Zabić Cielca

Nie bezpieka, lecz realizm?

Faktycznie, można by znaleźć pewne podobieństwa procesów, które doprowadziły kolejno do powstania Partii Konserwatywno-Liberalnej w roku 1990, Stronnictwa Polityki Realnej w 1995/6 i dekorwinizacji UPR w roku 2009. Czy jednak rzeczywiście w tych zdarzeniach maczała ręce jakaś „neo-bezpieka” – na dziś ustalić nie sposób, jakkolwiek zadeklarowani (aktualni) zwolennicy JKM na pewno w tym momencie zakrzyknęliby „no jak to?!” (podobnie jak smoleńszczycy przecież wiedzą, że to był zamach…). Dopóki jednak za 20 lat jakiś nowy Korwin nie zgłosi nowej uchwały lustracyjnej, albo nie znajdzie się cudownie jakaś nowa szafa Lesiaka – wątek ten pozostanie w sferze domysłów i oskarżeń.

Pozostawmy więc agenturę i razwiedkę ich zawodowym tropicielom i skupmy się nad jakimś prostszym wytłumaczeniem opuszczania JKM przez kolejne grupy współpracowników. Otóż pomimo różnic między kolejnymi rozłamowcami – wszyscy oni na pewnym etapie chcieli „partii normalnej”, czyli korwinizmu bez Korwina. Oczywiście, PKL Stefana Jarugi i Aleksandra Jędraszczyka chciała być takim „uczciwym KLD”, SPR było w istocie przejęciem UPR (niemal identycznym zresztą z ostatnim puczem w KNP, ruchami Konwentyklu i Straży Praw) przez twardo realistycznych konserwatystów, a UPR stracił JKM na rzecz umiarkowanych zwolenników kolaboracji z centroprawicą. Środowiska te różniły się mentalnie, programowo (co wynikało głównie z momentu, w jakim dochodziło do rozłamu), nie lubiły też wzajemnie (w ostatnim przypadku zresztą poprzedników znając tylko z czarnej legendy korwinistów). Nie mniej wszystkie trzy raskoły zdarzyły się, kiedy po pierwsze niektórym przelewała się czara znoszenia ekstrawagancji Korwina, po drugie gdy członkowie kierownictwa uznawali, że znajdują się na krótkiej liście następnej czystki, po trzecie zaś, gdy w końcu pewien krąg zwolenników „konserwatywnego-liberalizmu”) orientował się (i przyznawał publicznie), że ukochanego programu nie da się zrealizować w takim zakresie i taki sposób, w jaki oficjalnie proponuje uwielbiany JKM.

Program czy ideologia?

Wbrew pozorom nie jest to jednak jakaś znacząca różnica percepcji. Otóż Korwin też oczywiście o tym wie, świadomie wysuwa jednak postulaty nierealne, tak w skali makro, jak i mikro – ponieważ realizuje misję edukacyjno-wychowawczą. JKM mówi o tym otwartym tekstem na spotkaniach, np. powtarzając, że „wolnościowcy” powinni domagać się zniesienia VAT, chociaż wiadomo, że nie jest to możliwe w realiach Unii Europejskiej. – Więc tym bardziej będziemy się tego domagać! – woła szelmowsko uśmiechnięty Korwin. I choć może to zostać odebrane jako po prostu argument za opuszczeniem UE – to jest to po prostu jeden z elementów świata rynku idealnego, prezentowanego przez JKM wyznawcom. Faktycznie, łatwiej jest tłumaczyć mechanizm liberalny właśnie w warunkach wyidealizowanych, bez uwarunkowań międzynarodowych, zobowiązań wewnętrznych i szeregu innych okoliczności zaburzających wizję. Słowem choć wiele postulatów JKM można uznać za uzasadnione, celem ich wysunięcia nie jest wdrożenie, ale nauczenie jednych myślenia przyczynowego, innych zaś natchnienie wiarą. W obu przypadkach jednak niektórzy zwolennicy zawsze budzą się z refleksją „ale moment, przecież chyba nie o to, no… nie tylko o to chodzi w partii politycznej???”

Trzy poprzednie frondy w swych początkowych, entuzjastycznych okresach brały się na poważnie za pogłębianie i urealnianie programów odziedziczonych po JKM. I choć podejścia i konkretne propozycje różniły się od siebie – to i PKL, i SPR, i UPR z zapałem wyliczały jak spłacać zobowiązania ZUS-owskie, jak stopniowo odchodzić od innych obciążeń fiskalnych (np. ograniczać VAT – oczywiście w przypadku dwóch ostatnich). Czytając dziś publikacje dra A. Jędraszczyka, czy czytając pierwszy program SPR, pisany przez Krzysztofa Dzierżawskiego, a także zaglądając na fora dyskusyjne UPR-u widzimy to samo odejście od mitów, próby dopasowania pryncypiów do konkretnej sytuacji ekonomicznej tu i teraz tak, jakby naprawdę można było przez Sejm przeforsować jakieś ordoliberalne ustawy. JKM lądując poza parlamentem ostatecznie takich złudzeń się pozbył, wybierając na lata taktykę marszu przez pokolenia, połączonego z intratną działalnością wydawniczą. Tym zabawniejsze wydaje się więc, że ostatni rozłam ma chyba charakter odmienny. To Korwin poczuł nagle możliwość uzyskania bieżących efektów politycznych, a zaplecze pozbyło się go ze względów anty-pragmatycznych i bardziej pryncypialnych.

Nikt się nie spodziewa Hiszpańskiej Inkwizycji!

Taktyka wychowywania wyznawców i tworzenia formacji ideowej, która miała zabezpieczyć JKM przez zagrożeniem przez kolejnych oświeconych realistów – ma też drugą stronę. Wierzący gotów jest zabić proroka, a nawet mesjasza, jeśli dostrzeże w nim herezję. Wszak program jest świętszy od nosiciela, zatłuc więc można nawet samego Złotego Cielca. Systematycznie ograniczając swe zaplecze do największych ortodoksów – Korwin tracił na nich wpływ na rzecz… szerzonej przez siebie ideologii. Paradoks to tylko pozorny, bo faktycznie partie interesów bywają znacznie spójniejsze od partii idei. W interesach człowiek bowiem przynajmniej wie na czym stoi. A programy można wszak nader różnie interpretować…

Skądinąd ciekawym jest, że kolejne nowe inicjatywy Korwina – Platforma JKM, WiP, w sposób szczególny KNP, a obecnie KORWiN – anonsowane są zamiarem poszerzenia kręgu oddziaływania i przyciągnięcia szerszego spektrum, obejmującego np. „liberalnych narodowców”. Sęk w tym, że w istocie wcześniejszy okres działania JKM – to właśnie raczej ekskluzywizm, nie tylko w oparciu o kryterium oddania wodzowi, ale też wg kryteriów ideologicznych. Kto dziś pamięta, że początkowo UPR (tak jak wcześniej Ruch Polityki Realnej) była partią konserwatywno-liberalną, bo łączyła konserwatystów i liberałów, a nie grupowała jakichś „konserwatywnych liberałów”, jak to tłumaczy się dzisiaj. W tym przypadku opinie również są sprzeczne – jedni uważali, że zmiana tego stanu rzeczy to skutek kolejnych rozłamów – inni, że raczej ich przyczyna. Tak czy siak uwalniany okresowo od pracy partyjnej – Korwin dryfował coraz bardziej w ulubionym przez siebie osobiście kierunku libertariańskim (wystarczy sięgnąć do archiwalnych numerów „Najwyższego Czasu BIS” i „LUX-a”, by zobaczyć jak daleko w te rejony JKM się zapuszczał). Kiedy jednak wracał – nabierał pragmatyzmu (oczywiście po swojemu pojmowanego), czego najbardziej znaczącym przykładem była zmiana, do jakiej doszło przed wyborami prezydenckimi w roku 2000. Wykazujący wcześniej umiarkowaną pro-unijność Korwin uznał, że przyszłość formacji należy związać ze spodziewanym perspektywicznie wzrostem nastrojów anty-europejskich, zmienił więc diametralnie frazeologię i w tym postanowienie wytrwał do dziś (jako ciekawostkę można dodać, że startujący w tych samych wyborach Piotr Ikonowicz przeszedł reorientację przeciwną, z krytyka UE zamieniając się na potrzeby wyborców w jej zwolennika…).

Jakie spoiwo?

Obecnie JKM deklaruje, że chciałby wrócić niejako do sytuacji z początków RPR/UPR i – jak zapowiadał już przy powoływaniu KNP – stworzyć ruch wielonurtowy. A jednak, ten sam pozornie plan A.D. 2015 odróżnia od sytuacji roku 1987 inne spoiwo. „Starą” Unię łączył znacznie bardziej konserwatyzm, koncepcja silnego państwa minimum i sprzeciw wobec jednoznacznie pro-atlantyckiej i pro-brukselskiej orientacji geopolitycznej – niż postulaty wolnorynkowe, traktowane wówczas po prostu jako zdrowo-rozsądkowa oczywistość, a nie jak pismo święte. Dziś po latach nauczania, selekcji, rozkładania priorytetów – JKM może wzywać pod swe sztandary wyłącznie własnych wielbicieli i zadeklarowanych, ortodoksyjnych liberałów, dla których wszystkie pozostałe kwestie to w sumie nieistotne pierdoły i fanaberie prezesa. Nastawienie to zresztą łączy w jakiś sposób i tych pozostałych w KNP, i tych deklarujących ochoczo przejście do KORWiNa. O ile wyborców czy inne środowiska potencjalnie gotowe do współpracy rzeczywiście interesuje co JKM ma do powiedzenia o polityce zagranicznej, organizacji państwa, nawet o wychowaniu młodzieży – to ortodoksi często krzywią się „no co ten stary z tym Asadem i Putinem?!”, „czemu tak mało o podatkach?!” Zachodzi tu dysonans między pozornie bardziej oddanymi sprawie, a powierzchowniej, albo krócej zainteresowanymi przekazem JKM, którzy słuchają jego wielogodzinnych monologów może nie wyłącznie dla takich smaczków, ale na pewno nie przewijając ich. Trochę podobnie jest zresztą, przy całej różnicy poziomów, w Ruchu Narodowym, na którego manifestacje niektórzy przychodzą tylko „na Kowalskiego”, posłuchać jak to tym razem kol. Marian fajnie dopieprzy rządzącym.

Dysonans ten, zrozumienie przez JKM potrzeby wielowątkowości przekazu jako ochrony przed losem Palikota i napływ słuchających nie tylko o podatkach – to również jedna z przyczyn ostatniego rozłamu, odróżniająca go od poprzednich. I można by ją uznać za zjawisko optymistyczne, gdyby nie fakt, że KORWiN od KNP różni się póki co wyłącznie nastawieniem do osoby JKM oraz ustaleniem priorytetów, tj. przyjęciem czy ważniejszy jest lider, czy ideologia. Z proponowanego „szerokiego frontu” może bowiem wyjść to co zwykle, a więc zaplecze Korwina poszerzy się (?) co najwyżej tylko o liberalnie nastawionych zwolenników centroprawicy, łączących doktrynerstwo gospodarcze z ograniczeniami myślenia historycznego czy geopolitycznego.

Nazwisko JKM (i związane z nim wyniki sondaży) wciąż mają jednak moc przyciągającą, u jego boku pojawił się m.in. ex-europoseł Dariusz Grabowski (czyli niepodległościowiec, ale jednak narodowy), stąd mimo obciachu związanego z samym rozłamem – nie można jej szans zupełnie przekreślać. Sam Janusz Korwin-Mikke ma jednak coraz mniej czasu, by tak nauczać kolejne pokolenia fanów, aby i one, i on sam umieli razem wyciągać wnioski z poprzednich błędów, nie skręcając znowu w ślepe uliczki.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *