Ta inna Italia

Wraz z Żoną na wakacje wybraliśmy się do Włoch. Ale chcieliśmy zobaczyć inną Italię. Nie interesowała nas klasyczna wycieczka obejmująca Rzym, Florencję, Wenecję i Weronę z balkonem Julii wpatrzonej w Romea. Postanowiliśmy pojechać do Neapolu, który nie jest popularny pośród zagranicznych turystów. Po drodze postanowiliśmy zahaczyć o klasyczne „teokratyczne” punkty na mapie mediewalnych Włoch, a mianowicie o Canossę, Akwin i Anagni.

Ominęliśmy Weronę, aby zobaczyć Canossę – miejsce, gdzie pod koniec XI wieku cesarz Henryk IV musiał ukorzyć się przed papieżem Grzegorzem VII, gdzie ekskomunikowany i porzucony przez wszystkich wasali dwa dni stał pod bramą zamku w worku pokutnym, po czym papież łaskawie go wpuścił, pozwolił stanąć przed swoim obliczem, przeprosić za grzechy. Następnie zdjął ekskomunikę z niemieckiego władcy, któremu wydawało się, że ma prawo mianować biskupów bez konsultacji, a nawet wiedzy Rzymu. Canossa – oto miejsce, gdzie dzieje Cywilizacji Zachodu zmieniły kierunek, gdzie papież rzucił na kolana władcę imperium, który uważał się za Katechona, czyli istotę chroniącą świat przed nadejściem Antychrysta. Henryk IV pojechał do Canossy jako Katechon, wprawdzie ekskomunikowany i pokonany, ale jako Katechon. Wrócił z Canossy jako człowiek, gdyż Katechoni nie klękają i nie błagają o zdjęcie ekskomuniki. Jeszcze 800 lat później Otto von Bismarck, uzasadniając antykatolicki Kulturkampf, obsesyjnie wracał do tematu Canossy jako do miejsca największego upokorzenia Niemiec w dziejach. I nie bez racji. Po Canossie cesarstwo było tylko polityczną wydmuszką, gdyż mistyczny blask władcy rozpadł się. Katechoni nie klękają i nie błagają w worku pokutnym.

Zaskoczył nas dojazd do Canossy. Tak krętą i wąską drogą, ciągnącą się przez wierzchołki górskie, chyba jeszcze w swoim życiu nie jechałem. Cały czas myślałem, co będzie, jeśli z naprzeciwka coś nadjedzie. Czy zdążymy się zauważyć? Jak się wyminąć? Potem kolejna myśl: jak te tłumy turystów tu dojeżdżają? Jak tu przejeżdżają autokary? Ale nasz samochodzik był sam jeden. W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie zdecydował się los Zachodu 940 lat temu. Zero turystów, nikogo. Widzimy tabliczkę, że stoimy przed muzeum państwowym w Canossie. Wszystko zamknięte – sjesta. Nawet w jedynej restauracji jest sjesta. Knajpa wprawdzie otwarta, ale nie podają niczego. Po godzinie brama otwarta. Wspinamy się, podziwiamy miejsce, gdzie cesarz niemiecki utracił swój mistyczny blask Katechona i gdzie Grzegorz VII stworzył papalistyczny Kościół, który nie podlega państwu doczesnemu, czyli Kościół katolicki, jaki znamy. Poza nami tylko dwójka turystów. Na pamiątkę kupujemy pocztówkę ze zdjęciem Józefa Ratzingera na zamku w Canossie. Trzeba było kupić to zdjęcie – w końcu to ostatni z papieży, który mógł wiedzieć, jaką rolę pełni ten zamek dla Tradycji katolickiej.

Jedziemy do Anagni. Oto małe miasteczko, które wydało aż czterech papieży, w tym największego eklezjalnego monarchę uniwersalnego w dziejach – Innocentego III, który zmieniał cesarzy jak rękawiczki. Parkujemy na placu Innocentego III i szybko zmierzamy do pałacu w Anagni, gdyż jest już późno i mamy pół godziny do zamknięcia. Oto miejsce, gdzie na początku XIV wieku grupa najemnych opryszków, opłacona i dowodzona przez francuskiego ministra Wilhelma Nogareta, napadła, ujęła i próbowała porwać Bonifacego VIII, autora słynnej bulli „Unam Sanctam”, który szykował właśnie dokument ekskomunikujący króla Francji Filipa Pięknego za samowolne podniesienie podatków. To tutaj, wedle późniejszej legendy, Biskup Rzymu miał zostać spoliczkowany przez francuskiego ministra za pomocą żelaznej rycerskiej rękawicy.

Wita nas zakonnica mówiąca wyłącznie po włosku, wyraźnie zdziwiona pojawieniem się turystów, a zagranicznych w szczególności. Łamanym włoskim komunikujemy cel naszego przybycia. Nawet nie ma biletów, tylko dobrowolny datek na katolicką szkołę w Ugandzie. Tym razem jesteśmy zupełnie sami i oglądamy salę, gdzie historia ponownie zmieniła kierunek świata, tym razem zwiastując zwycięstwo francuskiej monarchii narodowej nad uniwersalistycznym Kościołem.

Jedziemy do Akwinu. Najpierw do Roccasecca, czyli zamku hrabiów Akwinu, gdzie prawdopodobnie urodził się św. Tomasz – najwybitniejszy umysł po śmierci Platona i Arystotelesa. Wita nas tabliczka „muzeum państwowe”. Wszystkie objaśnienia tylko po włosku. Kolejne miejsce nie nastawione na turystów, zresztą poza nami jest ich tylko trójka. Co ciekawe, nigdzie nie ma informacji, że to tutaj urodził się Doktor Anielski. Ot, sobie, zamek condi di Aquino (hrabiów Akwinu). Zero prac rekonstrukcyjnych i konserwacyjnych. Wspinaczkę utrudniają spalone drewniane schody, których nikt nie naprawił. Po wizycie w ruinach zamku jedziemy do Akwinu i znajdujemy dom condi di Aquino z małą tabliczką, że mieszkał tutaj św. Tomasz. To też muzeum państwowe, oczywiście zamknięte na cztery spusty. Po drugiej stronie placu jest siedziba młodzieżówki włoskich komunistów i stowarzyszenia im. marksisty Antoniego Gramsciego. Znamienne to sąsiedztwo…

Konkluzja. Zjednoczone w XIX wieku przez liberalną włoską masonerię Włochy robią wszystko, co możliwe, aby zatrzeć pamięć o swojej katolickiej tradycji. Państwo wykupuje i czyni muzeami miejsca kojarzące się z potęgą papieską i tomizmem. Wolnomularskie państwo wydaje się celowo nie chcieć na nich zarabiać, ściągając tu tysiące turystów. Upaństwawia te miejsca tylko po to, aby doprowadzić je do ruiny fizycznej i zapomnienia. Państwo promuje zabytki antyczne i renesansowe, celowo zacierając pamięć o katolickiej tradycji Italii, gdy włoscy papieże rzucali na kolana cesarstwo niemieckie, a włoski filozof stworzył największy system filozoficzny po upadku świata antycznego. Ani ja, ani moja Żona nie uwierzyliśmy, że te zaniedbania są przypadkowe. Oto demoliberalizm.

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku Najwyższy Czas! i na nczas.com

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Ta inna Italia”

  1. Przecież nie tak dawno pisał Pan, że nie chciałby żyć w Średniowieczu i “dowodził” jak to źle się wtedy żyło?

  2. “…Po drugiej stronie placu jest siedziba młodzieżówki włoskich komunistów i stowarzyszenia im. marksisty Antoniego Gramsciego. Znamienne to sąsiedztwo…” – a kto zwycięzcom zabroni? Było słabe, zdechło, wygląda nato, że nawet tzw. Niebiosa olały toto tzw. długim falistym sikiem.

  3. @P.K> Zgodnie z zasadą “Pan Bóg nierychliwy…” istnieje możliwość że “tak zwane” Niebiosa dorzucą jeszcze swoje trzy grosze do tej sprawy. Inna rzecz, że niekoniecznie za naszego życia.

  4. @D.P.: Jeśli “krzydzicielami” są przedstawiciele tzw. “umiłowanego narodu wybranego” vel tzw. “starsi bracia”, to na tzw. Niebiosa bym nie liczył.

  5. @P.K. Czyli wg Pana tzw. “starsi bracia” są mocniejsi od Pana Boga? W takim razie powinien się Pan zacząć do nich modlić, albo przynajmniej przekonwertować się na ich religię.

  6. @P.K. Tak jak napisałem powyżej, jeżeli Pan rzeczywiście wierzy w to, co Pan napisał, powinien Pan zostać stronnikiem “starszych braci” i tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *