Ukraina – nasza, czy nie nasza wojna?

Konflikt za wschodnią granicą trwa już blisko półtora roku. Polska (z uporem godnym lepszej sprawy) angażuje się po jednej – majdanowej – stronie. Wszystkie możliwe media huczą o „rosyjskiej agresji” i „napadniętym” kraju. Dyżurne autorytety zapewniają również, że wspieranie Ukrainy jest „w polskim interesie”. Czy oby na pewno?

Mit pierwszy – „Ukraina broni całej Europy”

Choć trudno o bardziej głupie hasło (spłodzone zresztą przez kijowską propagandę) – zrobiło ono jednak w Polsce dużą karierę. Zwolennicy tego sloganu naprawdę twierdzą, że Europie grozi jakaś rosyjska agresja, przed którą bronią kontynent ukraińscy „heroje” – winniśmy więc tym ostatnim wdzięczność, uznanie i oczywiście broń (najlepiej za darmo).

Majdanowi krzykacze nie zauważają jednak, że dzisiejsza Federacja Rosyjska nie jest Związkiem Radzieckim, który uprawiał wojny z przyczyn ideologicznych (głosił hasło rewolucji wszechświatowej). Nie jest też państwem typu dawnej Turcji Ottomańskiej, która utrzymywała się z haraczu od podbitych ludów, więc ze swej natury musiała podbijać ich coraz więcej.

Rosja (ze swego punktu widzenia) zachowuje się całkiem racjonalnie – wspiera rosyjskojęzyczną ludność tuż przy swojej granicy (podobnie jak II RP wspierała powstania wielkopolskie i śląskie). Nie ma natomiast ani możliwości, ani interesu w napaści na państwa UE i NATO, gdzie nie ma ludności rosyjskiej.

Stąd prosty wniosek – NIE jest w polskim interesie mieszanie się w konflikt, który nas nie dotyczy. Dzisiejsza Rosja nie stanowi dla Polski bezpośredniego zagrożenia.

Mit drugi – „Krym należy do Ukrainy”

Wybitnie niemądre ze strony naszych „elit” jest również powtarzanie o „ukraińskim Krymie”, i odmowa uznania faktów dokonanych (w tym krymskiego referendum). Nasi przywódcy zdają się nie zauważać, że większość ludności półwyspu stanowią Rosjanie, którzy najzwyczajniej NIE chcieli żyć w ukraińskim państwie (już w 1992 próbowali secesji). Nie wiedzą również (albo wiedzieć nie chcą), że Krym nigdy w historii nie był etnicznie ukraiński.

Śmiesznie i żałośnie brzmią zaklęcia o „naruszonej integralności terytorialnej” (w kontekście uznania przez Polskę Kosowa) i „referendum niezgodnym z ukraińskim prawem” (w kontekście poparcia dla majdanowego puczu, dokładnie tak samo „niezgodnego z ukraińskim prawem”).

Wniosek? Otóż NIE jest w polskim interesie zaklinanie rzeczywistości, i upieranie się przy granicach z czasów radzieckich – wbrew woli krymskiej ludności. Nie tylko nie mamy możliwości zmienić obecnej sytuacji, ale też nasza wiarygodność spada niemal do zera.

Mit trzeci – „Nasi ukraińscy bracia”

Niejeden z krajowych „znawców” (celował w tym zwłaszcza „ekspert” Paweł Kowal) sięgał po argumenty natury emocjonalnej – oto „naszych ukraińskich przyjaciół” napadła złowroga Rosja, trzeba więc pomóc „braciom” w potrzebie, bo to ładnie i moralnie.

Warto więc się przyjrzeć, jaka to ideologia króluje dzisiaj w kraju naszych „przyjaciół”. Jest to ideologia najgorsza z możliwych, mianowicie kult banderowców. Nie dość było pomników nazistowskich zbrodniarzy typu Bandera czy Szuchewycz, nie dość było szykanowania resztek kresowych Polaków gdzie się tylko da…

Szczytem dyplomacji naszych „przyjaciół” było przyjęcie uchwały ku czci OUN-UPA (ugrupowania winnego rzezi Polaków na Wołyniu) akurat w czasie wizyty prezydenta Komorowskiego w Kijowie. Wyjątkowo niesmaczne w tym kontekście było radosne ćwierkanie naszej głowy państwa o „wielkim narodzie” i jego „bohaterskiej walce”.

Wniosek prosty – NIE jest w polskim interesie wspieranie państwa, które nazistowskich zbrodniarzy uznaje za bohaterów, a polskich kresowiaków szykanuje jak może, np. na polskiej szkole we Lwowie umieszczono tablice ku czci… dowódcy UPA, Romana Szuchewycza (wyobraźmy sobie żydowską szkołę w Berlinie z wizerunkiem Heinricha Himmlera czy Hansa Franka).

Aż chciałoby się powiedzieć, że jak ktoś ma takich „przyjaciół” jak majdanowa, banderowska Ukraina – to wrogowie nie są już mu potrzebni.

Mit czwarty – „Majdanowa rewolucja godności”

W polskich mediach pokutuje także mit o spontanicznym zrywie Ukraińców, którzy obalili złego tyrana w nadziei na lepsze życie (w czym oczywiście przeszkadza im wredna Rosja). Tyle tylko, że obalony Janukowycz był jak najbardziej legalnym (choć marnym) prezydentem, a „spontaniczny” majdanowy cyrk rozkręcili oligarchowie, z błogosławieństwem USA oraz Izraela.

Przeciętny Ukrainiec nie zyskał na majdanowych rządach – w ciągu roku kurs hrywny spadł na przysłowiowy „pysk”, a kraj stał się najbiedniejszy w całej Europie. Zyskali za to oligarchowie – tacy jak prezydent Poroszenko, czy niesławny Igor Kolomojski (zupełnym przypadkiem lider jednego ze związków żydowskich na Ukrainie).

Wniosek nasuwa się sam – NIE jest w polskim interesie wspomaganie oligarchów znad Dniepru, którzy energicznie rozkradają swoje państwo już ćwierć wieku. Nie mamy też interesu w nakręcaniu konfliktu, który skutkuje tylko coraz to większą liczbą ukraińskich imigrantów w naszym kraju (zawsze chętnych na polskie stypendia, zapomogi i zasiłki).

Tak swoją drogą, Kijów już jedną rewolucję przerabiał – mniej więcej przed dekadą. Wtedy przynajmniej było o co walczyć, bo protesty wybuchły przeciwko sfałszowaniu wyborów. Nietrudno zauważyć, że po 10 latach Ukraina wróciła do punktu wyjścia.

Realpolitik? Z czym to się je?

Ma rację Leszek Miller, mówiąc że uznanie UPA za bohaterów jest dla Polski policzkiem. Ma rację Viktor Orbán, który zamiast wspierania „ukraińskich braci” robi interesy jak z Kijowem, tak z Moskwa (w myśl starej zasady, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta). Mają po trzykroć racje Grzegorz Braun i Janusz Korwin – Mikke, mówiąc że „nasza wojna” nie toczy się na Ukrainie, tylko w Syrii (gdzie trwa ludobójstwo chrześcijan), a wrogowie Europy nie siedzą na Kremlu w Moskwie, tylko w meczetach w Paryżu i Brukseli.

Nic to jednak dla naszych drogich przywódców (i wiodącej partii opozycyjnej). Mniejsza o rachunek zysków i strat, mniejsza o polską ludność na Kresach, mniejsza o kult zbrodniarzy spod czerwono-czarnej flagi. Najważniejsze, żeby zrobić na złość wstrętnej Rosji. Na koszt polskiego podatnika, oczywiście.

Michał Wirtel
http://thepolandtimes.com

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Ukraina – nasza, czy nie nasza wojna?”

  1. Jakoś ostatni przypadek egzekucji strzałem w głowę dwóch kobiet, matki i córki, przez ukraińskich żołnierzy wcale mnie nie dziwi. Ta egzekucja to wierzchołek góry lodowej, a jednocześnie dobrze pokazuje obraz “przyjaciół Ukraińców”. I tak lżejsza śmierć, niż na Wołyniu czy w Odessie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *