Wspomnienie o Adolfie Bocheńskim

Adolf Bocheński, urodzony w 1909 r., był najmłodszym z czworga rodzeństwa. Najstarszym bratem był Franciszek, obecnie dominikanin i profesor filozofii uniwersytetu papieskiego, urodzony w 1902, potem Aleksander, obecny poseł na sejm, wybrany podczas wyborów w styczniu 1947, urodzony w 1904, potem siostra Olga, urodzona w 1905. W domu nazywano dzieci: Runio, Olo, Olusia, a najmłodszego Adzio.

Adzio był typowym „wunderkindem”, czyli dzieckiem o inteligencji rozwiniętej ponadnormalnie, dzieckiem o inteligencji dorosłego człowieka. Nie raziło to jednak w tej rodzinie, w której wszystkie dzieci były ponadprzeciętnie umysłowo rozwinięte. „Nasz najstarszy brat Runio był o siedem lat starszy od Adzia, ja o pięć, nasza siostra Olga o cztery – pisze Aleksander Bocheński w swych nie drukowanych wspomnieniach. – Ponieważ właściwie życie rodzinne trwało do wybuchu I wojny światowej, Adzio nie brał w nim udziału. Było ono niesłychanie bujne. Przeżywaliśmy fazy zainteresowań, w których dochodziliśmy do ostatnich granic zapamiętania. Była faza religijna, kiedy każdy mebel był zamieniony w kaplicę i ozdobiony krzyżami. Faza techniki (tę przeżywał Runio sam), w której wynalazł telegraf bez drutu czy telefon bez drutu i zmontował mnóstwo aparatów; faza handlu i faza bankowości, kiedy krzemienie były monetą, prowadzona była księgowość. Wreszcie faza wojenna, gdy Runio miał już dziesięć lat, kiedy mieliśmy regulaminy strzeleckie, i żołnierze kartonowi i ołowiani leżeli ogromnymi kupami, w dziesiątkach i setkach. Była też faza prawnicza, pamiętam nawet jej okres – było to podczas naszego pobytu w Brodach, a więc w 1918 r. Runio pisał wtedy „Kodeks praw Mamusi”, aby ująć wreszcie w reguły stałe i znane wszystkim to, co jest zakazane i nakazane dzieciom. Wreszcie polityka, sejmik. Przewracało się do góry podwójną ławeczkę kwadratową, przykrywało jakąś popielatą firanką i odbywało się narady. Runio reprezentował rząd, a nas troje, pod moim przywództwem, opozycję.

Runio był poetą, gdy miał lat dziesięć. Ja pisywałem wiersze całą młodość. Poemat Runią pisany trzynastozgłoskowcem opiewał wojnę światową, został napisany w dwa miesiące po jej wybuchu, pamiętam, jak przepisywałem go i uczyłem się na pamięć, by zachować na wypadek, gdyby egzemplarze przepisywane przepadły. W r. 1912 pisaliśmy pisemko pt. „Głos Domu” wypełnione całkowicie przez Runia. Potem kilka razy ja znowu wy-dawałem pisemka domowe. Nasza siostra wierszy nie pisywała, ale władała bardzo ładną poetyczną prozą. Runio mając lat dwanaście napisał komedyjkę wierszem. Ostatnie jej wersety brzmiały: Profesor: O tempora. O mores. Uczeń: O głupie professores. Już z tych kilku zdań Aleksandra Bocheńskiego widzimy, że rodzeństwo Adzia było inteligentne, pełne inicjatywy, myślowo niezależne, zawadiackie…

Tutaj dygresja wspominkowa. Korepetytorem Runia Bocheńskiego był niejaki Ludwik Stolarzewicz, który potem zyskał w Polsce przykrą, tragikomiczną sławę. Oto kiedy powstała w Polsce, powołana przez premiera Janusza Jędrzejewicza, Akademia Literatury i zaczęła rozdawać swoje złote wawrzyny i srebrne wawrzyny, to ludzi zaczęła krew zalewać ze złości. Każda seria tych wawrzynów wściekała wprost publiczność, ponieważ uważano, iż rozdawane są tak głupio. Nieszczęsny Ludwik Stolarzewicz także za coś dostał srebrny wawrzyn, wobec czego mój współpracownik w „Słowie”, dr Charkiewicz, wynalazł, że ten Stolarzewicz ukradł czy nie oddał, czy przywłaszczył sobie jakieś książki z jednej z bibliotek wileńskich. Wszyscy zaryczeli z radości z powodu tej informacji. Oto, komu Akademia nadaje swoje obrzydliwe wawrzyny! A krakowski „Ikać” zamieścił zgrabny wierszyk: Od rzemyczka do sandału, Od książeczki do foliału, Kradnąc wciąż, mój synu, Wnet dokradniesz się wawrzynu

Stolarzewicz także z Ponikwy pozabierał jakieś książki i dokumenty. Musiał więc być maniakiem-zbieraczem książek, jacy dość często się zdarzają. Ale chłopców Bocheńskich uczył patriotycznych piosenek i Adzio oburzał się na nagonkę na niego, uważając, że jest nieszlachetna.

Adzio był „wunderkindem” zgoła wyjątkowym. Mając lat pięć uczy się czytać jak wszystkie dzieci, ale uczy się czytać na dziele prof. Mariana Kukiela: Dzieje oręża polskiego w dobie napoleońskiej i prędko umie tę książkę prawie na pamięć. Rozprawia z rodzicami o przebiegach różnych bitew, sypie nazwiskami oficerów, żyje wprost epoką Napoleona. W bibliotece w Ponikwie była jeszcze za czasów wojny książka z nadpisem ręką Adzia: „Kupiłem tę książkę u Tulei 15 września 1922 za 5 franków szwajcarskich”. Tuleja był to antykwariusz we Lwowie, książką kupioną przez trzynastoletniego wówczas Adzia był Clausewitz, słynny teoretyk strategii i sztuki wojennej. Ale jest jeszcze wcześniejsze wspomnienie o Adziu, jako o dziecku czteroletnim. Raz w nocy matka zobaczyła, że nie śpi i klęczy w swoim łóżeczku. „Co ty robisz? – zapytała. – Modlę się za księcia Józefa” – odpowiedział Adzio.

Czyż w tej anegdocie o czteroletnim dziecku nie ma już czegoś podobnego do śmierci pod Anconą? Adolf Bocheński zginął, ponieważ ranny i nie wyleczony rozbrajał miny z taką pogardą śmierci, że wreszcie musiał zginąć. I czy znów nie przyjdzie nam do głowy Norwid: Gdy koniec życia szepcze do początku…. 

Wunderkindostwo, jak każda rzecz niezwyczajna, ludziom albo imponuje, albo ich śmieszy i drażni. Korepetytorem Adzia był pan Roman Kamiński, od którego otrzymałem szereg cennych dla biografa wiadomości. Lekcje z Adziem rozpoczął w 1922 r., kiedy ten miał lat trzynaście. „Nie znając systemu nauki Adzia – pisze o swym uczniu – wyznaczyłem mu tygodniowy rozkład zajęć, przewidując dziennie od dwóch do pięciu godzin pracy ze mną oraz pewną ilość godzin nauki samodzielnej. Obliczenia te okazały się niemożliwe do urzeczywistnienia. W tym czasie Adzio studiował wojnę rosyjsko-japońską i kiedy przyszedłem do niego po raz pierwszy, mój uczeń leżał na kocu na ziemi z rozłożonymi przed sobą mapami i kreślił szkice różnych faz operacji pod Laoianem. Okrągłym ruchem wskazał mi głęboki fotel i gazety, i książki na stole rozłożone, sam jednak nie odrywał się od swojej lektury. Udzielił mi chętnie wyjaśnień co do zasad strategii, która go wówczas pasjonowała, ale nie chciał się zajmować bieżącą nauką szkolną. (…) Miał się uczyć w domu, ale zdawać egzaminy w szkole. Istotnie, na trzy miesiące przed egzaminami zabierał się do szkolnej pracy i zdawał egzaminy z odznaczeniem, przy tym wykładowcy z historii zabiegali u wykładowców matematyki, fizyki i przyrody o podwyższenie stopni, aby świadectwo lepiej wyglądało. (…) Nauczyciele historii byli Adziem zachwyceni. Przysłuchiwałem się tym egzaminom z historii. Od pierwszego pytania Adzio opanowywał sytuację, sam zamieniał się w wykładowcę, perorował, wypowiadał teorie, polemizował sam z sobą, sypał analogiami z innych epok dziejowych, a wykładowca, zdziwiony, nie przerywał mu, lecz słuchał z zainteresowaniem”.

”W połowie r. 1924 matka Adzia w „ostrej formie” oświadczyła panu Kamińskiemu, że Adzio się nie uczy, a to, że zdaje z dobrymi wynikami, nie ma żadnego znaczenia, ponieważ w gimnazjum w Brodach są dla niego względni. Było to bardzo niesprawiedliwe i pan Kamiński idzie do swego ucznia z pytaniem, co teraz robić. Adzio zdecydował: „Wobec tego będę zdawał we Lwowie”. Rodzice wybrali mu IV gimnazjum klasyczne, które uważane było za najbardziej surowe. W czasie egzaminów Adzio wyszedł z sali konferencyjnej trochę podniecony: „Bardzo nieprzyjemna historia, ma być egzamin z geografii, której nie przygotowywaliśmy”. W ciągu godziny przeglądali podręcznik Geografia Polski Pawłowskiego. Egzamin trwał niewiele krócej, Adzio zdał go z postępem „dobrym”. Był to egzamin z klasy piątej. Z klasy szóstej Adzio znów zdawał w Brodach, ponieważ wynik egzaminu lwowskiego niczym się nie różnił od poprzednich. 

Rodzice Adzia wymogli jednak, aby zaczął uczęszczać do klasy siódmej, uważając, że potrzebny mu jest kontakt z rówieśnikami itd. Był to pomysł nieudany. Adzio jako uczeń w klasie był krnąbrny, niezdyscyplinowany, nudził się na lekcjach, zadawał impertynenckie pytania. Cenzura była o wiele gorsza od stopni uzyskiwanych na egzaminach, Adzio uznał, że sprawdza się jego zdanie, że na naukę w szkole szkoda czasu, i po prostu przestał chodzić do gimnazjum.

Rodzice ustąpili.

Jesienią 1927 r. Adzio zdał maturę. Pan Kamiński w swych wspomnieniach nie tylko zachwyca się inteligencją swego byłego ucznia, ale także siłą jego woli. Adzio się jąkał, postanowił usunąć ten defekt i przez cały rok brał lekcje u specjalisty, wykazując niesłychaną cierpliwość w czasie męczących i nudnych ćwiczeń, aż wreszcie pozbył się jąkania prawie zupełnie. Był to r. 1924, Adzio miał wtedy lat piętnaście. Albo inny przykład. Adzio nie mógł się nauczyć pływania. Opadał na dno jak kamień mimo rozpaczliwych ruchów rąk i nóg. Nawet z pasem korkowym nie umiał utrzymać się na wodzie. Wreszcie postanowił się przemóc, wziął trenera i w ciągu sześciu tygodni przeistoczył się w pływaka umiejącego się trzymać godzinami na wodzie.

Nie jestem lekarzem-psychologiem. Ale interesowałem się dziećmi-wunderkindami i ich późniejszymi losami. Nadmierny rozwój inteligencji u dzieci nie oznacza wcale, że te dzieci będą szczęśliwe w życiu. Także naukowe metody myślenia zaszczepione zbyt wcześnie niekoniecznie dają dobre rezultaty. Znałem logiczne matki, które powiadały: Po co mam dzieciom opowiadać bajki, wolę im opowiadać prawdę, i zamiast opowiadania bajek uczyły historii Polski. Matki takie nie wiedziały, że po pierwsze historia, której się uczy dzieci, co do zawartości prawdy niczym się od bajek nie różni. Bajki opowiadają o faktach, których nie było, ale podręczniki historii wypełnione są zakłamaniem form życia, zakłamaniem właściwych intencji w działaniach tych ludzi, o których opowiadają. Natomiast usuniecie bajek z wychowania dzieci nie daje rozwinąć się fantazji. Aby zostać powieściopisarzem, poetą, wynalazcą, wielkim artystą, w ogóle kimś, któremu do sprawowania zawodu potrzebna jest praca wyobraźni, trzeba koniecznie słuchać bajek w dzieciństwie.

Adzio uczył się czytać na Kukielu. Jeżeli mdliło go od zwykłego elementarza, czy Wiązania Helenki, należało mu raczej podsunąć Andersena. Ścisłość i realizm rozumowania w wieku pięcioletnim utrudnia później pracę polityczną, zwłaszcza w… Polsce. Nie kalkulacje polityczne, lecz emocje, lecz echa bajek rządzą naszym społeczeństwem.

Wunderkindostwo jest jak książęce pochodzenie. Ludzie uważają je za szczęście, aż przychodzi rewolucja i tytuł książęcy staje się niebezpiecznym obciążeniem.

Jak już napisałem, będę (…) szukał przyczyn, dlaczego Bocheńskiemu, pomimo jego niezwykłej, anormalnej ilości kalorii w mózgu i silnej woli, życie się właściwie nie udało. Dlaczego nie zdobył sobie w Polsce kierowniczego stanowiska? Powiedziałem już, że będę szukał odpowiedzi na pytania, czy była temu winna Polska, czy on sam, czy też jego środowisko i jego ideologia. W tym rozdziale bliscy jesteśmy jego samego. Weźmy więc pod rozwagę, że wunderkindostwo podobne jest trochę do choroby śpiączki, która polega nie na tym, że człowiek ciągle śpi, lecz na tym, że sen przychodzi w sposób nienormalny, że zaburzone jest normalne działanie snu. Człowiek chory na śpiączkę przez pół roku jest ciągle senny, a przez pół roku cierpi na bezsenność. Wundenkind w dzieciństwie jest jakby człowiekiem dorosłym, natomiast w wieku dojrzałym często pozostaje dorosłym dzieckiem, nie w dziedzinie inteligencji oczywiście, lecz przeważnie w reakcjach uczuciowych. Wunderkindostwo polega na zaburzeniu normalnego rozwoju człowieka.

Adzio był nie tylko człowiekiem niepospolicie inteligentnym, nie tylko miał silną wolę i upór w pokonywaniu rzeczy trudnych dla siebie, lecz także był bardzo dobry, współczujący, dobroczynny. Jako dziecko rozdawał wszystko, co miał, wykazywał przewrażliwione współczucie dla biednych. A jednak to dzieciństwo nie przeszło bez nuty wręcz tragicznej i ponurej. Oto Adzio miał straszny wypadek w dzieciństwie. W 1924 r., kiedy miał lat piętnaście, przypadkowo zabił kobietę. Wracał z polowania, przechodził przez sień koło kuchni i strzelił z nie nabitej, jak sądził, dubeltówki do kucharki, kładąc ją trupem na miejscu. Zresztą nie było żadnych świadków tego incydentu. Od chwili tego wypadku Adzio już nigdy nie polował. O zajściu tym nikt nigdy nie wspominał, lecz należy rozumieć, jak ciężkie było to wspomnienie dla tego egzaltowanego chłopca.

Dowiedziałem się o tym w sposób niezwykły, a raczej zacząłem się pytać, czy Adzio nie miał jakiegoś tragicznego wypadku po następującym wydarzeniu: W administracji „Słowa” pracował jako biuralista niejaki Andrzejewski, który później utonął i który był zamiłowanym grafologiem, i wypowiadał istotnie trafne uwagi o ludziach na podstawie charakteru ich pisma. Kiedyś otrzymałem list od Sergiusza Piaseckiego, znanego literata, skazanego za morderstwo na piętnaście lat więzienia, i myśląc wyłącznie o nim, wziąłem na chybił trafił szereg listów z szuflady, nie pokazując podpisów, zapytałem, czy nie ma tu pomiędzy listami listu człowieka, który zabił. Andrzejewski, ku memu zdziwieniu, powiedział: „Jest ich więcej” i wskazał na list Borysa Kowerdy, zabójcy w 1927 r. ambasadora sowieckiego w Warszawie, o którym zapomniałem, i na list… Adzia Bocheńskiego.

II

W styczniu 1928 r. Bocheński przyjeżdża do Szkoły Nauk Politycznych w Paryżu z tak dużym bagażem wiedzy zdobytym za czasów swojego wunderkindostwa, że mógłby w tej szkole tak samo dobrze być wykładowcą, jak studentem. Nie ma żadnej ochoty ukrywania swej wiedzy przed kolegami ani przed profesorami, toteż profesor Caudel mówił z uśmiechem: „Nous allons cherchez, lumiere chez monsieur Bocheński”, co by po polsku brzmiało: Zwróćmy się po światłe wskazówki do pana Bocheńskiego – profesorowie nie przepadają za bardziej od nich uczonymi studentami.

Kolega Bocheńskiego z tego okresu pisze o nim:

„Tak jak nie spotkałem równego mu znawcy dziejów nowoczesnych, podobnie nie znałem drugiego Polaka, który by tak biegle mówił po francusku, może za wyjątkiem mego stryja Adama”. Dodajmy, że tym stryjem Adamem był syn ks. Władysława Czartoryskiego i księżniczki de Nemours, wnuczki Ludwika Filipa, a więc z urodzenia półfrancuz. „Była to wybitna indywidualność – pisze dalej ten kolega. – Nie miał nic z szablonu, nic tuzinkowego. Przeciwnie, chciał zawsze myśleć i robić inaczej niż inni. Lubiał wypowiadać paradoksy, zadziwiać, olśniewać. Wolny od nieśmiałości, poruszał się wszędzie swobodnie. Miał przy tym tyle rozeznania, że nie opuszczał terenu intelektualnego. Wiedział, że ani sala taneczna, ani boisko sportowe nie są dla niego odpowiednim tłem, i od nich stronił. W szkole zajął stanowisko wyjątkowe i był postacią ogólnie znaną. W tych warunkach łatwo popaść w zarozumiałość i trudno się dziwić, że niezupełnie zdołał się obronić tej pokusie. A to w połączeniu z ową silną indywidualnością i pewną młodzieńczą pustotą i niewyrobieniem sprawiało, że nie bardzo nadawał się do pracy społecznej, zbiorowej. Mógł łatwo zostać przywódcą, prezesury wszystkich związków były dla niego otwarte, ale on był zbyt dumny, aby o to zabiegać; zamiast zjednywać sobie głosy, okazywał często lekceważenie całej sprawy i nieraz zrażał sobie kolegów przez kpiący ton i zaznaczanie swojej wyższości. Gdy wskutek tego wysunięto na czoło inne osoby, nie mógł odmówić sobie przyjemności, by wskazać zebranym, że zaufaniem swoim obdarzyli osła. A tego nie lubią ani wyborcy, ani wybrani. Z tych względów wpływ jego na młodzież był mniejszy, niż można było oczekiwać. W ogóle trudno mu było ze swoją bujną, trochę niesforną naturą nałamać się do więzów organizacyjnych. Przejawiało się to szczególnie w dyskusjach ł wystąpieniach. Adolf był świetnym polemistą, gdy przemawiał na zebraniu, głos mu się zmieniał na tubalny, opuszczało go zwykłe zacinanie się. Oprócz erudycji i francuszczyzny miał zawsze pod ręką nieoczekiwane odpowiedzi. Pamiętam na conference pour les etrangers jakąś dyskusję. Po Adolfie glos zabrał pewien student i zaczął go zwalczać mnóstwem argumentów, wypowiadanych z taką gwałtownością, że zaczęliśmy się niepokoić o los naszego bohatera. Adzio słuchał z niezmąconym spokojem, po czym spytał tylko:

– Etes vous Russe ou Anglais?

– Non, je suis Bulgare – odpowiedział tamten zdziwiony.

– Ah, Bulgare – odezwał się Adzio tak dziwnym tonem, że pod wpływem tych słów cała pracowicie nagromadzona argumentacja zapadła się i przeciwnik został pogrążony”.

Cóż z tego, skoro nie było nigdy pewności, jak Adzio postąpi i co powie, gdy chodziło o jakieś wystąpienia zbiorowe i w imieniu innych. Gdy chciał kogoś ośmieszyć lub zadziwić słuchaczy, lub podkreślić swój punkt widzenia – potrafił wystrzelić bez względu na to, co inni pomyślą lub co z tego wyniknie.”

Tenże ks. Roman Czartoryski, który jest autorem charakterystyki powyższej, daje nam opis Szkoły Nauk Politycznych w Paryżu z czasów, gdy obydwaj z Bocheńskim do niej uczęszczali:

„Mieściła się na ulicy St. Guillaume, niedaleko miejsca, gdzie Boulevard St. Germain przecina się z Boulevard Raspail. W kilka lat później przeniosła się do nowego gmachu. Wtedy jeszcze mieściła się w pierwotnym swoim budynku, staroświeckim, pełnym tradycji po swoich wielkich założycielach, których biusty zdobiły wnętrze, Alberta Sorela i Anatola Leroy Beaulieu. Szkoła dzieliła się na kilka wydziałów. Zapisałem się na section generale, Adzio na section diplomatique. Mieliśmy większość wykładów i ćwiczeń wspólnych. Szkoła cieszyła się wielką sławą, ale nie należy sądzić, by poziom jej był wyższy od podobnych uczelni i wydziałów prawa w Polsce. Przeciwnie, wydaje mi się, że u nas programy są obszerniejsze, nauka gruntowniejsza, wymagania większe. Przewaga szkoły paryskiej tkwiła w czym innym:

1) Profesorowie – przeważnie sławy europejskie – zwykle wyżsi urzędnicy, członkowie międzynarodowych trybunałów, nieraz byli lub przyszli ministrowie, często współaktorzy wydarzeń, o których wykładali.

2) Same wykłady ujęte były w formę nadzwyczaj staranną, istne popisy krasomówcze, nieraz małe arcydzieła wymowy. Ta strona najwięcej pozostawia u nas do życzenia, zarówno w słowie, jak i w podręcznikach.

3) Koledzy – przedstawiciele dwudziestu narodów z całego świata, i to elity tych narodów.

4) Wszystko to dawało ciągłe ciekawe spotkania i znajomości, pobudzało do myślenia, tworzyło ową atmosferę naukową naładowaną ideami, właściwą dla Paryża.

Dyrektorem szkoły był pan d’Eichtel, o którym Adzio powiadał, że „syn jego umarł ze starości”.

Historia dyplomatyczna podzielona była między dwóch profesorów. Epokę dawniejszą wziął Emil Bourgeois, który potem odwiedzał Polskę. Wyróżniał się romantycznym namaszczeniem i patosem nawet wśród Francuzów. La gloire francaise, le genie de 1’Empereur, la grandeur imperiale powtarzało się na każdej lekcji. Nowsze czasy przypadły Chrystianowi Scheferowi. Ze swą długą brodą i binoklami na czarnym sznurku wyglądał na postać z czasów afery Dreyfusa; opowiadano też różne rzeczy o powodach, dla których opuścił służbę na Quai d’Orsay. Może najbardziej znany był w Polsce Rene Pinon, bo przez trzydzieści lat pisywał kroniki polityczne w Revue de deux Mondes. Wykładał w Europie wschodniej, używając chętnie takich słów, jak moujik, isba, le tsar batiouschka, dzięki czemu uchodził za znawcę spraw rosyjskich.

Rivaud wykładał o esprit publique en Allemagne. Był to typ wychudłego naukowca o wolteriańskim grymasie twarzy, sceptycznym uśmiechu i ironicznych zwrotach.

Caudel prócz konferencji cudzoziemców miał powierzone prelekcje o Stanach Zjednoczonych i Imperium Brytyjskim. Tak samo Eliasz Halevy wykładał historię Anglii w XX w. i historię socjalizmu. Był to typ zachodnioeuropejskiego Żyda intelektualisty, z dumą podkreślał żydowskie pochodzenie każdej postaci, a mnie o mało nie obciął na pytaniu o materializmie historycznym. Wśród prawników pierwsze miejsce zajmował Karol Dupuis z prawa narodów. Uczył nas o Lidze Narodów, dowodząc jednocześnie bezsilności tej instytucji, niemal codziennie też wspominając o barbarzyństwie niemieckim. Konstytucje państw europejskich wykładał Paweł Matter, wysoki starzec o rzymskiej twarzy, członek Rady Stanu.

Najwybitniejszą postacią w szkole był Andrzej Siegfried. Nie należał do mojej sekcji, dopiero Adzio zwrócił mi na niego uwagę i temu zawdzięczam niezapomniane wrażenia z kilku wykładów. Uchodził za jednego z młodszych w tym zespole staruszków: miał może pięćdziesiąt lat, blondyn, jeszcze żwawy, typ zupełnie nordycki. Zdążył objechać cały świat i napisać kilkanaście dzieł. Specjalnością jego była ekonomia i geografia gospodarcza. Wykłady jego były to prawdziwe arcydzieła. Od pierwszego do ostatniego słowa naładowane wiedzą, faktami, cyframi, tezami, nie można było tam opuścić ani jednego słowa. Zarazem wspaniała forma: na przykład przy gospodarce niemieckiej nie zapomniał dodać o roli lasu germańskiego w romantyzmie niemieckim i scharakteryzować tamtejsze budownictwo. Przy innych częściach świata rzucał niedbale: podczas mej pierwszej podróży do Kanady lub za ostatnim pobytem w Argentynie, albo wreszcie w rozmowie z ministrem chińskim…, doskonałe opanowanie tematu i mistrzostwo formy dawało słuchaczom najwyższe zadowolenie; były to jakby improwizacje poetyckie na prozaiczne tematy produkcji i wymiany. Sala była zawsze przepełniona, wszyscy z wzrokiem na ustach mówcy, cisza skupiona, to znów burza oklasków, wychodziło się jak z koncertu. Egzamin u niego był bardzo surowy. Adzio musiał wykuć nie tylko kolumny cyfr, ale i cytaty z Goethego. Siegfried wywierał ogromny wpływ na wszystkich, na pewno na Adzia również; jedyny to profesor, z którego nigdy nie żartował, o którym wyrażał się z uwielbieniem.

Pominę paru innych, mniej ważnych profesorów i przejdę do conferences (seminaria). Adzio miał swoją, poza tym chodził wraz ze mną na conference pour les etrangers. Była to na pewno najciekawsza, jeżeli nie najważniejsza. Zbierali się wyłącznie cudzoziemcy, a co tydzień jeden z nich miał referat najbardziej dotykający jego ojczyzny. Ponieważ musiał przy tym zaatakować zwykle sąsiednie kraje, przeto dyskusje po każdym referacie bywały burzliwe i profesor Caudel musiał niemało użyć wysiłku, aby opanować sytuację. Napadali więc Arabowie na Żydów, Bułgarzy na Greków, Litwini na Polaków.

Dużą część pracy odrabiało się w bibliotece, która była dobrze zaopatrzona. Królował w niej profesor Piotr Rain, zasuszony mól książkowy. Ponieważ mówiono o nim jako o przyszłym następcy Bourgeois, przeto Adzio powiadał: Najpierw był wielki Sorel, potem Bourgeois, który nadrabia patosem, a potem Rain, który już nawet nie sili się na patos. Dekadencja! Dekadencja! – i machał ręką”. 

Tyle Czartoryski.

Teraz dygresja:

Rzym i Paryż oto dwa miasta, które odegrały rolę największą w tworzeniu naszej cywilizacji. We Francji w ciągu wieków ciągle się coś rodzi, często potem wyrasta w innych krajach i ludzie zapominają, że to jest coś, co się urodziło we Francji. Dwadzieścia lat temu miałem słabe pojęcie o historii sztuki i szukałem gotyku w Niemczech, znajdując tylko ceglaste kościoły i zamki, nie wiedząc, że mimo swej nazwy kwiat gotyku rozkwitł i czarował właśnie na ziemiach obecnej Francji. Mówi się o uniwersytetach włoskich i niemieckich, a przecież uniwersytet, który odegrał największą dziejową rolę, to uniwersytet paryski, który swoimi naukami w XIV i XV w. nie dopuścił do rozpadnięcia się Kościoła katolickiego. Francja była sprawczynią niewoli „babilońskiej” papieży w Avinionie, przeniesienia siedziby papiestwa z Rzymu do Avinionu, i Francja przywraca Rzymowi papieży, bo uniwersytet paryski skleił z powrotem jedność Kościoła – znana jest przecież rola rektora uniwersytetu paryskiego, Gersona, na soborach w początku XV w. Uniwersytet paryski tworzy tę najciekawszą społeczność średniowiecza, ów typ uniwersytetu średniowiecznego ze swymi „narodami”, obiorami rektorów, z tymi rzeszami studentów półżebraków, półmnichów, półzłodziei, zebranych z całego świata, tę społeczność żywą, intelektualną i rewolucyjną – najbardziej nerwową ze wszystkich społeczności w histerycznym, nerwowo roztrzęsionym średniowieczu.

Paryż stworzył pojęcie królewskości i pojęcie rewolucji. Tutaj kochano biednego wariata, Karola VI, ponieważ był królem przyrodzonym, tutaj modlono się żarliwie w kościołach, w chwili gdy Ludwik XIII po długim wahaniu wszedł do łóżka swej żony, o czym kościelnymi dzwonami powiadomiono Paryżan, i tutaj król-słońce, Ludwik XIV, roztaczał blaski swego majestatu. Tutaj także, jeszcze w średniowieczu, Etienne Marcel buntował ulice i’dawał hasło rewolucji, tu miała miejsce noc św. Bartłomieja, ta rewolucja kontrreformacji, i tutaj wielka rewolucja stawiała gilotyny dla ścinania głów królom i arystokratom.

Tak było aż do chwili podpisania w Wersalu traktatu pokojowego z Niemcami w czerwcu 1919 r. Od tej chwili wszystko, co się wielkiego na świecie dzieje, już nie zaczyna się w Paryżu. Zaczyna się schyłek i upadek Paryża. W tej książce o Bocheńskim wszystko, o co się potkniemy, jest schyłkowe, kończące się.

Jakieś nieudolne wskrzeszanie umarłych bogów będzie nas ciągle prześladować. Francja przestała być pierwszą potęgą świata, którą była za Ludwika XIV i Napoleona I, ale Paryż nadal pozostał stolicą świata. Tutaj rodzą się wciąż nowe prądy naukowe, literackie, artystyczne, polityczne, tu zjeżdżają się artyści z całego świata, tutaj wciąż dźwięczy swobodna piosenka, wesoła i bezczelna jak pijana kobieta. – Zachwyca się pan Paryżem – mówił mi stary ziemianin z Grodzieńskiego, przy kieliszku szampana na ślubie swej córki w 1938 r. – a nie znał pan Paryża sprzed wojny. Kto wtedy nie widział Paryża, to nie wie, co to Paryż… wtedy, panie… Istotnie, wielkim wydarzeniem po wojnie 1914-1918 r. było to, że ludzkość straciła raptem swoją stolicą. Ludzkość nie przeniosła swej stolicy z Paryża gdzie indziej, ludzkość w ogóle straciła swoją stolicą. Jednocześnie język francuski przestał być jedynym językiem dyplomatycznym.

Ale i w 1928 r., kiedy Bocheński chodził do Szkoły Nauk Politycznych, był jeszcze Paryż w przecudownej harmonii ulic, placów i mostów na Sekwanie. Wielkość Wenecji, jako pani Adriatyku i krajów nad brzegiem tego morza położonych, dawno minęła, ale katafalk tego państwa wciąż jeszcze stoi na lagunach i stać będzie budząc nasze zachwyty aż do chwili, w której go nie rozwali jakaś barbarzyńska bomba atomowa, tak jak bomby amerykańskich barbarzyńców zniszczyły cudowny Caen, czarowny Rouen. W Paryżu nie należy mówić o architekturalnej wartości takiego czy innego budynku, trzeba mówić o architekturze miasta jako całości. Chyba tylko promienie słońca są piękniejsze od tych wielkich arterii rozbiegających się w różne strony, jak bryzgi jakichś wielkich rzek. Pisałem kiedyś, że Henryk Sienkiewicz, tworząc swój genialny opis pożaru Rzymu, miał gwar wielkich paryskich avenues w uszach, pisałem, że Henryk Sienkiewicz, opisując Chmielnickiego na stepach, pisał pod wrażeniem amerykańskich stepów dalekiego zachodu, a pożar Rzymu pod wpływem szumu i hałasu ulic paryskich. I ta różnolitość tych dzielnic Paryża, to bogactwo typów najrozmaitszych miast w jednym mieście! Cóż za gama wrażeń od Placu Odeonu, wyglądającego jak powieki pięknego, rasowego starca złożonego do trumny, do ruchliwego placu Etoile, po którym automobile uczyły się jeździć w swoim niemowlęctwie.

Leon Daudet, zastanawiając się, na czym polega czar Paryża, odpowiada, że Paryż jest cały dwukolorowy, cień i światło, jak sztych, jak akwaforta, jak drzeworyt. Profesor uniwersytetu wileńskiego Zygmunt Jundziłł mówił, że Paryż jest cały w kolorze perłowym, w kolorze szarych gołębi.

Ale w 1928 r. Paryż jako stolica świata już dogorywał… Już się chwali przeważnie nie czymś nowym, lecz czymś, co pozostało takie samo, jakie było przed latami. Przed kabaretem „Tabearin” mówiono: Zobaczy tu pan taki sam kankan, jaki tańczono jeszcze wtedy, gdy ojciec pański był młodym człowiekiem.

Gdyby Bocheński przyjechał do Paryża za czasów Jagiełły, za rektoratu Gersona, ten Paryż przekształciłby go zupełnie. Ale Bocheński, jakkolwiek miał lat osiemnaście, przyjechał tutaj z wyrobionym światopoglądem. Był to zresztą człowiek życia wewnętrznego, motor jego mózgu – jeśli można się tak wyrazić – działał tak silnie, że zagłuszał wszelkie wrażenia zewnętrzne. Ten pobyt w Paryżu mniej był mu potrzebny niż komukolwiek innemu, który by chciał studiować to, co on studiował.

Wielkim zdarzeniem w Paryżu było to, że się tutaj zakochał. Była to, jak się zdaje, jedyna miłość jego życia, choć Bocheńskiemu się zdawało, że się kocha, i oświadczał się jeszcze kilku innym pannom.

Pani Bocheńska matka na pewno uważała, że jej Adzio kocha się tylko w pannach z towarzystwa. Uważałaby oczywiście za rzecz obrzydliwą i nienaturalną, gdyby Adzio ujawniał jakieś inne skłonności erotyczne poza platonicznymi miłościami do kilku hrabianek z najbardziej platoniczną miłością do hrabianki, koleżanki paryskiej, na czele. Ale my myślimy trochę inaczej niż pani Bocheńska i nas korci i intryguje ta platoniczność wszystkich miłości Bocheńskiego. Skonstatowaliśmy jednak, że nie kryło się za nią nic innego poza świadomą czystością płciową. Sądzę, że zaważyło tutaj to, co mówiłem o wunderkindach: w dzieciństwie są dorosłymi, a gdy dorosną, zachowują całe mnóstwo cech i przyzwyczajeń dziecinnych. Poza tym przyzwyczajenie do samotności nabyte w ich przemądrzałym dzieciństwie także wyrabia zapewne pewien lęk w stosunku do kobiet. Dość, że Bocheński był i pozostał do końca życia wyjątkowo czystym człowiekiem pod tym względem.

Wracając jednak do tych obcych wpływów: ławy Szkoły Nauk Politycznych, jak i ławy innych wyższych uczelni paryskich zaludnione są wtedy młodzieżą rojalistyczną spod znaku Karola Maurrasa i jego „L’Action Francaise”, z tym oczywiście, że po wyjściu z uniwersytetu młody Francuz stawał się natychmiast człowiekiem rozsądnym i zapominał o monarchizmie, a podczas wyborów liczył się ze zdaniem podprefekta przy głosowaniu. Ale Karol Maurras i jego teorie były ostatnią chronologicznie ideą zrodzoną na francuskim terytorium. Na młodzież francuską oddziałuje Maurras od 1908 r., w którym jego tygodnik ,,L’Action Frangaise” przekształcił się w dziennik o tej samej nazwie.(…) Widział on te tradycyjne prowincje francuskie ze wszystkimi ich odrębnościami i oryginalnościami, z największym samorządem lokalnym i największą swobodą osobistą człowieka, życie francuskie zdecentralizowane, ośrodkowe, odbiurokratycznione, z prawami miast, cechów, wsi, rodzin, avec un beau roi de France, z pięknym fleurdelizowanym królem Francji pośrodku tego wszystkiego. Styl Maurrasa, jego francuszczyzna nastrojona jest na kamerton łaciny, jego idee polityczno-ustrojowe są barwne jak wielkie płótno Rubensowskie. Mussolini, Hitler to półinteligenci, którzy gadali o wiele więcej, niż czytali, Karol Maurras był jedynym wodzem ruchów masowych czy quasi masowych w Europie zachodniej, posiadającym wielką i głęboką wiedzę. A jednak posępna wyobraźnia Hitlera pociągnęła za sobą miliony Niemców, wszechstronna uczoność Maurrasa zdołała mu pozyskać tylko przejściową ruń młodzieży uniwersyteckiej. Państwo Hitlera to Niemcy, państwo Mussoliniego to Włochy, państwo wpływów ideologicznych Maurrasa to jakieś maleństwo w rodzaju księstwa Monaco czy republiczki San Marino.

Dziennik rojalistów Maurrasa, codzienna lektura paryskiego studenta za czasów studiów Bocheńskiego, drukował dzień w dzień artykuły trzech pisarzy. Jako artykuł wstępny ukazywała się pyskówka Leona Daudeta, kipiąca jego wspaniałą werwą; potem środek stronicy pierwszej zajmowały polityczno-filozoficzno-estetyczne rozważania samego Maurrasa, wreszcie na ostatniej szpalcie pierwszej stronicy, pod jednoszpaltowym tytulikiem zamieszczony był artykulik Jakuba Bainville, króciutki, składający się jak gdyby z kilku aforyzmów, ale określający sytuację polityczną świata w danym dniu z taką precyzją, z jaką wyrabiane są w Szwajcarii słynne zegarki.

Rojaliści francuscy nie byli izolowani w życiu kulturalnym Francji. Maurras i Bainville byli członkami Akademii Francuskiej, Leon Daudet zasiadał w Akademii Goncourtów.

Ruch rojalistyczny ,,L’Action Francaise” nie miał nic wspólnego z dawnymi monarchistami francuskimi: legitymistami, orleanistami czy bonapartystami. Opierały się one na szlachcie, klerze, bogatym mieszczaństwie i powoli wygasały, jeszcze przed końcem XIX w.; zastąpione zostały innymi organizacjami prawicowymi, już republikańskimi, czasami o bardzo lewicowych nazwach na zewnątrz. ,,L’Action Francaise” była ruchem całkiem innego typu, był to ruch jeśli nie rewolucyjny, to w każdym razie nazwać go można ruchem paradoksalnym. Leon Daudet, autor codziennego artykułu wstępnego w dzienniku ,,L’Action Francaise”, syn wielkiego artysty Alfonsa Daudeta, człowieka o fenomenalnej energii, żywotności, werwie, zdolności do pracy i do jedzenia, przeszło stukilowy Leon Daudet, członek literackiej Akademii Goncourtów i akademii obżartuchów, miał charakter prawdziwego rewolucjonisty i przedrzeźniał, wyśmiewał wszelki snobizm towarzyski. Jakże znęcał się nad księżniczką Matyldą, kuzynką Napoleona III, opisując jej obiad, na który został zaproszony, a w czasie którego usługiwało do stołu osiemnastu lokai w krótkich spodenkach i pończochach. „Kuchnia była obrzydliwa – wołał Daudet – i skąd ta pani brała szampan? Być może owych osiemnastu lokai wypełniało u niej butelki szampana metodą własną?” W każdym słowie tego rojalisty odzywał się duch sprzeciwu i barykady. Francuzi są niesłychanymi konserwatystami w dziedzinie swej prozy, w dziedzinie języka, stylu, budowy zdania. Otóż w tej także dziedzinie Daudet był rewolucjonistą, barbarzyńcą, wandalem. Jego proza polemiczna posiadała wielkie bogactwo językowe, lecz była gwałtowna, wybuchowa, wypełniona zwrotami z gwary paryskiej, różnymi skrótami, które, zdaniem Francuzów, nadają się do używania na scence kabaretu, ale nie powinny się pojawiać na stronicach książki. W Londynie zresztą także można mówić cockneyem w kabarecie, ale zgorszenia użyciem cockneyu na szpaltach gazety Londyn jeszcze nie dożył, bo w Londynie Daudeci się nie rodzą. Z tym wszystkim proza mądrego Maurrasa nudzi każdego cudzoziemca, proza Daudeta bawi, porywa, czasami rozśmiesza. Pomiędzy Maurrasem a Daudetem było trochę ze stosunku wzniosłego Don Kichota do praktycznego Sanczo Pansy. Daudet jak najwyraźniej odcinał się od taktyki dawnych konserwatystów, wyśmiewał ich dobre wychowanie, umiar, ustępliwość. Podkreślał na każdym kroku, że chce być czymś wręcz innym. Wprowadził ton bezczelno-łobuzerski do swoich napaści na rząd, na republikę, na demokracją parlamentarną. Za czasów premierostwa Brianda Daudet nie wymieniał w swoim artykule wstępnym jego nazwiska inaczej jak z dodatkiem „sutener”, „dawny chłopiec z burdelu”, „szpicel”, „zdrajca”, „niemyta gęba” – jeśli mamy wymienić przymiotniki najczęściej używane, wśród tysiąca podobnych, których pomysłowość i nieoczekiwaność olśniewały często nas, dziennikarzy polskich, którzy nawet w koszmarnym śnie nigdy nie widzieli sytuacji, w której można by o panu prezesie rady ministrów coś podobnego napisać. Ponieważ Briandowi było Arystydes na imię, Daudet propagował reformę nomenklatury, mianowicie, aby sutenerów zamiast alfonsami nazywano arystydesami. Nawet w swej kronice wypadków ,,L’Action Francaise” pisała o dziewczynach publicznych i ich arystydesach. Ponieważ Daudet w listopadzie 1919 r. został wybrany na posła do parlamentu z dzielnicy Paryża, zamieszkałej przez młodzież uniwersytecką, więc dialogi między nim a prezesem rady ministrów miały przebieg tego typu:

Briand: – Wolno jest panu ubliżać człowiekowi, który w danej chwili dzierży sztandar Francji wobec zagranicy?

Daudet: – Ja ci nie ubliżam, mój biedny przyjacielu, to tylko głupota pańskich słów zmusza mnie do śmiechu.

Marszałek Izby: – Panie Daudet…

Daudet: – Panie przewodniczący, to właśnie pan Briand mnie zaczepia. Ostatecznie wolno mi jest się śmiać, kiedy zechcę.

Nie trzeba zresztą myśleć, że to wszystko brzmiało zbyt trywialnie. Daudet ze swoich wystąpień politycznych robił coś w rodzaju nicejskiego karnawału, podczas którego niejedna rubaszność i wulgarność brzmi po prostu wesoło, a confetti w postaci małych kulek gipsowych tną bardzo boleśnie, i aby się od nich ustrzec, trzeba nakładać maski. W ,,L’Action Francaise”, kierowanej przez ludzi o tradycjach dziewiętnastowiecznej bohemy literacko-artystycznej, a której szeregi składały się z młodzieży uniwersyteckiej, bardzo dużo było tego karnawału, wesołego kiermaszu, barwnej maskarady. Charakter ten nie ulegał zmianie nawet wtedy, gdy zaczęły padać strzały i trupy. Zabito organizacyjnego kierownika „L’Action Francaise”, Mariusa Plateau, a potem w listopadzie 1923 r. wśród tajemniczych okoliczności umarł syn Daudeta, czternastoletni Filip, podobno zamordowany przez policję polityczną. Oszczerstwo w druku było wówczas sądzone we Francji przez ławę przysięgłych, a ponieważ bardzo było łatwo przy sposobności procesu prasowego wprowadzić przysięgłych w stan emocji i spowodować najbardziej nieoczekiwany wyrok, więc nikt się nie spieszył ze składaniem skargi sądowej. Daudet chciał spowodować proces o oszczerstwo, aby na nim przeprowadzić dowód prawdy, że istotnie policja zabiła jego syna, toteż gdy liczne imienne oskarżenia różnych dygnitarzy policyjnych pozostały bezskuteczne, zaczął zamieszczać w ,,L’Action Francaise” fotografie dyrektorów policji, panów Lannes, Marlier i innych z podpisem „morderca”. Wreszcie szofer taksówki, który odwoził umierającego chłopca do szpitala, wytoczył Daudetowi proces o zniesławienie, lecz ława przysięgłych, powodując się sympatiami republikańskimi, nie wydała wyroku, którego się Daudet spodziewał, przeciwnie, skazała Daudeta na pięć miesięcy i 25 tysięcy franków grzywny. Karnawał polityczny trwał dalej. W 1927 r., w dniu, w którym miano Daudeta zabrać do więzienia, tłumy studentów zalały plac przed redakcją, a Daudet oświadczył, że się żywy nie podda. Prefekt policji wylazł na dach swego samochodu i stamtąd wygłosił piękną mowę do Daudeta stojącego na balkonie, w której wzywał go, aby w czasach tak niespokojnych (były to czasy najspokojniejsze na świecie) nie rozpoczynał wojny domowej między Francuzami. Daudet istotnie dał się rozczulić tymi argumentami i oświadczając, że nie chce rozlewu krwi francuskiej, pojechał z prefektem do więzienia. Ale po trzynastu dniach pobytu w więzieniu został z niego wykradziony przez karnelotów królewskich, czyli studentów rojalistów. Z centrali telefonicznej w redakcji ,,L’Action Francaise” ktoś zatelefonował do dyrektora więzienia i udając ministra sprawiedliwości polecił mu, aby wypuścił Daudeta i dwóch komunistów, przy tym Daudeta zaraz, a dwóch komunistów po godzinie. Słuchawka telefoniczna przez nadającego sfingowany telefon nie została odłożona i gdy dyrektor więzienia chciał sprawdzić, czy istotnie rozkaz pochodzi od władzy właściwej, telefoniczna centralka naśladując wszystkie odgłosy, które w 1927 r. słyszało się w telefonach, połączyła go z rzekomym gabinetem ministra, a tam nowy kamelot wyraził dyrektorowi swe zdziwienie z powodu opieszałości. Daudet więc został zwolniony, uścisnął nawet nieszczęsnego dyrektora na pożegnanie, a przygotowane auto odwiozło go do Belgii. Przez dłuższy czas jednak Daudet udawał, że się ukrywa we Francji, datował swe artykuły w „L’Action Francaise” z różnych miejscowości Francji, bawiąc się z policją w kotka i myszkę. Telefonistka redakcyjna została aresztowana, a ponieważ zabrała swe dziecko do aresztu, więc „L’Action Frangaise” zamieszczała tytuły przez całą swoją pierwszą stronicę: „Kobieta z niemowlęciem wtrącona do ciemnicy”.

Po dwudziestu dziewięciu miesiącach pobytu za granicą Daudet wrócił do Francji. O ułaskawienie jego zgłosiło się do premiera czterech szefów partyjnych w parlamencie francuskim: Mandel, Marin, Heriot i Daladier.

Bocheński sąsiadował z rojalistami francuskimi na ławach Szkoły Nauk Politycznych, popierał ich przy wyborach do organizacji studenckich, ale nie był pod wpływem ani Maurrasa, ani Daudeta. Co najwyżej działała na niego sugestywnie sama możliwość stworzenia liczebniejszej organizacji studenckiej pod hasłem zupełnie abstrakcyjnym, nie związanym z bezpośrednimi interesami tych studentów. Maurras i Daudet byli antysemitami, a Bocheński nie znosił antysemityzmu. Natomiast wpływ trzeciego publicysty ,,L’Action Francaise”, Bainville’a, na Bocheńskiego był ogromny. Później, podczas wojny, Bocheński napisze w jednym ze swych artykułów, że „Mackiewicz wyolbrzymiał znaczenie Bainville’a” – ale to będzie jedno z takich zdań, które Bocheński rzucał wbrew samemu sobie, jak mu się to czasem zdarzało. W rzeczywistości sam Bocheński był spadkobiercą i kontynuatorem czterech pisarzy, czterech kierunków myślowych, w tym dwóch cudzoziemców i dwóch Polaków. Pierwszym z cudzoziemców był Clausewitz, niemiecki pisarz wojskowy, o którym już wiemy, że Bocheński studiował go w dzieciństwie, ściślej, za czasów swego wunderkindostwa, który go nauczył, że wartość koncepcji równa się realizmowi koncepcji, drugim cudzoziemcem był Bainville właśnie; od tego nauczył się Bocheński zasady relatywizmu w polityce międzynarodowej, że państwo silne to państwo mające słabych sąsiadów, a państwo słabe to państwo mające silnych sąsiadów. Pierwszym z Polaków był Władysław Studnicki, od którego przejął Bocheński teorię, że w czasie walki z Rosją potrzebna nam jest współpraca z Niemcami, wreszcie drugim Polakiem był Piłsudski, a ściśle rzecz biorąc, memoriał Piłsudskiego złożony rządowi japońskiemu o możliwości i konieczności rozbicia Rosji na szereg państw samodzielnych. We wszystkich Bocheńskiego broszurach, książkach i artykułach znajdziemy zawsze te cztery elementy: Clausewitza, Bainville’a, Studnickiego i Piłsudskiego.

„Lwów i Wilno”, 26 grudnia 1948 r.

Oprac. Mariusz Matuszewski

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.