Wojna zastępcza

Przykro mi, ale co robi 22 spoconych chłopów z jakimś pęcherzem całkowicie i zupełnie mnie nie podnieca. Zainteresowanie sportem uważam za rozpoznaną już w starożytności aktywność zastępczą, mającą kanalizować potrzebę identyfikacji grupowej i chęć rywalizacji, a także służyć ukierunkowaniu i wyładowaniu agresji. Słowem – stanowić substytut wojny i polityki dla osób i całych grup, które tymi dwoma poważnymi zagadnieniami zajmować się nie powinny. Od czasu starć „Niebieskich” i „Zielonych” na ulicach Rzymu i Bizancjum nic się w tym zakresie nie zmieniło. Co ciekawe zresztą, już wtedy jednak spory kibiców miały charakter quasi-polityczny, a w każdym razie z polityką związany. Wówczas wynikało to ze specyficznego przemieszania tyranii z ochlokracją, co poniekąd odpowiada zresztą realiom współczesnym, w którym rządy oligarchii również zaprawione są ciągłym zerkaniem na tendencje kreowane wśród plebejuszy.

Oczywiście, obracając się w życiu publicznym w realiach tzw. „demokracji” – sportu ignorować całkowicie nie sposób. Podobnie zresztą trzeba znać popularne seriale, kultowe filmy, czy witze rzucane w reklamach – w przypadku ignorancji w tych sprawach lądujemy bowiem poza kodem kulturowym i tracimy możliwość komunikowania się z przedmiotem polityki (niesłusznie uznającym się zresztą za jej podmiot). Inna kwestia, że poczucie więzi społecznej, czy wspólnoty instynktów np. z grupami kibicowskimi bywa złudne. W kręgach dziennikarskich popularny jest bon mot drwiący z redakcji sportowych, iż ich praca jest całkowicie zbędna, bowiem kto interesuje się sportem i tak zapewne nie będzie w stanie przeczytać newsów na ten temat… Jest to pewne przerysowanie, nie mniej (samemu mając bardzo pozytywne doświadczenia ze współpracy na niwie polityczno-ideowej z kibicami Motoru Lublin, czy Chełmianki) mam poważne wątpliwości, czy energii wyładowywanej na stadionach wystarczy na obsłużenie jeszcze jakichś zadań natury publicznej, z samym udziałem w wyborach włącznie.

Tak bowiem, jak ja wzruszam ramionami na widok moich kolegów szlochających z rozpaczy czy szczęścia po jakimś meczu, tak oni nie mogą pojąć co ja widzę w polityce. Ich zdaniem to ich rywalizacja jest prawdziwa, dająca satysfakcję i zrozumiała, w przeciwieństwie do brudnej, zakłamanej i całkowicie niepojętej aktywności politycznej. I w normalnych warunkach (tj. rządu mieszanego, a w każdym razie braku demokracji) – to właśnie owi kibice mieliby rację! Rządzić (czy przynajmniej politykować) mają ci, co chcą i umieją, a nie ogół. Sęk w tym, że żyjemy w czasach, gdy zasada działania systemu generalnie właśnie tak wygląda – ale przekaz programowy jest skierowany dokładnie przeciwnie, niż byśmy chcieli.

Pojawia się więc u wielu dyskutujących myśl czysto praktyczna, aby spór o „stadionowe bezpieczeństwo” potraktować czysto utylitarnie. Kibice mieliby być zorganizowaną grupą społeczną o czytelnym zakresie autoidentyfikacji, którą można by wykorzystać w bieżącej walce politycznej jako broń przeciw rządowi. Pomysł ten wydaje się kuszący, jednak ma kilka słabych punktów: po pierwsze wspomniane wyżej ograniczenie zainteresowania tych środowisk wyłącznie do kwestii stricte kibicowskich i to, jak się wydaje, zawężonych w dużej mierze do własnego klubu. Dla przykładu – czy wojna Legii z TVN-em przełożyła się na szersze poparcie ze strony innych klubów? Czy też panowała raczej schadenfreude ze względu na problemy nielubianych w kraju „chłopaków z Łazienkowskiej”? Oczywiście – obecna kampania sprzyja budowaniu wspólnego sprzeciwu wobec propagandy rządowo-gazetowej, jednak nienawiść międzyplemienna i tak zapewne okaże się ostatecznie silniejsza. Bezdyskusyjnie należy doceniać patriotyczne instynkty kibiców, niektóre oprawy stadionów są naprawdę wzruszające, miły jest deklarowany nacjonalizm tych kibiców, którzy zachowują sceptycyzm wobec gry elementów obcych etnicznie w barwach danego klubu itp. Można więc zakładać, że na takim podglebiu teoretycznie wykonalna jest praca formacyjna – i zapewne lepiej, gdyby nie wykonał jej np. PiS, już strojący się w szaliki. Jednak kibicowanie kibicom w ich pyskówce z rządem siłą rzeczy sprzyja póki co kaczystowskim insurgentom, a więc tym, którzy najbardziej zachwycają się rymowanką o matole i obalaniu gabinetu. Co zabawne, dotąd to PiS był w forpoczcie wojny z szalikowcami, choćby przez zgłoszenie śmiesznego projektu ustawy anty-nożowej. Była to zresztą postawa naturalna u partii skupiającej w dużej mierze przedwcześnie podstarzałych jegomościów z brzuszkami, z odrazą patrzących na aktywność fizyczną kolegów z PO…

Oczywiście nie zmienia to faktu, że środowiska kibiców mają wiele racji: jasne, że atak przeciw rzekomym „stadionowym chuliganom” przypomina do złudzenia osławioną pseudo-kampanię anty-dopalaczową. Racja, że proponowane przez rząd „rozwiązania” – polegające na zwiększeniu policyjno-urzędniczej kontroli nad zachowaniami, które obywatele z powodzeniem regulują między sobą – są nie do przyjęcia i wpłyną raczej na eskalację negatywnych zjawisk, a nie na ich stłumienie. Sęk w tym jednak, że w tym przypadku nawet uznanie racji kibiców (czy raczej odmówienie jej rządowi) nie jest rozwiązaniem właściwym – bowiem to sam spór należałoby kontestować. Dokonując słusznej krytyki zaniechań Tuska i kolejnych zamachów jego ekipy przeciw wolnościom obywatelskim nie należy wpadać w euforię na sam widok kolejnego frontu walki zastępczej, otwartego przez rządowych PR-owców. Co innego, gdyby w sposób jasny wojna ta prowadzić mogła do zdecydowanego osłabienia pozycji obecnego establishmentu. Ten jednak co utraci (?) wśród kibiców, to nadrobi w kręgach podatnych na propagandę anty-chuligańską. Same zaś podstawy systemu rządów – pozostaną po tym meczu niewzruszone.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Wojna zastępcza”

  1. Przytomny i ważny artykuł w dyskusji o kibicach. I co najważniejsze, że w przeciwieństwie do niektórych artykułów postendeckich „intelektualistów” strojących się w piórka arbitra elegantarum- obiektywny w ocenie kibiców. Wydaje mi się jednak Panie Konradzie, że warto poprzeć w tej wojence kibiców z kilku powodów. Pierwszy jest strategiczny: osłabia wpływ Gazety Wyborczej i TVN, TVN24 w społeczeństwie. Czym większy zasięg bojkotu tych mediów i nagłaśniania ich kłamstw, tym lepiej dla środowisk odwołujących się do endeckiej tradycji. Tutaj paradoksalnie razem ze środowiskami romantyków politycznych i styropianowców spod znaku PiS mamy wspólnego wroga. I kwestia druga: od ponad dwóch dekad regularnie chodzę na mecze (przez ponad dekadę urzędowałem na Żylecie) i od podszewki znam mentalność kibiców. Uważam, że póki co nie ma zagrożenia przejęcia i zagospodarowania przez PiS środowisk kibicowskich. Np. w Warszawie kibice doskonale pamiętają jak Marcinkiewicz i Ziobro w 2006 r. robili to samo co dzisiaj Tusk kreując się na szeryfów po zajściach na Starówce. Poza tym proszę zwrócić uwagę na komentarze na forach kibicowskich zachęcające do głosowania na PiS „na złość Tuskowi”. Od razu taki delikwent jest zrugany przez resztę żeby polityki partyjnej nie robił. Kwestia trzecia: antagonizmy pomiędzy kibicami poszczególnych klubów są silne- to prawda. Ale to środowisko ma to do siebie, że jeśli ktoś z zewnątrz ingeruje w ich „życie wewnętrzne” automatycznie staje się celem numer jeden i wówczas animozje zanikają na czas wojny z „wrogiem zewnętrznym”. Dlatego uważam, że bardzo umiejętnie i z wyczuciem specyfiki środowiska kibiców trzeba te pozytywne wśród kibiców, patriotyczne nastroje podtrzymywać i wyłapywać poszczególne jednostki wśród nich, które wykazują większe niż werbalne zainteresowanie polityką. Brawa dla konserwatyzm.pl i prawica.net, że zainteresowały się tym zagadnieniem. Gratuluję ciekawego artykułu i pozdrawiam serdecznie Panie Konradzie.

  2. „Dla przykładu – czy wojna Legii z TVN-em przełożyła się na szersze poparcie ze strony innych klubów? Czy też panowała raczej schadenfreude ze względu na problemy nielubianych w kraju „chłopaków z Łazienkowskiej”?” Legia w walce z ITI miała poparcie na stadionach w całej Polsce, a nawet za granicami naszego kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.