Wipler: Moją rodziną polityczną są konserwatywni liberałowie spod znaku JKM

Czy chcę tego czy nie, moją rodziną polityczną są konserwatywni liberałowie spod znaku JKM. W tym środowisku stawiałem pierwsze kroki, budowałem swoją tożsamość. Jak wielu z naszego środowiska, wyszedłem z niego i w ramach filozofii „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” szukałem najlepszego miejsca, z którego można realnie zmieniać Polskę w duchu wartości, w które wierzę. Po wielu doświadczeniach definiuję się jako republikański wolnościowiec. Wiem, co różni mnie od wielu konserwatywnych liberałów; wiem też, w co wierzymy wspólnie. Tego drugiego jest na tyle dużo, że powinniśmy maszerować razem. Walcząc o wolność i dając nadzieję, że uda nam się to robić skutecznie.

Rozpoczynając „Ortodoksję”, Chesterton tłumaczy, dlaczego i po co napisał taką książkę. Opisuje drogę, którą przeszedł, i jak doszedł do poglądów, które reprezentuje, i wartości, które wyznaje. Zacznę tak jak on, bo nasza droga jest w warstwie symbolicznej analogiczna. Chesterton daje dla tej drogi przykład angielskiego żeglarza, który przez błąd w obliczeniach był przekonany, że odkrywa właśnie nieznaną wyspę na Morzach Południowych, a odkrywa starą, poczciwą Anglię. I często tak właśnie jest – człowiek musi przejść świat dookoła, by odkryć, że jego dom jest w jego domu. Tak bywa również w wymiarze społecznym i politycznym – i ja tego doświadczyłem.

W wakacje 1998 roku na Dworcu Centralnym w Warszawie kupiłem po raz pierwszy „Najwyższy CZAS!”. W październiku tego samego roku przeczytałem w nim, że pod ambasadą Wielkiej Brytanii na Alejach Ujazdowskich odbędzie się manifestacja przeciw aresztowaniu generała Pinocheta. Byłem wtedy studentem drugiego roku prawa i z całą ekipą poszliśmy na ten protest, podczas którego po raz pierwszy zetknąłem się z Januszem Korwin-Mikkem. Ponad sto osób, młodych lub bardzo młodych, JKM przemawiający przez megafon po polsku i angielsku, zaproszenie na spotkanie otwarte z nim organizowane w sali Stronnictwa Demokratycznego na Chmielnej. Chwyciłem bakcyla wolności. Wynikające z mojego charakteru i temperamentu naturalne umiłowanie jej znalazło fantastyczne otoczenie i pożywienie intelektualne, by się rozwinąć i owocować.

Potem poszło już z górki – oddział stołeczny UPR, tworzenie KoLibra, od 1999 roku praca w redakcji „Najwyższego CZASU!”. Rozpocząłem wtedy najbardziej fantastyczny w wymiarze intelektualnym okres w moim życiu. Zgodnie ze słowami klasyka, by pisać, musiałem być ostry jak brzytwa, a więc dużo czytać i dyskutować – i tak właśnie się działo: Hayek, Rothbard, Mises, Friedman, Ayn Rand, ale też Michael Novak, Richard John Neuhaus czy inni autorzy wolnościowo interpretujący encyklikę „Centesimus Annus” Jana Pawła II.

W 2000 roku dostałem propozycję objęcia stanowiska rzecznika prasowego UPR, co było o tyle słabe, że Janusz Korwin-Mikke wyjątkowo jak na polityka nie potrzebował rzecznika prasowego. Wiedząc, że moimi poprzednikami byli Łukasz Warzecha i Rafał Ziemkiewicz, przyjąłem tę propozycję JKM jako wyróżnienie i zaszczyt. W 2000 roku do tych doświadczeń doszła praca w Centrum im. Adama Smitha, a później praca zawodowa doradcy podatkowego w największych firmach tej branży (Deloitte i E&Y) i praca wykładowcy akademickiego.

Rozejście z UPR jako partią przyszło jako konsekwencja dużej ilości pracy i braku czasu na działalność społeczną, a zwłaszcza polityczną. Straciłem nadzieję, że możemy osiągnąć sukces bez daleko idących kompromisów ideowych, programowych, personalnych, poszedłem więc z wieloma kolegami z naszego środowiska w pracę u podstaw.

W największym skrócie: zwyciężyło przekonanie, że umiłowanie prawdziwej wolności, silnie chronionej własności i klasycznie rozumianej sprawiedliwości jest bliskie tak małej liczbie Polaków, iż trzeba starać się prowadzić polityczną pracę organiczną tam, gdzie to jest możliwe. A mając do wyboru współpracę z udającą prorynkową Platformą lub populistycznym w wymiarze społecznym Prawem i Sprawiedliwością, wybrałem obniżające podatki i składki PiS Zyty Gilowskiej. I wiem, że wiele osób o poglądach nam bliskich nadal idzie tą drogą. Jednocześnie ze względu na kilka czynników ja sam nie mogłem dalej podążać tą drogą. Stałem się jedną z twarzy PiS w tematyce gospodarczej, co było w porządku, gdy zaskarżałem podniesienie składki rentowej do TK, walczyłem o otwarcie dostępu do zawodów czy składałem projekt ustawy przywracającej prawo do odliczenia VAT od samochodów i paliwa.

Taka rola stała się jednak nie do zniesienia w sytuacji, w której miałem tłumaczyć wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego zapowiadającego likwidację podatku liniowego dla przedsiębiorców, wprowadzanie nowych parapodatków w ramach „Narodowego Programu Zatrudnienia”, przywrócenie trzeciego progu PIT i usiłującego przekonać słuchaczy, że urzędnicy wydadzą cudownie wyczarowany bilion złotych na „skok rozwojowy” naszej gospodarki.

Po wielu próbach i doświadczeniach wiem, że lepiej, dużo lepiej znoszę przesadę retoryczną ludzi, którzy mają wspólne ze mną marzenia o Polsce, niż populizm ludzi gotowych wbrew sobie opowiadać głupoty, mając nadzieję, że schlebiają tym wyborcom i myślą, że wygadywaniem głupstw kupują sobie głosy. Dużo lepiej czuję się z ludźmi, którzy wierzą i swoim działaniem pokazują, że ekstremizm w obronie wolności nie jest złem, a umiarkowanie w obronie sprawiedliwości nie jest cnotą.

Dlatego podpisałem deklarację o współpracy politycznej z JKM i wracam do publikacji w „Najwyższym CZASIE!”. Będę pisał o tym, co się dzieje w Sejmie i co z tego wynika dla nas. Będę pisał o tym, jak walczyć o wolność; o tym, co jej aktualnie zagraża. A jednocześnie będę starał się Wam dawać nadzieję, że to, co robimy, jest konstruktywne i ma szanse na sukces. Nasz czas nadchodzi.

Przemyslaw Wipler

nczas.com

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Wipler: Moją rodziną polityczną są konserwatywni liberałowie spod znaku JKM”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *