Wybory w USA wygra FED

Chociaż kandydatów do Białego Domu będzie kilku, to uwaga skupiona jest tradycyjnie na kandydatach dwóch potężnych machin wyborczych – Demokratów i Republikanów. Tak dzieje się od prawie stu lat. Co tak naprawdę wydarzy się 6 listopada? Czy Amerykanie wybiorą obecnego 44, czy nowego 45 prezydenta swoje kraju? Na podstawie lektury większości polskich mediów odpowiedź wydaje się twierdząca. Ale to nic bardziej mylnego, co dowodzi głębokiej niewiedzy dziennikarzy w zakresie elementarnych podstaw funkcjonowania amerykańskiego systemu politycznego. Owszem w „pierwszy wtorek, po pierwszym poniedziałku listopada” Amerykanie udadzą się do lokali wyborczych i wybiorą bezpośrednio członków Izby Reprezentantów, 1/3 składu Senatu i 11 stanowych gubernatorów. Ale prezydenta wybiorą pośrednio, głosując na elektorów. W każdym stanie jest ich tylu, ilu wybiera się członków Kongresu, czyli Izby Reprezentantów i Senatu. Oczywiście każdy z elektorów ma precyzyjnie określone sympatie polityczne, które publicznie deklaruje. W przeszłości zdarzało się jednak, że niektórzy z elektorów od swojego wyboru do głosowania na prezydenta zmieniali zdanie. Grając na przysłowiowym nosie wyborcom. To jedna z niedoskonałości amerykańskiego systemu politycznego. Ale trzymając się wciąż obowiązujących reguł „w pierwszy poniedziałek, po drugiej środzie grudnia”, wybrani elektorzy spotkają się w swoich stanach i oddadzą głosy na prezydenta i wiceprezydenta. Zwycięzca elekcji, który musi dostać co najmniej 270 z 538 głosów elektorskich, rozpocznie swoje urzędowanie w styczniu przyszłego roku. 

Czy będzie nim Barack Obama? W sondażach krajowych po trzeciej debacie, przewaga Romneya nad kandydatem demokratów mieści się w granicach błędu statystycznego. Ale wbrew kolejnemu mitowi, utrwalanemu w polskich mediach, prowadzenie w sondażach przedwyborczych, ani zwycięstwo w ujęciu procentowym i liczbowym w rzeczywistym głosowaniu w skali zagregowanej wcale nie musi dać ostatecznego sukcesu. Przekonał się o tym Demokrata Albert Gore, który w 2000 roku otrzymał o pół miliona więcej głosów od Georga W. Busha, ale to ten ostatni dysponował nieznaczną przewagą elektorów. Kluczowy jest rozkład poparcia liczony oddzielnie dla każdego ze stanów i zsumowany liczbą elektorów na poziomie zagregowanym. Jak wygląda mapa wyborcza Ameryki w 2012 roku? Obama wyraźnie prowadzi na zachodnim wybrzeżu od stanu Waszyngton, Oregon po Kalifornię. Ten ostatni, najludniejszy daje aż 55 głosów elektorskich. Do Obamy należy też wybrzeże północno-wschodnie. Od Maine po stołeczny Dystrykt Kolumbia, w tym ze stanami Nowy Jork i Pensylwania, które dają łącznie aż 49 głosów elektorskich. Trzeci obszar, z mniejszą niż wspomniana przewagą sympatii dla Obamy, to stany wokół wielkich jezior na północy od Minnesoty, przez Wisconsin, Illinois po Michigan. A Romney? Co prawda sprzyjających republikańskiemu kandydatowi stanów jest więcej niż demokratycznemu, tyle tylko, że są one gorzej zaludnione. Za Romneyem opowiada się konserwatywny środek od Montany i Północnej Karoliny graniczących z Kanadą (ze stanami po 3-5 głosów elektorskich), po gorący Teksas. Ten ostatni jest ważnym elementem układanki strategów Republikanina, bo daje aż 38 głosów elektorskich. Ku Romneyowi zwrócona jest też południowo-wschodnia część kraju od leżących nad Oceanem Atlantyckim – Południową Karoliną i Georgią po stany w dorzeczu Missisipi, Missoouri i Arkansas. Ale co najważniejsze oprócz „pewniaków” dla Demokratów i Republikanów jest też kilkanaście kluczowych dla poprzednich i obecnej kampanii stanów, zwanych swing states. Czyli takich, w których żaden z kandydatów nie ma wyraźnej przewagi. W tej stawce najbardziej liczą się te ludne: Floryda (29 głosów elektorskich), Wirginia (13) oraz Ohio i Wisconsin (po 10). To właśnie ich mieszkańcy, w dużej mierze, rozstrzygną o tym kto będzie głównym lokatorem Białego Domu na kolejne cztery lata.

W 2008 roku Obama wygrał wyraźnie z McCainem. Prawie 10 milionowa przewaga w głosach oraz dwukrotnie większa liczba w kolegium elektorskim jest jednak w tym roku nie do powtórzenia. Romneya czeka jednak olbrzymia praca do wykonania. Bo nieco lepszą pozycję startową w poszczególnych stanach ma Demokrata. Do tej pory, w pierwszym kroku, Romneyowi udało się przeciągnąć kilka, które cztery lata temu poparły Obamę, w tym Indianę i Północną Karolinę. To jednak zadanie najłatwiejsze. W drugim kroku Republikanin musi zdobyć przewagę w Wirginii, Ohio i na Florydzie. Ten scenariusz, patrząc na sondaże, zmaterializował się jak dotychczas, tylko w Wirginii. W Ohio i na gorącej Florydzie żaden kandydatów nie jest zdecydowanym faworytem. Jeśli obu stanów nie utraci Obama może raczej spokojnie patrzeć w przyszłość. Jeśli jednak inicjatywę przejmie Romney potrzebny mu będzie jeszcze heroiczny i najtrudniejszy do wykonania trzeci krok. Musi zgarnąć elektorów z Michigan lub Wisconsin na północy oraz wygrać co najmniej w jednym stanie na środkowym południu, czyli w Kolorado, Nowym Meksyku lub Newadzie. Na dzisiaj także w tych trzech ani Romney, ani Obama nie mają wyraźniej przewagi, chociaż najbliżej sukcesu jest kandydat republikanów w Kolorado. 

W opinii strategów Romneya jednym ze „sposobów na obecnego prezydenta” ma być niedawna nominacja na republikańskiego wiceprezydenta dla Paula Ryana. Kandydata z korzeniami niemiecko-irlandzkimi. Ryan, konserwatywny katolik i zwolennik wolnościowej ekonomii, nie jest ulubieńcem medialnego establishmentu. Ale mże zmobilizować „tradycyjną Amerykę” na Florydzie, w Ohio, Wisconsin, Wirginii czy Kolorado. Co proponuje? Dyscyplinę budżetową dla zatamowania gigantycznego długu USA, niskie podatki, deregulację gospodarki, reformę niezwykle kosztownego systemu opieki zdrowotnej i ubezpieczeń. Opowiada się też za swobodnym dostępem do broni. Wypowiada się zdecydowanie przeciw aborcji i małżeństwom dla osób tej samej płci. Czy to wystarczy do wygranej duetu Romney-Ryan? Może, ale nie musi. Bowiem coraz więcej Amerykanów, także tych o poglądach prawicowych, dystansuje się od zaangażowania w politykę, w tym uczestnictwa w wyborach. Wychodząc z założenia, że niezależnie od tego czy w Białym Domu zasiądzie Demokrata czy Republikanin Ameryką rządzić będzie i tak dwieście najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin w USA. Ich interesy reprezentuje realna władz – Rezerwa Federalna (FED), czyli prywatny bank centralny, odpowiedzialny między innymi za emisję pieniądza. Kto, idąc tym tokiem myślenia, będzie więc następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych? Jeden z dwóch głównych kandydatów FED. I to zdanie powinni sobie wziąć poważnie pod uwagę prawicowi politycy i publicyści ekscytujący się batalią Obama-Romney i tak mocno sekundujący temu drugiemu.

Marcin Palade 

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.