Od kilku miesięcy trwa wzmożona dyskusja na temat katechezy w szkołach, co jest efektem dorwania się do władzy liberałów i lewicy. Próbuje się, co raczej już przesądzone, z sukcesem, ograniczyć wymiar zajęć oraz wkomponować je w plan zajęć tak, by sprzyjało to wypisywaniu się uczniów z tych lekcji. Jest oczywiste, że podobnie jak mając do wyboru cukierki lub warzywa, dzieci mają tendencję do wybierania tego pierwszego, wbrew ich zdrowiu, podobny mechanizm działał będzie w przypadku katechezy, która umieszczona na pierwszej lub ostatniej godzinie lekcyjnej, sprzyja wypisaniu się z przedmiotu, by móc godzinę dłużej pospać lub być w domu. Ta prymitywna manipulacja jest widoczna na pierwszy rzut oka dla większości, toteż przechodzi się nad tego typu zabiegami do porządku dziennego. Oczywiście niesłusznie, bo mamy tu do czynienia z oswojeniem się ze złem i jego minimalizowaniem w imię „niech każdy wybierze to, co uważa za słuszne, bo przecież nie będziemy zmuszali do katechezy!”. Na kanwie tejże liberalnej mechaniki, już dawno dobrnęliśmy do punktu, jak się zdaje, z małymi szansami na odwrót – galopujące wymieranie, fala rozwodów, czyli rozbitych rodzin oraz akceptacja wszechobecnej patologii w warstwie intelektualnej czy estetycznej, prowadzą nas niechybnie do cywilizacyjnego upadku. Bagatelizujemy ten fakt jako społeczeństwo, bo większość nie zdaje sobie sprawy, że rzeczywistość nie znosi próżni – już od dawna nie u naszych bram, lecz w samym środku naszych państw mamy tych, którzy wykorzystają naszą słabość i dobiją resztki tego, co zostało z niegdyś pięknej Europy.
Nie w tym jednak rzecz, na co wskazuje przecież tytuł. Środowiska przeciwne katechezie w szkołach regularnie postulują, aby wprowadzić zamiast niej etykę. Jako że etyka jest działem filozofii, który to kierunek studiowałem, ponadto miałem okazję prowadzić zajęcia z etyki w szkole średniej, jestem w stanie ocenić zarówno program proponowany przez ministerstwo, jak i motywy, jakie przyświecają rządzącym, by ten przedmiot znalazł się w szkołach na tym poziomie i w takim kształcie. Podstawową kwestią jest to, że już na gruncie samej nazwy przedmiotu mamy sprytne wykorzystanie niewiedzy społeczeństwa odnośnie do tego, czego mają się uczyć dzieci. Zdawać by się przecież mogło, że skoro jest to etyka, to dzieci i młodzież będą uczone pewnych postaw, które umożliwią im odróżnianie dobra od zła. Pamiętam zresztą, że zaczynając pracę w szkole, zostałem zaczepiony przez polonistkę, która narzekając na młodzież powiedziała: „może Panu uda się nauczyć ich przyzwoitości”. Niestety, jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach. Bo oto program zajęć ułożony jest w taki sposób, że można mówić raczej o historii etyki z dodatkiem wybranych dylematów moralnych, których rozwiązanie proponowane przez program jest jako żywo zaczerpnięte z konkretnego modelu ideologicznego, czyli z liberalizmu. Nie jest więc ten przedmiot formowaniem człowieka. Proponowane przez Ministerstwo podręczniki pozwalały na przedstawienie różnych systemów etycznych, znanych z historii – począwszy od etyki cnót Arystotelesa, przez stoicyzm, epikureizm aż do kantyzmu, konsekwencjalizmu czy utylitaryzmu. Mamy tam głównie deskrypcję, bez stanowczych i rzetelnych, bo umocowanych w szerokim kontekście filozoficznym, ocen zalet i wad każdego z przedstawianych systemów.
Zdawać by się mogło, że nie powinienem narzekać, bo mamy tutaj cały wachlarz systemów, w imię „dla każdego coś miłego”. Nic bardziej mylnego i zdaje sobie sprawę z tego każdy, kto rozumie istotę wychowania dzieci na każdym etapie ich rozwoju. Aby właściwie ukształtować dziecko, potrzebny jest mu kierunek oparty na jednej, określonej aksjologii. Siłą rzeczy, na początku dzieciństwa konieczny jest więc autorytet rodzica i stosunkowo łatwe do zrozumienia wyjaśnienia powinności, a wraz z wiekiem poziom złożoności racji powinien wzrastać. Nadal jednak, szczególnie w okresie dojrzewania, trudno od młodego człowieka oczekiwać, aby system etyczny znał szczegółowo „od podszewki”, czyli rozumiał, że wynika on z założeń ontologicznych oraz rozumienia ludzkiej natury. System etyczny jest bowiem efektem tego, co dzieje się u jego podłoża – stąd właśnie mówimy o filozofii systemowej, czyli łączącej ontologię, epistemologię, etykę i estetykę w jeden system, w którym to wszystko ze sobą współgra, a w której ontologia nazywana filozofią pierwszą, wraz z ludzką naturą, stanowią fundament. Gdy dziecku lub młodzieńcowi w okresie dojrzewania przedstawiamy, zgodnie z programem Ministerstwa, całą gamę systemów, bez całej podbudowy, bowiem nie pozwala na to ani czas ani poziom intelektualnego i emocjonalnego rozwoju człowieka na tym etapie, to cóż tym samym robimy? Dokonujemy swoistego wdrukowania w umysł, że skoro systemy etyczne są różne i można sobie wybrać ten, który komuś odpowiada, to wartości moralne wynikające z wybranego systemu nie mają charakteru obiektywnego – są płynne. Oto mamy aksjologiczny szwedzki stół, z którego zależnie od kontekstu, możemy wybrać to, co akurat nam odpowiada. Bo przecież w programie nauczania etyki nie uczy się dzieci właściwej ewaluacji systemów – jest to zabieg z jednej strony celowy, bo wymuszający wtłoczenie do umysłu człowieka utożsamienie tolerancji wszystkich działań z ich akceptacją, z drugiej zaś konieczny, bo jak już wspomniałem, dzieci nie mają narzędzi do właściwej ewaluacji. Po prawdzie to i większość nauczycieli etyki tych narzędzi nie posiada, bowiem są po szkołach podyplomowych. Wracając jednak do dzieci – są więc one zapoznane na przykład z tym, że w obrębie utylitaryzmu w określonym modelu (bo jest ich kilka), to suma arbitralnie rozumianego szczęścia jest decydująca dla oceny czegoś jako dobre. Brzmi fantastycznie, szczególnie dla nastolatka, który wybierając grę online z kolegami zamiast nauki, może zawsze rodzicom powiedzieć: „przykro mi rodzice, ale suma szczęścia moja i kolegów przewyższa waszą sumę szczęścia wynikającą z mojej nauki”. W ministerialnych podręcznikach do etyki nie znajdzie się przecież zarzutu uderzającego w utylitaryzm: skoro suma szczęścia jest decydująca, to optymalną sytuacją jest np. zdradzenie małżonki w taki sposób, by ta się o tym nie dowiedziała. Szczęśliwe są bowiem w tym wypadku trzy osoby – zdradzający mąż, kochanka, która nie będzie wytargana przez żonę zdradzającego oraz sama małżonka, która żyje w przeświadczeniu o wierności męża. Dziecko bądź młodzieniec zostają więc z samym opisem, bez narzędzi do oceny proponowanego systemu wartości, za to z wrażeniem wynikającym z liberalnej mechaniki – skoro jest tych systemów tak dużo, to żaden nie jest prawdziwy i o charakterze obiektywnym (logiczne rozumowanie musi prowadzić do takich wniosków). Jedyna nauczka, jaka wynika z ministerialnego programu etyki jest taka, że podstawą wszelkich podstaw jest tolerancja – bez względu na to, co drugi człowiek wybierze, mamy powinność tolerować ten wybór. Oczywiście nie istnieje w podręczniku wyjaśnienie, dlaczego tak jest – jedynym umocowaniem rzekomej cnoty liberalnej tolerancji jest to, że każdy jest równy (tego pojęcia również się nie wyjaśnia) i idzie o to, by nie szkodzić drugiej osobie. Ta liberalna mantra o braku szkody, wynikającej zresztą ze zgody dwójki ludzi, prowadzi w konsekwencji do konieczności uznania, że nawet tak obrzydliwa sytuacja jak umowa między ludożercą a masochistą, że ten pierwszy zje drugiemu nogę, jest akceptowalna. Jest więc oczywiste, że odpodmiotowe rozumienie szkody prowadzi do płynności norm, czyli w efekcie chaosu etycznego. Tego jednak na etyce w szkole podstawowej czy średniej się nie uczy. Przedmiot ten, w obecnym kształcie i na tym etapie rozwoju człowieka, jest więc niczym więcej niż liberalną indoktrynacją prowadzącą do zobojętnienia, na czym jak się zdaje, bardzo zależy rządzącym, przesiąkniętym mentalnością liberalną i chorobliwym sprzeciwem wobec nauczania Kościoła.
Marcin Sułkowski



Cały liberalizm to w zasadzie obecnie niezbyt wyrafinowana sofistyka, proponuję zmienić nazwę przedmiotu z „etyka”, na „sofistyka”. Nikt nie zauważy skoro większość myli etykę z etykietą (mówienie bon żur kiedy trzeba).
Szkoda że znajomość co jest dobre i złe, co moralne a co nie jak odnoszę wrażenie zupełnie nie przekłada się na praktykę, na życie. Jak sobie przypomnę że gdzieś przynajmniej 2/3 dzieciarni w latach 80tych chodziło na lekcje religii w salkach katechetycznych i sobie porównam z postawą tych co nie chodzili bo albo z innej wiary albo rodzice areligijni. A przecież żeby zapoznać się z tą etyką wystarczy czasami przejść na mszę.
Jednym słowem patrząc na to empirycznie, jeśli chodzi o moje doświadczenia to ta znajomość etyki katolickiej zupełnie się nie przekłada na praktykę bo ilu znam różnych ateistów, antyklerykałów czy z różnych sekt co potrafią porządnie się zachowywać, życzliwie a ilu gorliwych katolików i łajdaków
Jak zwykle, kiedy zajrzy się do umysłu fi…fa można się przekonać, jak niewiele się tam znajduje. Np przekonanie, ze etyka jest działem fi..fii właśnie. Zapewne termodynamika, czy teoria plastyczności również. 🙂
Przyczyną tej, trudno rozeznać, czy bardziej bezczelnej, czy bardziej żałosnej, uzurpacji, jest oczywiście roszczenie, do nauczania etyki w szkole przez fi..fów właśnie, bo to jest ich jedyna szansa na otrzymanie jakiejkolwiek pracy w przybliżeniu przynajmniej odpowiadającej ich wygórowanym aspiracjom i niebotycznemu mniemaniu o swoich kwalifikacjach, na które jednak, jakoś dziwnym trafem, na wolnym rynku żadnego zapotrzebowania nie ma.
W rzeczywistości jednak etyka jest działem teorii gier, a wiec dyscypliną matematyczną, z czego zresztą autor doskonale zdaje sobie sprawę, ze wstrętem pisząc o „utylitaryzmie”, czyli właśnie o rozwiązaniach modeli z teorii gier, będących dla niego nieprzeniknioną tajemnicą, co jasno z jego dalszego wywodu wynika.
W opisywanych przez niego przypadkach, „suma szczęścia”, wygląda bowiem zupełnie inaczej, niż mu się wydaje.
To co on nazywa „sumą szczęścia” jest bowiem tylko szczęściem chwilowym, występującym w danym momencie, a nie żadną „sumą szczęścia”, czyli całką szczęścia chwilowego po czasie. W przypadku uczniów, którzy wolą grać w gry sieciowe, zamiast się uczyć, zyskują oni więcej chwilowego szczęścia podczas pobytu w szkole, ale zaniedbując naukę, nigdy nie zrobią w życiu dorosłym takich karier, nie zarobią takich pieniędzy i nie zrealizują takich celów życiowych, jakie by mogli, gdyby do nauki się przykładali. Przez to ich szczęście w życiu dorosłym, dużo dłuższym niż szkolne, będzie zdecydowanie niższe i całkowita suma życiowego szczęścia, również.
Tak samo zdrada współmałżonka, może podnieść poczucie szczęścia jedynie chwilowo, w dłuższej zaś perspektywie, kończy się źle, najczęściej rozpadem związku, często połączonym z ruiną finansową, perturbacjami w życiu zawodowym, etc… i chwilowe szczęście z kochanką w żaden sposób nie rekompensuje tych przyszłych strat. Zamiast ukrywać pozamałżeński romans, lepiej od razu się rozwieść. Albo nie zaczynać romansu.
Pomimo tej kalkulacji wielu uczniów jednak się nie uczy, a wielu małżonków zdradza. Przyczyną tego jest preferencja czasowa. Podobnie jak w przypadku przepływów kapitału – Cashflow, dla opisu którego model matematyczny tego zjawiska powstał, również szczęście podlega dyskontowaniu. Poziom szczęścia (nieszczęścia) tu i teraz, jest znacznie bardziej odczuwalny, niż ten sam poziom za rok, czy tym bardziej za dziesięć lat. Różnica ta, mierzona tzw. stopą dyskonta, jest tym większa, im bardziej prymitywną i niedojrzałą osobowość ma dana osoba. Szczególnie dotyczy to oczywiście dzieci, które zawsze wolą jeden cukierek (gry sieciowe), dzisiaj, niż choćby i sto cukierków (wyższy poziom życia) w przyszłym tygodniu. Dlatego też przyjęło się, że nad dziećmi pieczę sprawują, mający mieć teoretycznie dużo niższą preferencję czasową, rodzice i mają oni prawo dzieci do nauki przymusić.
Wśród dorosłych, większą preferencję czasową mają z kolei osobnicy tępi i prymitywni i dlatego pozamałżeńskie romanse są tym częstsze, z im niższą klasą społeczną mamy do czynienia.
Żaden filoz, ani w ogóle żaden humanista, nie odróżniający przecież logarytmu od algorytmu, nie ma oczywiście o tych mechanizmach żadnego pojęcia, i dlatego nie mają oni, wbrew ich gromkim roszczeniom, żadnych merytorycznych kwalifikacji, żeby nauczać etyki. Ani zresztą niczego innego. Sam zresztą autor powyższego artykułu, przyznaje przecież, że nie potrafi tego robić.
Zresztą potraktowanie etyki jako zakamuflowanej fi…fii pogrąża ją także od innej strony. Oto program nauczania w jednym z najbardziej renomowanych polskich liceów:
https://batory.edu.pl/wp-content/uploads/2024/04/ramowe-plany-nauczania-LO2024.pdf
W klasie pierwszej, dla profilu mat-fiz (sic!!!) mamy tylko 8 h tygodniowo rzeczonej matematyki i fizyki, i tylko 5 h pozostałych przedmiotów naukowych razem wziętych. Nauka języków obcych, w końcu jakoś tam do czegoś przydatna, to kolejne 8h. Ale aż 11 h (licząc z etyką/religią) – dla profilu mat fiz!!! – to przeróżne humanistyczne pseudonauki, indoktrynacje ideologiczne, zajmujące tylko bezproduktywnie czas.
Dobry humanista, to martwy humanista…
W sumie języki obce to też humanistyka, czyli pisanie wypracowań, ustne odpowiedzi i przewaga zakuwania na pamięć. Styl uczenia dość podobny i jakże odmienny od wzorcowo-obliczeniowo-zadaniowego.
Co się tyczy wysokiej preferencji czasowej – za to odpowiada przede wszystkim poziom dopaminy i noradrenaliny. Metylofenidat powinien pomóc.
Bez przesady. Humaniści, w jakiejś ograniczonej liczbie, też są społeczeństwu potrzebni. Bardzo dobrze sprawdzają się na rynku rozrywkowym, pisząc teksty kabaretowe, jak ten powyżej, etc…
Ale na pewno nie w edukacji. Humanistyka to takie raczej hobby dla rozrywki właśnie, a nie poważne zajęcie poszukiwane na rynku.
Co do języków obcych, to oczywiście też należy zaliczyć je do humanistyki, ale jednak ich znajomość jest przydatna. Choć w miarę upowszechniania się i polepszania jakości automatycznych translatorów, ta przydatność będzie się stopniowo zmniejszać.
Humaniści są owszem potrzebni, bo społeczeństwo musi mieć jakiś obraz nieudaczników życiowych dla przestrogi. Pilastry i ich filozofie z kolei są całkowicie bezużyteczni.
„dlatego pozamałżeńskie romanse są tym częstsze, z im niższą klasą społeczną mamy do czynienia”
Niższe klasy społeczne przynajmniej nie kradną z funduszy gospodarczych na kluby dla swingersów.
To, co etyka oparta na teorii gier mówi o aborcji?
Kara śmierci za aborcję!
1. Aborcja jest morderstwem, czyli zabójstwem dokonywanym z premedytacją – zaplanowana, przemyślana i opłacona. Pełna świadomość i odpowiedzialność, nie ma mowy o działaniu w afejcie.
2. Za morderstwo powinna być czapa.
Reszta wniosków nasuwa się sama.
To samo, co o zdradzie małżeńskiej, czy o grach sieciowych. Dla osobników o wysokiej preferencji czasowej, ciąża, męki porodu i potem konieczność zajmowania się niemowlakiem może stanowić duży dyskomfort chwilowy, który nie jest zrównoważony późniejszymi „utylami” z wychowania i towarzystwa dzieci i „utylami” samych dzieci, z których rodzice dostają tak po 50%. Wysoka preferencja czasowa powoduje też, że takie kobiety nie planują ciąży i nie stosują antykoncepcji, bo już przyszłość odległa raptem o kilka miesięcy jest dla nich, po zdyskontowaniu, mało wartościowa.
Dla kobiet z wyższych warstw społecznych, z niższą preferencją czasową jest na odwrót. Planują one ciążę, a jeżeli z jakichś powodów jeszcze jej nie chcą, to się przed zajściem w nią zabezpieczają.
Dzisiaj dużo większym problemem medycznym jest zajście w ciążę, kiedy się jej chce, niż uniknięcie takowej, kiedy się jej nie chce.
Dlatego aborcja, tak samo jak zdrada małżeńska, jest zjawiskiem występującym znacznie częściej w niskich warstwach społecznych. Stąd te wszystkie jojczenia „aktywistów aborcyjnych”, że takiej czy owakiej „brakuje” tych kilku tysięcy złociszy na „zabieg”
Bilans zmienia się natomiast dramatycznie, kiedy ciąża zagraża samej matce, albo kiedy płód ma schorzenia, które uniemożliwiają mu życie po urodzeniu.
Najgorsza z etycznego (tj wg filozów, „utylitarnego”) punktu widzenia jest sytuacja pośrednia. Kiedy płód może po urodzeniu, co prawda żyć samodzielnie, ale obciążony ciężkimi nieuleczalnymi schorzeniami (np zespół Downa), które skazują go na wieczną zależność od opieki otoczenia, o którą wraz ze starzeniem się a potem śmiercią rodziców, będzie coraz trudniej.
Tutaj podjąć decyzję jest rzeczywiście bardzo trudno. A osobom o niskiej preferencji czasowej, z elit społecznych, jeszcze trudniej.
„Wysoka preferencja czasowa powoduje też, że takie kobiety nie planują ciąży i nie stosują antykoncepcji, bo już przyszłość odległa raptem o kilka miesięcy jest dla nich, po zdyskontowaniu, mało wartościowa. Dla kobiet z wyższych warstw społecznych, z niższą preferencją czasową jest na odwrót”.
Model wielodzietny ma miejsce przede wszystkim u tych lepiej zarabiających i już kiedyś dostał Pan tutaj statystykę potwierdzającą ten fakt, bo bredził Pan sloganami z Wyborczej, że model wielodzietny jest głównie u patologii, czyli nizin społecznych.
Wyżej w komentarzu forsował Pan: „Wśród dorosłych, większą preferencję czasową mają z kolei osobnicy tępi i prymitywni i dlatego pozamałżeńskie romanse są tym częstsze, z im niższą klasą społeczną mamy do czynienia”.
Do tego: „Dzisiaj dużo większym problemem medycznym jest zajście w ciążę, kiedy się jej chce, niż uniknięcie takowej, kiedy się jej nie chce”.
Czyli w rzeczywistości, w której tak łatwo unikać ciąży, aborcja jest finansowo trudnodostępna dla nizin, to te niziny operujące w wysokiej preferencji czasowej, więc chcące unikać zobowiązań długofalowych na rzecz chwilowego poczucia radości, jednak się nie zabezpieczają? A niż demograficzny gapo to efekt tego, że mamy większość wyższych warstw społecznych operujących w niskiej preferencji czasowej czy tego, że niziny masowo się abortują, więc jednak ich stać? Któryż z nieprawdziwych argumentów wybierze pilaster, by tylko walecznie bronić własnych bzdur? Czekam z niecierpliwością!
A tak poważnie, biorąc pod uwagę te fragmenty, trzeba z rozbawieniem skonstatować – Pan po prostu jest durniem, który przeczy sam sobie i rzeczywistości. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Ale spokojnie – znów zbierze Pan merytoryczny omłot i zniknie na jakiś czas. Been there, seen that, bought the t-shirt.
Tak, etyka jest działem filozofii praktycznej. Bez względu na urojenia pilastra, który jak zwykle folguje zasadzie „nie mam zielonego pojęcia, tym chętniej się wypowiem”. Na szczęście to nie arbitralne uznanie pilastra decyduje o tym, czy coś czymś jest. Nazywanie uzurpacją jest szczególnie komiczne, gdy zna się odrobinę więcej, niż własne myśli pisane na niszowym blogu. Bo cóż to w historii wynika? Ano deontologiczna etyka cnót opisana w „Etyce” filozofa Arystotelesa, cała myśl scholastyczna podkreślająca etykę jako element filozofii, ale z uwzględnieniem celu ostatecznego, czy potwierdzenie etyki jako części filozofii u Kanta. Przykłady można mnożyć. Problem pilastra wynika jak zwykle z ignorancji – filozofia systemowa po oświeceniu została porzucona i etyka już nie wynika wprost z założeń ontologicznych (choć te zawsze w każdym systemie etycznym istnieją – trzeba je tylko zeń „wyciągnąć”), tylko jest konstruowana obok nich, jeśli takowe w ogóle zostają sformułowane. Co widać u, uwaga, takiego filozofa jak np. Rawls.
Proszę sobie darować swoje wyssane z palca wynurzenia o zapotrzebowaniu na wolnym rynku. Skupiłbym się na miejscu pilastra na fakcie, że zapotrzebowania rynkowego nie ma na jego wypociny 😉
Nie, etyka nie jest działem teorii gier. To, że próbuje się wyjaśnić pewną mechanikę określonego systemu etycznego (a nie każdego systemu!) przy jej pomocy, to tylko próba wyjaśnienia mechaniki. Pilaster coś by zaświtało, gdyby znał rozróżnienie na porządek deskryptywny i normatywny. Nie mówiąc już o tym, że gdy etyka przechodziła kolejne fazy rozwoju, to teoria gier nie istniała. Co więcej – nawet utylitaryzm był wcześniej, niż początki teorii gier. Niemniej pilasteruś jako ignorant nie wie, że nawet w obrębie próby opisu mechaniki danego systemu etycznego w teorii gier, przyjmuje się to, co przyjmuje się w każdym systemie etycznym – założenia. Te mają charakter ontologiczny i antropologiczny (natura człowieka). Toteż nawet w teorii gier, aby dokonać rachunku, nie robi się tego w próżni, tylko na bazie założeń, które leżą poza matematyką. Błąd nowicjusza pilastrze – właśnie dlatego tak nie lubisz filozofii, bo takie rzeczy poznaje się na pierwszym roku 😉
Co zaś się tyczy „sumy szczęścia”, to po pierwsze, nie – nie wygląda ona zupełnie inaczej, niż mnie się wydaje. To wynika wprost z tekstów Milla, który 1. forsuje określoną definicję szczęścia – arbitralną, przez odpodmiotowe jego poczucie; 2. na kanwie tejże mówi o zsumowaniu tejże dla danego uczynku i wszystkich osób weń zaangażowanych.
Po drugie, paradna jest próba matematyzacji i forsowanie konieczności analizy uczynku przez pryzmat „preferencji czasowej” dla tego, co w etyce nazywa się po prostu konsekwencją, a o które to konsekwencje zresztą system utylitarystyczny często się wywraca i stąd kolejna wariacja tego modelu etycznego (nie będącego przecież deontologicznym) w postaci konsekwencjalizmu.
Przejdźmy do przykładów, bo te pokazują, jakie problemy ma pilaster z wyjściem poza swoje wąskie i redukcjonistyczne horyzonty myślowe. Otóż z przyjęcia, że etyka jest działem teorii gier wynika ni mniej ni więcej, ale to, że kalkulacja probabilistyczna (bo na tym opiera się DĄŻĄCA do optymalizacji teoria gier) jest kluczem do odróżniania dobra i zła. Jeśli zrobisz X,Y,Z, czym zwiększasz prawdopodobieństwo (bo pewności NIGDY nie masz) osiągnięcia założonego przez siebie celu A, to jest to dobre. Zaś jeśli zrobisz nie-X, nie-Y, nie-Z, czym zmniejszasz prawdopodobieństwo osiągnięcia założonego przez siebie celu A, to mamy do czynienia ze złem. To bardzo ciekawie wygląda, gdy analizujemy przeszłość i założymy, że odtwarzając ją, by uzyskać wszystkie ciągi przyczynowo-skutkowe, odtworzymy ją doskonale, bezbłędnie i nadamy właściwą wagę WSZYSTKIM czynnikom, które doprowadziły finalnie do tego, a nie innego skutku. A jest to czysty nonsens, bo człowiek musiałby być nieomylny, by taki scenariusz się ziścił. Tak samo komicznie wyglądałoby planowanie drogi do celu przyszłego. Możliwość przewidywania wszystkich czynników, które mają nas doprowadzić do tego celu jest niemożliwa. Dobrem byłoby więc prawdopodobieństwo na wysokim jego poziomie samo w sobie. Co prowadzi do dokładnie takich samych konsekwencji, jak urojenia utylitarystów – chcesz zdradzić żonę? To opracuj taki model, który maksymalizuje prawdopodobieństwo braku wykrycia. Chcesz osiągnąć sukces zawodowy w jednocześnie w trakcie edukacji grając w gry? Znów opracuj model, który uwzględni nisze, warunki środowiskowe, siatkę kontaktów, etc. Przecież to jest idiotyzm w czystej postaci, sfalsyfikowany przez tysiące przykładów ludzi, którzy w szkołę rzucali kamieniami, ale jednak w dorosłym życiu dorobili się pokaźnych majątków.
Preferencja czasowa, czy też odsuwanie gratyfikacji w czasie, bo pilaster znów zapomniał, że nie wszystko jest teorią gier i o tym mechanizmie mówi się w wielu dziedzinach, tylko używając innej siatki pojęciowej, mówią tylko o zdolności intelektualnej obróbki potencjalnych konsekwencji, nie zaś o tym, że z konieczności coś będzie dobre lub złe. Przykład z dzieckiem i cukierkiem doskonale obrazuje, jak nieudolna jest próba redukcji etyki do czegokolwiek poza nią samą. Bo widzi pilaster, istnieje coś takiego, jak czyny moralnie neutralne (jak np. drapanie po brodzie). I samo zjedzenie jednego cukierka zamiast kilku jutro wcale nie musi być moralnie ani dobre ani złe. Dlatego preferencja czasowa nie ma w tym przypadku ŻADNEGO przełożenia na porządek normatywny i dlatego teoria gier nie opisuje porządku normatywnego. Także próbując operować tylko i wyłącznie w obrębie redukcjonizmu w postaci teorii gier, pilaster nie forsuje niczego innego, niźli kolejną wersję konsekwencjalizmu, w obrębie którego człowiek zawsze jest w stanie przewidzieć wszystkie następstwa własnego działania. Gdyby pilaster jednak skupił się na myśleniu zamiast własnych urojeniach o tym, jak to inni nie odróżniają algorytmu od logarytmu, to zauważyłby, że rzeczywistość jest nieco bardziej złożona niż działanie X – konsekwencja działania X. Każde działanie wywołuje szereg różnych konsekwencji w różnych bytach, które operują w ogromnej ilości kontekstów, czyli zmiennych. Człowiek nie jest w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji czegoś tak prostego, jak kradzież cukierka ze sklepu, nie mówiąc o sytuacjach tak złożonych, jak rzutowanie odpuszczanie nauki do klasówki w perspektywie 30 lat. Trzeba być niespełna rozumu, by mając świadomość złożoności rzeczywistości palnąć taką bzdurę, że etyka sprowadza się do teorii gier, czyli niedoskonałej mechaniki.
Ale nic to dziwnego – pilaster od lat żyje w przeświadczeniu, że liberalizm jest wspaniały i niejednokrotnie udowodnił na niniejszym portalu, że tak naprawdę ma typowo prostacką mentalność transakcyjną, co wyszło w dyskusji o altruizmie kilkanaście miesięcy temu. I tylko na kanwie transakcyjnego rozumienia wartości etycznych można próbować forsować tezę, że da się ocenę moralną zredukować do teorii gier. Tyle tylko, że etyki deontologiczne nie mają niczego wspólnego z wariacjami konsekwencjalizmu, a tym też jest mentalność transakcyjna. Dlatego cały Pana wywód nadaje się do kosza i jest to wynik Pana ignorancji z zakresu właśnie filozofii. Pana postrzeganie zasad moralnych jest upośledzone, wyzute z prawidłowo rozumianego altruizmu, poświęcenia i bezinteresowności. W Pana urojonym świecie każdy czyn człowieka jest przedmiotem kalkulacji „coś za coś”. Sprowadza się to do tego, że gdyby Pan miał pomóc sąsiadowi, gdy płonąłby jego dom, to kalkulowałby w głowie, ile arbitralnych korzyści przyniesie to Panu. Może sąsiad w czymś pomoże za jakiś czas? Może osobista satysfakcja będzie wystarczającą gratyfikacją? A może miło będzie mieć dobrą renomę w okolicy? I widzi Pan – tym się różnimy. Ja pomógłbym sąsiadowi w trakcie pożaru, bo tak trzeba. Bez kalkulacji (nawet ryzyka), beż żadnego wewnętrznego poczucia satysfakcji. To odróżnia człowieka z kręgosłupem od cwaniaczka z dorobioną do tego cwaniactwa ideologią.
I jeszcze odnośnie do tego: „Wśród dorosłych, większą preferencję czasową mają z kolei osobnicy tępi i prymitywni i dlatego pozamałżeńskie romanse są tym częstsze, z im niższą klasą społeczną mamy do czynienia” – poproszę o dane potwierdzające, że zdrady małżeńskie są częstsze u niższych klas społecznych niż u wyższych. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że jest to wyssane z pilastrowego palca, bo nadreprezentacja rozwodników wśród ludzi dobrze sytuowanych, po studiach i z pozycją społeczną jest nie do przeoczenia. W zasadzie statystyki rozwodów, które często związane są ze zdradami, falsyfikują to zdanie, bo na wsi, gdzie tendencją jest niższy status społeczny niż w mieście, rozwodów „na głowę” jest mniej.
Nie mam bladego pojęcia, co ma do rzeczy siatka zajęć z liceum Batorego do tematu xD Przepraszam, ale to jest tak idiotyczne, że po prostu pozostawię to bez komentarza.
P.S. Tak w ogóle, jest Pan strasznym ignorantem i jaskiniowcem ze swoim rozumieniem filozofii. Ale domyślam się, że po prostu wziął Pan kiedyś do ręki coś z ontologii i po prostu połamał sobie zęby, więc teraz wylewa swoje frustracje z powodu niepowodzeń na dziedzinę, do której po prostu nie ma Pan predyspozycji. Ale spokojnie – nikt nie oczekuje od Pana bycia polihistorem jak Leibniz. Z całą pewnością nie po kompromitacji w omawianiu tekstu Harari’ego, gdy kłamał Pan w cytatach, po czym uciekł Pan z tego portalu na dłuższy czas. Wystarczy, że po prostu w końcu zamknie Pan buzię w tematach, o których nie ma pojęcia 🙂
No i jak wiać potwierdziło się, że fi…fowie maja pusto w głowie i nie są w stanie wypowiadać się inaczej, jak tylko bełkotem o istności bytu w odbycie. 😉
A preferencja czasowa jest kluczowa dla obliczenia „sumy szczęścia”, czyli scałkowaniu szczęścia chwilowego po czasie. Kobiety z niskich warstw społecznych, czyli mające wysoką preferencję czasową, preferują chwilowe w tym momencie szczęście z kochankiem, a fakt, że za kilka miesięcy mogą już odczuwać dolegliwości ciążowe ma dla nich bardzo niewielkie znaczenie bo to będzie właśnie dopiero za kilka miesięcy, czyli teraz jest mało warte. Kiedy zaś już ciąża się pojawi, to znów obecne dolegliwości z nią związane i niedalekie czasowo problemy z opieką nad niemowlakiem kosztuję w tej kalkulacji po zdyskontowaniu dużo więcej niż przyszłe szczęście z posiadanie dziecka i szczęście samego dziecka. I pojawia się zapotrzebowanie na „zabieg”
Kobieta z elity ma dużo niższą preferencję czasową. Jeżeli nie chce akurat zajść w ciążę to się zabezpieczy, a kiedy zajdzie to się ucieszy.
Dlatego właśnie aborcje, rozwody, zdrady małżeńskie są dużo częstsze wśród nizin społecznych niż wśród elit.
Etyka jest nauką o tym, jak w danej sytuacji optymalizować (maksymalizować) zdyskontowaną sumę szczęścia wszystkich zaangażowanych osób (w przypadku ciąży rodziców i dziecka, ewentualnie w mniejszym stopniu dalszych krewnych, np dziadków, w przypadku romansu pozamałżeńskiego, męża żony i kochanki), po czasie. W teorii gier nazywa się to optymalizacją w sensie Pareto, albo paretooptymalnością.
No ale filozi przecież nic z tego nie rozumieją. Nawet na najprostsze etyczne pytania nie potrafią dać żadnej sensownej, merytorycznie uzasadnionej odpowiedzi. Np
Czy można wynieść bez płacenia batonik dla dziecka z hipermarketu wielkiej niemieckiej sieci handlowej. TAK/NIE i dlaczego TAK lub NIE
O co zakład, ze żaden filoz na to pytanie normalnie, merytorycznie z uzasadnieniem nie odpowie?
Jak widać, pilaster nadal folguje zasadom dużo słów, mało treści i „nie mam o tym pojęcia, tym chętniej się wypowiem”. To, że pilastra pokonuje rozumowanie i musi bronić się frazesami nie jest więc specjalnie zaskakujące.
Suma szczęścia w utylitaryzmie uwzględnia najbliższe konsekwencje. Ani Mill ani Bentham nie zalecali robienia rachunków konsekwencji długofalowych. Jeśli jest inaczej, to proszę wskazać odpowiedni fragment w tekstach źródłowych.
Nadal pilaster nie podał ŻADNYCH danych na poparcie swoich tez, więc kolejny raz czytelnik ma obowiązek przyjąć tezy na zasadzie „bo tak”.
Nie, etyka jest nauką o tym, co jest dobre a co złe i na jakiej podstawie. Optymalizacja to już konkretny model etyczny, który utożsamia dobro z optymalizacją. Nie jest to żadna uniwersalna etyka, a jedynie liberalna papka urojeń o liberalizmie i jego mechanice jako meta-idei. A nie ma żadnego powodu, by liberalizm tak traktować, bo po prostu ten paradygmat stawiany jest ponad rzeczywistością. Stąd pilaster to człowiek popadający w urojenia – niczym genderysta, który wierzy, że jego płeć to wiatr 😉
Oczywiście, że filozof potrafi udzielić odpowiedzi na to pytanie. I to z perspektywy różnych systemów etycznych. Np. z perspektywy katolickiej odpowiedź brzmi „oczywiście nie, ponieważ kradzież jest moralnie zła”. Kluczem jednak jest uzyskanie odpowiedzi na temat tego, który system etyczny jest prawdziwy. I na kanwie specyfiki nauk, ta odpowiedź nigdy nie będzie miała charakteru obiektywnego, co wie każdy, kto miał styczność z podstawami metodologii nauk. Ale przyznaję, zabawne jest, że dorosły mężczyzna wierzy, że obali etykę czy filozofię tak komicznymi zarzutami. Kalka z gimboateistów, którzy uważają, że fakt istnienia zła decyduje o prawdziwości sądu ontologicznego „Bóg nie istnieje”.
Cała ta dyskusja to pusta przeintelektualizowana paplanina udowadniająca tylko, że doktrynerzy i ideolodzy mając się za światłe umysły są półgłówkami. Ktoś podający mądre odpowiedzi z prawdziwego zdarzenia nie produkuje potoku pustych słów będących przerostem formy nad treścią, a mówi mało, ale z pełną treścią. Nie dotyczy to żadnego z uczestników tej dyskusji.
Przykro mi, że tak Pan odbiera teoretyczne podstawy praktycznych rozwiązań. Nadal jednak uważam, że fundament teoretyczny jest kluczowy dla wyjaśnienia zjawisk w warstwie praktycznej, więc nie będę rezygnował z przyjętej metodyki podejścia do tego typu zagadnień.
Przykro mi, ale jednak jeśli mam do wyboru ekonomiczne myślenie zakorzenione w kulturze europejskiej (cnoty spartańskie, brzytwa Ockhama, mnisi powstrzymujący się od gadulstwa i spekulanctwa), czy talmudyczny kult wodolejstwa i pustosłowia to wybieram to pierwsze.
Zważywszy na fakt, że powołał się Pan na każdy element, który ma szeroko rozbudowaną podstawę filozoficzną, to chyba jednak nie ma Pan racji.
Nie. Wodolejstwo i pustosłowie w sporach z przeciwnikami nigdy nie prowadzi do konkluzji.
Póki co, zarówno Pan jak i Lakoniczny rzucacie pustosłowiem i hasłami typowymi raczej dla Akademii Chłopskiego Rozumu, a nie dla poprawnego zastosowania brzytwy Ockhama. Mówienie o ekonomicznym myśleniu europejskim rozumianym jako uproszczenia, gdy całe myślenie europejskie jest ufundowane na gruntownych rozważaniach przybiera coraz bardziej komiczny wymiar. Przykro mi Panowie, ale pewnych kwestii nie da się omówić żołnierskimi słowami przy śledziu i flaszce.
Tej dyskusji nie ma sensu w ogóle omawiać, bo nic ona nie wnosi. Zwłaszcza, że polega na przegadywaniu się w nieskończoność, przegadywaniu dwóch osób, z których każda będzie na siłę udowadniać, że ma rację i nigdy nie dojdą do porozumienia. Poza tym dyskusja o filozofii, a wspominane są modele filozoficzne oderwane od jakiegoś konkretnego przykładu z rzeczywistości. Filozofia, przynajmniej ta klasyczna, a nie jej współczesne dewiacje to nie jest nauka mająca tworzyć modele bez związku z konkretnymi przykładami z życia tylko ma mieć zastosowanie do życia człowieka. A to to są puste dywagacje dwóch ludzi w internecie uprawiający filozofię wirtualnie, a tymczasem greccy filozofowie uprawiali filozofię realnym stylem życia.
To już jest tylko Pana arbitralna ocena. Padają argumenty, choć niestety pilaster jest faktoodporny i je ignoruje, ale przecież nie argumentuję na rzecz zrozumienia przez pilastra, bo to jest człowiek niezdolny do refleksji, co udowadniał na tym portalu wielokrotnie, choćby fałszując czy dobierając cytaty pod tezę. Robię to, by inni czytelnicy mieli możliwość zapoznania się z faktami.
Pan przyjmuje kompletnie błędne przekonanie, że filozofia klasyczna to filozofia tylko praktyczna i to w rozumieniu takim, że ma kształt de facto poradnika „jak zachować się w sytuacji x”. Gdyby tak było, to filozofia byłaby bardzo uboga i wręcz prostacka. Filozofia klasyczna operuje na zasadach ogólnych – przykłady są tylko dla ułatwienia zrozumienia lub ewentualnej próby potwierdzenia/falsyfikacji zasady ogólnej. W zasadzie to forsuje Pan, że w filozofii klasycznej nie ma rozumowania dedukcyjnego. A to jest nieprawda i wystarczy przywołać Platona czy Arystotelesa. A co do „uprawiania filozofii realnym stylem życia” – byłbym jednak ostrożny. Arystoteles zalecał cnotę umiaru oraz pisał w etyce o wierności małżeńskiej, a sam miał kochankę. Idąc Pana tokiem rozumowania, należałoby przyjąć, że Arystoteles uważał za moralnie uzasadnione posiadanie kochanki, co byłoby nieprawdą na gruncie jego systemu etycznego. Więc jak Pan widzi – dyskusja o warstwie teoretycznej jak najbardziej ma sens.
Proszę zwrócić uwagę, że nadal nie mamy odpowiedzi merytorycznej na pytanie.
„Czy można wynieść bez płacenia batonik dla dziecka z hipermarketu wielkiej niemieckiej sieci handlowej. TAK/NIE i dlaczego TAK lub NIE”
Oczywiście chodzi o odpowiedź z etycznego punktu widzenia. Bez uzasadnień odwołujących się do zakazów religijnych, typu „Bóg zabronił”. To religia, a nie etyka.
Zresztą mówimy przecież o „wyniesieniu” batonika, a nie o jego kradzieży. 😉
Odpowiedzi nie ma i nie będzie, bo zwyczajnie przekracza to możliwości intelektualne filozów. Nie da się tej odpowiedzi wywieść z rozważań o istności bytu w odbycie.
Natomiast bez trudu można ją wyprowadzić z teorii gier.
Tak, to jest merytoryczna odpowiedź na pytanie. Podbudowa metafizyczna odpowiedzi katolickiej nie powoduje, że nie mówimy o warstwie etycznej. Ale znając życie pilasteruś nie ma świadomości istnienia czegoś takiego, jak „etyka katolicka”, tak jak nie ma świadomości, że jego wywody to nadal retarded mentalność transakcyjna, tylko z potokiem słów i dorobioną ideologią.
Życzy sobie pilasterek, bym znów odrobił zań pracę domową i przedstawił jak wyglądałoby to z perspektywy etyki Arystotelesa, epikurejczyków, cyników, Kanta czy kogoś innego? Proszę się nie wstydzić – lepiej pytać i dostać merytoryczną odpowiedź niż udawać sawanta, którym się nie jest i raczyć czytelników zbędnymi wywodami.
Wyniesienie bez płacenia jest kradzieżą. Widocznie geniusz pilastra nie jest w stanie rozstrzygnąć tak elementarnych kwestii. Albo doprecyzować, że to właściciel wyniósł z własnego sklepu de facto swój batonik, więc nie mamy tutaj żadnego dylematu etycznego.
W uzupełnieniu. Wyprowadzić tę odpowiedź można z teorii gier oczywiście, jak napisał pilaster, całkując zdyskontowane szczęście chwilowe, ilość „utyli”, po czasie, w prawidłowy metodologicznie sposób
To są puste dywagacje bezużyteczne życiowo, ale co innego może robić durny pilasterek z obozu uśmiechniętych liberałów. Rzeczywistość tego wypasionego „oświeconego” świata: młoda dziewczyna Mayah Sommers chcąc chronić swoją młodszą siostrę przed bandą smagłych pastuchów została aresztowana. Wcześniej tysiące rdzennych Europejczyków padło ofiarą inżynierii społecznej nowego wspaniałego świata. Kurtyna się zamyka, dziękuję za uwagę.
No i proszę. Nadal nie ma żadnej merytorycznej odpowiedzi na pytanie:
Czy można, z etycznego punktu widzenia, wynieść bez płacenia batonik dla dziecka z hipermarketu wielkiej niemieckiej sieci handlowej. TAK/NIE i dlaczego TAK lub NIE
Nie ma i nie będzie. Bo przekracza to możliwości intelektualne filozów. A oni chcą by społeczeństwo im płaciło za „nauczanie” etyki. A na najprostsze pytanie etyczne nie są w stanie odpowiedzieć.
Nie. Dlaczego? Bo jest to kradzież cudzej własności.
1. To nie jest kradzież, tylko „wyniesienie”. Praktycznie wszyscy złapani przez ochronę w marketach na tym procederze tak się właśnie tłumaczą.
2. Dlaczego kradzież (zakładając ze to kradzież) miałaby być nieetyczna?
3. Nie każdy zabór cudzej własności musi być od razu „kradzieżą”. W powieści „Znachor” bohater ukradł narzędzia chirurgiczne, aby móc przeprowadzić operację ratującą życie. Nawet dostał za to wyrok. Ale sprawa bynajmniej nie była etycznie jednoznaczna.
Zatem nadal nie mamy żadnej merytorycznej odpowiedzi na pytanie:
Czy można, z etycznego punktu widzenia, wynieść bez płacenia batonik dla dziecka z hipermarketu wielkiej niemieckiej sieci handlowej. TAK/NIE i dlaczego TAK lub NIE
to pytanie wcale nie jest przypadkowe. Namawia pilaster wszystkie znane sobie dzieci z bliższej i dalszej rodziny, aby zadawały je w szkole w trakcie zajęć z religii/etyki. I o ile katecheci zwykle odpowiadają standardowo w stylu „kradzież jest grzechem”, o tyle filozi na etatach znawców „etyki” wiją się jak piskorze, bełkoczą coś o istności bytu w odbycie, i nigdy nie zdarzyło się, żeby któryś coś sensownego odpowiedział. Dokładnie tak samo jak na tym portalu. 🙂
1. Zabawy semantyczne nie zmieniają istoty rzeczy. Wyniesienie ze sklepu produktu bez płacenia to jest kradzież.
2. Powodów jest całe mnóstwo, ale główny zasadza się na prawie własności. Pilaster oczywiście z automatu wiedziałby, dlaczego kradzież miałaby być nieetyczna, gdyby jakiś „twardy jegomość w miękkich butach” dał pilastrowi w twarz i zabrał portfel. Rzeczywistość błyskawicznie weryfikuje pilastrowe nonsensy.
3. Pilaster jak zwykle udowadnia, że pokonują go dylematy godne gimnazjalisty. Przecież tu jest zwyczajne mieszanie porządków i zlewanie dwóch czynów w jeden. Kradzież jest moralnie nieuprawniona. To, że istnieją okoliczności łagodzące i powodujące, że odstępuje się od wymierzenia kary nie oznacza, że kradzież jest moralnie względna. Oznacza to tylko, że dobro wyższego rzędu (np. ratowanie życia) byłoby narażone, gdyby do kradzieży nie doszło. A elementarzem etyki jest hierarchia dóbr, która wynika z faktu, że nie funkcjonujemy w rzeczywistości doskonałej. Dlatego choć należy unikać kłamstwa, to jeśli kłamiąc uratujemy komuś życie, to ciężar kłamstwa się zmienia.
Więc nie, nie można ukraść batonika dla dziecka z hipermarketu wielkiej niemieckiej sieci handlowej, ponieważ jest to naruszenie prawa własności, co jest oczywiste i powtórzone kilkukrotnie, ale pilaster nie potrafi zrozumieć prostego komunikatu i udaje, że to są złożone dywagacje. Oczywiście może pilaster pójść dalej (na tym polega właśnie filozoficzna argumentacja, że szuka się przyczyn) i zadać pytanie – dlaczego prawo własności ma być chronione. I tutaj czy tego pilaster chce, czy nie, trzeba zejść do zagadnień związanych z ludzką naturą i ontologią. Jeśli tego się nie zrobi, to prawo własności będzie jedynie arbitralnym założeniem i właśnie dlatego teoria gier niczego nie tłumaczy poza mechaniką z przyjętymi założeniami.
Proszę nie robić z siebie większego głupca, niż Pan jest. Odpowiedź została udzielona, zadałem jasne pytanie, czy jest Pan zainteresowany odpowiedzią w kontekście innych systemów etycznych, a Pan znów robi z siebie pośmiewisko robiąc kopiuj-wklej bez merytorycznego odniesienia. Jak widać odpowiedź na pytanie oraz rozumienie tekstu przekraczają możliwości intelektualne pilastra. Co mnie specjalnie nie dziwi, skoro nawet z Hararim miał problemy 😉
Przypomina pilaster, że nadal nie mamy żadnej merytorycznej odpowiedzi na pytanie:
Czy można, z etycznego punktu widzenia, wynieść bez płacenia batonik dla dziecka z hipermarketu wielkiej niemieckiej sieci handlowej. TAK/NIE i dlaczego TAK lub NIE.
Nie ma i nie będzie, bo filozi zwyczajnie nie potrafią, z powodu nieposiadania odpowiedniego zaplecza intelektualnego, odpowiadać na takie pytania. Na etyce się kompletnie nie znają, ale nachalnie domagają się od społeczeństwa, żeby za tą ich ignorancję im płaciło. 🙁
No i nadal nie otrzymaliśmy merytorycznej, jasnej i jednoznacznej odpowiedzi na pytanie:
„Czy można, z etycznego punktu widzenia, wynieść bez płacenia batonik dla dziecka z hipermarketu wielkiej niemieckiej sieci handlowej. TAK/NIE i dlaczego TAK lub NIE.”
Owszem, próby JAKIEJŚ odpowiedzi były, ale wyłącznie niemerytoryczne. Można je podzielić na dwie kategorie:
1. Kradzież jest grzechem wg nauki Kościoła katolickiego – co nie jest jednak w ogóle odpowiedzią etyczną, a religijną
2. Kradzież jest zła – etycznie niedopuszczalna.
Po pierwsze jednak pilaster nie pisał o żadnej tam „kradzieży”, ale o „wyniesieniu” Osoby przyłapane przez ochronę w marketach na podobnym procederze tak właśnie się tłumaczą. Oni nie „kradną”, tylko właśnie „wynoszą”. Zawsze koniecznie „dla dziecka”.
Po drugie, nawet, gdyby przyjąć, że to „kradzież” w niczym nie rozwiązuje to sprawy. Dlaczego niby kradzież miałaby być, w każdych okolicznościach, zła? Dlaczego w ogóle miałaby być zła?
Istnieją dość oczywiste sytuacje, w których „kradzież” -zabór cudzej własności bez pytania właściciela o zgodę – tak to zdefiniujmy, jest jak najbardziej etycznie uzasadniona i dopuszczalna. Dlaczego ta sytuacja do nich nie należy.
Żaden filoz nie potrafi zatem w żaden sposób wyjaśnić, dlaczego nie należy kraść batoników, a tym bardziej ich „wynosić”, jeżeli tylko nie damy się przy tym złapać.
Nie jest to bynajmniej rezultat, którego pilaster by się nie spodziewał. 🙁
Naucz się odpisywać w nitce. Wiem, że teoria gier nic o tym nie mówi, ale iloraz zamiast iloczynu już owszem.
Nie, to były merytoryczne próby, tylko jak zwykle nie rozumiesz pisanego tekstu (jak w przypadku Harari’ego).
1. Co to jest odpowiedź religijna? Dlaczego moja odpowiedź nie jest odpowiedzią etyczną, skoro etyka zajmuje się moralną oceną czynu, czyli w kategoriach dobro/zło i właśnie dostałeś odpowiedź, że czyn X jest złem, czyli właśnie odpowiedź z zakresu etyki?
2. Już wcześniej wyraźnie zaznaczyłem, że sąd etyczny jest oparty o PRZYJĘCIE ZAŁOŻENIA (o charakterze metafizycznym) związanego z własnością prywatną. Zignorowałeś to, więc teraz masz efekty. Ale sam też przyjmujesz założenia – nie tworzysz niczego ex nihilo.
Ad po pierwsze – o rzeczywistości nie świadczy to, jak się ktoś tłumaczy, tylko to, czym coś jest. Wiem, że jako liberał żyjesz w ułudzie, że arbitralne chcenie determinuje istotę, więc blisko Ci tym samym do genderystów i innych relatywistów, ale hard to swallow pill: jeśli nazwiesz psa wrotkami, to pies nie stanie się wrotkami. I nikogo w przypadku kradzieży nie obchodzi, że ktoś robi chochoły semantyczne i nikogo nie obchodzi, że jest to dla dziecka. Witamy w świecie dorosłych ludzi, w których liberalne bzdury dostają szybkie „sprawdzam”. W ogóle poruszane przez Ciebie kwestie nie mają żadnego znaczenia dla rozstrzygnięcia, czy mamy do czynienia z kradzieżą i te pilastrowe wywody godne są co najwyżej dziecka, które dopiero poznaje świat i trzeba mu tłumaczyć czym jest kradzież.
Ad po drugie – no właśnie z tego powodu, że chronimy własność prywatną, bo rozumiemy ją jako efekty pracy człowieka, czyli „przedłużenie” samego człowieka, których nie można naruszać dokładnie tak samo, jak nie można naruszać nietykalności cielesnej. Problem u pilastra wynika tylko i wyłącznie stąd, że gdy dostanie w twarz, to boli i rozumie relację przyczyna-skutek. W przypadku utraty mienia trzeba targnąć się na rozumowanie odrobinkę bardziej złożone niż bezpośrednia przyczyna-bezpośredni skutek, więc pilaster już jest intelektualnie pogubiony. Nihil novi.
Podaj przypadki moralnie uzasadnionej kradzieży.
To, że nadal nie docierają do Ciebie bardzo proste argumenty nie oznacza, że filozof nie potrafi czegoś wyjaśnić – tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Po prawdzie, to jesteś drugim przypadkiem w moim życiu, którego pokonały tak proste kwestie, jak rozumienie kradzieży. Pierwszym był postmodernista z pierwszego roku socjologii, który upierał się, że można relatywizować kradzież. Różnica między nim a Tobą jest jednak taka, że tamta rozmowa była bezpośrednia, więc nie było podgryzania nogawki zza monitora, tylko realny przykład, że siłą mogę mu odebrać zegarek i nie ma prawa twierdzić, że został mu ukradziony, bo przecież „jednocześnie ukradłem i nie ukradłem”. Z automatu zrozumiał. I Ty tak samo zrozumiałbyś pilastrze, gdyby tylko ktoś „wyniósł” Ci portfel z kieszeni, że mowa o kradzieży. Po prostu próbujesz być edgy, kłócisz się na siłę i dorobiłeś filozofom łatkę, bo dostałeś już tyle merytorycznych omłotów i to nie tylko ode mnie, że musisz jakoś kompensować swoje porażki. Tyle, że przypominasz tym małpę na wrotkach – śmieszne, ale bez sensu.
Podstawowe pytanie jest takie: czy Kościół Katolicki ma moralne prawo do wypowiadania się w kwestiach etycznych? Bo takie przykłady jak np. orgia homoseksualna duchownych w Dąbrowie Górniczej budzą istotne wątpliwości…
Oczywiście że Kościół Katolicki ma nie tylko prawo, ale i obowiązek wypowiadania się w kwestiach etycznych. To jest „core” jego działalności „biznesowej”. To, że poszczególni duchowni sami mogą standardów etycznych nie dochowywać, nie ma tu znaczenia. Ornitolog nie musi umieć fruwać, żeby być ekspertem od ptaków.
Taki papież Aleksander VI, jako człowiek Rodrigo Boria był od jakiejkolwiek moralności bardzo daleko. Ale jego nauczanie jako papieża w tej materii jest na bardzo wysokim poziomie i nie zawiera żadnych błędów. Np od razu po odkryciu Ameryki, uznał tamtejszych Indian za ludzi, tak samo jak Europejczycy zdolnych do nawrócenia i przyjmowania sakramentów, co bynajmniej nie było dominującym poglądem wśród ówczesnych intelektualistów, którzy raczej uważali Indian za zwierzęta, coś w rodzaju sprytniejszych małp, na które można np polować dla rozrywki.
Degeneracja moralna modernistycznego duchowieństwa czego ma dowodzić? Ma przekreślić cały dorobek świętych Ojców Kościoła, świętych mnichów, w tym tych, którzy wprowadzali reguły walki z deprawacją duchownych jak św. Piotr Damiani (Liber gomorrhianus)?
Równie dobrze może Pan zadać pytanie, czy jeśli nauczyciel matematyki popełnił rażący błąd, to politechnika czy uniwersytet, z którego się wywodzi, ma prawo do wypowiadania się w kwestii matematyki.