają nawet rację zawodowi deregulatorzy twierdząc, że ingerencja prawa w niektóre zawody jest po prostu zbyteczna. Jedno jest natomiast stanowczo nieuczciwe. Rozbudzanie nadziei młodych Polaków, że to w deregulacji tkwi klucz do zwiększenia rynku pracy. To po prostu nieprawda. Chodzi tylko o to, że politycy nie umiejąc stworzyć warunków prawdziwego rozwoju Polski, zlikwidować tych socjalistycznych barier, które stanowią realne blokady ekonomiczne, dokonują klasycznej zagrywki wskazywania zastępczego wroga publicznego. 

Ludwik Skurzak

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Ściema deregulacji”

  1. „ingerencja prawa w niektóre zawody jest po prostu zbyteczna” nie tylko w zawody, ale w życie. Gdyby tej ingerencji nie było nie potrzeba by tylu prawników. Przy dobrym,prostym prawie może nie byliby w ogóle potrzebni.

  2. jak zwykle odwracanie kota ogonem. Deregulacja to koniec kasty państwa prawników, których trzeba przepłacać za ich usługi. Jak mam za niedługo pójść do notariusza to mi się nóż w kieszeni otwiera, że za wypisanie jednej kartki chce 1300zł i co ciekawe inni notariusze bardzo podobne taksy. Jeśli ktoś będzie robił takie rzeczy za pół ceny i równie dobrze to dla klientów super. A stara gwardia nie się rozwija i niech jakością o klienta walczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.