Wybory w USA: zwycięstwo o włos?

Za niespełna dziewięć miesięcy odbędą się w USA wybory prezydenckie. Ubiegający się o reelekcję Barack Obama zmierzy się z wyłonionym w prawyborach kandydatem Partii Republikańskiej. Choć dziś nie wiemy jeszcze kto otrzyma z jej ramienia nominację, to analizując mapę wyborczą Stanów Zjednoczonych i zmiany w kolegium elektorskim możemy z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć jaki będzie przybliżony geograficzny rozkład poparcia.
Procedura wyborcza w USA znacząco różni się od tego z czym mamy do czynienia na kontynencie europejskim. Najważniejsza różnica sprowadza się do tego, że wyborcy wskazują preferowanego kandydata pośrednio,a nie – jak na przykład w Polsce – bezpośrednio. Swoje poparcie przenoszą na elektorów, którzy zbierają się i wybierają prezydenta. Liczba elektorów w danym stanie zależy od tego ilu jego reprezentantów zasiada w Kongresie, czyli Izbie Reprezentantów i w Senacie. Od 1964 roku jest ich 538. Tak więc do wygrania wyborów potrzebne jest zdobycie co najmniej 270 głosów. Obowiązuje zasada, że kandydat zwyciężający w danym stanie bierze wszystkie głosy elektorskie. Czasami jednak zdarza się elektor nielojalny, który wyłamuje się z dyscypliny, popiera politycznego konkurenta. W ostatnich wyborach na przykład zrobił tak jeden elektor ze stanu Nebrasca i zamiast na republikanina Mc Caina wskazał na Baracka Obamę. 

Przeprowadzony w 2010 roku amerykański spis powszechny wykazał, że w ciągu dziesięciu lat wzrosła liczba ludności w kilku stanach na zachodzie i południu kraju. Pustoszeje natomiast środek i północno-wschodnie wybrzeże. Zmiany o których mowa przełożyły się między innymi na nowy podział miejsc w Izbie Reprezentantów. I tak najwięcej, bo cztery zyska Teksas. Floryda dwa, a po jednym reprezentancie więcej mieć będą stany: Waszyngton, Nevada, Utah, Arizona, Georgia i Południowa Karolina. Po dwa miejsca straci Nowy Jork i Ohio, a pojedynczy ubytek dotknie stany: Iowa, Missouri, Luizjanę, Illinois, Michigan, Pensylwanię, New Jersey i Massechusetts. Tym samym zmieni się układ w prezydenckim kolegium elektorskim. Kto zyska? Przyglądając się wyborom w ostatnich latach, a szczególnie tym z 2008 roku, na pierwszy rzut oka wydaje się, że demografia powinna pomóc konkurentowi Baracka Obamy. Ze stanów z dodatkowymi elektorami tylko Waszyngton konsekwentnie opowiada się za kandydatami demokratów. Pozostałe sprzyjają mniej lub bardziej republikanom. I to oni na starcie otrzymają bonus w postaci kilku dodatkowych głosów w kolegium. Głosów, które mogą przeważyć szalę zwycięstwa i zastopować powtórny wybór urzędującego prezydenta. 

Cztery lata temu starcie zdecydowanie na swoją korzyść roztrzygnął Obama. Wygrał w dwudziestu dziewięciu stanach, zdobywając 69,5 mln głosów, co dało mu aż 365 głosów elektorskich. Przegrany kandydat republikanów zyskał sympatie niespełna 60 mln mieszkanców. „Yes, we can” czarnoskórego prezydenta dało mu przepustkę do Białego Domu, ale niezadowolenie Amerykanów ze sposobu sprawowania przez niego urzędu z całą pewnością sprawi, że tegoroczny pojedynek będzie bardzo wyrównany. W debatach, na oczach milionów Amerykanów, wymiana ciosów odbywać się będzie przede wszystkim w obszarze ekonomii (m.in. bezrobocie, podatki), swobód obywatelskich (m.in. „cenzura” w internecie) i sfery wartości (m.in. aborcja, mniejszości seksualne). Wydaje się, że jednymi z najważniejszych adresatów przesłania kandydatów republikanskiego i demokratycznego będą mieszkańcy stanów „wahających się”. To znaczy takich, w których biorąc pod uwagę sympatie w przeszłości oraz wykonywane na bieżąco sondaże, nie da się jednoznacznie przyporządkować do obozu jednej lub drugiej partii. Na mapie zostały one zaznaczone kolorem szarym i są to: Nevada (NV), Colorado (CO), Nowy Meksyk (NM), Iowa (IA), Missouri (MO), Wisconsin (WI), Michigan (MI), Ohio (OH), Floryda (FL), Północna Karolina (NC), Wirginia (VA), Pensylwania (PA) i New Hampshire (NH). 

Prognoza stanów „pewnych” Obamy (kolor granatowy na mapie) daje mu zwycięstwo na Hawajach (HI), w Kalifornii (CA), Oregonie (OR), Waszyngtonie (WA), Minnesocie (MN), Illinois (IL), Nowym Jorku (NY), Vermoncie (VE), Maine (ME), Massachusetts (MA), Connecticut (CT), Rhode Island (RI), New Jersey (NJ), Delaware (DE), Maryland (MD) i w stołecznym Dystrykcie Kolambia (DC). Z kolei republikanie nie powinni mieć problemów ze zgarnięciem głosów elektorskich w: Idaho (ID), Utah (UT), Arizonie (AZ), Montanie (MT), Północnej (ND) i Południowej Dakocie (SD), Nebrasce (NE), Kansas (KS), Oklahomie (OK), Teksasie (TX), Luizjanie (LA), Arkansas (AR), Missisipi (MS), Alabamie (AL), Geogii (GA), Tennessee (TN), Południowej Karolinie (S.C.), Kentucky (KY), Indianie (IN), Zachodniej Wirginii (WV) i na Alasce (AK). W pojedynku „pewniaków” na ten moment Obama ma 196 głosów w kolegium, a republikanie 181. Choć stanów przechylających się ku centroprawicy jest więcej w ujęciu liczebnym, to demokraci mają w posiadaniu „dwa skarby” w postaci przychylnych im mieszkańców Kalifornii i Nowego Jorku. Razem to aż 84 głosy elektorskie. Utrata jednego z nich, co wydaje się w obecnej chwili mało prawdopodobne, bardzo komplikowałaby sytuację urzędującemu prezydentowi i przybliżałaby znacząco sukces republikanów.

Zdecyduje Ohio ?

Zatem bój o Biały Dom toczyć się będzie prawdopodobnie o 161 głosów w kolegium. W kierunku republikanów może przesunąć się Nevada. Od 1968 roku demokraci wygrali tu tylko dwa razy. Podobnie może być z Missouri. Po II wojnie światowej nieco częściej sukcesy odnosili tu republikanie, w tym w trzech ostatnich elekcjach prezydenckich. Ważne będzie roztrzygnięcie na Florydzie. W ostatnim trzydziestoleciu z demokratów wygrał tu tylko Clinton (1996) i cztery lata temu Barack Obama. Floryda to aż 29 głosów elektorskich, bez których republikanie wyborów nie wygrają. Po krótkiej, czteroletniej przygodzie z demokratami, do obozu ich konkurentów powrócą zapewne mieszkańcy Północnej Karoliny i Wirginii. Po drugiej stronie barykady Barack Obama zapewne otrzyma wsparcie stanów: Wisconsin, Michigan, Pensylwanii i New Hampshire. W ostatnich dwóch dekadach wszystkie cztery są w strefie wpływów demokratów. Przy takim podziale i zsumowaniu kandydat republikanów miałby 254 głosy, a Barack Obama 246. Obaj wciąż bez potrzebnej większości. A ta będzie możliwa dopiero po zaszeregowaniu elektorów z Nowego Meksyku, Colorado, Iowa i Ohio. Czterech stanów, gdzie o zwycięstwie jednego czy drugiego kandydata mogą zdecydować pojedynczy wyborcy. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w 2000 roku, kiedy to niewielka przewaga Georga Busha na Forydzie dała mu prezydenturę. Tym razem jeśli Nowy Meksyk i Iowa przejdą do republikanów, a Colorado do demokratów to przekroczenie progu 270 głosów w kolegium spoczywać będzie już wyłącznie w rękach mieszkanców ludnego stanu Ohio. To aż 18 głosów i wyborcy dosyć często zmieniający swoje sympatie. Ohio dla Obamy uprawdopodobni jego zwycięstwo 8 głosami. Ohio dla republikanów, nawet przy utracie trzech pozostałych stanów, da im 272 głosy.

A na koniec wariant skrajny, który ze statystycznego punktu widzenia też trzeba brać pod uwagę. Czy w tym roku żaden z kandydatów może nie wygrać wyborów prezydenckich w USA? Tak. Stanie się tak wtedy jeśli w czterech najbardziej chwiejnych stanach głosy rozłożą się następująco: Ohio i Nowy Meksyk dla Obamy oraz Iowa i Colorado dla republikanów. Da to łącznie po 269 głosów w kolegium elektorskim. Wtedy o tym kto będzie gospodarzem Białego Domu rozstrzygnie Izba Reprezentantów. 

MARCIN PALADE

aw

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *