4 czerwca – czyje „święto”?

Balcerowicz-bis

Nie ma żadnego faktu, który by tak z ówczesnej, jak i z dzisiejszej perspektywy pozwalał bronić gabinetu Olszewskiego. Przede wszystkim dlatego, że ani programowo, ani kadrowo nie odbiegał on jakościowo (czyli anty-jakościowo) od innych ekip po 1989 r., zwłaszcza post-solidarnościowych. Mówimy wszak o rządzie z udziałem Andrzeja Olechowskiego i Radosława Sikorskiego (wówczas jeszcze „młodego orła” centroprawicy)! Równie typowy był z trudem wypracowany program tej ekipy. „Założenia polityki społeczno-gospodarczej na 1992 r.”, czyli tzw. plan Eysymontta – to tylko kontynuacja planu Balcerowicza, z jego założeniami antyeksportowymi, częściowym popiwkiem, wyprzedażą majątku narodowego, dławieniem produkcji i ścisłym podporządkowaniem Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu i Bankowi Światowemu. Czy na pewno chcemy życzliwie wspominać ekipę dumnie zamykającą historię polskiej motoryzacji, w związku z niekorzystną dla państwa (i rzutująca potem poważnie na naszą ekonomikę, np. na działania sektora bankowego) sprzedażą FSM? Ile ciepłych słów znajdziemy dla drużyny, która przygotowała dewastację Huty Warszawa, szykowaną wówczas do oddania na poniewierkę głównemu konkurentowi – Lucchiniemu S.p.A.?

Na pasku Brukseli

Na odcinku polityki zagranicznej – nie było lepiej. Jan Olszewski (z wrodzoną sobie nieudolnością, ale jednak uparcie) przepychał w okresie swego urzędowania Układ Europejski, ustanawiający stowarzyszenie między Rzecząpospolitą Polską a Wspólnotami Europejskimi i ich Państwami Członkowskimi – czyli umowę stowarzyszeniową stawiającą polską gospodarkę na pozycjach kolonialnego rynku zbytu dla państw zachodnich. Dla neo-endeków puste gesty antyrosyjskie, czy pro-NATO-wskie są zapewne argumentami za, a nie przeciw temu rządowi – ale może sprzeciw wywoła chociaż wspomnienie jego uległości wobec malutkiej, antypolskiej Litwy prześladującej już wówczas naszą mniejszość i rozpędzającą zdominowane przez Polaków samorządy?

Byle ładnie przegrać!

Zakłamanie historii rządu Olszewskiego bije nawet wysokie standardy mitologizacji politycznej lat 80-tych i 90-tych. To nie była „heroiczna drużyna odważnie reformująca państwo, pokonana przez agentów i Ruskich” – tylko czwarty garnitur solidarnościowy, kierowany przez najbliższego współpracownika czołowego polskiego wolnomularza z czasów PRL, Jana Józefa Lipskiego. Unia Demokratyczna i Kongres Liberalno-Demokratyczny, które do tej koalicji wciągał Jarosław Kaczyński – nie weszły do niej nie z powodu różnic ideowych, ale w słusznym przekonaniu, że taka władza się nie utrzyma, bo raz że rządzić nie umie, a dwa, że w sumie nie chce.

To jest bowiem właśnie główna cecha centroprawicy w Polsce: jest ona tak przywiązana do koncepcji „moralnego zwycięstwa” (czyli po ludzku mówiąc – klęski), że za nią tęskni i robi wszystko, by ją przyspieszyć. Rządzenie jest wszak niewdzięczne, trudne, wymaga uczenia się, myślenia, gromadzenia doświadczeń i podejmowania decyzji. Łatwiej jest snuć marzenia – że „kiedyś to hoho, wygra się wszystko”, no, ale na razie „układ nie pozwala”. I można trwać dalej w bierności, świętując rocznice kolejnych porażek, skupiając uwagę elektoratu na jakichś pobocznych czy wydumanych problemach. Czemu jednak w tym procederze chcą uczestniczyć osoby i środowiska odwołujące się do tradycji endeckiej?

Nikt po nich nie płakał

Na upadek rządu Olszewskiego w 1992 r. powszechnie czekano. Nawet z punktu widzenia ówcześnie istniejących środowisk „niepodległościowych” i antykomunistycznych – nie dokonał on niczego istotnego. KPN miał mu za złe odwrócenie się od postulatów „restytucji niepodległości”, nie zrealizowano PC-owskiej koncepcji „dekomunizacji” – i to nie z powodu braku większości dla takich rozwiązań. To był po prostu fatalny, nieudolny zespół, wobec którego aż chciało się być w opozycji. Dość przypomnieć, że kiedy minister obrony Jan Parys, robiąc tajemnicze miny, oskarżył wtedy prezydenta Lecha Wałęsę o zamiar wykorzystania wojska do zamachu przeciw demokracji – po kraju poszło raczej westchnienie ulgi o treści „no nareszcie, może ktoś tu zaprowadzi w końcu porządek…!”

Pusty jak wydmuszka „ethos” olszewicki został negatywnie zweryfikowany przez wyborców (2,7 proc. na Koalicję dla Rzeczypospolitej w wyborach 1993 r.), jak i przez ugrupowania wchodzące w skład zaplecza politycznego rządu (by wspomnieć tylko krytyczne oceny formułowane wobec Olszewskiego np. w szeregach ZChN). Trzeba było upływu dwóch dekad jawnie sprzecznej z faktografią propagandy (na rzecz „rządu który wstrzymał prywatyzację” – sic!) i powtórzenia raz jeszcze całej operacji „heroicznej klęski” przez ekipę Kaczyńskiego – by i jego poprzednik załapał się na swój kawałek legendy.

Ostrożnie z ogniem!

Może więc chociaż sam ten PR nadawałby się do wykorzystania przez neo-endeków? Ha, jeszcze po 1992 r. narodowcy obserwowali próby reorganizacji nurtu „niepodległościowego” w ramach RTR, RdR, KdR, PC-ZP itp. Trafnie odnajdywano w ich szeregach osoby zagubione, odczuwające instynktowną bliskość w stosunku do nacjonalizmu (głównie na tle antysemickim) – słowem nie dostrzegające fundamentalnych różnic w myśleniu o Polsce pomiędzy swymi idolami (Parysem, Olszewskim, Kaczyńskim), a polską racją stanu i polskim interesem narodowym. Na tym gruncie można było (i być może da się nadal) niekiedy łowić zbłąkane owieczki. Jednak słabsze, mniej selektywne umysły same przy takich kontaktach mogą ulec dezorientacji. Wszak i tu, i tu widzą biało-czerwone flagi, i tu, i tu mówi się o patriotyzmie, o Polsce, a także o Bogu i honorze, okraszonych w dodatku historycznym wprawdzie, lecz dla wielu po dawnemu aktualnym antykomunizmie. Co gorsza, w takiej bogoojczyźnianej licytacji środowiska centroprawicowe zawsze będą nie do pobicia w stosunku do endecji, czy konserwatystów. Ci bowiem nie stronią od krytyki narodowych wad, potrafią spojrzeć poza patriotyczny szafaż, patrzą na efektywność, a nie tylko efektowność podejmowanych działań. Piewcy „heroicznych klęsk” zaś żadnych blokad nie mają – mogą bez końca o cnotach wszelakich, husarii, Ordonie, Olszewskim, Winkelriedzie i Samuelu Zborowskim pomieszanych z Kaczyńskimi – aż słuchającym łzy wzruszenia zalewają oczy.

Nie babrać się

Nawet więc próba cynicznego rozegrania „złotej legendy” 4 czerwca przez ewentualnie zainteresowanych neo-endeków, niesie za sobą zasadnicze ryzyko. Nie wiadomo bowiem kto by tu kogo rozegrał… Tym bardziej, że nawet na plakatach kolegów z ONR, poświęconych rocznicy obalenia olszewickiego rządu – dominują tony znane z „Gazety Polskiej”. Oto podejrzane typy szykują „nocną zmianę”, diabolicznie naradzając się na spotkaniu u TW „Bolka” – widać na zdjęciu. Włosy na karkach jeżą się z oburzenia… ale właściwie dlaczego? Nie inaczej wyglądają dziesiątki innych narad partyjno-politycznych, obalany rząd był ewidentnie zły, trzeba było wziąć pod uwagę, że może się przed legalnym odwołaniem opierać – a więc omawiano szczegółycałej operacji itd. Słowem – nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Skoro więc konsekwentnie potępiamy całe to bagno demokracji partyjnej i demoliberalizmu – to nie ma najmniejszego powodu, abyśmy się emocjonowali jednym więcej wykwitem tych chorób niszczących tkankę narodową.

Odwoływani i odwołujący z 4 czerwca 1992 r. niczym istotnym się z polskiego, narodowego punktu widzenia nie różnili. Niech więc sobie obchodzą tamtą rocznicę we własnym gronie. Autentyczni, odpowiedzialni patrioci zaś – niech lepiej wezmą się do pracy, by Polacy mieli lepsze powody do świętowania. Chyba, że komuś w sumie wydaje się obojętne, czy bliższą jest rocznica powstania Ligi Narodowej, czy B’nai B’rith…

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.