Szymerska: Święta na sprzedaż

Zbliżają się święta a wraz z nimi- wyliczając- nieodłączne „Last Christmas” George’a Michaela, świąteczne ozdoby na warszawskim Nowym Świecie, promocje w co drugim sklepie oraz „Kevin sam w domu”. Wydatek przeciętnej Polskiej rodziny „na święta” wynosił według badania „Zakupy Świąteczne 2019” przeprowadzonego przez Deloitte 1521 zł ergo o 100 zł mniej niż wynosiła wtedy pensja minimalna netto na osobę. Tymczasem według ISKK w 2018 r. na coniedzielną mszę chodziło 38,2 % wiernych, a 17,3% przyjmowało komunię świętą. Jakby tego było mało zwiększa się liczba apostatów a wisienką na torcie są programy z udziałem pani poseł Małgorzaty Prokop-Paczkowskiej z Lewicy, słynącej z wypowiedzi „a po co kościół katolicki się tam pchał? Dlaczego nie uszanował miejscowych wierzeń?” na temat 750 chrześcijan rozstrzelanych w Etiopii ze swoją własną choinką w tle. Zestawienie wiary z obchodzeniem świąt i ich „magią” manifestowaną poprzez nowe kolekcje mody lub artykuły „made in China” z elementami powiązanymi z popkulturowymi świętami stwarza paradoks- nie wierzę, ale obchodzę brzmiący jak „wierzący, niepraktykujący” w odwróconej wersji. To drugie sformułowanie odnosi się do wszelkiej maści wierzących w dogmaty wiary, bądź de facto deistów (gdzie stawiam, że to właśnie stanowi większość przypadków) antyklerykałów żyjących na zasadzie „wierzę, ale nie podoba mi się XYZ w (najczęściej polskim) kościele”. Z kolei grupa tych, którzy obchodzą święta nie będąc katolikami praktykującymi cechuje się działaniem „nie wierzę, ale podoba mi się to”. Niestety, analogia ta jest błędna- żaden z tych ludzi, który włączy największe przeboje popkultury dotyczące (najczęściej amerykańskich) świąt nie będzie „praktykował świąt” jak katolik, a nawet jeśli zje Mincowskiego karpia, to nie w ramach postu, ale w ramach tradycji. Chociaż i to bywa zwodnicze.

W przypadku całego świątecznego entourage’u trudno mówić nawet o tradycji- można by było wysnuć taką tezę, gdybyśmy żyli w kraju o silnych tendencjach nacjonalistycznych, gdzie niewierzący nie mogąc „naprawdę uwierzyć” chcą przynajmniej kultywować tradycje przodków, wierząc, że pewnego dnia uwierzą a na razie nie będą zaburzali porządku. W Polsce jednak jedynie 7% obywateli deklarowało się w roku 2016 jako nacjonaliści według sondażu CBOS. Nie jest fizycznie możliwe, by co czternasty Polak kupował w imię nacjonalistycznych pobudek ozdoby świąteczne wyprodukowane w Chinach a tym co czternastym Polakiem był prezydent m.st. Warszawy montujący dekoracje w całej stolicy. Tu występuje inny problem, do którego od początku zmierzam: konsumpcjonizm.

Neoliberałowie od lat starali się o popularyzację globalizacji. Wraz z zapadnięciem się żelaznej kurtyny zostało im to ułatwione. Hayek byłby dzisiaj dumny z Mikołajów prosto z Bangladeszu. Święta stały się niczym innym, jak kolejną pułapką konsumpcjonizmu. Sacrum po raz kolejny zetknęło się z profanum jaką jest masowa konsumpcja. Nikogo nie dziwiły wizerunki znanych aktorów na koszulkach- czerpią z tego zyski. Już trochę bardziej intrygowały koszulki z Che Guevarą, ale nie ze względu na nadmierną konsumpcję, a ze względu na hipokryzję neomarksistów na zasadzie „antykapitalista na wytworze kapitalizmu”. I z całym szacunkiem dla Świąt Bożego Narodzenia, cały entourage tego okresu przypomina argentyńskiego komunistę na koszulce jego zwolennika. Międzynarodowe korporacje podkopując ideę Świąt (co najlepiej widać w europejskim parlamencie, gdzie usunięto Maryję, świetego Józefa a nawet napis „Boże Narodzenie” na rzecz „Happy Holidays”) wypaczyły całkowicie to, na czym nam zależy- nie ma nigdzie różowych koszulek z napisem „Gaudete” na różową niedzielę. Nie ma porozrzucanego sianka na ulicach Warszawy. W imię zysku usunięto także jakiekolwiek elementy religijne, tak, żeby „magia świąt” objęła także antyklerykałów. Święta są okazją do odpoczynku- jest to prawda, reguluje to ustawowy dzień wolny od pracy, ale globaliści wraz z korporacjami zadbały o to, by ich zysk nie przepadł. Stąd w galeriach handlowych świąteczne playlisty wpływające na emocje kupujących- piosenki świąteczne wzbudzające nastrój szczęścia, miłości „It’s the season of love and understanding” (z ang. To sezon miłości i zrozumienia) z piosenki „Snowi s falling”. Mechanizm wyparcia tradycji ograniczył się do sztucznie wytworzonych symboli takich jak święty Mikołaj (który np. we Włoszech wcale nie przynosi prezentów, robi to święta Łucja) czy śnieg (którego w wielu miejscach zamieszkanych przez katolików np. w Brazylii nawet nie zobaczymy). Sprowadzono nam także amerykańskie wieńce, a będący w większości nie-chrześcijanami Japończycy umawiają się w okolicach 25 grudnia na kurczaki z KFC. Tymczasem w 2019 roku Polacy wydali na prezenty około 547 zł, co jest dosyć niepokojące patrząc na nasze tendencje demograficzne.

We współczesnym świecie trudno mówić o sacrum. Nie ma religii, święta ani postaci, która nie stanie się materią antykulturowego zysku. Może jeszcze nie widzieliśmy koszulek z Chomeinim albo ze świętem Matki Boskiej Zielnej z całą polską wymową tej uroczystości, ale należy sobie przypomnieć, że jakiś czas temu kontrowersje stanowiły niezdrowe przekąski z powstańczą kotwicą, a potem pojawiały się napoje energetyczne z żołnierzami wyklętymi. Międzynarodowe korporacje po raz kolejny, o czym pisał sam profesor Wielomski idą ramię w ramię z neomarksistami- wy wymażecie tożsamość i tradycje, my wasze dzieło sprzedamy.

Hanna Szymerska

Click to rate this post!
[Total: 15 Average: 4.2]
Facebook

38 thoughts on “Szymerska: Święta na sprzedaż”

  1. (…)Dlaczego nie uszanował miejscowych wierzeń?” na temat 750 chrześcijan rozstrzelanych w Etiopii ze swoją własną choinką w tle. Zestawienie wiary z obchodzeniem świąt i ich „magią” manifestowaną poprzez nowe kolekcje mody lub artykuły „made in China” z elementami powiązanymi z popkulturowymi świętami stwarza paradoks- nie wierzę, ale obchodzę brzmiący jak „wierzący, niepraktykujący” w odwróconej wersji.(…)
    Skoro Prawdziwy Polak Katolik ma czelność pokazywać muzułmanom, żydom, cyganom i całej reszcie, że nie są u siebie to musi uszanować fakt, że on sam w wielu miejscach nie jest u siebie.

  2. Faktycznie, zapaść żelaznej kurtyny i upadek komunizmu to była niepowetowana katastrofa. W PRL nie było żadnego konsumpcjonizmu, bo po najbardziej nawet prymitywne towary konsumpcyjne, jak papier toaletowy, trzeba było odstać wiele godzin w kolejkach. I komu to przeszkadzało? Międzynarodowym korporacjom. 🙁

    Konsumpcjonizm należy zatem wykorzenić, tak jak to zrobiono w Korei płn. Nie ma tam żadnych globalnych korporacji, nie ma tam konsumpcjonizmu, ani w ogóle konsumpcji. 😉 Za to są pieczołowicie kultywowane tradycje narodowe.

    Metoda na zwalczenie konsumpcjonizmu jest bardzo prosta. Kiedy ludzie, jak w PRL, Wenezueli, Kubie, czy Korei płn muszą ciężko walczyć, aby przeżyć jakoś kolejny dzień, to żadne konsumpcyjne fanaberie nawet do głowy im nie przyjdą.

    W celu przeciwstawienia się globalnym korporacjom i ideologii konsumpcjonizmu należy więc doprowadzić do powszechnej nędzy i głodu. Jest to jedyna sposób na uzyskanie odpowiednio wysokiego poziomu patriotyzmu i tradycyjnych wartości 🙁

    1. Oczywiście jest to (hiperbolizacja, ironizowanie) nieprawda. Znów zresztą pod tezę. Istnieją ludzie bardzo dobrze sytuowani i dzięki swej mądrości przyzwoici a co za tym idzie potrafiący powiedzieć „nie” konsumpcjonizmowi. Wniosek jest więc prosty – to nie jest problem systemowy. To jest problem ludzkiej natury. Standardowo miesza się przyczynę ze skutkiem i sprawcę z narzędziem.

      A znamienne jest, że wielu z raczkujących korpo-szczurów zaczyna od kredytu na smartfona. To jest po prostu stan umysłu 😉

      1. Nie ma kapitalizmu bez konsumpcjonizmu. Taki purytański, wyposzczony kapitalizm, w praktyce oznacza stagnację. To jest dobre, jak 10% ludzi tak się zachowuje, ale jeśli ten trend stanie się większościowy, to nici ze snów o potędze.

        1. „Nie ma kapitalizmu bez konsumpcjonizmu.” – nie ma czy nie ma możności zaistnieć? Bo rozmawiamy o tym drugim.

          I nikt nie pisał o purytańskim podejściu. Ja nie wiem, pilaster ma tu multikonta i zasypuje komentarzami, które ewidentnie pokazują brak umiejętności czytania ze zrozumieniem?

      2. Oczywiście zawsze znajdzie się jakaś statystyczna fluktuacja, ekstremalna odchyłka od średniej, jakiś Ebenezer Scrooge. Ale to właśnie aberracja. Miażdąca większość ludzi pracuje właśnie po to, żeby zarobić na konsumpcje, a nie dla samej pracy.

        Dlatego należy zadbać o to, żeby nie mieli za co konsumować, tak jak to jest w Wenezueli, na Kubie czy w Korei płn. Wtedy konsumpcjonizm, globaliści i międzynarodowe korporacje nie będą miały żadnego pola do popisu.

        Btw korposzczur nie musi zaciągać żadnego kredytu na smartfona, bo dostaje w korporacji smartfon służbowy. A jeżeli nawet nie to kupi sobie wypasiony smartfon z jednej pensji. Międzynarodowe korporacje płacą korposzczurom znacznie lepiej niż „narodowe czempiony” (spółki skarbu państwa – tam tylko złożony z krewnych i znajomych królika zarząd zarabia kokosy), czy „narodowe”, patriotyczne”, „rodzinne” firemki Januszy biznesu.

        Już Ford płacił swoim robotnikom tyle, żeby stać ich było na produkowane przez nich samochody. Na tym właśnie polega złowrogi mechanizm konsumpcjonizmu. Wysokie zarobki/dochody = wysoka konsumpcja. Dlatego, żeby obronić ludzi przed globalizmem i konsumpcjonizmem, należy ich utrzymać w nędzy, najlepiej na pograniczu śmierci głodowej. Wtedy żadne konsumpcjonizmy im nawet do głowy nie przyjdą.

        1. Nikt nie mówi o tym, żeby być Scroogem. Nikt nie mówi o pracy dla samej pracy. Pan jak zwykle udowadnia, że nie potrafi czytać ze zrozumieniem. Miażdżąca większość ludzi pracuje po to, żeby zarobić na konsumpcję? Fajnie. Ale konsumpcja w przyzwoitym wymiarze a konsumpcjonizm to dwie różne sprawy. Niech ludzie mają za co konsumować, niech ich stać na zbytki, ale niech to nie będzie tendencją (rozwalanie pieniędzy na bzdury), tak jak jest teraz, tylko wytykaną społecznie głupotą. Jak np. bycie starym kawalerem/starą panną etc. I to jest możliwe i nie ma nic do tego system. Od razu mówię, że nie zamierzam Panu tego n-ty raz tłumaczyć, robię to dla czytelników, bo do Pana i tak nic nie trafia 😉

          Pan najwyraźniej nie ma pojęcia o pensjach w korporacjach na początku kariery. Nawet w IT nie dostaje się na wejście tyle, żeby w miesiąc kupić sobie nowego iPhone’a a jest to jedna z lepiej prosperujących branż (a o takiej sytuacji pisałem – czytamy ze zrozumieniem). Smartfon służbowy to ani żaden szał ani żadna reguła, stąd też te kredyty. Generalnie ta Pana furia w bronieniu korporacji i zestawianie od razu z innymi gałęziami jest urocze i pokazuje, jak bardzo jest Pan odklejony od rzeczywistości. Nikt Pana nie atakował i nikt nie rozpoczął tego tematu. Ale skoro Pan już jak zwykle w nieuprawniony sposób stosuje uogólnienia i bredzi o tym jak różowo jest w środowiskach, o których guzik Pan wie (jak zwykle), to podpowiem, że po zrobieniu C+E zwykły Kowalski w Januszexie spokojnie wyciągnie 6 tysięcy na rękę i to jeżdżąc na „małe koła” a korposzczur w Samsungu w Warszawie na wejście jako junior może dostać max 4,5. Także spokojnie z tym entuzjazmem i krytyką małych działalności. Zresztą Januszexów jest akurat coraz mniej przez rynek pracownika, natomiast ten problem i tak dotyka także korporacji (proszę poczytać o doświadczeniach pracowników licznych korpo – Amazona czy Google’a). I na marginesie – przypominam, że Pana bożkowie ideologiczni akurat chwalili małe i średnie przedsiębiorstwa i byli niechętni molochom.

          1. Oczywiście że doświadczony i wykwalifikowany pracownik w Januszexie dostanie większe pieniądze niż zielony szczawik w korporacji. Ale zielony szczawik w Januszexie zarobi mniej niż ten sam zielony szczawik w korporacji. To samo dotyczy wszystkich pracowników na równorzędnych stanowiskach. Dzieje się tak dlatego, że rozkład płac i kwalifikacji w korporacji jest dużo bardziej zbliżony do ciągłego niż w małym Januszexie. Zatrudnienie dodatkowego pracownika wiąże się w korporacji z mniejszym ryzykiem, zatem można mu zapłacić nieco więcej. Zakres obowiązków w korporacji tez jest jaśniej i precyzyjniej określony niż w Januszexie i prawdopodobieństwo tego,że pracownik będzie musiał robić coś, do czego nie ma kwalifikacji lub ochoty, jest znacznie niższe.

            btw kto i na jakiej podstawie ma określać gdzie przebiega granica pomiędzy „konsumpcją w przyzwoitym wymiarze” a konsumpcjonizmem? Czy szary papier toaletowy, zamiast papieru z gazety to jeszcze „konsumpcja w przyzwoitym wymiarze”, czy już konsumpcjonizm? A może dopiero zapachowy papier toaletowy?

            Na pewno konsumpcjonizmem będzie za to spożywanie cytryny, bo przecież w kiszonej kapuście jest tyle samo witaminy C. Tak twierdzili obrońcy narodu przed ideologią konsumpcjonizmu już w latach 60 XX wieku.

            1. Porównywałem osoby na początku w obu firmach. Wyraźnie to zaznaczyłem w poprzednim komentarzu. Ponownie – czytamy ze zrozumieniem. I nie porównujemy dwóch tych samych branż, bo ciężko mówić o Januszexie w IT. Na tym polega specyfika Januszexu i korporacji. Generalnie jak zwykle dużo słów, mało treści.

              Nie kto, tylko co powinno określać gdzie przebiega granica między konsumpcją w przyzwoitym wymiarze a konsumpcjonizmem jest odpowiednim podejście, także jak zwykle Pana hiperbole są chybione. Jeśli ma Pan więcej niż 16 lat i muszę takie rzeczy Panu tłumaczyć, to mam dla Pana złą wiadomość.

          2. „korposzczur w Samsungu w Warszawie na wejście jako junior może dostać max 4,5”

            Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tak niskich pensji w Warszawie, ale chyba świadczy to o postępującym przesycaniu rynku. W dużych firmach w Trójmieście początkujący (z juniorem w nazwie) specjalista IT/OT nie schodzi poniżej 6k netto na uop, a stawki do 4,5k dostają szeregowi pracownicy biurowi, od których wymaga się tylko znajomości Office’a i dowolnego wyższego wykształcenia. Takie pieniądze to ledwo powyżej średniej krajowej.

        2. @pilaster

          Jeśli mamy cokolwiek porównywać, to wypada zachować właściwy punkt odniesienia. Podanie Kuby jako przykładu nędzy i rozpaczy jest totalnym samozaoraniem, gdy w regionie Karaibów i Ameryki Środkowej leżą takie oazy kapitalistycznego „dobrobytu”, jak Haiti i inne państwa słynące z ekstremalnej biedy, kolonialnych stosunków własnościowych, ogromnej przestępczości i dziecięcej prostytucji. No ale rozumiem, że dla religii libertariańskiej to jak w pewnym memie – „mądrzejsze o tym nie wspominać” 😀

          1. Nawet Haiti to jednak nie Kuba. Haiti i inne biedne kraje z regionu jednak się, tak czy inaczej, rozwijają. A Kuba wręcz przeciwnie. To kraj, w którym (tak samo jak w Wenezueli, czy Korei płn) nastąpiło odwrócenie rewolucji przemysłowej i społeczeństwo cofnęło się do stanu maltuzjańskiego, preindustrialnego.

            W ten sposób jednak kraje te zwalczyły u siebie skutecznie globalizm i konsumpcjonizm, zatem wszyscy inni przeciwnicy tych nieludzkich ideologii powinni brać z nich przykład.

            1. „Haiti i inne biedne kraje z regionu jednak się, tak czy inaczej, rozwijają.”

              Jakieś dowody na rozwój Haiti? Czy znowu litania dogmatów religii libertariańskiej? Zachowując właściwe proporcje, można z czystym sumieniem stwierdzić, że Kuba, pomimo swoich ograniczeń i ciążących na niej sankcji, oferuje swoim obywatelom znacznie więcej od sąsiednich państw o zbliżonych uwarunkowaniach geograficzno-gospodarczych. „Cofnięci” do stanu przed-przemysłowego Kubańczycy mogą być dumni chociażby z rozwiniętej biotechnologii. Dzięki Kubańczykom powstały m.in. szczepionki na meningokoki i WZW typu B. Ponadto Kuba wyróżnia się na tle otoczenia wskaźnikami rozwoju społecznego. Czym realnie może pochwalić się Haiti? Podkreślam – realnie, nie w świecie dogmatów religii libertariańskiej.

              Przypadek Kuby jest więc, pomimo wielu istotnych różnic, w znacznym stopniu analogiczny do socjalistycznej Libii Kadafiego. Zielona Libia nie była rajem, ale żadne kapitalistyczne państwo afrykańskie nie zbliżyło się do jej poziomu, nawet RPA. Tak samo z Kubą i regionem Karaibów oraz Ameryki Środkowej.

              1. Gdyby Kuba oferowała swoim mieszkańcom „więcej”, niż tylko dumę narodową, wstanie z kolan i zerwanie z polityką białej flagi, to owi mieszkańcy nie próbowaliby za wszelką cenę tego raju opuścić. W rzeczywistości Kuba jest krajem upadłym, gorszym nawet od Somalii, bo zachowującym państwowy aparat ucisku i przemocy. Terror państwowy jest, ale nie daje nic w zamian. Gospodarczo Kuba stała się krajem preindustrialnym, maltuzjańskim. Proste niskowydajne rolnictwo, drobne rzemiosło i bardzo ograniczona pula najprostszych usług (krawiec, szewc, etc), niczym w XVI wieku…

                Wbrew marksistowskim legendom lecznictwo na Kubie właściwie nie istnieje. W szpitalach nie ma nie tylko najbardziej podstawowych leków, ale nawet …bieżącej wody.

  3. „Międzynarodowe korporacje podkopując ideę Świąt (co najlepiej widać w europejskim parlamencie, gdzie usunięto Maryję, świetego Józefa a nawet napis „Boże Narodzenie” na rzecz „Happy Holidays”) wypaczyły całkowicie to, na czym nam zależy” – oczywiście zgadzam się, że jest to trafny opis sytuacji. Nie zgadzam się jednak z ciągłym pomijaniem roli samego człowieka oraz Kościoła. Zarówno Kościół jak i korporacje mają świadomość, że większość ludzi niestety jest durna. Właśnie dlatego konsumpcjonizm ma się tak dobrze. I korporacje tę wiedzę świetnie wykorzystują żerując na głupocie i dokładając kolejne ogłupiacze aby jeszcze bardziej ułatwić sobie zadanie. Co robią sami ludzie oraz Kościół? Większość ludzi nic a Kościół bardzo niewiele. Żyjemy w rzeczywistości, w której ludzie bezmyślnie kupują kolejny gadżet, nie zadając sobie nawet pytania czy jest to potrzebne. Po paru dniach rąbną w kąt i kupują kolejny. Tak też wychowywane są dzieci, czemu sprzyja elektronika z mnogością aplikacji, którymi można żonglować praktycznie w nieskończoność – nie ma przywiązania i cieszenia się z czegoś, jest tylko chwilowe uniesienie i zaraz kolejne i kolejne. Niestety taką postawę można zaobserwować w wielu warstwach rzeczywistości, stąd tyle rozwodów. Przykre, ale zmierzamy w kierunku dyktatury Piotrusiów Panów i tkwiąc w demokracji mamy marne szanse na odwrócenie trendu.

    1. No właśnie. Ludzie mają za dużo pieniędzy i wydają je niewłaściwie – w sposób niezatwierdzony przez odpowiednie Biuro Polityczne.

      To jest główne źródło problemu.

        1. Kapitalizm bez permisywno-hedonistycznego konsumpcjonizmu to w efekcie socjalizm. My, Solidarnościowcy walczyliśmy o hamburgery, Coca-Colę, Playboya i wolny rynek prostytutek.

          1. (…)wolny rynek prostytutek(…)
            Nie może być mowy o wolnym rynku prostytutek dopóki w kodeksie karnym są kary za cały szereg sposobów zarobkowania związanych cudzym nierządem… np. w okolicach początku grudnia prokuratura zamknęła witrynę Roksa.pl za kuplerstwo.

        2. Jeżeli konserwatyści będą nam zakazywać konsumpcji, to przypłynie USS Ronald Reagan z F-18 Hornetami i Tomahawkami na pokładzie, i zrobi konserwom z d**y jesień średniowiecza. Będzie Wolność i Kapitalizm.

  4. W polityce potrzeba wrogów, ponieważ jest to gra o sumie zerowej. Podobnież polityczne wyjaśnianie genezy laicyzacji musi zakładać istnienie jakiegoś konkretnego środowiska odpowiedzialnego za zepsucie, jakie można byłoby wytknąć palcem i któremu można byłoby się przeciwstawić, czego wymaga udział w grze o sumie zerowej – konfrontacji.

    Tymczasem w tym wypadku trudno na serio oskarżyć o niszczenie świąt kupców, którzy chcą na nich zarabiać i wykorzystać istniejącą tradycję polegającą na obdarowywaniu się prezentami, przysłaniającą resztę sakralnego wymiaru.

    Braku religijnego zaangażowania nowoczesnych społeczeństw nie da się wytłumaczyć kartkami z życzeniami „Happy Holidays”, podmianą św. Mikołaja na Santa Clausa czy żadną inną formą poprawności politycznej zdobywającej umysły, bo przyczyna leży gdzieś głębiej w tym, że niewiele osób przejawia w ogóle klasycznie rozumiane potrzeby uczestnictwa w sacrum.

    Emocjonalność u „nowocześniaka” również jest spłaszczona i brakuje ludzi o wyższej wrażliwości, potrafiących sprzedać swoje doświadczenia graniczne, pokazując pozostałym, że poza „żarciem i życiem” istnieje jakiś inny wymiar, w jakim można uczestniczyć i jaki jest tego sens.

    Nawet artyści dzisiaj mają większy problem z osiąganiem kategorii estetycznych przydatnych opowiadaniu o sacrum. Wzniosłość („sublime”) jest dziś kiczowatą tromtradacją bez odpowiedniego smaku i ma się nijak do tego, co opisywał Edmund Burke w „Dociekaniach filozoficznych o pochodzeniu naszych idei wzniosłości i piękna”. Nasze czasy są pustynią również dla estetyki, a jeśli tak, to nawet stamtąd nie można dotrzeć z powrotem do poczucia sacrum, jak chciał kiedyś Wagner, perorujący o tym, iż sztuka może zapewnić substytut przeżycia sakralnego, nawet gdy religia jest w kryzysie.

    Jest to efekt państwowego modelu szkolnictwa, oddalonego od transcendentaliów: prawdy, dobra i piękna – w tym wypadku pogardliwie traktującego to ostatnie oraz macosząco traktującego tzw. plastykę jako przedmiotu ostatniej ważności. Ponieważ transcendetaliom nie przydaje się już żadnego życiowego autorytetu a traktuje jako drugorzędną dekorację i kwiatek do kożucha, jaki musi ustąpić kwestiom technicznym, praktycznym i życiowym, młodych nie uczy się osiągania żadnych wyższych wartości ani ich doceniania.

    Kościół również sobie kadry nie potrafi odpowiednio wychować i musi brać ją żywcem z reszty nowocześniackiego społeczeństwa. A że pracuje na tandetnym materiale ludzkim bez potencjału, ponieważ obecny system zapewnia jedynie enkulturację na poziomie odpadu i takie właśnie odpady masowo produkuje, nie dziwota też, że nie ma, ani twórców, ani odbiorców, którzy byliby w stanie udźwignąć w większej skali zadania nadawania wagi sakralnej wizji wymiaru życia ludzkiego na tle wieczności, potrafiącego ją godzić z przygodnością codzienności.

    Jeśli prosty i oczywisty marketing kupców oparty na banalizowaniu i „umilaniu” wszystkiego, aby stało się strawne dla jak największej liczby ludzi, którym można to później łatwiej sprzedać, urasta do rangi tak wielkiej potęgi, jakiej nie sposób później niczego innego, bardziej wartościowego, przeciwstawić, to ta cywilizacja jest już pozamiatana i nie ma z niej czego zbierać.

    Sojusz marksistowsko-korporacyjny nie musi się nawet specjalnie starać, żeby ją niszczyć, bo ona zwyczajnie obumiera od środka. Tu wszystko jest tak przegniłe, że nie trzeba już nawet uderzać specjalnie mocno, wystarczy jeden mocniejszy podmuch wiatru. Mądrzej nawet jej nie atakować, bo to może wywołać jakiś odruch obronny i czekać aż sama w końcu runie.

    Jak to było?
    „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.”

    Zatem może dokonajmy oceny tego chowania młodzieży na podstawie obecnego stanu rzeczy, ponieważ to nie jest kryzys, a tylko rezultat.

  5. Polityka nie jest grą o sumie zerowej. Zresztą nawet jakby była, to strategie agresywne (szukanie „wroga”) są opłacalne tylko w niektórych (znajdujących się w zdecydowanej mniejszości) obszarach przestrzeni fazowej gry. Przy niskim stosunku ceny porażki do ewentualnych zysków ze zwycięstwa w konflikcie optymalne są strategie mścicielskie. (si vis pacem para bellum). Przy wysokich kosztach porażki w stosunku do wartości możliwej wygranej – strategie legalistyczne. Wreszcie przy ekstremalnie wysokich kosztach porażki w stosunku do nagrody za zwycięstwo optymalna jest strategia ewangeliczna – nadstawianie drugiego policzka.

    1. Jest.

      Polityka jest grą o sumie zerowej.
      Wojna, czyli przedłużenie polityki jest grą o sumie ujemnej.
      Leseferystyczny kapitalizm jako kooperacja, jest grą o sumie dodatniej.

      I to są trzy gry, w jakie możemy grać na poziomie ogólnospołecznym. Innych po prostu nie ma, lub stanowią zanieczyszczone mieszanki tych trzech podstawowych (jak kompradorski kapitalizm, socjalizm czy feudalizm, starające w ten czy inny sposób upolitycznić sferę gospodarczą, uzależniając od politycznych rozstrzygnięć).

      „Play stupid games – win stupid prizes.”

      Właśnie dlatego, jeśli pragnie się żyć w społeczeństwie, w jakim ludzie nie marnują większej bądź mniejszej części swoich sił, środków i czasu na jałowe gry hazardowe obejmujące skutkami swoich rozstrzygnięć szerokie masy, należy dążyć w stronę emancypacji od polityki w ogóle jako zgubnej dla ogółu używki.

      A jeśli kompletne wymazanie polityczności z istnienia społeczeństwa jest niemożliwe, politykę należy zawrzeć w granicach kapitału, by nie wykraczała poza intstytucjonalne granice wyznaczane w nadrzędnej grze o sumie dodatniej i zawsze była od niej zależna. To znaczy, znieść w praktyce idee reprezentacji politycznej, usuwerenniając jednostki i ograniczyć możliwość politykowania poza sferą własności prywatnej oraz kontraktów, by jego skutki nie dosięgały bezpośrednio osób, które sobie tego nie życzą.

      Wtedy człowiek będzie mógł sobie popolitykować, gdy przyjdzie mu czas ożenku lub podziału własności między swoich potomków czy określania warunków wstępu na jego własność w ramach prawa prywatnego albo dołączania do jakiejś konwencji z innymi.

      Jeśli do tego sprowadzimy cała istniejącą we społeczeństwie władzę, ograniczając ją terytorialnie do elementu istotniejszej gry o sumie dodatniej w ramach bezpaństwowego kapitalizmu, osiągniemy optimum, w którym już żadnej wielkiej polityki nie będzie. Bo nie będzie też poza własnością prywatną i kontraktem miejsca na jakiekolwiek inne instytucje polityczne.

      Im mniej polityki jako gry o sumie zerowej, tym lepiej, dlatego należy ją rugować jak tylko się da, zamiast uznawać – jak klasyczni filozofowie za domenę dobra wspólnego. To raczej domena zła wspólnego. Jaskinia hazardu i grzechu teoriogrowego. Kasyno ma jednak tę moralną przewagę nad państwem, że na ogół gra się tam własnymi, uczciwie zdobytymi środkami, a nie tymi zagrabionymi w podatkach. No i nawet takie siedlisko gier o sumie zerowej jak kasyno, ostatecznie jest podporządkowane logice gry o sumie dodatniej, bo jest częścią rynku. A państwo nie jest i nie będzie. I właśnie dlatego nie powinno istnieć, bo co jest przeciw i poza rynkiem, to zguba ludzkości.

      Sola agora!

      1. Nie jest. Państwo jest niezbędnym czynnikiem umożliwiającym wzrost gospodarczy, przynajmniej od poziomu środkowego neolitu. Oczywiście nie zawsze i nie jakiekolwiek państwo. Jednak wolny rynek nie może istnieć bez jakiejś formy państwa, władzy i aparatu przymusu, co można wykazać zarówno doświadczalnie (nigdy w historii nic takiego się trwale nie pojawiło), jak i teoretycznie:

        https://blogpilastra.wordpress.com/2017/05/21/tylko-o-psychohistorii-13-o-panstwie-i-mizerii-akapu/

        Akapowe „wolne terytoria” teoretycznie mogłyby zaistnieć (i być bardziej wydajne od aparatu państwowego) jedynie w warunkach w których byłaby stale i łatwo dostępna wyczerpująca, na bieżąco aktualizowana, miarodajna, odporna na próby manipulacji i zafałszowania, informacja na temat wszystkich podmiotów działających na rynku. W ujęciu matematycznym, stała zaufania q musiałaby dążyć do jedności – opis modelu w załączonym linku

        Do tej pory zbudowanie takiego systemu nie było możliwe, ale być może będzie to możliwe w przyszłości.

        1. Tylko czy państwo jest tym, czym co Pilaster nazwać:
          – np. taka Hanza jest przykładem tworu nie państwowego, który utrzymał sie na prawdę szmat czasu… do przykładów długotrwałych można zaliczyć także zakony rycerskie, czyli Krzyżacy, Templariusze i Joannici. Z kolei na pograniczu Rosji i Chin był taki twór jak Jaxa, która chociaż w skali historii świata była tylko mignięciem to jednak 2 dekady przetrwała.

          A jeśli chodzi zaś o wolny rynek to można wymieć cały szereg wielki branż, które są wręcz przez państwa zakazane… np. połowa całkowitego eksportu Kolumbii to kokaina.
          Do tego od okolicy 2008 prężnie rozwija się branża kryptowalut i blockchaina i to wyrażnej niechęci władz państwowych… mało tego ostatnio doszło do boosta w rozwoju spowodowanego wyrzuceniem portali pornograficznych pokroju pornhub z systemów płatności operującymi walutami FIAT.

          1. Hanza posiadała nawet własne siły zbrojne, zawierała traktaty i porozumienia, czyli jak najbardziej można ją zaliczyć do państw. Tak samo zakony rycerskie jak joannici i krzyżacy (natomiast nie templariusze, którzy własnego państwa nie zdołali powołać)

            Czy państwo zakazuje jakiejś aktywności ekonomicznej czy nie, nie ma to znaczenia w modelu. Zakazanymi aktywnościami ekonomicznymi zajmuje się wtedy mafia, czyli para-państwo. Ale mafia nie może istnieć samodzielnie, bez „prawdziwego” państwa na którym może pasożytować. W przypadku braku takiego państwa, może mafia sama przekształcić się w państwo sensu-stricto, na co w historii jest wiele przykładów od drużyny Mieszka I poczynając.

        2. Nie jest niezbędnym, skoro nawet w upadłym państwie takim jak Somalia, miał pan stały wzrost gospodarczy od czasu wojny domowej. Lepsze wyniki zanotowała jako państwo upadłe, nieuznawane przez nikogo, w którym nie wiadomo kto rządził, niż pod rządami marksisty Mohammeda Siada Barre’a.

          Do wzrostu gospodarczego niezbędna jest praca, a nie żadne państwo.

          Państwo może być przydatne, na zasadzie dźwigni do łupienia i podporządkowywania sąsiadów, by móc później korzystać z „renty imperialnej”. Na podobnej zasadzie można uczciwie pracować na pół etatu, aby mieć czas sobie dokradać resztę. Na ogół jednak łupieżczości państwa nie udaje się skierować mądrze na zewnątrz, więc państwa bez dominującej światowej pozycji, zamiast łupić kogoś innego, bardziej łupią swoich.

          Natomiast eksploatacja fiskalna „podbitej” przez państwo populacji, może się mieć nijak wobec jakości oferowanych przez to państwo „usług”, zwłaszcza jeśli te usługi są też bywają monopolistyczne. Wystarczy popatrzyć jak długo oraz jakimi metodami broniono u nas pozycji Poczty Polskiej przed Inpostem.
          Sądownictwo, słuba zdrowia, szkolnictwo – wszystko czym zajmuje się państwo, działa tak samo kulawo jak urząd pocztowy. Do celebracji własnej władzy nad danym istotnym symbolicznie aspektem życia społecznego jak najbardziej się nadaje, gorzej z jakością, faktycznym zaspokajaniem potrzeb konsumentów i sensem ekonomicznym działalności.

          Ale liczy się przede wszystkim misja – misja mentalnej kolonizacji podbitych tubylców, aby łożyli dalej środki, na przykład na państwowe media.

          – Nie jest.
          – Jest.

          A przynajmniej dla potęgometrii jest. Zachęcam do zapoznania się z „Prakseologiczną teorią stosunków międzynarodowych” Mirosława Sułka.

          Jeśli współpracę, rywalizację i walkę rozpiszemy na takiej matrycy, polityka okaże się właśnie społeczną rywalizacją – antagonizującą grą, polaryzującą graczy. O tym, niestety zresztą przyjdzie się pewnie przekonać przy rodzinnym stole już niebawem.

          Etyka polityki i wojny jako gier o sumie zerowej i ujemnej, to w zasadzie anty-etyka, premiująca zachowania antyspołeczne jak dwulicowość, dezinformację, kłamstwo, ideałem etyki władzy zawsze pozostanie makiawelizm. Przesyt władzy postępującej w społeczeństwie, powodującej dominację gier o sumie zerowej prowadzi do demoralizacji i wzajemnej niechęci.

          Jak pisał von Clausewitz: „Wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami.” Jeśli uznamy to za prawdę, przyjdzie nam stwierdzić, że polityka jest po prostu bardziej utajoną formą wojny z własnym społeczeństwem i kto ma jakieś interesy jakie pragnie realizować nie środkami ekonomicznymi, lecz politycznymi, ten nam z samej natury rzeczy będzie nam wrogiem, nie chcącym czegoś od nas uzyskać w dobrowolnej wymianie, a po złości.

          1. Pan Marcin Adamczyk (autor artykułów publikowanych w NCz!) próbuje udawać, że on to nie on (pilaster to nie FatBantha). Chyba strasznie obawia się zdemaskowania. W sumie nie dziwię się – stary koń (50+), ojciec dwójki dzieci, a lata po forach politycznych, światopoglądowych i religijnych walcząc z „zabobonami”.

          2. Państwo jest potrzebne po to, żeby owoce pracy nie były rabowane przez przeróżnych watażków. Państwo je oczywiście też rabuje, bo jest takim „megawatażką”, ale rabuje bardziej racjonalnie i w sposób bardziej przewidywalny. Dlatego gospodarka osiągnie wyższy poziom w ramach państwa, przynajmniej w minimalny sposób praworządnego, stabilnego i przewidywalnego niż w warunkach pełnej anarchii.

            Somalia jakoś tam egzystuje bez państwa, ale przecież żadnym centrum wysokich technologii, producentem rakiet kosmicznych i reaktorów jądrowych, się nie stała. Pozostaje na poziomie plemiennym, prostego niskotowarowego rolnictwa, niewielkiego rzemiosła i najbardziej podstawowych usług.

            Przykład inposta jest ciekawy, bo pokazuje że w miarę rozwoju technologicznego pozycja państwa słabnie i kolejne dziedziny ludzkiej działalności wypadają mu z rąk. Sto, a nawet jeszcze pięćdziesiąt lat temu żadna prywatna poczta nie mogłaby funkcjonować. Dzisiaj to jest już możliwe. Proces ten będzie się nasilał w przyszłości.

            1. Zaraz, zaraz… sugerowanie, że technologie wyrugowały państwo z poczty to lekkie nie porozumienie, bo bezproblemu można wyobrazić sobie adaptacji, dzięki którym nadal państwo zachowa swój monopol:
              – listy prywatne już dawno były podgryzane przez inne branże… np. starodawna prasa zamieszczała ogłoszenia, które były ich zamiennikami
              – listy do/z instytucji można ogarnąć państwową siecią blockchain względnie państwowym podpisem elektronicznym
              – do obsługi logistyki przesyłek z kolei nadaje się zdrowe linie lotnicze i kolejowe. W skali mikro można sobie wyobrazić, że placówka poczty będzie się mieściła na wydzielonych częściach terminali towarowych, a listonosze, a może paczkonosze, objeżdżają swoje rewiry vanami, albo gdy technologia dronowa pójdzie do przodu na terenach placówek powstanie coś w rodzaju lądowiska

              1. To jak sobie prywaciarze nie poradzili w zestawieniu z ważnymi przesyłkami to akurat wiemy z doświadczenia – przez dłuższy czas w latach chyba 2015-17 inpost dostarczał pisma sądowe. To była porażka na całej linii.

            2. „Przykład inposta jest ciekawy, bo pokazuje że w miarę rozwoju technologicznego pozycja państwa słabnie i kolejne dziedziny ludzkiej działalności wypadają mu z rąk.” – przykład inpostu nie pokazuje kwestii słabnięcia pozycji państwa. Ten wniosek w ogóle nie wynika z tego przypadku – ponownie nalegam – marsz do logiki. Przykład inpostu pokazuje odpowiedź na rynkowe zapotrzebowanie, którego jeden podmiot nie jest w stanie zagospodarować. Stąd tak ogromna i prężna konkurencja na rynku kurierów – już tu powinna się Panu zapalić lampka, że znów wyciąga Pan wnioski z kapelusza.

              1. Już wkrótce dowiemy się, że państwa powinny startować z socjalizmu i powoli reformować się w kierunku kapitalizmu. Biedoty nie da się wyprowadzić ze stanu pierwotnego zdziczenia na drodze innej, niż centralistyczne, odgórne planowanie i przymus. Ewidentnie widać to w Chinach, gdzie startowano z niskiego poziomu wolności gospodarczej i stopniowo uwalniano gospodarkę. Nie można postępować na odwrót, gdy pogrąży to społeczeństwo w anarchii.

            3. „Państwo jest potrzebne po to, żeby owoce pracy nie były rabowane przez przeróżnych watażków. Państwo je oczywiście też rabuje, bo jest takim „megawatażką”, ale rabuje bardziej racjonalnie i w sposób bardziej przewidywalny.”

              Czy kiedy wygłasza pan tę tezę, zachowuje pan pełną świadomość, że jest ona wewnętrznie sprzeczna?

              Idąc tym tropem, aby uchronić się przed gwałtami, należałoby powołać do istnienia „megagwałciciela” (gwałcącego racjonalnie i przewidywalnie) a przed porażarami – „megapodpalacza” (podpalającego racjonalnie i przewidywalnie).

              Przecież to jest logika szaleństwa. Metoda zabijania klina klinem, która ostatecznie nie jest w stanie rozwiązać pierwotnego problemu, a jedynie wytwarza masochistyczny porządek oparty na domyślnym naruszeniu wartości jaką referencyjnie chcieliśmy na początku chronić. Ostatecznie jej nie chronimy, a po prostu pozwalamy naruszać komuś innemu, sprzeniewierzając się jej. Co więcej – dla przewidywalności i rzekomego porządku, pozwalamy aby jej naruszanie przestało być akcydentalne i przypadłościowe jakim było wcześniej, a zyskało stałość, zinstytucjonalizowanie oraz stało się zinternalizowaną istotą organizacji społecznej.

              Zresztą kiedy Cypr w 2013 roku postanowił zagrabić ludziom z kont bankowych połowę pieniądzy, nie wiem, co było w tym przewidywalnego i racjonalnego.

              Z kolei racjonalna i przewidywalna grabież uskuteczniana przez państwo w Wenezueli jakoś nie doprowadziła wcale do wytłumienia reszty przestępczości, tylko raczej okazała się katalizatorem jej rozkwitu. Ostatecznie doprowadziła ludzi wcale nie do jakiejś stabilizacji, lecz exodusu.

              „Somalia jakoś tam egzystuje bez państwa, ale przecież żadnym centrum wysokich technologii, producentem rakiet kosmicznych i reaktorów jądrowych, się nie stała. Pozostaje na poziomie plemiennym, prostego niskotowarowego rolnictwa, niewielkiego rzemiosła i najbardziej podstawowych usług.”

              Pański opis równie dobrze mógłby dotyczyć Polski. I co w związku z tym?

              Czy wysokie technologie, produkcja rakiet kosmicznych mają być jakimś wyróżnikiem sukcesu kraju czy jego populacji? W ZSRR to wszystko mieli, a i tak żyli w zamordystycznym dziadostwie. Nie wiem, z powodu jakiego rodzaju fetyszyzmu mielibyśmy wyżej cenić rakiety niż na przykład szwajcarską produkcję czekolady, zegarów z kukułką i scyzoryków.

              Według statystyk średnie IQ dla populacji Somalii to 68. Z takim potencjałem intelektualnym trudno marzyć o high-techu, co nie znaczy, że jest się skazanym na regres gospodarczy. Jak widać, nawet z tak ograniczonymi możliwościami można się bogacić, bo gospodarce rynkowej jest tak naprawdę obojętne, jak mądre czy głupie są podmioty w niej funkcjonujące. O ile w niej funkcjonują w zgodzie z popytem i podażą, to będą zmierzać ku lepszemu.

              Obecność danego przemysłu lub jego brak, nie mówi nam tak naprawdę niczego o aspiracjach danej populacji czy specjalizacji, jaką się jej opłaca przyjąć. W takim Singapurze, czy dawniej Hong Kongu, kooperacja mogła skłaniać ludzi do zajmowania się czymś innym, niż składaniem rakiet.

              „Przykład inposta jest ciekawy, bo pokazuje że w miarę rozwoju technologicznego pozycja państwa słabnie i kolejne dziedziny ludzkiej działalności wypadają mu z rąk. Sto, a nawet jeszcze pięćdziesiąt lat temu żadna prywatna poczta nie mogłaby funkcjonować. Dzisiaj to jest już możliwe. Proces ten będzie się nasilał w przyszłości.”

              Ależ w latach czterdziestych XIX wieku funkcjonowała już prywatna poczta. I nie był jej potrzebny żaden rozwój technologiczny, a jedynie antypaństwowy przełom w myśleniu. Co ciekawe, założył ją jeden z antenatów ruchu wolnościowego, Lysander Spooner, autor „Konstytucji bez autorytetu” (1870).

              Firma pocztowa Spoonera zakończyła działalność nie z powodu jakichś deficytów technologicznych a dlatego, że państwo postanowiło w Kongresie przyznać Post Office monopol prawny (1851).

              https://ammo.com/articles/lysander-spooner-first-private-post-office-anarchism-forgotten-history

              Wydaje mi się, że kurczowo trzyma się pan idei postępu – co więcej od postępu technologicznego uzależnia pan postęp w innych dziedzinach życia. Tymczasem historia wolności, w tym wolności gospodarczej oraz jej utraty, podobna jest raczej do przypływów i odpływów, stanowi mieszankę postępu oraz regresu, zależna jest od stanu mentalności ludzi danej epoki i tego czy są wychowywani do niezależności czy niewolnictwa.

              Istnieją okresy historyczne, w których gdzieś Zeitgeist jest przychylny jednostce i przedsiębiorczości mimo autorytetów, i takie, gdy ludzie stają się tylko nawozem dla państwa. Bywa, że to nawet nie czas, lecz zwyczajna geografia polityki wytwarza granicę. I jednych ludzi obsadza w przedstawieniach o niewoli, podczas gdy inni równolegle mogą zostać gwiazdami gospodarki rynkowej.

              To, czy dana populacja przychyli się do pomysłu prywatnych usług pocztowych, czy wręcz przeciwnie – poprze władzę w ich niszczeniu, zależy tylko od idei i wartości obecnych w społeczeństwie – rozwój technologiczny nie ma przecież w tym względzie niczego do gadania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.