Zwolnienia, których nie było

Wszystko rozpoczęło się od faktu medialnego, że 93-tysięczne Jaworzno (woj. śląskie) zwalnia 250 biurokratów. „Blady strach padł na pracowników Urzędu Miejskiego w Jaworznie. W planowanym na ten rok budżecie miasta radni opozycji [PO, Wspólnie dla Jaworzna, Skutecznie dla Jaworzna i jeden radny niezależny] chcą zmniejszyć o 2,5 mln zł środki na pensje dla urzędników” – pisał serwis jaworzno.naszemiasto.pl. Łącznie oszczędności na wynagrodzeniach biurokratów miały wynieść 4,35 mln zł, w tym 1,7 mln zł cięć w Miejskim Zakładzie Nieruchomości Komunalnych i 150 tys. zł w Ośrodku Profilaktyki Uzależnień od Alkoholu. – Co za wspaniała wiadomość – pomyślałem – wreszcie ktoś się wziął za tych nierobów, żyjących z naszych podatków. Zresztą nie tylko ja byłem tego zdania. – Bardzo dobry pomysł! Stanowczo jest za dużo urzędników, wystarczy popatrzeć, jak się nudzą, jak traktują interesantów, jacy są aroganccy i wręcz chamscy! – skomentował jeden z internautów. – Świetny pomysł! W końcu zmiany w kierunku taniego państwa – ucieszył się drugi. – Zazdroszczę tak postępowego miasta, jakim jest Jaworzno – jeśli wejdzie to w życie, miasto będzie wzorem dla innych gmin. Brawo za inicjatywę! Wreszcie zmniejszy się niepotrzebna biurokracja i stanowiska, miasto zaoszczędzi, mieszkańcy odetchną z ulgą… – miał nadzieję trzeci.

 

Urzędasy nie popuszczą!

Temat zainteresował mnie na tyle, że zacząłem go zgłębiać. Najpierw poszperałem w lokalnych serwisach internetowych, gdzie wyczytałem, że ci wstrętni radni trzech wspomnianych wyżej klubów chcą bezczelnie wyrzucić na bruk ponad 200 biednych urzędników, a tym samym pozbawić środków do życia tysiąc osób, ale urzędnicy w jeden dzień utworzyli trzy związki zawodowe, które teraz będą ich bronić przed żądnymi krwi radnymi opozycyjnymi. W rzeczywistości rozpętała się gigantyczna awantura o biurwoetaty. Nowe związki zawodowe rozpoczęły kampanię, a urzędnicy zaczęli masowo się do nich zapisywać. Tymczasowa Komisja Zakładowa NSZZ „Solidarność” Pracowników Urzędu Miejskiego w Jaworznie wysłała do mediów list skierowany do opozycyjnych radnych, wytykając im znieczulicę i rozpaczając nad swoim tragicznym położeniem: „Dowiedzieliśmy się dziś, że część Rady Miejskiej zaproponowała zmienić budżet Jaworzna przegotowany przez prezydenta. Treść tych zmian wywołała wśród pracowników urzędu miejskiego niespotykane wzburzenie – zamierzacie państwo prowadzić swoje małe kampanie wyborcze kosztem życia kilkuset ludzi, waszych wyborców i obywateli Jaworzna. Zabieracie pieniądze m.in. z budżetu płac co spowoduje natychmiastowe rozpoczęcie zwolnień (…). Tylko czy będziecie w stanie spojrzeć w twarz setkom ludzi, którzy mają swoje imiona, nazwiska, twarze, rodziny, dzieci, którzy są najpewniej waszymi sąsiadami. Co im powiecie? Taka jest polityka?”. Dalej kolejne lamenty, jak „Nie jesteśmy meblami, które można dowolnie przestawiać ani wyrzucać na śmietnik, bo ktoś ma taki kaprys” i epatowanie takimi hasłami, jak „wielomilionowe straty, procesy sądowe i krzywdy ludzkie”, „chęć odwetu”.

Do buntu dołączyły organizacje związkowe innych zakładów pracy w mieście. W czasie kluczowych głosowań nad budżetem na sali obrad rady miejskiej znajdowało się 120 urzędników ze związkowymi emblematami, którzy za pomocą gwizdów i trąbek zagłuszali wypowiedzi opozycyjnych radnych. Skarbnik miasta miała podobno posiedzenie komisji budżetu opuszczać w płaczu. Radne w obronie mających zostać zwolnionych urzędników mówiły na sesji rady miasta w kontekście straszliwego losu części mieszkańców Jaworzna i ich rodzin. O wielkim nieszczęściu, jakie ma dotknąć tych ludzi. To było znacznie ważniejsze niż merytoryczne uzasadnienie konieczności dalszego zatrudniania biurokratów. Nie argumentowano o tym w alternatywie wydawania bądź też oszczędzenia pieniędzy podatników. Argumentem przeciwko zmianom do budżetu nie było to, że ci ludzie są potrzebni do wypełniania pewnych zadań, lecz wyłącznie to, że stracą pracę i wraz z rodzinami nie będą mieli z czego żyć. Jak widać, biurokraci w Jaworznie bronią swoich miejsc pracy jak niepodległości. A może wzięliby się do uczciwej pracy poza sektorem publicznym? Czy urząd miasta to organizacja charytatywna lub przytułek dla bezrobotnych?

A może to urzędnicy i ich nowe związki zawodowe są przeciwko inwestycjom? Bo opozycyjni radni nie zamierzali bynajmniej zaoszczędzonych na pensjach biurokratów pieniędzy zwrócić podatnikom, lecz wydać je na nowe inwestycje w mieście, jak budowę sali gimnastycznej i drogi czy dofinansowanie klubów sportowych. Propozycja zmniejszenia pieniędzy na wynagrodzenia urzędników była tym bardziej zaskakująca, że nadwyżka budżetowa Jaworzna za rok 2013 wyniosła 11 mln zł, a budżet zaproponowany przez prezydenta na rok 2014 miał ponad 4 mln zł nadwyżki. Co ciekawe, zwolnienie urzędników zaproponowali radni PO, która słynie z rozszerzania biurokracji na wszelkich szczeblach władzy samorządowej i krajowej do granic możliwości, a czasem poza te granice. No ale w Jaworznie partia ta jest w opozycji.

 

Przez UE puchnie biurokracja

Postanowiłem pojechać do Jaworzna, by osobiście spytać się o wersję prezydenta Pawła Silberta. – Dopiero 23 stycznia otrzymałem wniosek z Komisji Budżetu i Finansów, w którym były propozycje zmniejszenia wydatków w kilku działach, rozdziałach i paragrafach [ustawy budżetowej], a zwiększenia w innych. Jakie to były zmiany? Otóż radni zażyczyli sobie, żeby na przykład zdjąć pieniądze na wynagrodzenia w urzędzie, co powodowałoby konieczność zwolnienia około 30 procent pracowników (132 osoby) i zmniejszenia pozycji na wynagrodzenia w MZNK, co powodowałoby konieczność zwolnienia około 80 procent pracowników (88 osób). To oczywiście uniemożliwiałoby prace tej jednostki, a jeśli chodzi o urząd – zdecydowanie paraliżowałoby prace i byłyby duże kłopoty z wykonaniem obligatoryjnych zleconych miastu obowiązków i zadań. W izbie wytrzeźwień była propozycja zdjęcia pieniędzy, z których jest finansowany lekarz, a bez którego taka izba nie może funkcjonować, co oznaczałoby jej likwidację [28 osób] – opowiada mi prezydent Silbert. – Efektem tej propozycji było to, że bardzo szybko zorganizowali się pracownicy, w obronie swoich miejsc pracy założyli związki zawodowe we wszystkich tych trzech instytucjach – dodaje.

Prezydent Jaworzna wyjaśnił mi też kwestie nadprodukcji urzędników. – Jeżeli mamy taki zamiar, żeby świadczyć te usługi, które urząd świadczy na rzecz mieszkańców, firm w sposób bardzo profesjonalny, nie wprowadzając utrudnień, to aktualna liczba pracowników [w urzędzie miejskim w Jaworznie] jest liczbą odpowiednią. Dzięki temu, że mamy taką liczbę pracowników, możemy bardzo szybko w porównaniu do wielu innych miast wydawać pozwolenia na budowę, obsługujemy bardzo szybko mieszkańców w zakresie wymiany dowodów osobistych, odbiorów praw jazdy itd. Kiedyś były kolejki, dzisiaj ich nie ma. To jest cena za jakość – mówi prezydent Silbert i podkreśla, że to nie tylko władza samorządowa jest winna, że puchnie gminna administracja. – Jeśli chodzi o wypełnianie obligatoryjnych zadań, które zostały zlecone samorządom przez rząd, to gdyby takich oczekiwań nie było, to by pracowników było mniej, ale musimy wypełniać pewne zadania narzucone przez państwo. Wejście do Unii Europejskiej spowodowało, że administracja puchnie. Wypłata świadczeń rodzinnych, piecza zastępcza, świadczenia alimentacyjne, system gospodarki odpadami, [ochrona środowiska, geodezja] itd. – to wszystko powoduje, że muszą pracować [dodatkowi] ludzie. Państwo ciągle zrzeka się różnych swoich zadań, przerzuca je na samorządy, nie dając na to pieniędzy i mówi: „Radźcie sobie” – dodaje. Należy zauważyć, że przed wejściem Polski do UE liczba urzędników miejskich w Jaworznie wynosiła 332, a teraz jest to 426, co oznacza wzrost o ponad 28 procent.

Przy okazji wizyty w Jaworznie próbowałem zasięgnąć komentarzy radnych opozycyjnych, które były dla mnie wielkim zaskoczeniem, gdy okazało się, że radni, popierając przedmiotową uchwałę… nie mieli zamiaru nikogo zwalniać! – Zarzuty, jakoby intencją radnych było zwolnienie ludzi z pracy i wyrzucenie ich na bruk są li tylko propagandą. Nikt z wnioskodawców nie zamierzał zwalniać ludzi, aby nie mieli środków do utrzymania – zapewnia Janusz Ciołczyk, radny klubu Skutecznie dla Jaworzna. – Poprawki w założeniu nie rodziły konsekwencji w postaci zwolnień pracowników, ale przez organ wykonawczy zostały w mistrzowski sposób PR-owsko wykorzystane – dodaje. – Intencją radnych tych klubów nie było zwolnienie kogokolwiek i kiedykolwiek – twierdzi Marian Tarabuła, radny lewicowego klubu Wspólnie dla Jaworzna, były prezydent miasta. – Ani w MZNK, ani w urzędzie nie mieliśmy zamiaru robić zamachu na fundusz wynagrodzeń – dodaje. – Nie chcieliśmy doprowadzić do żadnych zwolnień. To jest retoryka, którą uprawia pan prezydent i skutecznie podburzył pracowników, stąd to całe zamieszanie dwa dni temu na sesji rady miejskiej – mówi mi Paweł Kaczmarczyk, radny klubu Wspólnie dla Jaworzna, wiceprzewodniczący Komisji Budżetu i Finansów, dodając jednak, że gdyby uchwała weszła w życie, to zarówno prezydent Jaworzna, jak i dyrektor MZNK byliby zobligowani do redukcji zatrudnienia.

 

Wszystkiemu winien… błąd

Jeszcze większym szokiem było dla mnie, gdy okazało się, że cała awantura wynikła… z błędu wynikającego z braku wiedzy radnych! – Niestety nie dopełnili takiej podstawowej staranności, że nie sprawdzili, jak to się rachunkowo zgadza i w efekcie podjęto uchwałę budżetową, która jest deficytowa. Konieczne były nowe głosowania, żeby te błędy rachunkowe usunąć – mówi Silbert. – Pan prezydent Silbert, wykorzystując fakt, że w składzie radnych nie mamy księgowych, finansistów, nie chciał współpracować z radą i wyszedł pewien lapsus. W którymś tam momencie komisja budżetu nie dopilnowała i nie dopisała jednego paragrafu, co dało panu prezydentowi asumpt do tego, ażeby straszyć ludzi i skutecznie tych ludzi wystraszył – mówi Tarabuła. – Pierwotna propozycja kilku radnych odnośnie ewentualnych potencjalnych cięć wynagrodzeń była rzeczywiście nieszczęśliwym posunięciem. Na pewno był tu popełniony błąd. Błąd, że ktoś próbował majstrować przy wynagrodzeniach pracowników – mówi Kaczmarczyk. – Jeden z radnych przedłożył na komisji budżetu i tak poprawka została w masie kilkunastu innych przegłosowana i tyle – dodaje. – Przez 11 lat pan prezydent zrobił wszystko, żeby nie odbyło się ani jedno szkolenie radnych z udziałem osób zewnętrznych, profesorów uczelni wyższych, prawników, którzy mogliby powiedzieć: „takie są reguły, takie zasady, w ten sposób możecie się zachowywać, a w ten sposób nie wolno” – mówi Tarabuła. – Apeluję do radnych z PO, WdJ i SdJ o przygotowywanie projektów uchwał i ewentualnych poprawek rzetelniej. Tak, żebyście nie narażali rady miejskiej na ośmieszanie, bo to co stało się przy uchwale budżetowej, przygotowywanej na kolanie, w ostatniej chwili, zaskutkowało tym, że pomyliliście się Państwo o 100 tysięcy – mówiła Ewa Zuber, radna z popierającego prezydenta Silberta klubu Jaworzno Moje Miasto.

Dlaczego w takim razie doszło do tej całej awantury? Według opozycji to prezydent straszy ludzi zwolnieniami i to jego gra polityczna, bo brakuje mu większości w radzie miasta, by uchwalić budżet według jego wersji. – [Prezydent Silbert] obawiał się, że może być problem z uchwaleniem własnego budżetu – twierdzi Tarabuła, dodając, że wielu radnych opuściło obóz prezydenta z niewiadomych powodów. – Ma to służyć temu, że pan prezydent, który jest mistrzem manipulacji, mistrzem w niemówieniu prawdy (nazwałem go na sesji „tysiąckrotnym kłamcą” i jakoś nie oponował za bardzo), chce udowodnić – mając za sobą ponad 500-osobowy aparat urzędniczy – że radni są nieprzygotowani do swej funkcji – mówi Tarabuła. – Ja to osobiście odbieram w kategoriach horroru i nakręcania spirali przedwyborczej niechęci do radnych – dodaje. Przeciwnie sądzą stronnicy prezydenta. „W mojej opinii celem tego wniosku [dotyczącego zmniejszenia puli wynagrodzeń dla urzędników] nie jest dobro miasta i jego mieszkańców, lecz jest to kolejny instrument walki toczonej przez radnych opozycji z prezydentem Pawłem Silbertem” – napisał radny Jerzy Nieużyła, przewodniczący Komisji Budżetu i Finansów z klubu Jaworzno Moje Miasto, rezygnując z tej funkcji.

Z mojego dziennikarskiego śledztwa wynika, że musiało to wyglądać mniej więcej w ten sposób, że opozycyjni radni jeszcze w zeszłym roku domagali się szczegółów na temat projektu budżetu przygotowanego przez prezydenta Silberta. – Chcieliśmy, aby prezydent pokazał nam realne założenia zwiększenia budżetu wynagrodzenia – mówi Tarabuła. – Jest takie przekonanie, że prezydent miasta ukrywa jakieś pieniądze, że mamy jakieś duże rezerwy poukrywane, co jest oczywiście absurdalne. Budżet jest jawny i nie ma żadnych przeszkód, żeby zapytać się o różne rzeczy – odpowiada prezydent Silbert. Jednak radni, nie znając uzasadnienia do zwiększonej przez prezydenta puli wydatków na wynagrodzenia, postanowili ukręcić sprawie łeb i zawnioskowali o zmniejszenie tych funduszy do poziomu z roku 2013, przy okazji popełniając błąd rachunkowy. – Kwoty, które zostały zaplanowane [przez prezydenta] w tegorocznym budżecie, były zdecydowanie większe od tego co było w poprzednich – mówi Ciołczyk. – Generalnie chodziło nam o to, aby płace [urzędników] pozostały na poziomie ubiegłego roku z uwzględnieniem stopy inflacji – dodaje.

Okazało się jednak, że zwiększenie puli płac nie było nieuzasadnione, bo były realne potrzeby. Radni nie orientowali się w sprawie nowych zadań miasta, które zmuszały do zatrudniania nowych pracowników. – Dyrektor MZNK zakładał wzrost wydatków na wynagrodzenia, ale logiczny wzrost, ponieważ weszła w życie ustawa śmieciowa, a to spowodowało, że trzeba było zatrudnić 6 pracowników i siłą rzeczy ten wzrost wynagrodzeń musiał nastąpić – mówi Kaczmarczyk. Cała sprawa zakończyła się tym, że po awanturze ze związkami zawodowymi i urzędnikami radni opozycyjni wycofali swój projekt zmian, a fundusz na wynagrodzenia został uchwalony na poziomie takim, jaki przedstawił prezydent Silbert w swoim projekcie budżetu. – I radni się cofnęli. Ostatecznie nie zmniejszyli tych pozycji płacowych, nie zmniejszyli również wydatków na zadania, które już miały zaciągnięte zobowiązania – mówi Silbert, a na pytanie, dlaczego radni cofnęli własną uchwałę, prezydent odpowiada: „Wystraszyli się odpowiedzialności, wystraszyli się wyborców i bardzo dobrze, bo taka propozycja, gdzie widać z niej, że działa się na oślep, może mieć fatalne konsekwencje”. No a wybory przecież za pasem i teraz już wiadomo, na kogo będą, a na kogo nie będą głosować ocaleni urzędnicy. Czy na tej podstawie możemy wysnuć wniosek, komu najbardziej zależało na całej awanturze?

Tak w Polsce wygląda walka z przerostem zatrudnienia w urzędach.

Tomasz Cukiernik 

Najwyższy Czas!

M.G.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *