Zagozda: Moskwa trzecim Rzymem?

Profesor Adam Wielomski, uchodzący za politycznego hiperrealistę i rzeźnika bezwzględnie rozprawiającego się z prostym przenoszeniem rzeczywistości metafizycznej na praktykę życia publicznego, zaskoczył własną interpretacją tzw. drugiej tajemnicy fatimskiej. Zauważając, że „rosyjskie prawosławie jest jedynym ofensywnym czynnikiem chrześcijańskim naszego kontynentu”, Wielomski stawia ryzykowną tezę o wypełnianiu się słów Najświętszej Maryi Panny o nawróceniu i misyjności Rosji. Jeśli zaakceptujemy tu całe – teologicznie wątpliwe – pole semantyczne słowa „nawrócenie”, to staniemy tylko o krok od afirmacji średniowiecznej koncepcji Moskwy jako spadkobiercy tradycji Rzymu i Konstantynopola, tak uparcie lansowaną dziś w Rosji choćby przez wpływowego ideologa – Igora Panarina. Ale czy ten krok jest naszym przeznaczeniem?

Stoję w jednym szeregu z Wielomskim i jak kania dżdżu łaknę wszelkich przejawów normalności we współczesnym świecie. Mile łaskocze mnie rosyjski opór przeciw liberalnej propagandzie i z nieukrywaną zazdrością patrzę na wizerunkową integralność Kremla i Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Nie zapominam jednak o aposteriorycznie dowiedzionym zwierzchnictwie tamtejszej władzy świeckiej nad duchową. Nie bez racji Feliks Koneczny pisał:

„w prawosławiu car czuwa nad tym, żeby sprawy religijne służyły polityce, żeby Cerkiew pochwalała wszystko, co rząd przedsięweźmie. A zatem w prawosławiu nie było nigdy godności obywatelskiej, tylko niewola duchowa, której jedynym obowiązkiem było ślepe posłuszeństwo rządom, jako obowiązek religijny. Duchowieństwo, używane do posług politycznych, otrzymujące zlecenia od władzy świeckiej, lekceważy skutkiem tego samą religię i upada nieprawdopodobnie nisko”.

Definicyjna tymczasowość władzy demopolitycznej i jej ideowa i moralna przewrotność w żadnej mierze nie gwarantują trwałości trendu docenianego przez nas obu. Tym bardziej, że jego społeczna baza jest co najmniej krucha. Ledwie kilka procent obywateli rosyjskich to praktykujący prawosławni, a w pustkę po komunistycznym ateizmie najłatwiej wciskają się okultyści dysponujący w Rosji swoimi uczelniami wyższymi (jedną z nich nota bene ukończyła była wiceminister polskiego sejmu) i promujący w nich ezoteryczną duchowość Heleny Bławatskiej i Mikołaja Rericha. Upatrywanie więc szansy dla Europy w rosyjskim „ofensywnym czynniku chrześcijańskim” szybko może okazać się złudne.

Nasze widzenie rosyjskiej Cerkwi pokomplikował niedawno papież Franciszek, który – jeśli wierzyć doniesieniom medialnym – z dużą dozą zrozumienia pochylił się nad prawosławną akceptacją rozwodów, z dobrodziejstw której skorzystał przed paroma miesiącami prezydent Władimir Putin, będący przecież kluczowym rozgrywającym w procesie nazywanym przez Wielomskiego „nawróceniem” Rosji. Ten i kilka innych faktów (np. duża liczba aborcji) powodują, że Rosja nie ma narzędzi do systemowego nawracania – w katolickim ujęciu tego zagadnienia – Zachodu. Należy też bardzo poważnie wziąć pod uwagę domniemanie, że realizowana przez Kreml strategia oporu wobec „emancypacji, feminizmu, politycznego homoseksualizmu” może być tylko sprytnym zabiegiem pijarowskim, obliczonym na promocję globalnych interesów stricte rosyjskich za pomocą nowej parachrześcijańskiej międzynarodówki. Jakkolwiek by nie było, nie sposób jednak odmówić Rosji zasług w bieżącym sporze z niektórymi aspektami cywilizacji śmierci.

Zagadnienie to z pewnością mniej by nas zajmowało, gdyby odpowiednie polskie instytucje – świeckie i kościelne – realizowały Bożą ekonomię zbawienia odczytaną przez rodzimy mesjanizm integralny, o którego zgodności z chrześcijaństwem przekonywał ostatnio Paweł Rojek. Jesteśmy narodem apokaliptycznym i tułamy się po labiryncie dróg i ścieżek z poprzestawianymi drogowskazami, nie wiedząc, że nie wszystkie z nich prowadzą do Rzymu. Brakuje nam autorytetu dysponującego pełnią walorów moralnych i intelektualnych zdolnego wyprowadzić nas ze zdezaktualizowanej idei „przedmurza chrześcijańskiej Europy” i powiedzieć, że to my jesteśmy dziś jej centrum. Że to my jesteśmy Rzymem.

Krzysztof Zagozda
aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Zagozda: Moskwa trzecim Rzymem?”

  1. Powtórzę raz jeszcze, że Mieszko I przyjmując chrzest kierował się wyłącznie względami politycznymi, podobnie jak Chlodwig i wielu innych królów. Od Chlodwiga po Putina suwereni rozumieli bowiem, że stabilne i silne państwo wymaga tego, co Carl Schmitt określał mianem “formy politycznej”. Politykom chodziło wyłącznie o wzmocnienie państwa za pomocą aparatu eklezjalnego, dyscypliny moralnej, jedności wierzeń. Ale Kościół, otrzymawszy wsparcie polityczne, budował społeczeństwo chrześcijańskie. Politycy mieli “miecz doczesny”, Chrystus swoich wyznawców. I wszyscy byli zadowoleni. Putin idzie drogą Chlodwiga i Mieszka I. Za czasów tych ostatnich chrześcijanie autentyczni stanowili też kilka procent. Mimo to droga Putina musi zostać pochwalona w zestawieniu z liberalnym, agnostycznym “cieniem państwa”, Stato agnostico.

  2. @ Alek – stosunek materializmu historycznego względem historii jest to zatajony fatalizm dziejowy. Zatem coś się stało, bo tak się stać musiało i dane wydarzenia było nieuniknione (jak np. upadek feudalizmu czy triumf proletariatu). Czy Pan Wielomski podaje, że chrzest Mieszka I był nieunikniony, ponieważ się stać musiał? Nie. @ adamwielomski & Alek – o kwestiach prywaty (czy ktoś kogoś kochał-nienawidził, w coś wierzył-nie wierzył itd.) w perspektywie braku konkretnych źródeł (które mówiłyby o danym elemencie bezpośrednio) mówić nie można. Ma to mniej więcej taki sam sens, jak twierdzenie że Konopnicka była lesbijską a Baczyński gejem.

  3. Jeżeli chodzi o tekst – Koneczny wprawdzie wprowadził dość ciekawą ideę cywilizacji, ale jednak w opisach historycznych dokonał wielu błędów. Chociażby właśnie o historii prawosławia. Nie było tam zewnętrznego centrum religijnego, zatem każdy patriarchat (“patriarchat” jako konkretną, niezależną od innych, komórkę organizacyjną prawosławia) miał własny proces twórczy i własny wynik (tak na tle teologicznym jak i relacji z państwem). Np. w Bizancjum jeden Cesarz musiał jakoś trzymać jedność pomiędzy czterema patriarchatami, między którymi często dochodziło do znaczących różnic teologicznych. Nie mógł ów pozwolić na rozpad Cesarstwa z powodu interpretacji jednego wersu PŚ. Później jednak, kiedy to inwazja arabska odizolowała inne starożytne patriarchaty od Cesarza, ten miał już większe wpływy. Już nie musiał szukać kompromisów aby np. Egipt się zrewoltował. Zatem przystąpił do przejmowania wpływów w Kościele i czasami Cesarze potrafili tworzyć kompletnie nowe teologie (np. Konstantyn Kopronim). Czy to samo można powiedzieć o zależności między monarchą bułgarskim a bułgarskim patriarchą? Albo chociażby Carem Rosji i Metropolitą Moskiewskim? Wspomnę tylko Sołoniewicza (“Narodnaja monarchia”) “Car uważał się za Naród i Cerkiew, Cerkiew uważała się za Naród i Państw, Naród uważał się za Cerkiew i Państwo. Car tak samo nie mógł – i nie zamierzał – zmieniać prawosławia, jak nie mógł i nie zamierzał zmieniać, np. języka. Naród nawet nie zamierzał zmieniać na coś innego ani samodzierżawia nia prawosławia – i jedno i drugie było organiczną częścią osobowości Narodu. Car był podporządkowany dogmatom religii, lecz podporządkowywał sobie jej kapłanów.” Jak to ma się do Cesarzy Bizantyjskich, mogący nagle np. zdelegalizować kult ikon? Prawosławie jest nieznane dla człowieka zachodu, podobnie też historia wschodniej (północno lub południowo) Europy. Dlatego tak wiele błędów w analizach i interpretacjach wschodu. Tak samo jest i z tym tekstem.

  4. Obstawiam, że tu w grę wchodzi zależność punktu widzenia od punktu siedzenia (zamieszkiwania) i te wszystkie prorosyjskie sympatie pochodzą od mieszkańców b. zaboru rosyjskiego, takich jak JKM i prof. Wielomski (których obu bardzo szanuję, ale niestety czasem muszę się z nimi nie zgodzić). Co nam może dać Rosja? Trochę tanich surowców i ichnią kulturę picia alkoholu. Bez tanich surowców w gospodarce można sobie poradzić (przykład Japonii chociażby) a co do kultury to będzie zmiana na gorsze. Prawosławie? A po co ono w jednym z najbardziej katolickich (mimo wszystko) krajów? Mieszko I (a także Bolesław Chrobry, Kazimierz Wielki i inni Piastowie) jakoś nie uważali, że jest coś ciekawego na wschodzie (no chyba, że tereny do podbicia) i szukali współpracy z sąsiadami z południa i (trochę mniej?) północy/zachodu. I to jest dość naturalna droga dla Polski. Należymy do cywilizacji łacińskiej i próby zaimportowania jakichś bizantyjskich czy turańskich rozwiązań raczej pogorszą sytuację, niż pomogą.

  5. @dariusz.pilarczyk – zacznijmy od tego Rosja ma wspaniały poziom szkolnictwa wyższego. Inżynier z Moskwy znaczy znacznie więcej niż Magister Inżynier z Warszawy. Kiedy przed upadkiem ZSRS część specjalistów od rakiet uciekło do USA i zaczęli pracować dla zbrojeniówki amerykańskiej to się śmieli z poziomu amerykańskich technik rakietowych. Przedstawiciele z rosyjskich wyższych szkół rolniczych opracowali niedawno nowe metody do zwiększenia wydajności uprawy roli na wiecznej zmarzlinie, co umożliwia rozwój tych regionów. Poziom chirurgii czy psychiatrii rosyjskiej to naprawdę wyższy niż zachodnioeuropejski. Wymieniać przewagi nauki rosyjskiej nad zachodnią mógłbym długo. Dalej. Większość “bosych Antków” (podobnie jak i ogólnie Polacy) jest przesiąkniętych właśnie rusofobią. W pamięci ciągle mają pamięć o Powstaniu Kościuszkowskim, Listopadowym i Styczniowym i roztrząsają jak to trzeba było ruszać wojska, aby maksymalnie dokopać “ruskim”. Pochodzenie geograficzne nie ma żadnego wpływu na filosemityzm, germano- czy rusofilię. Dalej. Pierwsi Piastowie nie interesowali się wschodem, ponieważ wschód nie interesował się nami. Gra polityczna toczyła się między nami, Cesarstwem, Czechami i Węgrami (pomijam plemiona połabskie, pruskie, litewskie, pojedynczych watażków oraz Skandynawów, jako że nie byli to gracze decydujący) i to tutaj toczyły się roszady polityczne. Pierwsi Piastowie mieli ten poprawy wzgląd na politykę, że nie szukali sojuszników daleko centrum zainteresowania (zatem nie szukali “przyjaciół” w Kairze czy Szkocji). Ruś tego okresu zajmowała się głównie sprawami wewnętrznymi (chociażby kwestie sukcesyjne czy problemy z Drewlanami) i barbarzyńskimi ludami sąsiadującymi (np. z Połowcami). Rusini z tego okresu nie interesowali się światem międzynarodowej polityki a i ta nie interesowała się nimi (do momentu przybycia emisariuszy mongolskich). Dalej. Nie powiedziałeś z jakiej definicji “cywilizacji” korzystasz, a to bardzo ważne. Podejrzewam, że jednak chodzi o Konecznego. Jego idea ogólna jest ciekawa, ale w szczegółach popełnił wiele błędów (chociażby jak zakwalifikować takie dziwne twory historyczne jak Etiopia czy współczesny Zachód). Ale już w odejściu od tego, to gdzie jest ta “cywilizacja łacińska”? Bo wg niektórych kryteriów ta cywilizacja jest tak samo martwa, jak cywilizacja aztecka. Używając terminologii Konecznego, cały świat jest w stanie acywilizacyjnym.

  6. Wiele racji jest tym, co pisze red. Wielomski. Mimo swego marginalnego wpływu na społeczeństwo, prawosławie rosyjskie jest jednak silne moralnie i stanowi ważne ogniwo cementujące Rosję wokół własnej idei narodowej, praktycznie od Bugu po Władywostok. W przeciwieństwie do katolików, prawosławie nie jest ponadnarodowym tworem. Jest czysto narodowe i pro-państwowe. Tymczasem Kościół katolicki po Soborze Watykańskim II stracił większość ze swoich duchowych zalet. Naczelną zasadą stał się ekumenizm, wolność religijna i dialog ze starszymi braćmi w wierze”. To co nie pasuje do nowego kanonu, musiało zostać wyciszone. Kiedyś mówił Kościół o zbawieniu. Obecnie zdaje się zastąpił to filozofią ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci (chociaż np. św. Tomasz z Akwinu uznawał człowieczeństwo dopiero od 40. dnia po poczęciu i nie sprzeciwiał się karze śmierci). No cóż, zbawienie dusz nie jest już istotne, skoro wyrzekło się monopolu na prawdę i teraz już wszystkie religie, z którymi się “dialogujemy”, są prawdziwe i wiodą ku zbawieniu. Taki katolicyzm nie jest już inspirującą duchową strawą i jeśli się nic nie zmieni, kolejni papieże będą powoli gasić światło. Już nawet w Polsce na katolickie nabożeństwa przychodzą głównie ludzie starsi i w średnim wieku, i to przywiązani raczej do tradycji niż żywej wiary. Dodatkowo na niekorzyść położenia Kościoła katolickiego wpływają pewne grzechy z przeszłości. Otóż w X wieku, będące u szczytu potęgi politycznej papiestwo wprowadziło zakaz rozwodów i celibat księży. Wtedy to wzmacniało pozycję i bogactwo samego Kościoła (bezżenni i formalnie bezdzietni duchowni nie mogli dziedziczyć mienia i byli łatwiej sterowalni). W realiach XXI wieku X-wieczna zaleta stała się kolejnym gwoździem do trumny, może nie tak bolesnym gdyby SW II nie było. Wierna dawniejszej tradycji Moskwa jest w lepszej sytuacji i rosyjskie prawosławie choć marginalne, stanowi jednak pewną siłę, o czym świadczą rosnące szeregi młodych prawosławnych. Skoro już o przepowiedniach rozmawiamy tak się złożyło, że na naszych oczach spełniła się XVI-wieczna przepowiednia mnicha Filoteusza i to Moskwa rzeczywiście staje się Trzecim Rzymem.

  7. @Cogito, ergo polonus sum – zdaję sobie sprawę, że osiągnięć Rosji nie można “w czambuł” oceniać negatywnie, pod niektórymi względami nauka czy technika rosyjska/radziecka ma spore sukcesy. Trzeba też zwrócić uwagę na aspekt moralny, czyli to o czym napisał powyżej Siemko, tu muszę się trochę pokajać, bo jego uwagi zawierają sporo racji, a ja przedtem (zanim przeczytałem jego wpis) o tym aspekcie nie pomyślałem. Mea culpa. Ale wydaje mi się, że Rosja czy też ZSRR właściwie od zawsze nie nadążała technologicznie za Zachodem. Miała swoje “pięć minut”, mniej więcej w okresie gdy rozpoczęto loty kosmiczne, niemniej jednak odnoszę wrażenie, że technika rosyjska często opierała się na wymyśleniu niezbyt zaawansowanych technicznie, prostych, pragmatycznych dobrze działających w praktyce rozwiązań. Radzieckie czołgi T-34 wygrywały z niemieckimi Tygrysami i Panterami nie dlatego, że były bardziej zaawansowane technicznie, ale dlatego, że dawały się produkować relatywnie tanio i w dużych ilościach (czego o Tygrysach powiedzieć się nie da). Zachowując zresztą niezłą jakość, ale niższą niż czołgi niemieckie. Podobnie z karabinem Kałasznikowa – prosta konstrukcja odporna na zabrudzenia itd. itp. Ot, takie podejście “gniotsja nie łamiotsja”. Statki kosmiczne Sojuz latają do dziś, bo są jednorazowe, amerykański program promów kosmicznych “poległ”, bo Amerykanie wzięli się za ambitniejszy cel – statek kosmiczny wielokrotnego użytku. I to trzeba uszanować (wyrazy uznania dla Rosjan). Problem z tym, że ta rosyjska prosta pragmatyczna filozofia nie w każdej sytuacji się sprawdza, czasami rzeczywiście potrzeba bardziej zaawansowanych technologii i tu jakby Rosjanie już bardziej “wymiękają” (ekonomia daje się we znaki?). Rosjanie wysłali człowieka w Kosmos, ale na Księżyc już im się dolecieć nie udało, pomimo podjęcia wysiłku rywalizacji z USA (za wysokie progi na “gniotsja nie łamiotsja”?). Nie powiodła się żadna misja rosyjskiego/radzieckiego lądownika na Marsie, amerykańskie Vikingi, Pathfindery, Spirity itd. wykazały się dużo większą skutecznością, nie muszę mówić. Rosjanom udało się kilka lądowań sond na Wenus, tylko czy to przypadkiem nie jest łatwiejsze zadanie? Sondy marsjańskie pracują latami, w przypadku wenusjańskiej nie trzeba tak bardzo dbać o jakość, bo i tak się spali po kilkudziesięciu minutach od lądowania(?) Piszę o tym, bo Polsce potrzebne są właśnie nowoczesne technologie i silna sprawna gospodarka, a tu wydaje się, że atrakcyjność Rosji jako partnera nie specjalnie wysoka. Psychiatria rosyjska może i jest na wysokim poziomie (nie orientuję się, przyjmuję na wiarę, że jest) ale tam chyba nowoczesne technologie nie odgrywają tak istotnej roli? Sukcesy rosyjskiego rolnictwa – hm cóż, to chyba znów jakby “średnio” nowoczesna dziedzina. To, że inżynierowie się śmieli to wg mojego doświadczenia dość dwuznaczny argmuent. Spotykałem się w pracy z podobnymi postawami u niektórych inżynierów (lekceważące uśmiechy, poczucie wyższości w stosunku do cudzych rozwiązań) – tylko, że po jakimś czasie okazywało się, że to byli kiepscy inżynierowie! Więc tak jabky to podejście pierwszych Piastów – traktowanie jako poważnych partnerów tych z południa/zachodu/północy – w jakimś zakresie sprawdza się nadal.

  8. @dariusz.pilarczyk – Kwestia “nadążania za zachodem” przez Rosję jest mocno złożoną. Należy pamiętać o wielowiekowej izolacji Rosji od myśli zachodniej (głównie przez panowanie mongolskie, ale i tacy Szwedzi chętnie blokowali transport technologii na wschód). Operowałeś głównie na bazie militarnej, to jednak warto mieć na uwadze, że przez dłuższy czas XIX wieku jakość uzbrojenia i wyszkolenia armii i floty carskiej był wysoki. W innych dziedzinach też dorównywał zachodowi. Później zachód dostał wielkiego kopa technologicznego przez kolejne wynalazki, jednak w Rosji tego okresu taniej było wynająć barkę ciągniętą przez kilkunastu ludzi, niż utworzyć porządniejszą infrastrukturę do transportu rzecznego (na przykład). Zatem lokalna ekonomia spowolniła rozwój technologiczny Rosji carskiej z późniejszego XIX wieku, co w połączeniu ze źle przeprowadzanymi reformami władzy doprowadziło do upadku tego kraju (jednak jeszcze przed wojną postęp modernizacji Rosji otrzymał wielkiego kopa – tak wielkiego, że wywiad i sztab Cesarstwa Niemieckiego zachęcał do jak najszybszego dążenia do wojny, bo za kilka lat Rosja Carska będzie nie do ruszenia, ani militarnie ani gospodarczo). Jeżeli zaś chodzi o ZSRS to już opisywałem pod innym komentarzem i wspomnę tylko, jak przedstawiciele krajów zachodnich przerazili się oglądając manewry Armii Czerwonej (z powodów osiągów sprzętu, wyszkolenia oraz metod wykorzystywania różnych formacji) przed czystkami Stalina i jak w trakcie nich śmiali się z tego, co się tam działo (na manewrach AC). Ścieżka technologiczna sowietów miała bardziej charakter sinusoidy, która z czasem miała mniejsze okresy “ku górze” a większe “ku dołowi”. Ale to była (i w sumie jest) ogólny schemat, jaki funkcjonował w krajach komunistycznych-komunizujących. Współczesna Rosja cierpi przez dziedzictwo ZSRS – monogorody w przemyśle oraz monokultury w rolnictwie i leśnictwie, wyeksploatowanie zasobów wodnych etc. Jak doda się do tego grabież majątku państwowego kiedy rozwalał się ten kraj, mamy już totalną mieszankę spowalniającą rozwój nowych technologii we współczesnej Rosji. Co do zaś wspominanych zastosowań, to podobny problem ma i polska gospodarka – cóż z tego, że nasi naukowcy robią rocznie wiele wynalazków, skoro nie mogą ani tego opatentować ani wdrożyć na rynek? Ostatecznie skupują wynalazki Amerykanie, Chinczyki czy ktoś inny. Co do podejścia pierwszych Piastów to znów wspomnę – w tamtym okresie polityka tego regionu kręciła się właściwie w okół zachodnich rubierzy Cesarstwa (Węgrzy częściowo tutaj działali, częściowo na południu). Rusią się nie interesowano, bo była daleko od centrum wydarzeń tego regionu (podobnie jak Piastowie niezbyt szukali sojuszników we Francji czy Irlandii, bo tamtejsze problemy polityczne nas nie dotyczyły). Sytuacja we współczesnym Zachodzie jest podobna do tego, co doświadczała Ruś przed najazdem mongolskim – Zachód (a zwłaszcza UE) zajmuje się sam sobą i samo się marginalizuje. Osobiście uznaję Zachód za tak zgniły, że nie ma szans go ratować (bez boskiej interwencji) więc powinniśmy się odczepić, dopóki dla Polaków jest jeszcze ratunek. Dalej. My sami jesteśmy w stanie tworzyć potrzebne nam technologie i nie musimy ich skupywać – nasze wynalazki są przejmowane przez Chiny (jako taki archetyp tu zastosuję), które później nam ją sprzedają. Nasze (oraz unijne) prawo dot. gospodarki i technologii są tak nieprzyjazne, że właściwie paraliżują nas. I na sam koniec, kwestia rolnictwa. Tą gałęzią nie ma co pogardzać, bo to modernizacja technik rolniczych umożliwiła rozwój przemysłowy – jeżeli mniej ludzi musi przeznaczyć mniej czasu na produkcję żywności dla danej społeczności, to więcej ludzi może zajmować się innymi gałęziami gospodarki. Chętnie wspominasz o Japonii (ale w to miejsce można wprowadzić też kilka innych krajów), ale miej na uwadze, że do stanu współczesnego poświęcili wiele pracy i wysiłku, począwszy od czasów Restauracji Meiji prowadziła modernizację w sposób płynny i naturalny. Ani w Rosji/ZSRS, ani w Polsce (oraz w wielu innych krajach) tak nie było. Dlatego u nas jest źle a tam lepiej. Na sam koniec pozostaje jednak kwestia tego, czy trzymamy się z UE czy nie oraz to, że jak nie z UE to z kim? Stańczycy mieli rację, że sami się na mocarstwowość wybić nie możemy, a bez mocarstwowości nie ma co liczyć na pełną niepodległość. A w aktualnej sytuacji jedną z bardziej optymalnych opcji jest właśnie Rosja (chyba nikt dalej nie marzy o mrzonkach Międzymorza?).

  9. @Cogito…” “…Na sam koniec pozostaje jednak kwestia tego, czy trzymamy się z UE czy nie oraz to, że jak nie z UE to z kim?..” – myślę, że po prostu nie należy, za USraelskie srebrniki, wbijać klina między Rosję i UE, lecz jak najbardziej sprzyjać tej integracji i dobrze w tym nurcie Polskę i Polaków “ustawić”. Gdy UE znajdzie sie pod rosyjskim parasolem atomowym, będzie mogła strząsnąć z siebie degenerujący amerykanizm oraż żydomasońską zgniliznę. Żydowskie rakiety, wycelowane z terenu Izraela w europejskie stolice przestaną być zagrożeniem. Europejski filosemityzm zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A co do trzeciego Rzymu – obawiam się, że jest nim Moskwa. Nie żebym Rosji/Rosjan/Moskwy nie lubił – wręcz przeciwnie. Szkoda tylko, że Rzym jest cóś jakby mało rzymski, i to jakby z własnej woli. Że po raz N-ty zinterretuję Pana Jezusowe “bramy piekielne go nie zwyciężą” oraz “czy Syn Człowieczy znajdziw wiarę, gdy pryjdzie”. Rzym, dzyby zechciał, mógłby trwać w pełnej sile i ortodoksji – siłowo NIKT i NIC nie byłoby w stanie Rzymem zachwiać. No, ale cóś jakby nie bardzo się temu Rzymu “chciało chcieć”…

  10. @siemko: “…Kiedyś mówił Kościół o zbawieniu. Obecnie zdaje się zastąpił to filozofią ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci…” – bardzo celna uwaga. Zastanawiam sie, czy przypadkiem tzw. “posoborowie” i jego nauka/filozofia nie jest/ nie stała się częścią fałszywej, antropocentrycznej alternatywy. Mówi nam się, że linia podziału przebiega miedzy “cywilizacją życia” a “cywilizacją smierci”. Może jednak obie te tzw. “cywilizacje”, anropocentryczne i skoncentrowane na doczesności ją tylko innymi obliczami “antropocentrycznej cywilizacji potepienia”, której prawdziwym przeciwieństwem jest/byłaby/była “teocentryczna cywilizacja zbawienia”. Coś jak w przypadku prawicy, lewicy i tradycji. “Nasza” jest, powiedzmy, tradycja, a alternatywa “prawica-czy-lewica” jest “onych”, tzn. oswieceniowa. Gdy sie koncentrujemy na “konflikcie” prawica-lewica, znika sprzed oczu tradycja, i o to masoński m scierwom chodzi. Podobnie może być w przypadku cywilizacji życia kontra cywilizacja smierci: wazne, że nie ma mowy o zbawieniu, a Lucek sie cieszy, :-).

  11. @Cogito…: “…Co do zaś wspominanych zastosowań, to podobny problem ma i polska gospodarka – cóż z tego, że nasi naukowcy robią rocznie wiele wynalazków, skoro nie mogą ani tego opatentować ani wdrożyć na rynek?…” – jest Pan chyba nadmiernym optymistą. Prace polskich naukowców w kluczowych dziedzinach są b. nieliczne, a do tego b. rzadko cytowane. Polska nauka zajmuje sie gł. pracami czysto przyczynkarskimi. Polscy naukowcy i inzynierowie zgłaszają b. mało wniosków patentowych, i to zazwyczaj o b. nedznej jakosci, o czym swiadczy b. niska liczba przyznawanych patentów. Jedmnym z powodów takiego żałosnego stanu rzeczy jest niski poziom nakładów na BADANIA NAUKOWE (nie na uczelnie, edukacje wyższą etc. tylko na BADANIA) poniżej 0.7%PKB, które to 0.7% daje, niejako z automatu, niezłe efekty. Innym powodem jest totalna wyprzedaż majątku narodowego obcym podmiotom. Korporacja, jaka by nie była, nie jest po prostu miedzynarodowa, lecz ma konkretne narodowe oblicze. Nawet jeśli R&D znajduje sie poza krajem pochodzenia (np. IBM ma część R&D w Szwajcaarii, a Intel w Izraelu), to badania “długofalowe”, np. podstawowe, zlecane sa na miejscu. I dlatego żadna politechnika w Polsce nie otrzyma ciekawego tematu z IBMu czy Intela, nawet gdyby miała super publikacje, otrzyma je natomiast zuryska ETH lub Technion z Haify.

  12. “Kiedyś mówił Kościół o zbawieniu. Obecnie zdaje się zastąpił to filozofią ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci… – bardzo celna uwaga”. Bardzo wątpliwa. Zależy, czego kto słucha. W Kościele czytają tą samą Ewangelię co i kiedyś. Nie żadną tam “filozofię ochrony życia”. Trzeba nie chodzić do Kościoła, żeby takie rzeczy gadać. Bierze się chyba z pomieszania wiary i filozofii. Sam twórca terminu “cywilizacja życia” podkreślał, że Ewangelia nie jest filozofią. Jeśli jednak ktoś jest tak przesiąknięty mentalnością współczesną (czyli oświeconą), że żadnej “ciemnej wiary” w ogóle nie akceptuje, jest jasne, że głoszenie Słowa, będzie pojmował jak każdą filozofię (doktrynę). Sama “filozofia ochrony życia poczętego” ma marne widoki wobec obecnej, dość makabrycznej wiedzy medycznej o ludzkim rozrodzie, którą chyba tylko jakiś geniusz teologiczny mógłby pogodzić z animacją zarodka w momencie poczęcia, jak się przyjmuje w Kościele (celowo piszę “w”) . Wygląda bowiem na to, że rozdzieramy szaty nad unicestwianiem pojedynczych embrionów w metodzie in vitro, a natura (lub Bóg mówiąc bardziej teologicznie) czynią to masowo, stale, systematycznie tak, że do 70% embrionów wędruje od razu do Nieba, Piekła czy Limbusa (niech sobie każdy wg własnych poglądów wybierze gdzie) jako, że rozród ludzki (jak każdy) jest procesem statystycznym. Horroru dopełnia fakt, iż przeżywany tylko dlatego, że system immunologiczny organizmu naszych matek nie posiada 100% skutecznego testu na zgodność DNA (w takim wypadku pozabijałby bowiem wszystkie embriony, wszystkie bowiem różnią się swoim DNA od DNA organizmu matki). Tylko NIEDOSKONAŁOŚĆ testu zgodności umożliwia nam życie.

  13. Panowie, a czy koniecznie musimy doszlusowywać do jakiegoś “większego brata”? Czy Czesi, Węgrzy, Słowacy, Austriacy, Skandynawowie też powinni dojść do wniosku, że albo z UE/Niemcami albo z Rosją, ale z kimś koniecznie i obowiązkowo trzeba “trzymać”, tj. zakładać jakąś federację, unię czy coś w tym stylu? Dajmy sobie spokój, takie ponadpaństwowe unie mają sens przede wszystkim jako zabezpieczenie na wypadek wojny, natomiast w czasie pokoju szkodzą rozwojowi, bo ten słabszy partner (czyli dajmy na to Polska) ulega myśleniu, że teraz można się mniej starać bo w razie problemów Wielki Brat pomoże. Najlepiej – jeśli to możliwe – być na swoim. Mieszko I też miał możliwość podporządkowania się cesarstwu niemieckiemu, wybrał trochę bardziej ryzykowne rowiązanie, czyli samodzielność (i dzięki temu mamy państwo polskie a nie jakiś niemiecki Wartheland). To jest tylko kwestia oszacowania ryzyka, nie można przeszarżować z ryzykiem, ale akurat obecnie – przez najbliższe kilkadziesiąt lat – zagrożenie poważną wojną (taką, która groziłaby utratą niepodległości) jest raczej nieduże (kac moralny po dwóch wojnach światowych jest mimo wszystko duży).

  14. @Piotr.Kozaczewski – o tym już wspominałem. Polacy robią wynalazki, ale nie mogą ich nawet opatentować zanim obcy tego nie skopiują i opatentują u siebie. @dariusz.pilarczyk – tak, musimy. Tylko mocarstwa mogą liczyć na pełną niezależność, a my szanse na mocarstwowość już zmarnowaliśmy bezpowrotnie. Co do zaś Mieszka I, to nie zapominaj, że działał on w innych warunkach politycznych. Cesarstwo bardziej przypominało feudalną federację, gdzie właściwie każdy sam sobie był panem. Cesarz zajęty był głównie na rywalizacji z Francją “kto jest lepszym dziedzicem Karola Wlk.”; państwo to było mocno osłabione przez grabieże Madziarów, którzy potrafili plądrować cały szlak aż do Bretanii (11 lat przed chrztem Mieszka dopiero złamano dopiero kark madzierskich wypraw na zachód); ekspansją na wschód zainteresowana była właściwie Marchia Wchodnia i (częściowo) Księstwo Czeskie. Zachodni sąsiad w warunkach ogólnych był słaby i można było budować mocarstwo niezależnie od niego. Węgrzy stanowili groźną siłę, ale po bitwą nad rzeką Lech swoje zainteresowania skierowali głównie na Bałkany. Ruś (super podzielona) była zainteresowana swoimi własnymi problemami i niszczeniem półkoczowniczych ludów na całej ścianie wschodniej. Księstwo Mieszka zaś było wyjątkowo jednolite polityczne i książę nie musiał oglądać się na swoich podwładnych jak Cesarz czy na równoważnych krewniaków, jak na Rusi. Dlatego Polska mogła rosnąć w siłę tylko własnymi mocami. Teraz sytuacja jest diametralnie inna. Od czasów saskich spadliśmy w randze i celem naszej polityki powinno być przetrwanie. Zamiast tego działania szły w kompletnie innych kierunku, często realizując głównie cele innych rządów (np. Pruskiego) czy organizacji (np. masonerii). I tak teraz, musimy przetrwać, bo wymieramy tak fizycznie jak i ideowo, gdzie to pierwsze jest właściwie skutkiem drugiego.

  15. @Cogito, ergo polonus sum – To, co piszesz, jakoś kiepsko się skaluje. Jeżeli tylko Polska “musi” wejść w unię z jakimś większym mocarstwem, to pytanie dlaczego np. Czechy czy Węgry, które są w podobnej sytuacji, nie muszą. Albo Austria lub Szwecja? Jeżeli natomiast uważasz, że wszystkie kraje pomiędzy Niemcami i Rosją koniecznie powinny dołączyć się albo do Niemiec albo do Rosji to, hm, brzmi to dość absurdalnie (niepoważnie?)

  16. @dariusz.pilarczyk – raz, sytuacja geopolityczna Szwecji a krajów z podstawy Grupy Wyszehradzkiej jest kompletnie różna. Od czasów Wielkiej Wojny Północnej Szwecja właściwie ciągle jest pod czyjąś nieformalną zwierzchnością, a korzystając ze swego położenia mogła sobie pozwolić na formalną neutralność (nie leżała na styku geopolitycznych płyt tektonicznych jak właśnie Polska czy Węgry). Dwa, gdzie ja piszę o alternatywnie Niemcy albo Rosja? Napisałem, że trzeba porzucić tonący okręt jakim jest UE i podczepić się do kogoś innego. Trzy, skalować nie ma co, bo to nie jest kwestia matematyki. Zachód ostatecznie zmusi nas do akceptacji rzeczy niedopuszczalnych z katolickiego punktu widzenia (jak legalizacja w pełni dostępnej eutanazji, aborcji; pochwała dla dewiacji seksualnych etc.). Do tego można wprowadzić różnej maści kwestie prawne, gospodarcze, socjalne, technologiczne itp. których wstępne skutki wstępnych kombinacji (na wszelakich płaszczyznach) widzimy już teraz.

  17. @Cogito, ergo polonus sum “Dwa, gdzie ja piszę o alternatywnie Niemcy albo Rosja? Napisałem, że trzeba porzucić tonący okręt jakim jest UE i podczepić się do kogoś innego” W takim razie jakie wg Ciebie są możliwości “podczepienia się do kogoś innego”? UE jest tonąca, więc jej nie biorę pod uwagę. Zostaje Rosja, albo – po zatonięciu UE – Niemcy (barrrrrdzo trudno zatapialne). Innych krajów w naszym rejonie, pod które można by się podczepić, nie widzę. Czyli w praktyce taka alternatywa, jak napisałem. Po drugie: czy mógłbyś wymienić kraje Europy Środkowo-Wschodniej (oprócz Polski), które wg Ciebie również powinny “podczepić się do kogoś innego”. I do kogo. Chcę zrozumieć Twój sposób myślenia, chociaż dla mnie on brzmi raczej nieprzekonująco (właśnie z tego powodu, że dziwnie szybko dochodzisz do wniosku, że trzeba się podczepiać).

  18. @dariusz.pilarczyk – nie, zostają jeszcze inne państwa pod które można się podczepić, jak np. ChRL czy USA. Jednak (jak pisałem wcześniej) najbardziej rozsądnym wyborem na chwilę obecną jest Rosja. Dalej. Gdyby inne państwa z regionu szybko wyszłyby z UE oraz porzuciła demoliberalne, socjalistyczne i genderyczne idee to można byłoby myśleć o innych kombinacjach geopolitycznych. Jednak jeżeli z każdej strony jest się właściwie otoczony molochami to z jednym z nich trzeba się ułożyć, bo inaczej skończy się dla takiego gracza tragedią. Oczywiście są miejsca, które dawno wypadły z “Wielkiej Gry” i nikt się nimi nie przejmował (np. Szwajcaria, dzięki czemu mogła wyrobić aktualny status), jednak ten nasz region jest wybitnie narażony na wszelkiej maści manipulacje (począwszy od ekonomicznych, na etnicznych kończąc).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *