Zgadzam się z Cenckiewiczem

Dziś wracam do tekstu z przed kilku tygodni. To znaczy do dość głośniej na konserwatywnych forach polemiki pomiędzy Sławomirem Cenckiewiczem a Tomaszem Terlikowskim. Polemiki dotyczącej postaci arcybiskupa Marcela Lefebvre’a. Ich spór toczy się w tym wypadku na kanwie biografii słynnego hierarchy, pióra jednego z konsekrowanych przez niego biskupów.

Musze od razu powiedzieć, że poza jednym zastrzeżeniem zgadzam się niemal całkowicie z doktorem Cenckiewiczem. Jedyne moje zastrzeżenie do jego opinii dotyczy chyba tylko samego faktu konsekracji biskupich. Tu rację ma Terlikowski.

Jestem najgłębiej przekonany, że dokonując tego aktu zasłużony arcybiskup nie miał najmniejszej intencji dokonania schizmy. Był po prostu najgłębiej przekonany, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. I to był właśnie jego największy błąd. Błąd owocujący tym, że jego duchowi synowie nie chcą dziś przyjąć tego co na audiencji w 1978 roku oferował zasłużonemu arcybiskupowi papież Jan Paweł II. Oferował mu choćby zasadę odczytywania soborowego nauczania w świetle Tradycji oraz uregulowania statusu kanonicznego jego zgromadzenia. To samo oferowała Stolica Apostolska arcybiskupowi i 10 lat później. W ostatnich latach Benedykt XVI zaoferował jednak przedstawicielom Bractwa znacznie więcej. Przyjął mianowicie ich sugestie co do swobodnego celebrowania w Kościele Rzymskim mszy trydenckiej, którą to zasadę przyjął w głośnym już w motu proprio Summorum Pontificum. Zdjął także kary kościelne ciążące na czterech konsekrowanych przez arcybiskupa hierarchach. Jeśli dziś synowie francuskiego purpurata nie chcą tego, co ich duchowy ojciec przyjąłby z pocałowaniem ręki, to jest ta właśnie konsekwencja tego błędu. Błędu nieprawomocnych sakr biskupich z roku 1988. Arcybiskup był jak najdalszy od schizmy, ale to przecież konsekwencją jego działania jest to, że żadna z obecnych ofert Stolicy Apostolskiej nie jest przez jego synów akceptowalna. Tyle zgody z Terlikowskim. Dalej już jednak ma racje Cenckiewicz.

Po pierwsze więc: uczciwość wymaga by przyznać, że to przecież nie rozproszone grupki przywiązanych do mszy trydenckiej katolików, ale właśnie ten arcybiskup, stał się symbolem niestrudzonego boju o właściwe miejsce tej mszy w Kościele Rzymskim. Boju, którego słuszność potwierdził niejako Benedykt XVI w swoim motu proprio.

Po drugie: kolejna to sprawa kwestia oceny Soboru i wydarzeń które nastąpiły po nim. Jest dla mnie rzeczą jasną, że przed jego zwołaniem Kościół był w pewnym kryzysie. Że szukał języka, który mógłby docierać do współczesnego świata. Że także przy celebrowaniu liturgii trydenckiej, panowało wówczas liturgiczne niechlujstwo. Nie można jednak stanu tego porównywać do sytuacji post soborowej . I bagatelizowanie stanu otwartego i panującego w europejskim Kościele laicyzmu usprawiedliwianiem charakterystyczną dla czasów po każdym soborze gorączką. To po prostu zwykłe bagatelizowanie poważnej choroby.

Po trzecie: inkulturacja. Jest prawdą, że Kościół dziś rzeczywiście najszybciej rozwija się w Afryce i w Azji. Ale na tak chwaloną przez Terlikowskiego inkulturację bym uważał. Nie ma co ukrywać, że także i ona – czyniona nieroztropnie – przyczyniła się do dzisiejszego kościelnego kryzysu liturgicznego. Warto zauważyć jak dużym zainteresowaniem wśród mieszkańców tych kontynentów cieszą się te miejsca, gdzie liturgia jest sprawowana schludnie i stanowi pewien wyraz europejskiej – wciąż atrakcyjnej dla tamtych narodów – kultury. I nie idzie mi tu wyłącznie – choć w jakimś sensie również – o te miejsca gdzie sprawowana jest liturgia trydencka.

Po czwarte: rzecz jasna dokumenty soborowe wyrażają uroczyste nauczanie Kościoła. Trudno jednak nie zauważyć, że są one napisane tak, iż mogą podlegać wielorakiej interpretacji. Myślę że to dobry przykład na porównanie pontyfikatów Benedykta XVI i Jana Pawła II. Oczywiście polski pontyfikat była bardziej charyzmatyczny, ale to niemiecki jest bardziej precyzyjny. Omawiany przez Terlikowskiego Asyż jest tutaj najlepszym tego przykładem. Nikt nie kwestionuje szlachetnych intencji polskiego papieża w tej kwestii, ale jasnym jest, że minusem tego przedsięwzięcia było wzbudzenie wątpliwości po stronie katolickiej. Wątpliwości co do wyjątkowości własnej religii. Sam Terlikowski wydaje się nie być od nich wolny kiedy przywołuje przykład skuteczności buddyjskiej modlitwy do stojącego na tabernakulum bożka. Przyznam, że mam tu poważne wątpliwości. Bo jeśli uznamy, że każdy kult jest jakąś ułomną drogą dotarcia do Boga, to na końcu tego rozumowania pojawia się nieuchronnie pytanie o satanizm. Czy on także prowadzi do Boga? Oczywiście, że nie! A czy prowadzi doń pomieszany z czarami animizm? Też wątpliwe. Widać więc ile minusów zrodziło się z tego przedsięwzięcia. A plusów trudno mi jakoś dostrzec.

Po piąte: niewątpliwie ma racje naczelny Frondy, że dialog z Bractwem Świętego Piusa X pozwoli nam wszystkim lepiej zrozumieć sam Sobór. I także zrozumieć to jego największe osiągniecie które sprawia, że dziś to bardzo często świeccy – a nie duchowni- są najlepszymi stróżami katolickiej ortodoksji. Ale całej tej dyskusji – jestem przekonany – w ogóle by nie było gdyby nie heroiczna postawa arcybiskupa Marcela Lefebvre’a. Rzecz jasna obarczona poważnym błędem, ale to przede wszystkim dzięki historii jego życia, w którą wpisane były również trudne negocjacje z kardynałem Ratzingerem z 1988 roku, ta dyskusja o interpretacji Soboru jest w ogóle prowadzona.

I to właśnie w tym sensie zgadzam się z opinią jaką o byłym arcybiskupie Dakaru ma, niewątpliwie dobry historyk, Sławomir Cenckiewicz.

Jan Filip Libicki

www.facebook.com/flibicki

aw

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *