Wybieram wolność „angielską”!

Coraz częściej stawia się pytanie, czy Polacy są jeszcze wolnym narodem. Można to pytanie postawić w kontekście przeobrażeń geopolitycznych i członkostwa Polski w Unii Europejskiej, ale także spojrzeć na problem przez pryzmat polityki wewnętrznej polskiego rządu. W obu przypadkach odpowiedź może być negatywna. Można przyjąć, że Polacy nie są wolni, gdyż coraz bardziej polskie prawo jest chwytane w obcęgi prawa europejskiego, a europejskie „antywartości” i wzorce kulturowe są coraz mocniej narzucane Polakom w mediach, które rolują nasze umysły. I jeśli nawet wiele osób przyjmuje je ochoczo, to właśnie dlatego, że ich umysły zostały już zniewolone. Można także przyjąć, że rząd nie dba o naszą wolność, o wartości rodzime, o nasze tradycje i obyczaje, ale prowadzi politykę, która z jednej strony wpisuje się w europejskie trendy unifikacji i standaryzacji, a z drugiej inicjuje prawo i tworzy instytucje, przy których kurczą się pola wolności.

Jednak zwolennicy rządu powiedzą z pełnym przekonaniem, że przecież rząd stoi na straży wolności, a sam Donald Tusk nigdy nie przyzna, że jest inaczej. Problem polega na tym, że sięgamy do różnych tradycji wolności, a w Polsce coraz powszechniej króluje „francuski” model wolności, który prowadzi do jej erozji i zaprzeczenia ideału wolności.

Czy wolność jest stanem natury? Zdaniem Fryderyka Augusta von Hayeka, choć nikt wolności nie zaprojektował, jest ona wytworem cywilizacji, a konkretnie cywilizacji europejskiej. Można powiedzieć, że wolność została ukonstytuowana przez ludzi, którzy dostrzegli korzyści z niej płynące. „Skoro tylko dostrzeżono jednak, jak (wolność) jest pożyteczna, zaczęto ulepszać i rozszerzać królestwo wolności i w tym celu badać, jak funkcjonuje wolne społeczeństwo” – zauważa von Hayek. Ludzie nie tylko zaczęli przyglądać się naturze wolności, ale także określać jej ramy, by wolność jednego człowieka nie zagrażała wolności drugiego człowieka.

Przy czym ukształtowały się dwie tradycje intelektualne, wyspiarska, potocznie nazywana „angielską” i kontynentalna, określana jako „francuska” albo „galijska”. Pierwsza tradycja była empiryczna i nieusystematyzowana, druga spekulatywna i racjonalistyczna. Pierwsza polegała na próbie uchwycenia i zrozumienia istoty relacji społecznych i tych instytucji pierwotnych, które wyrosły spontanicznie, z instytucji rodziny. Druga natomiast od razu wzięła się za porządkowanie relacji społecznych i konstruowanie instytucji, często w sensie teoretycznym. Pierwsza tradycja pojmowania wolności odpowiadała naturze rzeczy, druga była próbą jej ideologizacji i zmierzała ku utopii. Paradoksalnie, to właśnie tradycja „francuska”, rozumowa stała się bardziej powszechna. Do ludzi łatwiej trafiały jej racjonalistyczne, z pozoru logiczne argumenty, mające charakter „naukowych rozważań”.

Kto stał za obydwoma tradycjami? Za tradycją „angielską” stali tacy apologeci prawa zwyczajowego, jak David Hume, Adam Smith czy Edmund Burke. Na przeciwnym biegunie stali autorzy tradycji „francuskiej”, oświeceniowej i racjonalistycznej: Encyklopedyści, Jean Jacques Rousseau i Nicolas de Condorcet. Oczywiście sympatie do poszczególnej tradycji wykraczały poza podziały narodowościowe. Wiadomo, że takim pisarzom i myślicielom, jak Montesquieu, Benjamin Constant czy Alexis de Tocqueville bliżej było do tradycji „angielskiej”, a Anglik Thomas Hobbes był wybitnym przedstawicielem tradycji „francuskiej”. Choć obie te grupy intelektualne stanowią dwa korzenie tradycji liberalnej, jedna – „francuska” jest od XIX wieku pożywką dla teorii socjalistycznych, drugą zaś – „angielską” żywi się myśl konserwatywna, dla której wolność stała się jednym z aksjomatów.

Punkt wyjścia dla obu tradycji był taki sam – relacje społeczne i instytucje pierwotne. Jednak gdy w tradycji „angielskiej” głównym punktem odniesienia były relacje między jednostkami, tradycja „francuska” dużą wagę przywiązała do instytucji, jako gwarantów wolności. Różnicę między tradycją „francuską” a „angielską” dobrze uchwycił i opisał XIX-wieczny pisarz Francis Lieber, który stwierdził: „Wolności galijskiej należy szukać w rządzie. Zgodnie z anglikańskim punktem widzenia, jest to miejsce niewłaściwe, nie można jej tam znaleźć. Nieuniknioną konsekwencją zapatrywania galicyjskiego jest to, że Francuzi dopatrują się najwyższych osiągnięć politycznej kultury w organizacji, to znaczy, w możliwie największej ingerencji ze strony władzy publicznej. Kwestię, czy ingerencja ta jest despotyzmem czy wolnością, rozstrzyga wyłącznie fakt, kto ingeruje i w interesie jakiej klasy, gdy zgodnie z poglądem anglikańskim, ingerencja ta będzie zawsze albo absolutyzmem, albo arystokracją”. A zatem będzie oznaczała naruszenie czyjejś wolności w sensie społecznym.

Przywołany już von Hayek największą różnicę między obydwoma sposobami myślenia dostrzega w podejściu do roli tradycji i do „rezultatów trwającego wieki nieświadomego wzrostu”. Noblista ów zauważa, że „podejście racjonalistyczne jest tu sprzeczne z prawie wszystkimi niewątpliwymi owocami wolności i ze wszystkim, co stanowi o jej wartości. Ci, którzy wierzą, że wszelkie pożyteczne instytucje są celowo zaplanowane, a nie mogą sobie wyobrazić niczego, co służąc celom człowieka, nie zostało przezeń świadomie pomyślane, w sposób niemal nieunikniony stają się wrogami wolności. Dla nich wolność oznacza chaos”. I w gruncie rzeczy oni boją się wolności. Dążą do porządku mechanicznego, strukturalnego, a nie naturalnego, gdyż wydaje im się, że wolność może istnieć tylko pod opiekuńczymi skrzydłami instytucji wymyślonych przez człowieka.

Tymczasem prawdziwi orędownicy wolności uważają, że najlepszą gwarancją dla niej są „dawno obowiązujące zasady i stary obyczaj” (Joseph Butler). Przeciwstawiają oni koncepcjom rewolucyjnym, negującym poszanowanie tradycji i obyczajów, koncepcję ewolucyjną, która zakłada uwzględnienie przy budowie porządku społecznego doświadczeń wielu minionych pokoleń, w tym w kwestii moralności. To poszanowanie dla zasad i obyczaju opiera się na antyracjonalistycznej tezie, którą sformułował David Hume, że „zasady moralności nie są wnioskami naszego rozumu”. Nasza moralność nie jest wytworem rozumu, lecz jego konstatacją. Umysł ludzki rozwinął się po to, by umożliwić ludziom korzystanie z zasad moralności, które są gwarantem poszanowania wolności. Racjonaliści oświeceniowi mieli tego świadomość i dlatego podjęli wysiłek zaprojektowania nowego zespołu zasad moralnych, będącego częściowym zaprzeczeniem, a częściowym wynaturzeniem tradycyjnych zasad moralnych. Jednym z przejawów tego działania jest zastępowanie sumienia indywidualnego sumieniem zbiorowym, swoistym „sumieniem społecznym” i stawianie „względów społecznych” przed poszanowaniem zasad moralnych.

Zatem obrona wolności jest w ostatecznym rozrachunku opowiedzeniem się za poszanowaniem tradycji, obyczajów, ewolucji, moralności, a zatem także wiary, to sprzeciwienie się ograniczeniu wolności przez nadmierną ingerencję instytucji i zbyt wąskie ramy prawne. Wolność musi być postrzegana jako zasada naczelna, a nie jako dar od rządu, który ten dar może dawkować lub całkowicie go odebrać w imię wyższych racji czy innych „względów społecznych”.

Dlatego ja – konserwatysta opowiadam się za ideałem wolności „angielskiej”, a sprzeciwiam się biurokratycznej wolności rodem z Francji oświeceniowej, do której nawiązuje w swojej polityce mniej lub bardziej świadomie lewicowo-liberalny rząd Platformy Obywatelskiej.

dr Artur Górski
Poseł na Sejm RP

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

0 thoughts on “Wybieram wolność „angielską”!”

  1. “dawno obowiązujące zasady i stary obyczaj” – święte słowa. Dlatego uważam, że uzbrojony w AK-47 afgański góral, otoczony gromadka podobnie uzbrojonych synów, żyje w wolnosci, o jakiej w Europie już zapomnieliśmy i, być może, nie bylibyśmy w stanie zaakceptować, bo “nie czuklibyśmy się w niej komfortowo”. tzw. Euro-pejczyk nazywa tzw. komfort – wolnością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *