Ziętek-Wielomska: Nauka w służbie władzy – patologia świata nowożytno-oświeceniowego

Tytuł aktualnego numeru NMN – W obronie człowieka – sugeruje, że ów człowiek jest w jakiś sposób jest zagrożony, że trzeba go bronić przed jakimś zagrożeniem. I rzeczywiście, jeśli popatrzymy na wypowiedzi i deklaracje wielu wiodących współczesnych intelektualistów, to znajdziemy w nich przesłanie: człowiek umarł, niech żyje era post-człowieka. Tak jak przed ponad stu laty Fryderyk Nietzsche ogłosił śmierć Boga, tak jego współcześni kontynuatorzy, z Yuvalem Hararim na czele, ogłaszają śmierć człowieka. Pomiędzy śmiercią Boga, a śmiercią człowieka ogłoszono jeszcze jeden zgon – zgon prawdy i początek epoki postprawdy. Postmodernizm, posthumanizm, transhumanizm, postprawda, dewzrost – oto ideę siejące spustoszenie na tzw. Zachodzie, który niedługo podzieli los Boga, prawdy i człowieka, a więc zostanie złożony w grobie historii. I słusznie, gdyż idea Zachodu wzrastała na gruzach cywilizacji łacińskiej i miała stanowić oświeceniową imitację cywilizacji personalistycznej, jaką była cywilizacja łacińska, ściśle związana z filozofią grecką – głównie z arystotelesowskim realizmem – następnie zaś prawem rzymskim i chrześcijaństwem. Dlaczego imitację? Dlatego że idee wolności, praw człowieka czy nauki odmieniała przez wszystkie możliwe przypadki i twierdziła, że służy im i że tylko ona może je urzeczywistnić, jednocześnie odcinając się od tych wszystkich cywilizacyjnych źródeł, które idee te stworzyły i w ogóle umożliwiły ich funkcjonowanie. Odcinając Europejczyków od owych źródeł, sprawiła, że wszystkie wielkie ideały oświecenia zawisły w próżni, a z czasem stawały się coraz bardziej frazesami. I tak oto doczekaliśmy momentu, kiedy zostały już tylko puste fasady, co jest prostą konsekwencją założeń samego oświecenia – wyłożymy to poniżej. Tymczasem przyjrzyjmy się zarysowi źródeł cywilizacji łacińskiej, gdyż wtedy lepiej zrozumiemy ten imitacyjny, oszukańczy charakter idei nowożytno-oświeceniowych, które na naszych oczach kończą swój żywot. I słusznie, miejmy tylko nadzieję, że tak jak po upadku Rzymu i okresie germańskiego barbarzyństwa wykiełkowała w końcu wspaniała cywilizacja łacińska, tak i teraz zacznie kiełkować może coś jeszcze lepszego. Znajomość źródeł naszej cywilizacji nam w tym pomoże.

Grecja, Rzym, chrześcijańskie Objawienie

W Grecji narodził się rozum. Do tego czasu człowiek był jak dziecko żyjące w świecie bajek, mitów, fascynujących opowieści, nad prawdziwością których nie zastanawiał się, bo nie dysponował odpowiednimi kategoriami, by zadać pytanie: czy opowieść ta jest aby prawdziwa? A jak jest naprawdę? To właśnie greccy filozofowie zaczęli zadawać sobie takie pytania, odważając się na to, by zakwestionować to, co było otoczone nimbem sakralności, licznych tabu, których naruszenie mogło przecież grozić gniewem bogów i duchów przodków. Greccy filozofie odważyli się na ten krok, wychodząc poza zabobonną mentalność człowieka prymitywnego. Wtedy narodziła się nauka, narodziła się idea prawdy jako czegoś, co człowiek odkrywa własnym rozumem. Rozumiejąc rzeczywistość, człowiek uzyskuje możliwość kontroli nad nią, zdolność do świadomego i racjonalnego kształtowania swojego losu, przestaje być tylko igraszką w rękach bogów czy sił natury i może także podać w wątpliwość wierzenia przodków, uzyskując w ten sposób możliwość emancypacji ze struktur rodowych.

Dlatego też nie jest przypadkiem, że wraz z filozofią narodziła się grecka demokracja, greckie polis jako wspólnota wolnych i równych – bo rozumnych – obywateli. Polis i agora to miejsca racjonalnej rozmowy oraz dyskusji, a także wspólnego kształtowania swojego losu. Obywatel to ten, który ma prawo przemawiać i ma prawo zostać wysłuchanym, to ktoś, kto ma prawo głosu, ma prawo wyrazić swój pogląd, swoje zdanie, swoją rację. Polis to olbrzymi przełom w stosunku do struktury rodowej, gdzie rządzi starszyzna, pilnująca, by każdy wierzył w plemienne mity i poddawał się plemiennej władzy totalnej. W strukturze rodowej nie dochodzi jeszcze do rozróżnienia prawa publicznego i prywatnego. Istnieje po prostu prawo rodowe, w związku z tym nie ma w ogóle czegoś takiego, jak strefa prywatna człowieka, który jest po prostu częścią plemienia i całkowicie podlega jego władzy.

Ten wątek oczywiście prowadzi nas do Rzymu, gdzie doszło do całkowitej już emancypacji z plemiennej totalności – w to miejsce powstała res publica, rzecz wspólna. Warunkiem tego było wykształcenie się podziału na prawo publiczne i na prawo prywatne, na strefę prywatną i publiczną. W ten sposób człowiek stał się nie tylko obywatelem, ale także osobą prywatną. Oczywiście nie należy tego mylić z nowożytnym indywidualizmem, gdyż wspólne obyczaje, religia, kult przodków były w starożytnym Rzymie niezwykle ważne. Doszło tam jednak do emancypacji rodziny ze struktury rodowej – z czym związana była także rosnąca pozycja prawna kobiet i dzieci – czyli do procesu prawnego upodmiotawiania człowieka.

Dzięki greckiej filozofii, czyli nauce, oraz prawu rzymskiemu człowiek w coraz większym stopniu stawał się podmiotem, a więc kimś kto tworzy kulturę, wykraczającą poza naturę, kto świadomie kształtuje swoje otoczenie i samego siebie. Te elementy znalazły sprzymierzeńca w chrześcijaństwie, które głosi, że istnieje osobowy Bóg, który z miłości stworzył świat oraz że człowiek został stworzony na jego obraz i podobieństwo. Idea, że każdy człowiek jest równy przed Bogiem i jest zobowiązany do przestrzegania tego samego prawa moralnego, zaś przed Bogiem osobiście odpowie za swoje wybory, domknęła konstrukcję, z której wytworzyła się cywilizacja łacińska. Chrześcijańska etyka, oparta na prawie naturalnym, w równym stopniu obowiązującym wszystkich, stała się trzecim filarem nowej cywilizacji – cywilizacji łacińskiej.

Esencją cywilizacji łacińskiej, tym co napędzało jej rozwój, było napięcie pomiędzy wiarą i rozumem, Objawieniem i nauką, dążenie do uzgodnienia prawdy rozumowej i prawd wiary, a nadto szukanie odpowiedzi na pytanie, jak postępować. Stąd też okres średniowiecza to czas powstania uniwersytetów, niekończących się debat między teologami i filozofami – nie tylko chrześcijańskimi. Recepcji filozofii Arystotelesa w Europie towarzyszyła ożywiona dyskusja między myślicielami chrześcijańskimi, żydowskimi i arabskimi. Ówcześni ludzie zadawali wiele pytań, na które szukali odpowiedzi. Chcieli wiedzieć, jaki jest ich Bóg, jak działa, jak człowiek powinien kształtować swoją relację z Bogiem. Najwybitniejszy filozof wszechczasów, św. Tomasz z Akwinu, dokonał intelektualnej syntezy dziedzictwa greckiej filozofii, rzymskiej tradycji republikańskiej, w tym stoicyzmu, oraz chrześcijańskiego Objawienia. Tam gdzie docierał tomizm, tam docierała cywilizacja łacińska.

Rację ma polski filozof historii Feliks Koneczny, że cywilizacja łacińska i chrześcijaństwo nie stanowią synonimów – cywilizacja łacińska to udana synteza Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa, oparta na arystotelesowsko-tomistycznym realizmie. Nie znajdziemy arystotelizmu i tomizmu w świecie prawosławnym, stąd Koneczny przypisał Kościół Wschodni do cywilizacji bizantyńskiej. Protestantyzm stanął zasadniczo na gruncie czystego fideizmu, a – odrzucając element rozumu i filozoficznej teologii oraz kładąc nacisk na lekturę Biblii – upodobnił się wielce do judaizmu. W szczególności dotyczyło to kalwinizmu: o jego wyznawcach niemiecki poeta Heinrich Heine orzekł w końcu, że to żydzi, którzy jedzą wieprzowinę… Ukraiński greko-katolicyzm, w momencie kiedy wydał z siebie szowinistyczny banderyzm, pokazał tkwiące w nim pierwiastki turańsko-plemienne. Niech przymiotnik ”katolicki” nas tutaj nie zmyli – po odrzuceniu któregokolwiek z omówionych powyżej filarów nie mamy do czynienia z cywilizacją łacińską, nawet jeśli na pole walki wychodzą duchowni z krzyżami. Zakon krzyżacki do cywilizacji łacińskiej oczywiście też nie należał.

Zatrute źródła cywilizacji Zachodu

Dla ludzi średniowiecza, jak również jeszcze renesansu (wbrew wolnomularskiej propagandzie o powszechnej antyklerykalności tej drugiej epoki, podczas gdy dotyczyło to w dużej mierzy tylko renesansu włoskiego, a i to niezupełnie) Bóg i świat duchowy był realną częścią rzeczywistości, czymś czego nie można było oddzielić od świata znanego z doświadczenia empirycznego. Umysł ludzi chciał ten wymiar rzeczywistości przeniknąć, chciał wspiąć się jak najbliżej Boga, by rozumieć całość rzeczywistości. Można by rzec, używając modnego ostatnio określenia, że ci ludzie myśleli holistycznie czy też organicznie. Świat materialny stanowił część większej całości i było dla nich oczywiste, że ostateczna przyczyna tego co się dzieje w świecie materialnym tkwi w świecie duchowym.

I wtedy pojawił się nowy trend, by procesy zachodzące w materii, w przyrodzie, tłumaczyć tylko i wyłącznie na gruncie owej materii lub przyrody. Jednym z twórców nowożytnej metody naukowej, czyli opartej na eksperymencie i indukcji, był Franciszek Bacon. Oświadczył on, że trzeba przyrodzie wydrzeć siłą wszystkie jej tajemnice, by człowiek mógł się stać panem świata i by mógł zbudować sobie nowy lepszy świat. Bacon jest autorem słynnej antyutopii „Nowa Atlantyda”, w której przedstawił doskonałe państwo przyszłości, w którym rozwiązano wszelkie problemy głodu, chorób, przemocy, etc. Brzmi znajomo? Tak, ta historia ma już mniej więcej 400 lat, odkąd człowiek zapragnął zapanować nad przyrodą odcinając się zupełnie od duchowego wymiaru rzeczywistości.

Główną istotą tego nowego trendu nie było powstanie nauki – ta wszak istniała już od przynajmniej 2000 lat – lecz nowego paradygmatu, który ogłosił, że świat niedostępny dla zmysłów jest niepoznawalny, zatem nie warto się nim zajmować. Uznano, że to, co nie jest empirycznie poznawalne, nie może być przedmiotem namysłu naukowego, może zaś tylko i wyłącznie stanowić przedmiot wiary. W ten sposób dokonano całkowitego rozdziału wiary i nauki, co idealnie zresztą pasowało do fideizmu protestanckiego, w otoczeniu którego ów nowy paradygmat głównie się rozwijał. Uznano, że duch i materia to równoległe rzeczywistości i że procesy zachodzące w świecie materialnym i duchowym powinno się od siebie odseparować. I tutaj należy właśnie szukać zatrutych źródeł nowożytności, a w szczególności oświecenia. Koncentracji na materii towarzyszyła bowiem intencja powiększania swojej władzy nad światem, co bliskie było magii, służącej właśnie temu, by powiększać swoją moc. Jednym słowem: nauka przestała służyć prawdzie, a zaczęła służyć władzy. Człowiek przestał żywić jakikolwiek szacunek dla swojego Stwórcy, dla jego dzieła i reguł przezeń ustanowionych, którym człowiek miał się podporządkować. Przypomnijmy, że w tym „ciemnym średniowieczu” nikomu nie przemknęłoby przez myśl, by torturować zwierzęta celem zrozumienia, jak działają. Przez stulecia śmiano się z tej „zabobonności” i „ciemnoty”, po czym dożyliśmy czasów, kiedy coraz więcej mówi się o zakazie przeprowadzania eksperymentów medycznych na zwierzętach… Ale wróćmy do tematu. W momencie kiedy nauka stała się w gruncie rzeczy szeroko rozumianą technologią władzy, człowiek stał się jednocześnie tak twórcą tej technologii, jak i jej obiektem, zarówno panem, jak i ofiarą. Towarzyszyło temu coraz głębsze mentalne zanurzanie się ludzi Zachodu w materializmie i utrata kontaktu z duchowym wymiarem rzeczywistości, którego racjonalne badanie było ponoć niemożliwe. Oczywiście nie o niemożliwość tutaj chodziło, lecz o ukrycie faktu, że ów duchowy wymiar rzeczywistości nakłada na człowieka różne ograniczenia, jeśli chodzi o jego aspiracje do bycia panem Ziemi. W końcu chodziło o to, by zająć po prostu miejsce własnego Stwórcy. Najpierw więc wszystkie sprawy dotyczące pozazmysłowych wymiarów rzeczywistości oddelegowano do sfery religii, po czym zaczęto zwalczać samą religię, a do tego głównie sprowadzało się właśnie „oświecanie”. Już nie tylko nie wolno było twierdzić, że świat pozazmysłowy może być przedmiotem poznania naukowego, ale nawet mieć na jego temat żadnych przekonań religijnych!

Oświecenie stworzyło kanon myślenia, który zdominował ostatnie 300 lat historii ludzkości. Stworzyło nowy wzorzec „cywilizowania”, polegający z grubsza na „oświecaniu”, czyli walce z religią, a szczególnie z katolicyzmem, i opierający się na wierze w postęp realizowany za pomocą nauki, techniki i anglosaskiej ideologii liberalizmu (francuskie oświecenie funkcjonowało pod bezpośrednim wpływem idei angielskiego myśliciela Johna Locke’a). Oświecenie podzieliło ludzkość na „barbarzyńców” i „świat postępu”, przy czym sprawą oczywistą było, że „barbarzyńców” można „cywilizować” siłą, wbrew ich woli, dla ich rzekomego dobra. Cały oficjalny humanizm oświeceniowy podszyty był olbrzymim przyzwoleniem na stosowanie przemocy w stosunku do każdego, kto stanie mu na drodze. Uwidoczniło się to już podczas rewolucji francuskiej, a potem powtarzało we wszelkich rewolucjach inspirowanych tą ideologią. Warto także przypomnieć, że oświeceniowe elity zachodnie przyklaskiwały Fryderykowi II i carycy Katarzynie w ich dziele niszczenia Polski, która dla Zachodu była niczym więcej jak tylko „katolickim ciemnogrodem”. Polska była zresztą jedną z pierwszych ofiar oświeceniowej ideologii, co zaś prowadzi nas do kolejnej kwestii – kolonizacyjnego charakteru nowożytności, a w szczególności oświecenia.

Skolonizować co się da

Projekt opisany przez Bacona w „Nowej Atlantydzie” zakładał, że technika, nauka i odgórna organizacja muszą opanować wszystkie wymiary rzeczywistości. Stworzenie tego, co kilkaset lat później Aldous Huxley określi mianem Nowego Lepszego Świata, wiązało się z koniecznością ingerencji nowoczesnego konglomeratu naukowo-techniczno-organizacyjnego we wszystkie dziedziny ludzkiego życia. I to właśnie nazywamy kolonizacją – kolonizacją świata ludzi i przyrody przez technologie wytwarzane przez aparat naukowy, a wdrażane w życie przez producentów nowych wyrobów i rozwiązań wespół z biurokracją państwową. Jednocześnie stawiało to w pozycji uprzywilejowanej tych, którzy nowe rozwiązania generowali i nimi zarządzali. Tak oto wąski krąg elit zachodnich, na początku przede wszystkim angielskich, a potem także i innych, za sprawą swojej przewagi technicznej zaczął kolonizować świat. Kolonizacja ta początkowo dotyczyła ziemi, a więc podbijania „dzikich”, by uczynić z nich ludność niewolniczą albo quasi-niewolniczą, pracującą na różnych plantacjach, w kopalniach etc. dla „ludzi cywilizowanych”, na modłę nowożytno-oświeceniową oczywiście. Od czasu wynalezienia maszyny parowej i pierwszej rewolucji przemysłowej kolonizacja stworzyła nową klasę społeczną, czyli proletariat, który pracował w fabrykach należących do kapitalistów. Robotnicy zostali wtłoczeni w rygor kapitalistycznej organizacji i stali się dodatkiem do maszyn, a zatem także obiektem kolonizacji. Kolejny etap to powstanie społeczeństwa konsumpcyjnego, opartego na hedonizmie, co sprzyjało napędzaniu produkcji. Dlaczego jest to także kolonizacja i dlaczego wprost wypływało to z agendy oświecenia? Ponieważ hedonizmowi nie sprzyja religijność, postanowiono zniszczyć życie religijne i ośmieszać zdrową moralność, opartą na ogólnej wstrzemięźliwości, potrzebnej do tego, by rozwijać się moralnie i duchowo. Religijność sprawia, że człowiek dużą część swojej energii zużywa po to, by zajmować się sprawami moralnymi i duchowymi. Z punktu widzenia logiki systemu budowania Nowej Atlantydy ta energia także miała zostać przejęta, by człowiek nie miał prawa mieć Boga poza budowniczymi Nowego Wspaniałego Świata. To im miał wszystko zawdzięczać, im miał całkowicie podlegać, ich miał czcić, a przede wszystkim im miał oddawać całą swoją energię. Nic się nie miało prawa zmarnować. Stąd też od czasu rewolucji 1968 r. jesteśmy poddani procesowi kolonizacji ludzkiej psychiki, tak by służyła ona napędzaniu produkcji i generowaniu nowych wynalazków technicznych, które kolonizują człowieka już także w jego wewnętrznym świecie. Do tego dochodzi oczywiście także kolonizacja ludzkiego ciała poprzez szczepienia, medykalizację, a docelowo także różne wynalazki czwartej rewolucji przemysłowej.

I tak w końcu jawi się na horyzoncie społeczeństwo całkowicie podporządkowane technologiom cyfrowym (Metaversum etc.) i biomedycznym, generowanym przez oligarchię korporacyjną, która będzie sprawować władzę totalną nad masami całkowicie skolonizowanych ludzi. Człowiek staje się trybikiem w wielkiej maszynerii, której musi się całkowicie podporządkować. Musi działać zgodnie z przypisanym mu oprogramowaniem, którego nie ma prawa zmienić, bo to przecież zakłóciłoby działanie całości.

Owe procesy kolonizacji pogłębiły oczywiście technologiczny charakter nauki, która ma służyć powiększaniu władzy, a nie prawdzie. Jakiekolwiek badania naukowe, które mogłyby podważyć ten materialistyczno-redukcjonistyczny paradygmat nowożytnej nauki, są uniemożliwiane. Nie jest to trudne, gdyż produkcja wiedzy naukowej (samo to określenie odsłania prawdziwy charakter tego systemu!) jest całkowicie kontrolowana przez aparat kapitalistyczno-biurokratyczny. To wielkie koncerny i biurokraci państwowi przyznają pieniądze na badania naukowe, tworzą instytuty badawcze i przez to decydują o tym, co i jak będzie badane, a co nie. System ten jest ściśle sprzężony z wydawnictwami naukowymi, jak również ośrodkami przyznającymi różne nagrody, w tym przede wszystkim nagrody Nobla. W ten sposób wszystko może zostać „w rodzinie” – promowani są tylko badacze o określonym światopoglądzie i przekonaniach, którzy odpowiednio służą systemowi, nawet jeśli w większości nie są tego nawet świadomi. Takich naukowców zaprasza się potem do telewizji, by robili za tuby propagandowe określonego światopoglądu, pieczołowicie skrywanego za fasadą dobrze odbieranego w społeczeństwie stereotypu nauki. I tak ten system się domyka. W ten sposób ze świata nauki wyrugowano wszystkich, którzy mogliby podważyć podstawowy paradygmat, na którym tenże się opiera i który przedstawia samego siebie jako jedyny słuszny, oczywisty i bezalternatywny.

Pożegnanie utopii

Opisane powyżej procesy spotykają się z narastającą krytyką. Niestety, zazwyczaj kierowana jest ona z równie problematycznych – bo także materialistycznych – pozycji, ale argumentujących z pozycji tzw. biocentryzmu. Biocentryzm krytykuje antropocentryzm, stawia jednakże człowieka na równi ze zwierzętami i traktuje go jako „osobę ludzką”, w odróżnieniu do zwierząt jako „osób nieludzkich”. Związany z tym jest narastający już wręcz kult Matki Natury, Gai, Pachamamy. Jest to problematyczne z punktu widzenia założeń cywilizacji łacińskiej, gdyż, jak mawiał G.K. Chesterton, przyroda nie jest matką człowieka, co najwyżej może być jego siostrą, gdyż mamy wspólnego Ojca. Jest to jednocześnie wielki triumf niemieckiego filozofia Martina Heideggera, który walczył, jak tylko mógł z całym dziedzictwem greckiej filozofii, prawa rzymskiego i chrześcijaństwa, dlatego też można go uznać za ojca postmodernizmu, posthumanizmu i właśnie biocentryzmu.

Stąd najpilniejszym zadaniem jest, by jak najpełniej obnażać zatrute źródła opisanej tutaj agendy nowożytno-oświeceniowej, ale też nie dać się podejść przez nowego demona w postaci panteizującego albo materialistycznego biocentryzmu. Człowiek powinien szanować przyrodę ze względu na swojego Stwórcę i szacunek do Niego. Powinien postrzegać siebie jako część większej całości i powinien respektować prawa rządzące przyrodą. Ale jednocześnie powinien pamiętać, że wykracza poza nią i jego ostatecznym przeznaczeniem jest życie wieczne z Bogiem. To jest właściwy horyzont naszej egzystencji, który, wbrew oświeceniowej propagandzie, jak najbardziej może być przedmiotem racjonalnego namysłu nad rzeczywistością.

By nie wpaść z deszczu pod rynnę, z jednostronności antropocentryzmu w jednostronność biocentryzmu, musimy wręcz jak najszybciej powrócić właśnie do uprawiania rozumowego namysłu nad całością rzeczywistości, tej widzialnej i niewidzialnej. Podstawą cywilizacji łacińskiej było twórcze napięcie między ratio a fides – wiarą a rozumem. Wiara rozszerzała do granic możliwości horyzont zainteresowań, który rozum próbował spenetrować i zgłębić. Rozdzielenie wiary i rozumu, a następnie całkowite wyrugowanie obszaru wiary, spowodowało, że nauka sprowadziła się do generowania nowych technologii, które napędzają mechanizm kapitalistycznej produkcji. Człowiek zamiast patrzeć w niebo, chodzi z głową w dół, wpatrzony w swój telefon – ukuto już nawet specyficzne określenie: „pokolenie head down”. Człowiek stał się jak zwierzę, wpatrzone w ziemię, nie w niebo. By odwrócić ten trend, musimy odkleić swój wzrok od narzędzi masowej kolonizacji psychicznej, od ekranów smartfonów, komputerów oraz telewizorów i spojrzeć w górę, by na nowo zachwycić się światem i przypomnieć sobie o istnieniu jego Stwórcy. I wrócić do pytań, które zajmowały naszych przodków, nietkniętych jeszcze procesami kolonizacji technologicznej. Te pytania czekają na to, byśmy je na nowo podjęli, mądrzejsi o trudne doświadczenia ostatnich 500 lat.

Mit ciemnego średniowiecza został oczywiście spreparowany przez oświecenie, które jednocześnie ogłosiło się wiekiem rozumu, oświecania, walki z religijnymi zabobonami. W rzeczywistości jednak był to początek końca świata wolnych ludzi, ale musiało minąć kilka wieków, by naocznie ukazało się to, co przez ostatnie stulecia przez wiele przytomnych umysłów było przewidywane. Zatrute korzenne nigdy nie wydadzą dobrych owoców, z zatrutego źródła nigdy nie popłynie woda życia, nawet jeśli musi minąć kilka stuleci, by poczuć trupi odór cywilizacji kłamstwa, którą bez wątpienia oświecenie rozpoczęło.

Magdalena Ziętek-Wielomska – Instytut Badawczy Pro vita bona

za: https://www.nowoczesnamysl.pl/2024/04/03/nauka-w-sluzbie-wladzy-patologia-swiata-nowozytno-oswieceniowego/


Dziękujemy za zainteresowanie naszym czasopismem. Liczymy na wsparcie informacyjne: Państwa komentarze i polemikę z naszymi tekstami oraz nadsyłanie własnych artykułów. Można nas również wpierać materialnie.

Dane do przelewów:
Instytut Badawczy Pro Vita Bona
BGŻ BNP PARIBAS, Warszawa
Nr konta: 79160014621841495000000001

Dane do przelewów zagranicznych:
PL79160014621841495000000001
SWIFT: PPABPLPK

Click to rate this post!
[Total: 9 Average: 5]
Facebook

7 thoughts on “Ziętek-Wielomska: Nauka w służbie władzy – patologia świata nowożytno-oświeceniowego”

  1. Ten tekst jest najlepszym dowodem na to, co powiedział kiedyś Edward de Bono. A powiedział mniej więcej tak. To wielka szkoda, że wielu wybitnych ludzi zostało zindoktrynowanych myśląc, że myślenia zachodu jest najwyższą formą myślenia. Zarówno F.N. jak i M.H. to dzieciątka tego myślenia zachodu. Tylko trochę takie 'brzydkie dzieci’. Są oni tylko konsekwencją obsesyjnego dążenia do prawdy. Postęp technologiczny zachodu dokonał się nie tyle przy pomocy prawdy, co możliwości. Arystoteles nie cierpiał określenia 'być może’ i dlatego wprowadził arbitralny porządek. Porządek stanowi wartość, kiedy grozi nam anarchia. Zbyt wiele porządku prowadzi nadmiernej kontroli. Każdy system totalitarny musi wprowadzić swój własny porządek, ponieważ nie znosi określenia 'być może’.

  2. Dychotomia 'duch i materia’ może być rozwiązana, gdy wprowadzimy pojęcia ’emergencji’ i 'przejścia fazowego’. Duch to rozrzedzona materia, a materia to zagęszony duch. Jeżeli uznamy, że duch to ten byt, który wprowadza do materii cel, to możemy powiedzieć, że następuje przejście fazowe.

    1. Emergencja tak na dobrą sprawę niczego nie załatwia. Nadal pozostają luki eksplanacyjne i „króliki z kapelusza”. Z holizmem jest jeszcze gorzej, bo ma on wymiar niemalże religijny. Tylko redukcjonizm można by uznać za w pełni naukowy. Inaczej mamy creatio ex nihilo. Wie Pan, te wszystkie upward i downward causation – fajnie to się czyta, ale czy przybliża nas to do zrozumienia otaczającej rzeczywistości?

  3. Średniowiecze to także rozdział władzy duchownej i świeckiej (przynajmniej od reformy gregoriańskiej). A w sferze epistemologii: dokonany przez Tomasza, lekko aweroizujący podział faktów (ale nie prawdy, która jest jedna) na „relavabile” i „relevata”; czyli faktów znanych wyłącznie z objawienia, oraz tych, które może ustalić rozum, nawet jeśli dodatkowo zostały nam objawione. Niestety, tęczowy komunizm cofa nas do głębokiej starożytności…

    1. Prawda, przez małe pe, to narzędzie semantyczne. Prawda przez duże pe to tylko konstrukt. Ideał, który istnieje w idealnym świecie. Od 2500 lat Zachód szuka Prawdy i jeszcze nie znalazł

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *