Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami?

Pamiętajmy że nie każdy zryw ma to samo podłoże i powinien być rozpatrywany z osobna, a przede wszystkim traktowany z rozsądkiem. Dwa słowa na temat nowożytnej historii ubroczonej we krwi Ziemi Świętej pozwolą nam lepiej zając stanowisko, a także skonstatować, że geneza problemów leży nie tylko po jednej stronie, jakkolwiek z pewnością ma swoje źródła w poparciu przez Zachód jednej z dwóch zwalczających się stron. 

I tak ziemie dzisiejszej Palestyny i Izraela, które od roku 1519 do wybuchu I Wojny Światowej znajdowały się w granicach Imperium Osmańskiego, były niezamieszkanym i jałowym zaściankiem, bladym odbiciem organizmu jeszcze we wczesnym średniowieczu przeżywającego swój rozkwit. Z początkiem kwietnia roku 1920 roku, kiedy to przemiany wywołane pierwszą wojną światową zmusiły świat do ponownej analizy stosunków geopolitycznych, Palestyna poddana została na mocy mandatu międzynarodowego (ustalonego na konferencji w San Remo) protektoratowi Wielkiej Brytanii. Już wówczas, z inicjatywy rządu Jego Królewskiej Mości, podjęto próbę utworzenia czegoś, co określano jako „narodowe państwo żydowskie”. Projekt spotkał się z silną opozycją ze strony arabskiej, a konflikt nasilił się jeszcze w skutek zamieszania z ustawą imigracyjną, brakiem konsekwentnego nadzoru i angielskiej ospałości w usuwaniu przyczyn zaogniania się sytuacji. Jest zresztą nader ciekawe, że początkowo w planach utworzenia państwa żydowskiego terytorium dzisiejszego Izraela nie było w ogóle brane pod uwagę. Zdawano sobie sprawę ze skali problemu, którą może to wywołać i nawet przedstawiciele ruchu syjonistycznego rozważali możliwość osiedlenia się na Cyprze, z kolei wśród wielu propozycji angielskich znalazła się nawet Uganda. Niestety ostatecznie największe poparcie zyskała koncepcja utworzenia strefy buforowej zabezpieczającej Kanał Sueski, a zatem wybór padł na Palestynę. Do wybuchu drugiej wojny światowej nie odniesiono żadnego sukcesu. Pomimo szeregu wydanych przez Brytyjczyków tzw. „Białych Ksiąg”, których celem było namówienie Żydów i arabów do dialogu, okazał się on niemożliwy. Animozje pogłębiło później poparcie udzielone III Rzeszy przez część krajów arabskich, w tym także samego Wielkiego Muftiego Jerezolimy, Mohammada Amin al-Husajnia (1895-1974).  

Bieg wypadków po II wojnie światowej jest powszechnie znany. Państwo Izrael powstało i w ciągu kilku kolejnych dziesięcioleci utrzymało się w ciągu serii wojen, wspierane przez Stany Zjednoczone. Często zapomina się jednak o pewnym aspekcie, stanowiącym kontynuację błędu niedopatrzenia i braku konsekwencji, popełnianego przed rokiem 1939. Nie dostrzeżono problemu w skali, w jakiej on wystąpił, co jeszcze bardziej pogłębiło nienawiść – tym razem ze strony żydowskiej. Otóż kiedy w roku 1947 rezolucja ONZ, dotycząca podziału mandatu brytyjskiego na dwa odrębne państwa, weszła w życie, udziałem zamieszkującej tereny krajów arabskich (niekiedy od ponad 2500 lat) ludności żydowskiej (łącznie około 1 000 000 osób) stało się po prostu wygnanie oraz konfiskata dobytku. Komitet Polityczny Ligii Arabskiej uchwalił i sporządził zalecenia odbierające Żydom obywatelstwa krajów arabskich (czy też szerzej – muzułmańskich) przez nich zamieszkałych, zamrażania kont bankowych i nacjonalizowania majątków prywatnych.  

Wobec utworzenia Izraela niemal od razu pojawiły się lewicujące grupy o zabarwieniu insurekcyjnym, takie, jak założona w roku 1946 OWP. W latach 80-tych XX wieku, po konflikcie libańskim, do gry weszły dodatkowo Hamas i Hezbollah. I tak dalej, i tak dalej… 

Muszę tutaj podkreślić iż moje osobiste stanowisko wobec obydwu stron omawianego tutaj konfliktu jest jak najbardziej neutralne, żeby nie użyć słowa – obojętne. Nie wynika to z braku zainteresowania, ale z faktu, że płaszczyzna konfliktu, niezależnie od winy, jest dziś tak skomplikowana przez coraz to nowe zaszłości, że opowiadanie się po którejś ze stron „na ślepo” jest wysoce nierozsądne i wynika przede wszystkim z niezrozumienia obcych nam przecież uwarunkowań etnicznych, kulturowych, społecznych, a także niekompletnej wiedzy historycznej. Do pewnego stopnia popełnia się dziś ten sam błąd, co 100 lat temu: ocena sytuacji jest wyłącznie powierzchowna.  

Tym natomiast, co jak najbardziej przykuwa moją uwagę, a często również emocje, jest los trzeciej grupy uwikłanej w ten konflikt wbrew swojej woli, a zapomnianej, choć prześladowanej zarówno przez Żydów, jak i muzułmanów. Chrześcijanie – bo o nich mowa, znaleźli się w całej tej sytuacji niejako między młotem a kowadłem. Do dziś nasilające się ataki na kościoły, kradzieże i szykany to ich chleb powszedni. Wbrew temu, co przekazują nam największe ośrodki medialne, które de facto nigdy nie poruszają tematu chrześcijan żyjących na bliskim wschodzie, opinie obydwu zwaśnionych społeczności potrafią być nader zgodne w sytuacji, kiedy w grę wchodzą sprawy dotykające chrześcijan. Dla przykładu przytoczmy tutaj kontrowersyjną decyzję władz Izraela w sprawie pozwolenia na budowę meczetu w sąsiedztwie bazyliki Zwiastowania w Nazarecie, który pomimo protestu Stolicy Piotrowej został nadany Palestyńczykom w 1999 roku. 

Pomimo tego odważę się stwierdzić, że to właśnie zorganizowane i w większości czasu stabilne państwo Izraelskie w przeciwieństwie do Autonomii Palestyńskiej, coraz bardziej radykalnej, stanowi gwarancję w miarę spokojnej egzystencji zamieszkujących tamte tereny chrześcijan. Jakoś trudno mi przekonać się do ludzi, którzy detonując ładunek wybuchowy na dyskotece, w autobusie czy kawiarni, znakomicie znając reperkusje tego czynu skazują żony i dzieci swoich sąsiadów na śmierć, po czym opłakują ich ciała przed kamerami europejskich i amerykańskich ekip telewizyjnych, których tak bardzo nienawidzą. Dla bojownika Allaha amerykański komandos i polski tradycjonalista katolicki to jeden i ten sam wróg – niewierny, nie godzien by żyć. Tak jak dla Żyda są oni gojami.  

Czy można odpowiedzialnie pytać o to, z jakimi konsekwencjami spotkałby się świat gdyby palestyńskie marzenia się spełniły i Izrael został wymazany z map? Otóż nie. Jest to polityczna utopia. Niezależnie bowiem od opinii na temat istnienia Izraela i praw Palestyńczyków, zło już się stało, a jakieś bliżej niesprecyzowane próby cofnięcia czasu mogą zakończyć się tylko i wyłącznie kolejną masakrą. Jedynym rozwiązaniem jest zaprowadzenie w regionie równowagi. Stworzenie dwóch równoprawnych państw, co jednak wymaga m. in. zaprzestania ślepego popierania Izraela bez względu na to, jak nierozsądną politykę prowadzi. Zachód winien zacząć na powrót myśleć przede wszystkim o własnych interesach w regionie, tym zaś są przede wszystkim zagadnienia dotyczące handlu i energetyki – a kraje arabskie mają w tym zakresie znacznie więcej do zaofiarowania, jakkolwiek nie wolno zapominać, że konieczne jest ukrócenie terroryzmu, co uspokoi stronę izraelską.  

Tymczasem należy wreszcie z należytą powagą potraktować setki tysięcy wyznawców Chrystusa, o których zapomniano. Nie znam rozwiązania sytuacji geopolitycznej, jaka powstała na Bliskim Wschodzie w skutek błędnej oceny Zachodu, ale jest pewne, że chrześcijanie są najbliższą nam grupą społeczną w regionie; mamy moralny obowiązek głośno domagać się ich praw i ochrony ich życia. Uważam to za ważniejsze od anty-amerykańskich sloganów, łączy nas bowiem coś znacznie silniejszego: wspólnota wiary. Jakkolwiek nie mam złudzeń, że kompletnie oderwane od rzeczywistości socjal-liberalne rządy Europy i USA nie widzą powodu, by to robić, nam zamilknąć nie wolno. 

(MM)

Za: www.pkzwb.org

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.