Aleksander Bocheński o stanie wojennym

Kiedy państwo słabnie lub pogrąża się w bezrządzie – cenę płaci naród”.

General Wojciech JARUZELSKI, w: „Za i Przeciw”, Nr 27 (1365) 3 VII 1983 r.

Zastanowienie nad kwestią jakie stanowisko zajmowali konserwatyści polscy wobec stanu wojennego – wydaje się znacznie trudniejsze, niż ustalenie poglądów w tej samej sprawie przedstawicieli polskiego obozu narodowego. Przyczyna tego badawczego wahania jest oczywista – konserwatyzm jako pewna szkoła myślenia politycznego nie zawsze, a już z pewnością nie latach 80-tych XX wieku przybierał odrębne formy organizacyjne. Ba, częstokroć konserwatyści woleli stosować taktykę entrystowską (jak wobec PZPR postąpili np. Dominik Horodyński i Bronisław Łagowski). W innych zaś przypadkach – przeważnie ograniczali się do roli krytyków politycznych, formułując wskazania dla rzeczywistych kierowników nawy narodowej i tych, którzy do roli tej aspirowali. Częstokroć sprowadzało to na nich zarzut wygodnictwa, celowej absencji od polityki czynnej, przy czym zabawne, że oskarżenia takie nader chętnie formułowali ci, którzy do przeczytanych i zasłyszanych wskazań bynajmniej nie mieli chęci się stosować, a nawet mieli problem z ich zrozumieniem.

O ile np. przenikanie pewnych refleksji konserwatywnych do obozu opozycji politycznej i w jego pobliże jest już w pewnym stopniu zbadane (w odniesieniu przynajmniej do dorobku Ruchu Młodej Polski, „Res Publiki”, czy publicystyki takich autorów jak Stefan Kisielewski i Janusz Korwin-Mikke), to wciąż poza zainteresowaniem badaczy (innym niż przyczynkarskie) pozostają ośrodki myśli realistycznej skupione w tzw. organizacjach katolików świeckich i wokół redakcji czasopism takich jak choćby „Kultura” (rzecz jasna warszawska, a nie paryska), „Ład”, „Tygodnik Polski”, „Słowo Powszechne”, „Kierunki”, „Za i Przeciw” i kilka innych. Odrębną część dziejów konserwatyzmu polskiego (również czekającą na swego kronikarza) stanowią losy Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego, czyli organizacji powołanej przez rozłamowców ze Stowarzyszenia PAX, w dużej części przed wojną związanych bezpośrednio z obozem zachowawczym (m.in. „Buntem Młodych”/ „Polityką”, a także „Czasem”). Kierunek ideowy tego ruchu w dużej mierze związany był z publikacjami Aleksandra Bocheńskiego (ale również Edmunda Moszyńskiego) i choćby od doktryny PAX-u (opartej wciąż na egzegezie myśli Bolesława Piaseckiego przez jego mniej uzdolnionych epigonów) odróżniał się mniejszym nastawianiem na kwestie wyznaniowe (poszukiwanie modus operandi marksizmu z katolicyzmem), a większym na geopolitykę i organizację ładu państwowego. Tym samym to ChSS (traktowane bądź lekceważąco, bądź w najlepszym razie z niezrozumieniem) było w latach 70-80-tych XX wieku najbliższe pojęciu organizacji konserwatywnej w legalnym obiegu PRL. Być może kiedyś znajdzie się czas i miejsce na dokładniejsze przeprowadzenie dowodu tego twierdzenia, na razie jednak warto, abyśmy się pochylili nad oceną stanu wojennego formułowaną przez autora i publicystę, którego znaczenie znacznie wykraczało poza jedną organizację, czy środowisko.

Aleksander Bocheński był bez wątpienia najwybitniejszym umysłem politycznym, jaki trafił się Polsce w drugiej połowie XX wieku. Zakres jego zainteresowań obejmował geopolitykę, historiografię, historię gospodarczą, politykę przemysłową, a także wychowanie młodzieży i kształtowanie kolejnych pokoleń. Był jednym z najbardziej kontrowersyjnych, ale jednocześnie i poczytnych autorów niezależnych doby PRL, przed stanem wojennym stroniącym jednak od indywidualnej aktywności politycznej (mimo raczej towarzyskich związków z PAX-em i ChSS). Właśnie jednak przełom 13 grudnia 1981 r. okazał się też cezurą dla autora „Dziejów głupoty w Polsce”, który pomimo ukończenia 77 lat – zdecydował się zająć jasne stanowisko wobec działań generała Wojciecha Jaruzelskiego i włączyć w tworzenie Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego.

Z punktu widzenia współczesnej anarchii pseudo-politycznej – oczywiście z samej definicji przekreśla to tak samego Bocheńskiego, jak i jego argumentację. Zresztą jego prace, choć wydawane w latach 80-tych w wielosettysięcznych nakładach – dziś zniknęły z biblioteczek wielu kandydatów na polityków. Ponieważ jednak można je znaleźć w bibliotekach i antykwariatach – warto skorzystać z okazji, by przypomnieć niektóre trudniej dostępne teksty Aleksandra Bocheńskiego publikowane w latach 1981-1986. Z nadzieją, że zachęci to do sięgnięcia po jego analizy, a także będzie stanowić asumpt do stworzenia kiedyś szerokiej antologii postaw i publikacji nurtów konserwatywnego, narodowego i chadeckiego wobec stanu wojennego i realiów lat 80-tych.

Podstawą jest gospodarka

Nie można zrozumieć stanowiska Bocheńskiego wobec „Solidarności”, jak i stanu wojennego, bez zapoznania się z jego oceną gospodarki PRL. Autor „Wędrówek po dziejach przemysłu polskiego” (pierwsze wydanie 1966 r.) znany był jako zadeklarowany zwolennik produktywności gospodarczej, zwiększenia wydajności pracy, a także redukcji marnotrawstwa, tak na poziomie samych wytwórców, jak i zarządzania, organizacji i polityki przemysłowej. Właśnie jednak opowiadając się za pro-produkcyjnym modelem ekonomii, Bocheński w swych pracach dokonywał syntezy problemów zaistniałych podczas dekady gierkowskiej. I to bynajmniej nie tylko pod koniec jej (jak wielu nawróconych potem na reformę, czy nawet opozycyjność), ale w całym okresie, który już u swego zarania wykazywał symptomy przyszłego załamania i kryzysu (co nader nam może przypominać także czasy współczesne).

Powodem połamania nóg naszej gospodarki, czyli ostrego deficytu towarów i usług stał się (poza nieurodzajem 1980 roku) potrójny błąd inwestycyjny. Po pierwsze inwestowaliśmy za dużo i na kredyt. W paru latach 1972-1975 wydatki na inwestycje wzrastały co roku po 20 procent – podczas gdy inne kraje i my za czasów Gomułki powiększaliśmy my je o 3 do 8 lub 9 proc. Ale ten jeden błąd nie byłby nas jeszcze pogrążył. Doszły dwa następne, ściśle ze sobą związane. Inwestowaliśmy w sposób żywiołowy, bez precyzyjnie ustalonego i wykonywanego planu. Budowano fabryki nie zabezpieczając dla nich surowców, prądu, ani nawet wagonów na transport. Doszło do tego, że podczas gdy za granicą na 1 proc. przyrostu produkcji ilość prądu wytwarzanego ulega o 1,2 do 1,7 proc. my podwyższaliśmy go o 0,7 do 0,8 proc. I wreszcie błąd trzeci – za dużo było inwestycji luksusowych, jak te hotele wielopiętrowe po 100 milionów dolarów każdy, czy też duże zakłady budujące kolorowe telewizory czy polonezy – podczas gdy kulała aż do granic załamania komunikacja autobusowa dla mas, albo produkcja odzieży ochronnej, albo budowa mleczarni, i tak dalej, i tak dalej.

Spowodowało to ogólne zacofania przemysłów konsumpcyjnych – a do tego zadłużenie utrudniło niepomiernie wszelki import rzeczy i części niezbędnych do normalnej produkcjipisał Bocheński w listopadzie 1981 r1.

Oczywiście, dziś mówienie o produkcji w Polsce na podobną skalę byłoby nieporozumieniem, bez wątpienia jednak mamy do czynienia ze zbliżoną skłonnością władzy do pseudo-ekonomicznej drogi na skróty, a więc choćby krótkotrwałego zaspokojenia nie tyle potrzeb, co marzeń konsumpcyjnych szerszych kręgów społecznych. „Maluch” będący symbolem rzekomego gierkowskiego sukcesu łączy więc swoista więź ze współczesną mrożoną krewetką w dyskontowej promocji, będącą godłem „zielonej wyspy” PO. A że ten niby sukces jest nie dla wszystkich? Wszak już w lutym 1983 r. Bocheński oceniał poprzedni okres: „Przywileje dotyczyły także zakresu inwestycji. Cała polityka motoryzacyjna była nie dla robotników. Drobnym, ale wyrazistym symbolem preferencji klasowej są dzieje fabryki metalurgicznej w Wapiennicy, która produkowała jako jedyna w kraju w tak wielkiej skali widły, młotki i gwoździe, czyli narzędzia do produkcji. A pamiętajmy, że deficyt tych narzędzi, ich ilość i jakość zawsze czyniły pracę robotnika i chłopa udręką. I tę fabrykę zamieniono na wytwórnię wycieraczek do szyb automobilowych, nie zadbawszy o umieszczenie gdzie indziej odpowiednich zastępczych warsztatów produkcji2. (Żeby zaś pozostać przy łatwych analogiach, to w tym samym tekście pytał też „(…) czy liczba dyplomów maturalnych i magisterskich, z zasady zwalniających od pracy fizycznej, nie była za wysoka?”).

Bocheński punktował tak konkretne, jak i ogólniejsze, czy wręcz mentalne problemy związane najpierw z błędami gierkowskimi, a następnie z ujawnionym i pogłębiającym się kryzysem i szokiem, jaki wywołał on w społeczeństwie, w tym także środowiskach politycznych i ekonomicznych. Jak zauważał, tak w okresie względnego prosperity, jak zwłaszcza w związku dostrzeżonym w końcu załamaniem – nastąpiło zagubienie podstawowych funkcji państwa i zbiorowości narodowej, a także poszczególnych jednostek zaangażowanych w procesy gsopodarcze „Traktowanie własnej pracy jest przejawem dyscypliny wobec samego siebie – albo jej braku. Idzie o poczucie dobrze spełnionego obowiązku, które daje ogromne zadowolenie. Jeżeli tego brak, to z kolei rodzi się wiele niezadowolenia, kwasów i frustracji. (…) Uważam, że jednym z najważniejszych obowiązków państwa jest zadbanie o tych, którzy z przyczyn niezawinionych żyją w ubóstwie, tzn. własną pracą nie mogą zapewnić środków utrzymania sobie i swoim rodzinom, bo są samotni, chorzy, starzy, niepełnosprawni, albo samotnie wychowują kilkoro dzieci. I można to pogodzić z wychodzeniem z kryzysu, a nawet z rozwijaniem gospodarki. (…) Nie przeznaczając tak dużej części dochodu narodowego na warstwy lepiej uposażone. To nie świadczenia socjalne robią nam dziurę w budżecie – choć zdarzają się tutaj przerosty – tylko przywileje, z których korzystają wybrane kręgi społeczeństwa3 – pisał Bocheński, cały czas jednak uporczywie zwracając uwagę na skalą marnotrawstwa energii gospodarczej Polaków – ale nie przez wyimaginowaną władzę, chowającą, czy wywożącą „do Ruskich” deficytowe towary (w co powszechnie wierzono w latach 1980/81), ale przez tę samą władzę starającą się spełniać konsumpcyjne zachcianki rodaków. „Gdyby wtedy nie upojono się motoryzacją mielibyśmy dzisiaj buty, koszule, mydło, masło itp. Za te dwieście miliardów złotych , które zainwestowano w motoryzację można było rozwinąć kilka przemysłów konsumpcyjnych”4– powtarzał Bocheński.

Oczywiście, błędy z zakresu zarządzania były też i szersze, i głębsze, tkwiąc w samej istocie systemu (choć nie tylko tam, gdzie chętnie dostrzegają je nieco anachronicznie współcześni krytycy). „W skutek narzuconej przez teoretyków mylnej diagnozy dawnych błędów, a mianowicie wskutek przypisywania szkód (spowodowanych złymi nakazami) wszelkim nakazom w ogóle – zaciemniono w opinii publicznej korzyści jakie mogłaby dać droga nacisku administracyjnego na kierownictwa przedsiębiorstw, by lepiej niż dotąd zadbały o warunki pracy i zadowolenie pracowników. Gdyby ten nacisk istniał w stopniu wyższym, niż go nieraz obserwujemy, zanikłyby permanentne spory załogi z kierownictwem o pozyskanie takie warunków pracy i życia. Powstałaby bardziej zgodna współpraca związków zawodowych z administracją dla dobra załogi i przedsiębiorstw. Tak zresztą bywa u nas nieraz, ale nie jest to powszechną regułą. Gdyby było – może nigdy nie żądano by tak dalece idącej ingerencji załogi w dziedzinę zarządzania.

A przecież nie widać żadnego powodu (poza tradycją kapitalistyczną, niszczącą samą podstawę zgodnej współpracy) by plac do zgodnego współdziałania dyskusji dyrekcji z załogą nie miał być oczyszczony przez bezwzględne nakazy obowiązujące dyrektora”5 – pisał Bocheński. Warto zatrzymać się nad tymi radami, które już zapewne zdążyły podnieść włos na głowie współczesnych liberałów (nawiasem mówiąc również sam autor nie stronił od takiegoż samego określania swych poglądów, lepiej jednak od dzisiejszych doktrynerów widział bieżące uwarunkowania6). Dziś łatwo jest pisać, że absolutnie konieczne i jedynie możliwe było wprowadzenie w polskiej gospodarce zasad rynkowych. Sęk w tym jednak, że rozwiązanie to było a-wykonalne politycznie. Nie tylko ze względu na wewnętrzne ograniczenia ideologiczne i intelektualne decydentów, ale także ze względu na ochronę systemu ekonomicznego opartego o marksistowski sztafaż ze strony sowieckiego hegemona.

Dyskusja o modnie, acz anachronicznie zwanym „wariancie chińskim” sprowadzała się w istocie na początku lat 80-tych do tego czy uda się zmniejszyć liczbę ograniczeń (zwłaszcza administracyjno-prawnych) utrudniających rozwój gospodarczy oraz czy uda się usprawnić sam system zarządzania w realiach państwowej własności przemysłu. Mowa była bowiem o barierach, które wykazały swoją szkodliwość już dekadę wcześniej. Bocheński przypominał: „7. „Gdy Piotr Jaroszewicz objął funkcję premiera, rozesłał w 1971 roku do kilku największych zakładów przemysłowych polecenie zestawienia mu przepisów hamujących produkcję. Lista przysłana przez Oświęcimskie Zakłady Chemiczne obejmowała… 103 pozycje. Do najostrzej krytykowanych należało szeroko przyjęte premiowanie za wykonanie planów ilościowych – nawet za włókno sztuczne i porcelanę. (…)

8.Kiedy późniejsi przeciwnicy podkreślania wagi systemu zarządzania doceniali jeszcze jego znaczenie, przyjmowano tezę, że największą winą systemu panującego do 1982 roku – był jego charakter nakazowy. Jakby nie mogły być inne nakazy, jak tylko absurdalne; choćby nie wiem jak zmieniano schemat organizacyjny centralnego ogniwa uspołecznionej gospodarki – zawsze przepisy wydane przezeń owocować będą absurdami.

Tak fatalistyczna teza mogła wyniknąć tylko i wyłącznie stąd, że nikt nie uczynił wysiłku umysłowego, by znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego właściwie centrum wydawało przepisy hamujące, a nie przyspieszające rozwój?7 – pytał Bocheński, który – o czym też rzadko się dziś pamięta, sam był… praktykiem zarządzania w PRL-owskiej gospodarce, kierując w latach 1945-56 Państwowym Browarem w Okocimiu.

Po głębszą analizę przyczyn słabości polskiego uprzemysłowienia i zarządzania (o korzeniach głębszych niż PRL-owskie) – trzeba już odesłać Czytelnika do książek Bocheńskiego. Nadmienić jednak należy, że równie popularna dziś teza, że „z gospodarką centralnie planowaną nic się w ogóle nie dało zrobić, więc można ją było tylko zlikwidować”, nawet gdyby była prawdziwa – i tak na wiele się nie mogła przydać w realiach początku lat 80-tych, gdy o takiej likwidacji mowy być nie mogło i radzić sobie trzeba było z taką gospodarką i systemem, jakie realnie mieliśmy.

Dokonując krytyki błędów gierkowskich – Bocheński znakomicie jednak wiedział, że może ona zniknąć wśród głosów tych wszystkich, którzy w latach 70-tych milczeli, jak i tych, którzy szkodliwe działania wspierali. Przede wszystkim jednak uznawał za zdecydowanie jeszcze groźniejsze tendencje nowe (albo spotęgowane), rzutujące na politykę ekonomiczną państwa, ale także zwłaszcza na nastawienie szerokich kręgów społecznych. Tych zwłaszcza, które dostały się pod wpływ ruchu „Solidarności”. Jednym z głównych haseł jej propagandy była fundamentalna zmiana w stosunkach ekonomicznych z ZSSR. Oczywiście nikt nie mówił wprost (ani chyba faktycznie nie wiedział) na czym czym owa odmiana miałaby polegać, jednak przecież dla eskalacji strajków z lipca/sierpnia 1980 r. wystarczyła plotka o rzekomym „przyspawaniu do torów lokomotywy ciągnącej pociąg idący do Ruskich”, zapewne wywożąc nasze dobra narodowe – od szynki po maszyny do szycia. Legenda ta do dziś zresztą żyje własnym życiem, choć w istocie ówczesne rozliczenia rublowe z Sowietami były dla PRL korzystne, bowiem przecież zyskiwaliśmy w nich na uzyskiwanej ropie i gazie. Wówczas były to czynniki niezauważane bliżej np. w gospodarstwach domowych (i co jeszcze dziwniejsze – niemal ignorowane w sprawozdawczości przemysłowej). Dziś jednak nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć wagi tych składowych, wówczas jednak współzależność gospodarki polskiej i sowieckiej wydawała się jedną z długiej listy krzywd wyrządzonych nam przez Kreml. Krzywd ochoczo wypominanych przez „Solidarność”, co z kolei nie pozostawało niezauważane przez naszych wschodnich sąsiadów. Realna groźba sięgnięcia przez nich po „broń energetyczną” zimą 1981/82 r. w przypadku dalszego kontynuowania niepokojów w Polsce – była znacznie poważniejsza nawet, niż spodziewana operacja wojskowa. Tę bowiem łączono przede wszystkim z pacyfikowaniem protestów i strajków, podczas gdy zimne kaloryfery i całkowicie unieruchomiony przemysł – zagrażałby samym podstawom narodowej egzystencji.

Jednym z naczelnych argumentów owej szeptanej, a potem wrzaskliwej, szerzonej ulotkami i pisemkami propagandy był >wsad dolarowy< np. w naszych statkach dostarczanych Związkowi Radzieckiemu, płaconych zaś rublami. I rzeczywiście. Jednakże wsad ten nie przewyższa 30 milionów dolarów, a w tym samym czasie Związek Radziecki sprzedał nam również za ruble ropę za 1 miliard 218 milionów dolarów, gazu za 300 milionów. A w tych dwóch podstawowych surowcach wsad dolarowy w rublową dostawę do Polski był przecież 100-procentowy, gdyż na całym świecie można było zbyć ropę za dolary. To samo powiedzieć można o bawełnie czy rudach żelaznych. Łącznie surowce te obejmują 65 proc. całego naszego importu ze Związku Radzieckiego.

Podobnie tylko wskutek słabej informacji i jeszcze słabszego zaufania, jakie ona zdobyła, mógł się utrzymać mit o >rublu transferowym<, przy czym dolar liczono po 62 kopiejki. Prawda jest taka, że w roku 1981 za ropę uzyskaną z importu ze Związku Radzieckiego musielibyśmy zapłacić w krajach dolarowych sumę 2,8 miliardów dolarów, podczas gdy dzięki niższym >kroczącym< cenom zapłaciliśmy, jak podałem wyżej 1,2 miliarda8 – wyjaśniał Bocheński. Oczywiście – bezskutecznie, dla części słuchaczy bowiem była to i tak czarna magia, a dla innych – prawda nie miała żadnego znaczenia, skoro propaganda anty-sowiecka miała ustalone cele polityczne.

Tymczasem przyczyny załamania roku 1980 r. były zgoła inne, niż wywożenie towarów na Wschód, czy chowanie jedzenia dla prominentów partyjnych (co wmawiano Polakom). Prawdziwe źródła kryzysu politycznego, który był następstwem porażki ekonomicznej to:niska stopa życiowa obywateli, poderwanie zaufania do władz, propaganda sukcesu, gigantomania inwestycyjna, niezharmonizowanie inwestycji, luksusowy charakter produkowanych dóbr. Po sierpniu ’80 do czynników tych doszły jednak:dzikie strajki, załamanie produkcji i zwłaszcza wydobycia, załamanie eksportu.

Prawo do strajku, opłacanego ze skarbu państwa, spowodowało na domiar złego, załamanie dyscypliny, upadek szacunku dla władz zarówno gospodarczych, jak i administracji państwowej. Pod groźbą strajku usunięto setki, w tym także i najlepszych nawet dyrektorów.

Zwolennicy „Solidarności” twierdzili, że strajkom tym winien rząd, bo od razu nie ustępuje wszystkim żądaniom. Niestety, ciągłe ustępstwa i tak albo pozbawiły nas kadry wielu doświadczonych kierowników, albo sprawiły, ze pozostali stracili operatywność i zdolność wydawania decyzji niepopularnych – co jest nieodzownym obowiązkiem każdego kierownika każdego zakładu pracy, a co dopiero w tak ciężkim okresie, jaki polska gospodarka przeżywała w 1981 roku9 – konkludował autor „Dziejów głupoty…”, jednoznacznie wskazując czemu dalsze tolerowanie tego stanu rzeczy oznaczało dla narodowej gospodarki absolutną katastrofę.

Ze swych obserwacji Bocheński wyciągał wnioski o charakterze strategicznym, mające kluczowe znaczenie dla sformułowanej oceny stanu wojennego (niezależnie od późniejszej krytyki konkretnych błędów popełnionych w jego okresie, także w zakresie zarządzania gospodarczego). W cytowanym już niegdyś na Konserwatyzm.pl tekście „Człowiek i państwo” Bocheński pisał: „XXXI. Na to, aby zarządzanie centralne mogło dać wyniki, jakich rozproszenie dać nie może – istnieć musi centralne ogniwo odpowiedzialne za postęp gospodarczy i zdolne do oporu wobec grup nacisku, a także istnieć musi transmisja dyscypliny łącząca owe ogniwa decydenckie z ogniwami wykonawczymi. Jeżeli w Polsce centralne zarządzanie (mimo dokonania kolosalnego dzieła uprzemysłowienia kraju) nie dało dostatecznie szybkiego postępu, to dlatego, że nie było ani ogniwa wyposażonego w dostateczną moc podejmowania decyzji niezależnie od różnych grup nacisku, ani też dyscypliny, która by egzekwowała wykonywanie decyzji.

XXXII. Nauka o zarządzaniu dawno już stwierdziła, że jednym z naczelnych warunków skutecznego działania każdego zespołu jest osobowość kierownika. Póki tę fundamentalną zasadę nie zastąpimy hasłem, że „nie ma ludzi niezastąpionych” póty nie zawita do nas – zamiast zacofania – postęp10. Nadzieję na pojawienie się i takiej osoby, i takie centrum zarządzającego dał stan wojenny i pierwsze działania ekipy generała Jaruzelskiego. I choć jak się okazało – ten ostatni polski dyktator nie spełnił wielu wiązanych z nim oczekiwań, to wybór dokonany przez Aleksandra Bocheńskiego w latach ’81/’82 wówczas i dziś wydaje się jedynym możliwym – także ze względu na zarysowane wyżej oceny gospodarcze.

Konkretne wskazania

Generał Jaruzelski był tym z polskich przywódców, któremu post factum udzielono bodaj najwięcej rad na temat tego, co powinien był uczynić (względnie czego zaniechać). W przypadku Bocheńskiego różnica polega na tym, że podpowiedzi pochodzą z czasów, gdy mogły jeszcze coś zmienić, nie zaś są formą anachronicznej krytyki prowadzonej z perspektywy trzech dekad. Nb. formułowane opinie dalekie są od bezkrytyczności, co również, a może przede wszystkim jest cechą konserwatywnej krytyki politycznej, dalekiej od zauroczeń i oddawania się na wiarę przywódcom, kierunkom, czy szyldom politycznym.

Przykładowo, oceniając pierwsze próby „reform” (ów „pierwszy etap”, którego tak wprawdzie nie nazwano, ale tak ochoczo potem porzucono na rzecz „drugiego”) Bocheński pisał „Trudność położenia finansowego Polski polega na tym, że dochody ludności przewyższają wartość towarów, które produkcja ma dać na rynek. Zwłaszcza, że wiele produktów dajemy na eksport, by m.in. przynajmniej spłacać odsetki od długów. W końcu roku 1982 nadwyżka gotówki w rękach obywateli nad masą towarową szacowana była na ok. 500 mld zł, w I kwartale bieżącego ruchu powiększy się ona o 130 miliardów. Ponieważ ceny skupu od rolników są od roku zamrożone (w tym samym czasie, kiedy zarobki ludzi w mieście walą w górę!) i zapowiedziano, że nie drgną aż do lipca, przeto jasne jest, że strumień gotówki w rękach obywateli wzrasta przeważnie z powodu wzrostów płac i różnych dodatków socjalnych. Aby zrównoważyć ten strumień należałoby powiększyć dostawy towarów do sklepów o ok. 30 proc. Ponieważ nie jest to możliwe, mówił min. Nieckarz, pozostają dwie drogi: podwyższyć ceny towarów (niektórych) tak, aby bez znacznego powiększenia ilości towarów wchłonąć nadwyżkę dochodów ludności – albo powstrzymać wzrost płac i dodatków socjalnych. Minister zapowiedział i jedno i drugie. Po pierwsze ceny, oprócz żywnościowych, będą w pewnej mierze podwyższone. Po drugie z całą bezwzględnością zaprzestanie się podwyżek tych wszystkich płac i dodatków, które nie są uzasadnione wyższą produkcją11. Wbrew więc wcześniej zarysowanym poglądom (które tak zapewne zaniepokoiły naszych wolnorynkowców) – Bocheński opowiadał się też za realnymi mechanizmami antyinflacyjnymi tam, gdzie puszczone na żywioł (czyli na pozostałe jeszcze po „Solidarności”) oczekiwania płacowe mogłyby nie wspierać, ale tłumić działania pro-produkcyjne.

Nader aktualnie brzmią też te wskazania Bocheńskiego, w których przestrzega on przed przedwczesnym i pochopnym wyłączaniem z grup zawodowo czynnych osób grup potrzebnych gospodarce narodowej w sytuacji, gdy nasza wydajność i efektywność wciąż jest niższa od wielu średnich, ale i nie wystarcza na spełnienie naszych rozbuchanych aspiracji (także konsumpcyjnych):„Powody deficytów są potrójne. Po pierwsze brak jest ludzi do pracy, gdyż nieszczęsny pomysł wcześniejszej emerytury pozbawił zakłady najstarszej, najbardziej doświadczonej i rozsądnej kadry fachowców. Pozostałych praca jest mocno uszczuplona przez 5-dniowy tydzień pracy, absencje chorobowe i inne. Po drugie deficyt powstał i trwa z powodu braku materiałów i części do remontu maszyn z importu. Ilość dewiz jaką mamy, dzięki niewielkiemu naszemu eksportowi, nie wystarczy na spłaty odsetek, rat od długów i na zakup tego wszystkiego, co jest niezbędne do pełnego ruchu przemysłu. Po trzecie ciągle trwa wykupywanie wszelkich trwałych przedmiotów przez ludzi posiadających gotówkę przekonanych, że wszystkie ceny pójdą w górę12.

Wśród innych „porad” zwracają jednak uwagę nie tyle te dla władzy, co dla współobywateli, a zwłaszcza środowisk mających wpływ na ich nastawienie wobec reform. „Otóż, jak wiadomo sądzę, że wszyscy myślący Polacy powinni poprzeć, w miarę swych sił, gen. Jaruzelskiego, jego rząd i jego wysiłki by wydobyć kraj z kryzysu. Trudna to sprawa, jeśli rząd popełnia błędy i to bolesne. Weźmy aspekt gospodarczy. Kryzys nasz niejeden ma aspekt i chcąc pomóc w jednym snadnie można pogrążyć drugi. Na przykład. Wszyscy wiemy, że powrót do 6-dniowego tygodnia pracy poprawiłby produkcję i zaopatrzenie i przyspieszyłby wyjście z kryzysu gospodarczego. Ale czy nie pogłębiłby politycznego? Albo inaczej. Wzrost świadczeń socjalnych został, rzecz oczywista, życzliwie przyjęty przez emerytów, czy kobiety wychowujące dzieci itd. Ale na to idą miliardy złotych i gdybyśmy je obrócili np. na intensyfikację produkcji rolnej – nie mielibyśmy tak trudnej sytuacji żywnościowej, zwłaszcza w zakresie hodowli, gdzie nastąpiła nie z braku paszy, ale opłacalności likwidacja towarowej części stada świń. W sumie biorąc trudność pisania przeze mnie artykułów polega na tym, że nie chce być zaliczany do opozycji, co się rozumie samo przez się, choćby na podstawie tego powyżej napisałem. Sądzę, że rząd gen. Jaruzelskiego zasługuje na poparcie przynajmniej tak długo, dopóki nie upora się z największymi trudnościami ekonomicznymi i politycznymi. Z drugiej strony, co robić, jeśli mam inne zdanie, niż któryś z ministrów? Powinienem pomimo tej różnicy, w miarę swych możliwości, wzmacniać rząd i kraj, a nie osłabiać. Każda dobra robota wzmacnia kraj. Ale jeśli jestem dziennikarzem i jedyna rzecz, którą zrobić mogę – to głosić moje przekonania – czy mogę przemilczeć mój sąd krytyczny na niektórych odcinkach sprawowania władzy, czy tą krytyką nie uczynię więcej złego niż dobrego?

Odpowiedź na te wątpliwości jest taka, że szczera i rzeczowa krytyka nie osłabia rządu, ale go wzmacnia. Gdyby w ubiegłym dziesięcioleciu dopuszczono więcej szczerej i odważnej krytyki, może uniknęlibyśmy tak głębokiego kryzysu, jak ten, który nas dotknął 1981 roku i którego skutki dotąd znosimy. Nie może jednak ta krytyka być jednym ciągiem lamentów, lub co gorsza zapiekłej niechęci i negacji wszystkiego co rząd robi. Jest obowiązkiem obywatela, a co dopiero dziennikarza dostrzegać nie tylko to co złe, ale i to co dobre”13. Zatrzymajmy się chwilę nad tymi pozornie banalnymi spostrzeżeniami. Oto więc zaangażowanie społeczne (bo tak w tamtych realiach należało odbierać postulat wsparcia rządu) wiąże się nie tyle (a raczej wcale) z bezkrytycznym podejściem do polityki władz, ale z faktem zaistnienia sytuacji kryzysowej. Mówiąc prościej – wbrew polskiej modzie nie należy starać się obalać, czy chociaż utrudniać życia rządzącym dlatego, że sytuację np. ekonomiczną uważamy za złą. W takim przypadku należy szukać metod współdziałania, by tę niekorzystną tendencję odwrócić. Nie wyklucza to natomiast krytyki, przy czym dobrze, aby dotyczyła ona kwestii zasadniczych, dla istnienia państwa i narodu, a nie np. zagadnień partykularnych i propagandowych.

O tej samej krytyce Bocheński pisał zresztą w innym miejscu: „Jest sporo zagadnień krytycznych, wartych omówienia, nawet alarmu. Ale czy mogę podnieść głos ostrej krytyki przeciw niektórym posunięciom rządu, kiedy obok mnie, w kraju i za granicą przejawia się zaciekła nienawiść do władzy, do rządu polskiego, idąca tak daleko, że neguje się w czambuł wszystko co rząd robi, dobre i złe razem? W atmosferze tej prymitywnej, czysto emocjonalnej i pozarozumowej zaciekłości, każda rzeczowa i przyjazna krytyka może a nawet musi być wyzyskana dla wzmocnienia, zamiast dla osłabienia nieszczęsnego warcholstwa i negacji. Więc milczeć i potakiwać? Za nic. Po pierwsze moje stanowisko wobec rządu Jaruzelskiego jest zbyt znane. Po drugie of wielu, wielu lat głosiłem konieczność zerwania z systemem absurdalnej biurokratycznej gospodarki, z lekceważeniem postulatów robotniczych, z tłamszeniem krytyki i rzeczowej dyskusji. To mi daje dzisiaj prawo podnieść głos krytyczny bez obawy, by mnie ktoś zaliczył w szeregi ślepej negacji. Tym bardziej, że krytyka, jaką wypowiem nie ogranicza się bynajmniej do rządu, może nawet nie obejmuje tak wysokiego szczebla. Sądzę, że są dziedziny, w których rola i wina władz łączy się z odpowiedzialnością społeczeństwa i obie te strony mechanizmu społecznego mogłyby złemu zaradzić?14.

Oczywiście odrębną kwestią jest w takim przypadku pojawienie się już nie krytyki, ale masowego niezadowolenia społecznego (częstokroć zresztą inspirowanego), o którym z kolei prof. Łagowski pisał: „Słabe rządy wpadają zawsze na ten sam sposób, gdy chcą zażegnać rewolucję: zadowolić niezadowolonych. Niestety, sytuacja rewolucyjna na tym właśnie polega, że niezadowolonego społeczeństwa nic już zadowolić nie może. Sytuację rewolucyjną można przezwyciężyć tylko stwarzając sytuację kontrrewolucyjną15. I właśnie stworzenie realnej sytuacji kontrrewolucyjnej, realnej, a więc nieużywającej bynajmniej takiej terminologii, ale faktycznie stawiającej tamę ślepemu niezadowoleniu społecznemu, niezdolnemu ani dostrzec prawdziwych przyczyn kryzysu, ani tym bardziej pojąć możliwych niebezpieczeństw związanych z „rewolucją Solidarności” (jak do dziś oficjalnie się to zjawisko nazywa) – skłoniło konserwatystów lat 80-tych do poparcia władzy generała Jaruzelskiego. Przy całym zaś (zalecanym także przez Bocheńskiego) krytycyzmie do jego polityki, charakterystyka ta każe także trwać na podobnym stanowisku konserwatystom doby współczesnej.

Konserwatyzm lat 80-tych

Tekstem fundamentalnym dla określenia stosunku Aleksandra Bocheńskiego do polityki generała Jaruzelskiego jest wywiad, jakiego pisarz udzielił „Kierunkom” pod znamiennym tytułem „Przeciw rozumnym szałem”16. Jest on także kluczowym materiałem dla określenia czym w istocie był polski konserwatyzm na początku lat 80-tych. Jednak na zadane wprost pytanie czy jest konserwatystą – jeden z głównych publicystów „Buntu Młodych” i „Polityki”, współtwórca „Myśli Mocarstwowej” odpowiadał… filuternie: „Rzeczywiście, często wyrażam poglądy, które nie zgadzają się z punktem widzenia moich współobywateli. Ale czy to są poglądy konserwatywne? Pod pewnymi względami można by mnie zaliczyć do tej kategorii ludzi myślących politycznie; jest jednak pewna przeszkoda. Otóż codziennie rano chciałbym zmienić wszystko i wszystkich z wyjątkiem tylko trzech rzeczy i dwóch ludzi: nie chce zmienić idei uspołecznienia środków produkcji, czyli ustroju socjalistycznego; systemu sojuszy międzynarodowych Polski, zwłaszcza sojuszu z ZSRR i przede wszystkim zasady tolerancji dla wierzeń religijnych. Z ludzi nie zmieniłbym tylko generała Jaruzelskiego i trenera Piechniczka. Czy Panowie nadal sadzą, że jestem konserwatystą?17 – żartował.

Jednocześnie Bocheński określił swój stosunek do „Solidarności”, odpowiadając czy uważał się za wroga tego ruchu: „Ta opinia nie wydaje mi się uzasadniona. Nie występowałem nigdy przeciw Solidarności. Natomiast występowałem przeciwko tym działaniom Solidarności, przeciwko którym wszyscy myślący ludzie w Polscy powinni występować; działaniom, które wyróżniały się warcholstwem i prowadziły do upadku autorytetu władzy. W wyniku tych działań stanęliśmy nad brzegiem przepaści. Władysław Gomułka zwykł mawiać „Polska nie leży na księżycu” Otóż gdyby nawet Polska leżała na księżycu, to i tam nie mógłby istnieć kraj, w którym rząd spotyka się z taką niesubordynacją rządzonych. Decydent musi decydować. Z chwilą, gdy przestaje podejmować decyzje , przestaje istnieć więź państwowa. Kiedy zapytano kanclerza Austrii Bruno Kraisky’ego na jesieni 1980 roku co zaleca Polsce, odpowiedział: Żeby rząd mógł zacząć rządzić18.

Przede wszystkim jednak Bocheński w wywiadzie tym jasno określił podstawowe problemy polityczne nurtujące Polskę w pierwszych miesiącach stanu wojennego. Problemy związane przede wszystkim z pomieszaniem pojęć i chaosem imprintowanym w umysły Polaków. Pytany co jest największą intelektualno-emocjonalną słabością rodaków Bocheński nie miał złudzeń: „Przede wszystkim irracjonalne podejście do zagadnień politycznych. Uważamy, że przekonania polityczne powinny być tak niezłomne jak wierzenia religijne, co jest wielkim błędem. Koniunktury polityczne się zmieniają, a religia pozostaje taka sama. Przekonania polityczne powinny być oparte na kalkulacji, na zimnej rachubie, a nie na uczuciach. A my tak jak ludy prymitywne – kierujemy się w polityce albo sympatią, albo nienawiścią, często bez racjonalnych podstaw. W tej chwili obiektem sympatii niektórych naszych rodaków jest prezydent Reagan i to właśnie dlatego, że wprowadził sankcje ekonomiczne w stosunku do Polski. Najgorszyskutek narodowego wychowania widzę w braku zimnego rozsądku w polityce i w braku dyscypliny wobec ośrodka wydającego decyzje. Są to dwie cechy, które dominują w wychowaniu narodowym, zwłaszcza inteligencji, gdzie feudalne warcholstwo pożeniono z anarchiczną cyganerią, wyniesiono do godności zasady i mylnie nazwano wolnością19.

Rozprawiwszy się z fałszywym bożkiem pseudo-wolności, którego znaczenie w latach 80-tych miało zresztą dopiero wzrosnąć, by już w naszych czasach dojść do zupełnie absurdalnych rozmiarów i znaczeń – Bocheński wziął też na warsztat inny narodowy fetysz. „Wyjaśnijmy najpierw co to jest suwerenność. W żadnym wypadku suwerennością nie jest brak dyscypliny i uznania własnego rządu. Suwerenność polega na tym, ze rząd składa się z obywateli danego państwa i działa dla jego dobra. Najgorszy rząd własny jest lepszy od najlepszego cudzego20 – tym jednym zdaniem Bocheński zmiażdżył nie tylko „niepodległościowców” swoich czasów, ale i współczesne zapędy epigonów tych miazmatów, zrozpaczonych, że nie załapali się na zadymy dekady Jaruzelskiego.

Samemu generałowi pisarz stawiał poprzeczkę wysoko. „Sądzę, że zasadniczym celem reformy powinno być stworzenie motywacji do pracy. Od pewnego czasu mówi się o niej wiele, ale od niej trzeba było zacząć. Społeczne zapotrzebowanie na reformę gospodarczą łączę z powszechnym poczuciem braku takiej motywacji21 – pisał Bocheński dotykając sedna bodaj najważniejszego kryzysu doby PRL – kryzysu zaufania i braku wiary w sens własnego zaangażowania. Wówczas była to obserwacja na wskroś oryginalna, dziś zaś mamy ją potwierdzoną empirycznie, gdy widzimy naszych rodaków uzyskujących znakomitą wydajność, ale w sytuacjach (i krajach) gdy im się to po prostu opłaca…

Czemu jednak zjawisko takie nie zaszło na szerszą skalę w Polsce? Bocheński jakby antycypował co z naszą gospodarkę uczyni Balcerowicz i jego niewydarzeni uczniowie po kilkunastu latach. Pytany o mechanizm inflacyjny (znany wtedy pod oklepanym mianem „nawisu”) pisarz widział go jako nieuchronny koszt reformy, oczywiście w formie kontrolowanej: „Lepiej przy wzroście produkcji śmiało zwiększać wynagrodzenia, zwłaszcza kadry kierowniczej. Zjawisko inflacji znane jest na całym świecie. Każdy kraj ją ma i jest to nieprzyjemne. Ale trudności będą zawsze, jak nie to inne, przecież nikt nie myśli, że dzięki reformie deflacyjnej nastanie raj na ziemi i w ogóle tu usuniemy wszystkie trudności22. (Dygresyjnie dodajmy, że z recepty tej nie tylko nie skorzystał Balcerowicz, ale i wcześniej długo nie zyskiwała ona uznania w oczach rządzących PRL. Jeszcze w lutym 1983 r. Bocheński powtarzał: „Droga proponowana przez rząd jest nazywana w żargonie ekonomistów deflacją. Nie jest prawdą, jakoby deflacja była jedynym wyjściem z kryzysu. Można wyjść z niego także drogą inflacji – oczywiście nie takiej inflacji, jaka szaleje u nas od sierpnia 1980 roku, ale drogą inflacji kontrolowanej i precyzyjnie zaplanowanej. Kto czyta moje artykuły, wie że od półtora roku na tę właśnie drogę wskazuję i nadal sądzę, że gdybyśmy na nią wkroczyli, produkcja byłaby wyższa i dno bagna dalej za nami niż jest, jeżeli jest”23).

Jednocześnie Bocheński w lipcu 1982 r. uparcie wracał do kwestii gospodarczych. Wynikało to zresztą nie tylko z jego własnych zainteresowań badawczych, co nastawienia ogromnej większości społeczeństwa, którego część wprawdzie doceniała patriotyczny sztafaż oferowany przez „Solidarność” (odrzucając przy tym podobne treści, gdy artykułowali je przedstawiciele władzy), jednak jeszcze bardziej liczyła na obiecywaną przez nią odmianą poziomu życia. Przy tym wszystkim zaś – cierpiąc dolegliwości związane z kryzysem ekonomicznym, Polacy nadal chronicznie mylili jego skutki z przyczynami. „Nie ulega wątpliwości, że podwyżka cen nie jest wynikiem reformy, lecz skutkiem półtorarocznego okresu zaniku pracy i podwyżek płac, a także wzrostu zadłużenia itd. To nie reforma jest winna24 – powtarzał Bocheński, ale ostrzegał odnośnie jej przed jej spodziewanymi kosztami: „W tej chwili takim kosztem jest deflacja, która może oznaczać stagnację. A przecież w ten sam sposób załamała się reforma końca lat sześćdziesiątych, reforma Jaszczuka. Wzrost płac był zbyt rygorystycznie ograniczony25.

Pozostałe obserwacje, choć odnoszą się do konkretnych realiów polityczno-ekonomicznych – również z niezłą precyzją dałyby się odnieść do znanych i nam problemów. Bocheński pisał m.in.: „Klasyczna ekonomia nie jest nauką stosowaną. Ubolewam nad tym, że mamy tylu profesorów ekonomii w rządzie, jak nikt inny na świecie. Za mało jest praktyków, (…)”26. Czy reforma – cokolwiek byśmy pod tym pojęciem nie rozumieli – winna wymuszać ograniczenie programów socjalnych?„Nie uważam. Natomiast należałoby ograniczyć zbędne wydatki, które nie mają nic wspólnego z wydatkami socjalnymi, a które kosztują nas bardzo dużo, jak choćby motoryzacja. (…) Motoryzacja kosztowała nas w latach siedemdziesiątych około dwustu miliardów złotych. Za te pieniądze można było wysoko postawić przemysł spożywczy i inne przemysły konsumpcyjne. Pod tym względem Gomułka miał rację – gdybyśmy nie forsowali motoryzacji, dziś nie brakowałoby ani mydła, ani butów, ani ubrań, ani innych rzecz. Do każdego fiata dokładamy z importu 200 dolarów27. Dziś państwo nie produkuje już samo aut – ale przecież z równym upodobaniem ucieka się do innych metod kupowania przychylności społecznej, forsując wydatki całkowicie zbędne z punktu widzenia całokształtu rozwoju ekonomicznego kraju.

A co z samorządem, ukochanym pomysłem „Solidarności” (niekiedy kojarzonym z tzw. „drogą jugosłowiańską”)? „Nigdy nie występowałem przeciwko samorządowi. Na podstawie mojego doświadczenia życiowego bardzo wysoko cenię głos robotników jako pomoc dla przedsiębiorstw, czasem nawet większa niż najbardziej nawet utytułowanych doradców i ekspertów. Uważam natomiast, że może być szkodliwy samorząd, który ma prawo usuwać dyrektora za jego decyzje albo osłabiać jednoosobową odpowiedzialność. To alibi dla ogólnego marazmu28 – zaznaczał Bocheński. Zjawisko przejmowania władzy w zakładach pracy przez „oddolny gniew robotniczy” również było jedną z plag 16 miesięcy „Solidarności”, ale przecież przekonanie jej aktywu, że praktycznie realizuje on hasło „całej władzy w rękach rady” miało znacznie bardziej dalekosiężny zakres. Wszak już osławione „21 Postulatów” było próbą podyktowania władzy (i rzeczywistości jako takiej) nowych wskaźników makroekonomicznych, zgodnych z wyobrażeniami i marzeniami strajkujących.

Kryzys umysłowy w Polsce nie urodził się jednak ani w 1980 r., ani nawet dekadę wcześniej, ani wraz z zawleczeniem do Polski komunizmu. Bocheński dotarł w swych rozważaniach do kolejnego charakterystyczne dla jego prac punktu, a mianowicie wychowania narodowego, czy szerzej – kwestii psychiki narodu polskiego. „Gdybyśmy byli wychowani do gospodarności, nie bylibyśmy wychowani do romantycznych mrzonek w polityce. Gospodarność wyklucza mrzonki, wymusza realizm. Już mówiłem, w Polsce nie do pomyślenia byliby „Hermann i Dorothea”, a nawet „Trzej Muszkieterowie”, którzy, co tu mówić, lecieli na pieniądze. U nas w „Ogniem i Mieczem” Rzędzian, skrzętnie gromadzący bogactwo, jest postacią co najmniej dwuznaczną. Życie w produkcji zmusza do posługiwania się rozsądkiem. My nie myślimy w tych kategoriach, u nas pani profesor Janion używa przymiotnika >zdroworozsądkowy< jako epitetu. Przecież to obłęd! >Zdroworozsądkowy< sposób myślenia związany jest z ekonomią. Człowiek, który wyrósł w warsztacie rzemieślniczym, w gospodarstwie chłopskim albo w fabryce – ma poczucie rozsądku i rządzi się logiką, kto ma za dewizę >rozumni szałem< i >złam czego rozum nie złamie<, będzie rządził się fantazją. Może czas wreszcie odmienić ten stereotyp?29 – pytał retorycznie Bocheński i to jest właśnie kwintesencja konserwatyzmu polskiego – nie tylko na początku lat 80-tych, ale i teraz, i na przyszłość. Zdrowy rozsądek i myślenie w kategoriach gospodarności i przedsiębiorczości – to właśnie winno cechować współczesnego konserwatystę i wg tych kryteriów winno się też oceniać wydarzenia naszej historii najnowszej.

Jednak tak dziś, jak i wtedy za „konserwatywną”, „prawicową” (choć oba te zwroty były długo niezwykle wręcz niepopularne, by następnie utracić jakiekolwiek sensowne znaczenie w ramach polskich sporów), a na pewno „patriotyczną” postawę uchodziło hołdowanie nawet nie przemyśleniom, ale emocjom zgoła odmiennym. Jedną z nich było swego rodzaju „masochistyczne uczucie kata do ofiary”, czyli zachwyt nad sankcjami ekonomicznymi, wymierzonym w Polskę przez Stany Zjednoczone. Z jednej strony kładziono je na karb „wojny z władzą” (choć przecież jednocześnie wiedziano, że „rząd się sam wyżywi”). Z drugiej zaś przede wszystkim wciąż nie chciano dopuścić do świadomości innej przyczyny kryzysu, niż zła wola (a w najlepszym razie ignorancja) władzy oraz sowiecki wyzysk. Radość z sankcji, ta uciecha, gdy choćby turecki dyktator pouczał WRON o potrzebie demokracji (w telewizyjnym show „Let Poland be Poland”), te okrzyki demonstrantów podczas wizyty gen. Jaruzelskiego w Nowym Jorku („wrócimy na białych perszingach!”) z czasem wyradzały się coraz bardziej, przeradzając się już bliżej naszych czasów w zachwyt nad wojskową zdradą Kuklińskiego, czy radowania widmem grożącej Polsce unicestwieniem wojny jądrowej. Wszystko to było i jest objawem tej samej choroby, która to dziś utrzymuje niezasypaną przepaść między częścią obywateli RP a państwem, którego w żadnych chyba warunkach (poza nierealnymi a idealnymi) nie są w stanie uznać za swoje.

W kolejnym (wspominanym już) ważnym tekście „Polski kryzys lat osiemdziesiątych. Propozycja spojrzenia bez emocji”30 Bocheński wyjaśniał: „(…) zahaczam o ten dziwny, charakterystyczny dla naszego kryzysu aspekt zjawiska, który stanowi punkt wyjścia do moich rozważań. Ten aspekt to wyrazy wdzięczności ze strony niektórych naszym emigrantów dla Reagana i jego sojuszników za to, że zamierzył zadać śmiertelny cios naszej aprowizacji – a także całej polskiej gospodarce. I rzecz trudna do uwierzenia – ci rodacy proszą o więcej, o dalsze ciosy. To uczucie monstrualnej wdzięczności ma swoje echa także w niektórych negatywnie usposobionych do własnego rządu – kołach obywateli polskich. Już nie wiem gdzie czytałem, że są ofiary, które uwielbiają swych katów. Ale masochizm taki pojawia się nie tylko jako odruch emocjonalny. Umysły przyjaciół Reagana szukają rozpaczliwie zaczepienia logicznego, by móc cierpieć razy zadawane przez prezydenta amerykańskiego, a jednocześnie móc dlań odczuwać wdzięczność i miłość”31.

Chodzi też jednak o rzecz jeszcze ważniejszą, niż tylko Schadenfreude i to przedziwne, bo przecież czerpane z własnych w istocie, a nie cudzych nieszczęść. Oto bowiem Polacy kolejnych pokoleń z jednej strony uważali za słuszne, moralne i uzasadnione radowanie się kłopotami spotykającymi władzę uznawaną z jakiegoś powodu za nie dość „swoją”. Z drugiej jednak wykształcili sobie nie mające równych w świecie poczucie martyrologii, w dodatku deprymującej i demobilizującej, a nie aktywującej (inaczej więc niż choćby współczesna narodowa mitologia żydowska). Tymczasem Bocheński pisał z ogromną mocą: „Żaden zdrowy naród nie może żyć do końca świata wspominkami poniesionych klęsk i ofiar32.

To kolejna kwestia związana z głębokim kryzysem naszej narodowej psychiki, który nie raz wymazywał nasze państwo z mapy, a i niewiele brakowało, by w ogóle wyeliminował nasz naród z dziejowego wyścigu. „Jednym z powodów supremacji uczuć nad rozsądkiem jest na pewno wychowanie narodowe gloryfikujące od dwóch wieków szaleństwo i klęski, a potępiające dalekosiężną, chłodną analizę, czy nawet zwykły zdrowy rozsądek. (…) Kult emocji i męczeństwa jako najwyższego kryterium działań politycznych został przez wieki całe wychowania rozwinięty w środowisku inteligencji i od niej przeniknął jako znak i warunek mobilizacji, znak awansu społecznego, do klas pracujących. Inteligent polski był, dzięki literaturze, z istoty swojej szaleńcem w polityce – więc jeżeli chłop czy robotnik lub jego syn chciał być inteligentem, nie zaś obcym ciałem w tej warstwie socjalnej, musiał wyrzec się kryteriów rozumowych (o ile je wyniósł ze swego środowiska) i przyjąć owczy pęd do działań irracjonalnych. O ile je wyniósł – powtarzam, bo ani literatura, ani prasa nie były już od kilku generacji obce polskiej klasie robotniczej, rzemieślnikom, chłopom i nietrudno im było doszlusować do nurtu, który nie był im całkiem obcy33 – tłumaczył Bocheński także i to czemu społeczeństwo chłopskie i w sporej mierze po powojennej „wędrówce ludów” wykorzenione – wciąż ulegało (i ulega nadal!) tym samym fatalnym skłonnościom historycznym.

Odnosząc zaś owe skłonności bezpośrednio do wydarzeń, które poprzedziły i spowodowały stan wojenny, Bocheński zauważał: „Ale wychowanie narodowe to dopiero grunt, na którym u progu 1982 r. rozwinął się i pokrył Polskę swoim cieniem nowotwór histerii i negacji. Bardziej bezpośrednim jego korzeniem stały się kompleksy, nagromadzone w latach 70-tych i przedtem, a potem otwarta nagle perspektywa wolności bez dyscypliny i ładu – oraz dobrobytu bez usilnej pracy.

Fala strajków w lecie 1980 i ruch „Solidarności” był to bunt przeciw zakłamaniu, przeciw tłamszeniu krytyki i wolności wypowiadania się, przeciw zakazowi tworzenia nowych, własnych myśli.

Wprowadzenie stanu wojennego wydawało się zamknięciem, zwłaszcza u młodzieży, perspektyw, podczas gdy mogło się stać – i może jeszcze – jedyną drogą ich otwarcia i realizacji, choć w innej postaci niż gadanie, przegadanie wszystkiego i wszędzie, niż upadek dyscypliny i produkcji, niż zajadła nienawiść i ksenofobia. Ukazać nowe perspektywy nie słowami, ale codziennym biegiem wydarzeń – to znaczyłoby rozwiązać polski kryzys polityczny34. Ha, można by dodać – albo kryzys okazał się ostatecznie zbyt poważny, albo pomysłu na owe czyny nie stało, albo (a raczej również) – w pewnym momencie postawiono sobie inne cele polityczne…

Niestety, do ich realizacji dobrano sobie całkowicie nieodpowiednich (z polskiego punktu widzenia) partnerów. A jak niewłaściwymi byli – Bocheński nie miał wątpliwości: „Zdrowy odruch buntu 1980 roku zburzył dawne rusztowanie: zakłamanie, samowolność, zaniedbanie potrzeb i postulatów mas pracujących. Ale kiedy przychodzi budować nowy gmach – wicher pomocny wczoraj nie może nadal dąć – byłby zabójczy na dzisiaj. Budowa nie wymaga huraganu. Wymaga ładu, dyscypliny i rozumnego wysiłku. Trutnie mogą zapłodnić królową i tylko one mogą to uczynić, ale jaki byłby los roju złożonego z samych trutni?(…)

Często słyszy się hasło, że tylko pojednanie i jednomyślność może nas uratować. Nie podzielam tej opinii. Przestrzegam przed złudnym mniemaniem, jakoby łatwo było zdobyć jednomyślne poparcie dla siły, albo też, aby można posługiwać się nią bez wszelkiego poparcia.

Sądzę, że uzdrowienie sytuacji politycznej to jest zaniechanie negacji i podburzania przeciw władzy, przeciw ustrojowi i systemowi sojuszy – nie jest rzeczą łatwą35 – przyznawał Bocheński, namawiając jednakże do rozstrzygnięcia zasadniczego dylematu połączenia skuteczności władzy i konsekwencji jej działań. Tu znowu zauważmy dygresyjnie, że problemu tego ostatecznie nie udało się rozstrzygnąć samemu generałowi Jaruzelskiemu, czy też raczej dał się on nakłonić do odstąpienia od poszukiwań innych rozwiązań, niż ostatecznie przyjęte pod koniec lat 80-tych.

Inny wybitny konserwatysta, prof. Łagowski pisał o tym z przekąsem: „Generał Jaruzelski jako polityk nie miał dużego wyboru i musiał postępować realistycznie. Jednakże z przekonań był romantykiem i gdy tylko uzyskał większą swobodę działania, dał temu wyraz w praktyce. Zamiast szukać porozumienia z Polską ugodową, dobrał sobie do współrządzenia (to miało być współrządzenie) obóz charakteryzujący się romantyzmem w stanie wrzenia36. Niezależnie od tego, czy zgodzimy się z tą oceną dyktatora, a także z charakterystyką zróżnicowanego przecież (jeśli chodzi o zakres romantycznego oczadzenia) obozu solidarnościowego (i post-solidarnościowego) – to nie kwestionuje ona jednak sformułowanej przez Bocheńskiego formuły konserwatywnych konieczności, jakim winien poddać się sam naród.

Do problemu mieszania się w polskich umysłów tego, co jest wiarą (my byśmy powiedzieli też: idealizmem) na przekór temu, co winno być wiedzą (my nazwalibyśmy to także: doświadczeniem) Bocheński wracał niejednokrotnie. Pisał m.in.: „Sądzę, że polityka nie ma wiele wspólnego z religią. W polityce powinniśmy postępować zdyscyplinowanie, w kierunku wyznaczonym nam przez rząd polski. W zakresie religii wierzący powinni stosować nakazy Kościoła, wyrażone przez Prymasa Polski ks. kardynała Józefa Glempa, hierarchię kościelną, duchowieństwo37.

Nota bene warto tu odnotować pewien niuans. Sam Bocheński, z reguły raczej nieufny wobec nadmiernej sakralizacji polityki polskiej – jednocześnie w latach 80-tych przypominał osobom i środowiskom deklarującym znacznie werbalnie większe oddanie naukom i wskazaniom Kościoła, by większą wagę przykładały do nawołujących do rozsądku wystąpień hierarchów, od kardynała Wyszyńskiego38 począwszy, aż po kardynała Glempa39. Skądinąd zresztą ich wkład teorię i praktykę konserwatyzmu polskiego bywa wprawdzie uznany, lecz zasługuję kiedyś również na głębszą analizę ideowo-politologiczną.

Katechon Jaruzelski

Odrębna analiza z pewnością należy się też nie tylko myśli, ale także słowom i praktyce samego generała Jaruzelskiego. Oczywiście, nikt w latach 80-tych nie określał dyktatora mianem spopularyzowanym współcześnie przez prof. Adama Wielomskiego. Dziwić jednak musi, że w opisie działań ostatniego przywódcy PRL z tak wielką łatwością badacze ograniczają się do popularnych łatek i łatwych skojarzeń, typu: „wieczny konformista”, „oportunista w mundurze” (by wybrać te najłagodniejsze i najmniej nacechowane emocjonalnie). Ba, o ile obejmując funkcję premiera rządu (11 lutego 1981 r.) generał Jaruzelski cieszył się sporą dozą zaufania społecznego (także wśród sympatyków 'Solidarności”), to już wtedy rzadko wsłuchiwano się w to, co mówi, tak ignorując znane już i opatrzone elementy partyjnej nowomowy, jak i wątki patriotyczne, państwowotwórcze, uparcie wplatane do wystąpień politycznych szefa rządu (a następnie i Partii) – tak z jego własnej inicjatywy, jak i współpracowników (jak utalentowany dziennikarz Wiesław Górnicki). Może zawiniła słynna już wojskowa sztywność generała, może zaś typowa dla Polaków niechęć do słuchania co władza mówi, połączona z kontentowaniem się wrażeniem, jakie sprawia?

A przecież Jaruzelski starał się mówić w sposób z pewnością miły nie tylko konserwatystom, ale po prostu odwołując się do narodowych tradycji: „(…) Prawo jest ostoją Rzeczypospolitej. (…) Tylko państwo praworządne może być państwem demokratycznym. Tylko państwo demokratyczne i praworządne może być państwem silnym (…) Państwo może realizować swe zadania wyłącznie w warunkach porządku publicznego i ładu społecznego (…). Nic bowiem bardziej nie zagraża, nie stanowi większego niebezpieczeństwa, jak anarchia – która podobnie do choroby atakuje zdrowe komórki, niszczy organizm, rozkłada państwo, godzi więc w podstawowe racje narodu40 – przemawiał na IX Nadzwyczajnym Zjeździe PZPR, 19 lipca 1981 r. Podobną myśl generał premier wyraził zresztą też w Sejmie, jeszcze lutym 1981 r., gdy ostrzegał przed kontynuowaniem eskalacji protestów: „Gdyby ten destrukcyjny proces miał toczyć się dalej, zagraża nam nie tylko ruina gospodarcza, lecz zerwanie wiązadeł społecznych, co w końcu najstraszliwsze – konflikt bratobójczy. Takich słów nie wypowiada się łatwo. Mam świadomość ich wagi i goryczy41.

Pomimo tych wszystkich wysiłków władzy (w tym jej szefa) nie posłuchano, ani nawet nie słuchano (nawet we własnym obozie). Cały pomysł, by w jakiś sposób, pod hasłami odpowiedzialności za państwo odwojować patriotyzm i towarzyszące mu efekty z rąk opozycji – spalił na panewce. Jednym z powodów tej porażki była zapewne niska samoocena i brak wiary w siebie samego aparatu partyjnego. Otóż nawet jego zadowoleni ze swej pozycji przedstawiciele przejawiali swego rodzaju „moralniaka”, że robią to co robią i są tam gdzie są. Opozycji udało się uchwycić jakże ważną dla Polaków „moralną wyższość” nad władzą, co również w jakiś sposób wpłynęło ostatecznie na decyzję o przekazaniu steru rządów pod koniec lat 80-tych.

Brak przekonania o własnej racji był w obozie władzy szczególnie widoczny choćby na przykładzie stosunku do Związku Sowieckiego. Nawet przywódcy partyjni wysokiego szczebla lubili niekiedy mrugnąć do społeczeństwa, grając na nucie dorozumianego antysowietyzmu (by wspomnieć tylko opisane przez Kisiela wystąpienie Józefa Cyrankiewicza tłumaczącego się poznaniakom ze słynnego przemówienia o „odrąbywaniu rąk”. Aleksander Bocheński z goryczą, ale i pewnym rozbawieniem wspominał, jak jeszcze pod koniec lat 70-tych cenzura zdejmowała mu z tekstów polemiki z postawami antysowieckimi i rusfobicznymi, woląc zaprzeczać, że takowe istnieją, niż podjąć z nimi konfrontację programową. Również Stefan Kisielewski zwracał uwagę, że np. szczery entuzjazm Bocheńskiego dla linii geopolitycznej PRL budził raczej zażenowanie, niż zadowolenie i wdzięczność. Władcy Polski Ludowej postępowali więc wobec osób zgłaszających się do nich dobrowolnie z wolą współpracy nieco jak ten mąż-rogacz z niesmacznego kawału przyłapujący swego przyjaciela z żoną in flagranti i mówiąc z rezygnacją: „no daj spokój, ja muszę, ale ty?!”.

To właśnie u samego zarania była słabość całej idei „porozumienia narodowego” rzuconej przez generała Jaruzelskiego. Oczywiście, we współczesnej wersji historii wygląda to zupełnie inaczej i mieliśmy do czynienia jedynie z „żałosnymi podrygami władzy zgodnie potępianej przez niechętny kolaboracji42 i kostniejący w oporze naród”. W rzeczywistości jednak poszukiwania formuły obozu władzy trwały przez całe lata 80-te i można do nich zaliczyć pospołu tak rozmowy z „Solidarnością” (przed stanem wojennym, w jego trakcie i po zniesieniu) – jak i powstanie PRON-u, sugestie, a następnie zgoda na legalizację pism drugoobiegowych a następnie klubów politycznych w drugiej połowie lat 80-tych – oraz powałanie Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa. Wreszcie do tego samego – do poszerzenia bazy rządzenia (jak pierwotnie zakładano) sprowadzały się trwające przez niemal całą dekadę negocjacje władzy z Episkopatem, zakończone ostatecznie Magdalenką, Okrągłym Stołem i kompromisem z częścią obozu solidarnościowego.

Nie było mowy o jakichś wykluczających się, czy sprzecznych taktykach ze strony władzy. Metoda była ta sama – zmieniali się jedynie partnerzy, a buty, w jakich znaleźli się przy Okrągłym Stole Lech Wałęsa czy Jarosław Kaczyński różniły się tym tylko od pozycji, jaką wcześniej obok generała Jaruzelskiego zajął np. Jan Dobraczyński – że ten ostatni ani przez minutę nie ufał w dobrą wolę i możliwość kompromisu ze środowiskiem post-KOR-owskim. Historia – wbrew pozorom – przyznała zresztą rację stanowisku Dobraczyńskiego43.

Ład, porządek, dyscyplina

Władza oczekiwała od potencjalnych sojuszników, że ci wybierając dialog nie tyle nawet nawet zapewnią spokój społeczny, bowiem z jego zaprowadzaniem rządzący całkiem skuteczni radzili sobie sami. Nie chciano też bynajmniej rad, a w każdym razie słuchano ich nader niechętnie, zwłaszcza, jeśli dotyczyły spraw uznawanych za wewnątrzpartyjne44. Przede wszystkim chodziło o poprawę wiarygodności, ale i samooceny obozu władzy. Co charakterystyczne – służyć temu miała m.in. pogłębiona dyskusja na temat kształtu i oczekiwań wobec patriotyzmu polskiego końca XX wieku. Trzeba podkreślić, że mimo mitologizowanej dziś nieco cenzury – była to bodaj najważniejsza taka debata od czasów prowadzenia sporów o tzw. „bohaterszyczyznę” dwie dekady wcześniej. Była też szersza i głębsza od współczesnych nam polemik quasi-historycznych i pseudo-futurologicznych odnośnie przyszłości (i przeszłości) polskości, roli państw narodowych i integracji europejskiej etc.

To na początku lat 80-tych, korzystając z rocznic narodowych (w tym zwłaszcza powstania styczniowego) przywrócono pamięci historycznej nader aktualny spór „bić się czy nie bić”, sylwetkę i działalność margrabiego Wielopolskiego, osiągnięcia pozytywistów, a także dokonania Romana Dmowskiego w walce o niepodległość i granice. I choć minęło od tamtych publikacji blisko 30 lat – to ich poziom i zakres tematyczny mógłby zadziwić niejednego dzisiejszego debiutanta internetowego, przekonanego, że przez cały okres PRL drukowano jedynie kantaty o Stalinie

Nie w historii jednak tylko rzecz, ani nawet w jej bieżących odniesieniach. Konserwatyści lat 80-tych tworzyli również programy o charakterze strategicznym, związane z planami głębszego oddziaływania na co światlejszych rodaków.

I znowu, przestraszymy zapewne anachronicznych liberałów, ale we wrześniu 1983 r. Aleksander Bocheński tak określał co potrzebne jest Polsce: „Czyli po pierwsze należy uczynić bardziej widocznym związek między wytworzonym ciężką pracą dochodem, a inwestycjami dla najszerszych, a nie dla najwęższych warstw ludności. Po drugie trzeba sobie wreszcie wybić z głowy „samoczynne mechanizmy rynkowe” jako dźwignię dobrej jakości rzeczy i usług i powrócić do wymuszenia jej przez elementarną dyscyplinę45.

W wcześniejszym tekście zaś pisarz formułował myśl arcyważną, zwłaszcza z punktu widzenia współczesnej młodzieży, która wprawdzie wie (czy chociaż domyśla się) co jest mądre i korzystne dla narodu i Ojczyzny, ale jednak tęsknie zerka też w stronę tego co „fajne”, pozornie „słuszne” i estetycznie urokliwe, a co w polskiej tradycji nierozłącznie wiąże się z romantyzmem: „(…)zachowując kult emocji i romantyzmu dla wytchnienia w czasie wolnym – stańmy się wreszcie narodem normalnym, odznaczającym się jak wszystkie kraje cywilizowane dyscypliną i zdrowym rozsądkiem46.

Czy używane hasła czegoś Szanownym Czytelnikom nie przypominają? Ależ tak, ten zarys programu zupełnie świadomie nawiązywał do pozytywizmu, choć nie w jego historycznym kształcie na ziemiach polskich, ale raczej do pewnego skojarzenia (wiązanego np. z działalnością narodową w Wielkopolsce pod zaborem pruskim). „Pozytywizmem” zwali go zresztą też przeciwnicy, bowiem w ich ustach miała to być obelga sugerującą „niepełnowartościowy patriotyzm” tej idei. Dochodziły bowiem też konotacje nazewnicze z tzw. neo-pozytywizmem niektórych środowisk katolickich lat 60-tych („Znaku”), a więc synonimem pewnego minimalizmu celów. Żeby było zabawniej, zarzuty takie wychodziły niekiedy nawet ze strony środowisk, które same w tworzenie i wdrażanie tamtego neo-pozytywizmu się angażowały.

Nie w nazwach jednak rzecz cała, dlatego Bocheński nie stronił i od takich powiązań, przy czym nie byłby sobą, gdyby ich jednocześnie nie rozszyfrowywał. „Sądzę, że na to, aby dobrze zrozumieć czym był pozytywizm, trzeba go widzieć na tle romantyzmu, z którego wyrósł jako samoobrona zdrowego organizmu przeciw samobójczemu nowotworowi. Romantyzm był systemem wartościowania, który kładł w działaniach politycznych i ekonomicznych na pierwszym miejscu kryteria pozarozumowe. Stąd romantyzm był zatrutym źródłem, z którego wypłynęły wszystkie nasze nieszczęsne powstania. Chłodna kalkulacja, elementarne obliczenie szans własnych i wrogich sił nie zaprzątała ani młodocianych podchorążych nocy listopadowej, ani sprawców innych powstań, z warszawskim włącznie. Wierzyli wszyscy, że nawet klęska będzie zwycięstwem, bo „zamanifestuje przed światem” albo da inne, podobne temu fantastyczne korzyści (…) nie takiej czy innej filozofii teoretycznej Polsce dzisiaj potrzeba, tylko sposobu wartościowania faktów i działań, konkretnych i doczesnych47– podsumowywał swoje nastawienie pisarz.

By jednak móc zająć się porządkowaniem metody myślenia – co jest podstawową radą Bocheńskiego dla samego narodu, trzeba go też jakoś zorganizować i ustalić mu hierarchię celów. Zwłaszcza, że kolejność podejmowanych działań była jasno określona przez pilność potrzeb. „Powtarzam raz jeszcze z naciskiem, że w skali wielu lat trudno o zwiększający się dobrobyt bez zwiększającego się dochodu narodowego. Podobnie trudno żyć w domu, w którym np. przecieka rynna i woda niszczy ścianę. Ale co byśmy powiedzieli, gdyby dom się palił, a jakiś architekt zamiast odkręcić hydrant – tłumaczyć zaczął jak rynnę załatać? Na rynnę będzie czas. To, czego wymagamy od ekonomistów, to szybki ratunek, czyli jasny i szybki program wyjścia z deficytów towarowych. Aby program taki znaleźć, może by dobrze by było przestać wreszcie wreszcie przestać operować pogrubionymi ogólnikami i zacząć myśleć konsekwentnie i realnie48 – pisał jeszcze przed stanem wojennym w odniesieniu znowu do kluczowej ekonomii.

Jeszcze poważniejsze jednak wyzwania stawiał kierownictwu politycznemu i duchowo-intelektualnemu narodu, zwłaszcza już w okresie, gdy możliwe było odgórne zorganizowanie odpowiednich procesów poznawczych – ale przede wszystkim decyzyjnych.

Bocheński nie miał bowiem złudzeń wobec mitu „oddolnej mądrości”, jaka miała cechować szersze grupy społeczne, w dodatku uzurpujące sobie prawo narzucania decyzji w niemal każdej sprawie, nawet tak żywotnie istotnej dla narodu, a niezależnej od jego woli – jak geopolityka. W okresie „wiosny Solidarności” autor „Dziejów głupoty…” powtarzał: „Poszczególny obywatel nie ma możliwości zebrania i kojarzenia danych niezbędnych do wydawania decyzji decydujących o losie wspólnoty. Liczne przesłanki, na których się decyzje tego typu opierają nie mogą być podane do publicznej wiadomości, choćby dlatego, iż związane są z obronnością lub negocjacjami dyplomatycznymi. Nikt z nikim nie będzie rokował, wiedząc, że jego propozycje będą rozgłoszone nazajutrz na cały świat. Otóż pełne dane do podejmowania bezpośrednich decyzji w zakresie polityki zagranicznej posiada tylko szczupły ośrodek władzy. Na to, aby decyzja jego odniosła jakikolwiek skutek inne kraje muszą być pewne, że ośrodek kogoś reprezentuje, że jego decyzje będą na pewno wykonane. Inaczej układy i pomoc dla takiej władzy nie miałyby żadnego sensu. Stąd dyscyplina i ofiarność obywateli na wezwanie własnego rządu może służyć polityce zagranicznej słusznej bądź błędnej. Ale jeżeli tych cech nie ma, jeśli każdy obywatel sądzi, że on sam wie lepiej z którym sąsiadem zawrzeć sojusz, a z którym siękłócić – to kraj prowadzić polityki nie może w ogóle żadnej, ani dobrej, ani złej49.

Skądinąd zajmując się (zwłaszcza w swych książkach) sprawami położenia geopolitycznego Polski, Bocheński wyróżniał się nie do końca łącząc sam stan wojenny z okolicznościami międzynarodowymi, co przecież już wówczas (a dziś szczególnie) jest bodaj głównym elementem sporów na kanwie decyzji zrealizowanej 13 Grudnia. W swym bodaj najgłośniejszym oświadczeniu (stanowiącym nieomal formalny akces do obozu gen. Jaruzelskiego) – Bocheński pisał jednak tak: „Polska wspólnota narodowa przeżywa w 1982 roku głęboki kryzys. Ma on dwa oblicza: polityczny i gospodarczy. Są tak nierozłączne, że uleczyć można tylko oba razem, bowiem motywacje polityczne ludności zależne są od sytuacji gospodarczej, a z drugiej strony możność uzdrowienia gospodarki wiąże się ze spokojem, ładem i zaufaniem ludności do władz – czyli z wyzbyciem się kryzysu politycznego.(…)

Stan wojenny wprowadzony przez wojsko 13 grudnia był więc jedynym, ostatecznym ratunkiem dla państwa i narodu polskiego. Płacimy zań cenę ograniczeń praw obywatelskich ale to cena niewspółmierna z zagrożeniem, które zostało uchylone. (…)

Tym niemniej jest równie pewne, że stan w jakim Polska znalazła się w grudniu 1981 roku, stan chaosu, rosnącej anarchii i załamania gospodarki był tak oczywisty, że bez względu na takie czy inne żywotne interesy naszych sąsiadów – naród Polski musiał dokonać próby powrotu do ładu i pracy – i ze byłby to uczynił nawet, gdyby mieszkał na dalekich od wszystkich kontynentów wyspie50. Mamy tu szereg arcyważnych myśli, znakomicie podsumowujących co faktycznie skłoniło Bocheńskiego do udzielnie poparcia projektowi pod nazwą stan wojenny. Jest to jednak także spostrzeżenie bardzo oryginalne, bowiemodłączające kwestię wprowadzenia stanu wojennego od groźby sowieckiej i wskazująca na wewnętrzne przesłanki jego ogłoszenia, związane z koniecznością przeciwdziałania anarchii i powstrzymania rozpadu państwa. Innymi słowy – Bocheński od pierwszych tygodni nowej sytuacji politycznej w Polsce tłumaczył nie tylko musiało dojść, ale że był on konieczny nie (a przynajmniej nie tylko) z puntu widzenia interesów geopolitycznych PRL i bloku wschodniego – ale ze względu na głęboko uzasadnioną potrzebę dla rozwoju narodowego.

Zdrada klerków

Nie zakończymy jednak naszych rozważań tą oto konstatacją, że do stanu wojennego po prostu doszło, bo musiało, a co więcej dobrze się stało, że zadanie to wziął na siebie scharakteryzowany wcześniej i uzadaniowany przez Bocheńskiego ośrodek rządzący. Myliłby się bowiem ten, to kto z przyjęcia przez Bocheńskiego zasady działania ośrodka władzy posiadającego wyłączność na określony zakres wiedzy i decyzji – wyciągnąłby wniosek, że w zhierarchizowanym społeczeństwie nie ma żadnych zadań do wykonania przez jego elitę, nieważne, samorodną, czy samozwańczą. „Zadanie inteligencji polskiej to wydobyć naszą wspólnotę narodową po pierwsze ze stanu śmiertelnego zagrożenia w jakim się w 1981 r. znalazła, a po drugie – ze stanu głębokiego zacofania gospodarczego, technologicznego i naukowego, w jakim się znajduje od wielu lat w stosunku do innych krajów Europy, co także stanowi zagrożenie, choć nie bezpośrednio dla istnienia własnego państwa. To jest zadanie dla całego narodu. Wymaga zmiany postaw, zmiany modelu myślenia i działania wszystkich Polaków51 – pisał Bocheński w kolejnym ważnym tekście „Zadania inteligencji polskiej” w lutym 1983 r.

Pierwsze zadanie – to przemiana obowiązującego powszechnie w polityce zagranicznej emocjonalnego sposobu reagowania na postawę racjonalną. Przyjęcie postawy emocjonalnej doprowadziło część Polaków do psychozy zbiorowej i do bezkrytycznego posłuchu dla agitacji przeciw sojuszowi ze Związkiem Radzieckim i krajami Układu Warszawskiego, a także dla agitacji tak dalece opozycyjnej wobec partii i rządu gen. Jaruzelskiego, że aż warcholskiej, tj. poszukującej przeciw własnemu rządowi pomocy rządów obcych52 – tłumaczył dalej. „We wszystkich zadaniach jakie rysują się przed nami – niezmiennie przewija się jeden element, najtrudniejszy i dlatego wart odrębnego zastanowienia. To dyscyplina. To spontaniczny szacunek dla władzy narodowej, spontaniczna nie wymuszona przymusem karność, uzyskana wychowaniem narodowym i naciskiem socjalnym. Odwrotność warcholstwa i szukania u obcych pomocy przeciw własnym władzom. Bez takiej dyscypliny trudno o zapanowanie nad szaleńczymi emocjami e polityce zagranicznej, niedbalstwem i cwaniactwem w gospodarce uspołecznionej. Bez niej trudno o zwykłą uczciwość.

Na ogół przyjmuje się, że są zespoły, w których rezygnacja własnej decyzji na rzecz ośrodka zwanego władzą jest konieczna. Na pewno należy do nich wojsko. Ale we wspólnocie zwanej państwem zakres tego jest dyskusyjny. (…) Generalne ustawienia, generalna postawa wobec ludów Związku Radzieckiego, jeżeli nie jest zgodna z kryteriami rozumowymi i jeżeli wynika z emocjonalnych, prymitywnych zawiści, stanowi śmiertelne zagrożenie i wymaga od każdego Polaka takiej samej dyscypliny wobec zasad polityki własnego rządu, jak od maszynisty na lokomotywie wobec dyżurnego ruchu, czy od strażaka wobec kapitana.

Trudność przyjęcia postawy zdyscyplinowanej, choćby nawet rząd działał niezgodnie z czyimś przekonaniem lub interesem, pochodzi stąd, że taka postawa jest sprzeczna z wrodzoną skłonnością do swobodnych decyzji, tj. do wolności. Ma ona swoje uzasadnienie w instynkcie samozachowawczym, gdyż – jak to zauważył Monteskiusz – każdy człowiek, który posiada władzę, ma naturalną tendencję do jej nadużywania. Więc władza mając prawo stosowania przymusu, może przekroczyć granicę nakazów, jakich wymaga koordynacja działań albo stan zagrożenia narodowego. Dlatego taż ważny i tak nierozerwalnie połączony z problemem dyscypliny jest problem systemu zabezpieczenia obywateli przed nadużyciem władzy53. Tu Bocheński zaznaczał, że takim właśnie systemem zabezpieczenia obywateli przed nadużyciami władzy (a nie władzy przed roszczeniami obywateli) mógł wówczas stać się PRON, gdyby się w niego szczerze i konsekwentnie zaangażowali. Warto przypomnieć, że Bocheński swoje osobiste włączenie w prace Ruchu wiązał właśnie z szerokim podejmowaniem przez jego struktury działań interwencyjnych, a więc jednak stanowiących element kontrolny i subsydiarny wobec władzy odgórnej. Tylko w takim balansie widział szansę stworzenie, a następnie utrzymanie wzajemnego zaufania między władzą i narodem i wspólnego osiągania założonych celów: tak gospodarczych, jak społecznych i politycznych54.

Generalnie podnosząc wartość dyscypliny – Bocheński przychylał się ku klasycznej już tezie, że jej poziom zależy od stopnia zagrożenia. Myśl tę zresztą pisarz powtarzał i w innych miejscach dodając: „(…) ludzie na całym świecie bywają całkowicie zgodni jedynie w chwilach wysokiego zagrożenia. U nas takie zagrożenie istnieje, tylko nie wszyscy zdają sobie z niego sprawę. Nie tyle więc chodzi o to, żeby wszystkich pogodzić, ile żeby zmniejszyć natężenie nieufności w Polsce. Jest to możliwe – między innymi poprzez działalność interwencyjną55.

Wracając jednak do zadań inteligencji, a więc grupy społecznej, z którą w polskich realiach łączyło go wszystko oprócz własnego geniuszu i poglądów, Bocheński wzywał: „Więc następna postawa, której osiągnięcie jest naszym zadaniem, obejmuje sposób wartościowania, sposób oszczędności i gospodarności dobrem społecznym.

W tej dziedzinie złowieszczy był wpływ inteligencji opiniotwórczej, a potem opiniodawczej na zanik postawy oszczędnej i gospodarnej.

Pobłażanie, życzliwe pobłażanie dla rozrzutności w gospodarce uspołecznionej, nieszczęsne staropolskie zastaw się a postaw się, wraz z jeszcze bardziej lekkomyślnym i niebezpiecznym hasłem „jakoś to będzie” dziedziczą kolejne pokolenia pisarzy, redaktorów i poetów, a wraz z nimi cała inteligencja56. W tym zakresie pisał wprost – gigantomania wykazywana wówczas (a i dziś przez rządzących) była w najfatalniejszy sposób uzupełniana i powodowana przez manię wielkości u inteligencji, połączoną zarazem z jej pogardą dla stopy życiowej robotników i chłopów, a co za tym idzie także ich potrzeb i aspiracji. Czy nie odnajdujemy w tych zjawiskach jakże znanego nam wykształciuchostwa i próby wykreowana „młodych, dobrze wykształconych z wielkich miast” w opozycji wobec mieszkańców „kraju za wielkim miastem”?

Następna, czwarta już dziedzina, w której widzę zadanie dla inteligencji – zadanie najtrudniejsze chyba ze wszystkich – to dziedzina podziału dochodu społecznego, czyli, ściślej mówiąc, dobrowolna obniżka stopy życiowej. Jest to zagadnienie palące o tyle, że nieuchronnie czeka nasze społeczeństwo obniżenie konsumpcji, przejściowe, ale znaczne. Musimy bowiem remontować niezbędny przemysł i budować nowy57 – podsumowywał Bocheński. My zaś już wiemy, że także i temu owa nieszczęsna „inteligencja” nie sprostała. Nie tylko nie przygotowała społeczeństwa na konieczność wyrzeczeń, nie tylko nie zakwestionowała (pokutującego do dziś) poglądu, że poziom rozwoju społeczno-gospodarczego mierzy się wysokością indywidualnej konsumpcji dóbr luksusowych, ale wręcz przedstawiciele tej grupy społecznej (bazując na oporze wobec nieuchronnych spadków stopy życiowej) najpierw dokonali przewrotu politycznego burząc elementy ładu i dyscypliny, wspierane m.in. przez Bocheńskiego, a dopiero następnie doprowadzili i do pauperyzacji narodu, i do jego atomizacji poza jakiekolwiek racjonalne formy organizacji i myślenia o sprawach polskich.

Była to nie tylko”zdrada klerków” (jak również swego rodzaju zdrada ze strony władzy, zmieniającej cele polityczne pod naciskiem wewnętrznym i międzynarodowym), ale także dokładne odwrócenie schematu, jaki Bocheński proponował zastosować dla osiągnięcia odpowiedniego tempa rozwoju narodowego, pozwalającego nie tylko wyjść z kryzysu, ale i osiągnąć szersze cele polskie. „Słyszy się nieraz, że najważniejszy problem polski lat 1980 to przemiany postawy Polaków wobec własnego państwa, własnego rządu i gospodarki narodowej. Czasem zwie się ten imperatyw „porozumieniem narodowym” – czasem „odrodzeniem moralności” albo zwykłej sumienności i rzetelności. Nie podzielam tych opinii. Są one słuszne o tyle, że rozwiązanie tych problemów towarzyszyć musi wydźwignięciu się z zacofania i nabraniu szybszego tempa rozwoju. Ale przyjść ono może raczej jako jako skutek nabierania szybszego tempa rozwojowego – niż jako jego źródło58 – pisał kilka lat później.

Otóż właśnie to! Bocheński, łatwo dziś odsądzany od czci i wiary przez współczesnych insurgentów (zwłaszcza, jeśli sami – niczym prof. Jerzy Robert Nowak – faktycznie zgrzeszyli oportunizmem i konformizmem w czasach PRL) – swoje przemyślenia tworzył i prezentował jak pokolenia polityków konserwatywnych i narodowych przed nim, w nadziei na takie przekształcenia zagadnienia rządu i zagadnienia narodowego, by wreszcie nadbudowa polityczna nad Polakami odpowiadała ich historycznym interesom, a z drugiej strony by baza społeczna państwa polskiego odnajdywała się w nim wreszcie w zgodzie ze swymi potrzebami. Nie był to więc co do zasady inny program, niż ten który starali się realizować przywoływani w książkach Bocheńskiego: Stanisław August, Drucki-Lubecki, Wielopolski, czy Dmowski. Zapewne z tych samych powodów co oni, był też Bocheński zwalczany przez kręgi zainteresowane raczej klęskowym scenariuszem dla Polski. Dziś zaś bywa skazywany na zapomnienie bądź niezrozumienie.

Całość myśli jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy politycznych wciąż czeka na swojego badacza, jednak ze wszech miar zasługuje tak na upamiętnienie, jak i na ostateczną realizację dla dobra przyszłych pokoleń Polaków.

Konrad Rękas

1 Aleksander Bocheński „Połamane nogi i reumatyzm”, w: „Za i przeciw” nr 45 (1285) 8 XI 1981 r.

2 Aleksander Bocheński „Zadania inteligencji polskiej”, w: „Tygodnik Polski” nr 7(14) 12 II 1983 r.

3 Rozmowa z Aleksandrem Bocheńskim „Zmniejszyć natężenie nieufności”, w: „Zorza” nr 7, VII 1983 r.

4op. cit

5 Aleksander Bocheński, „Skuteczny system zarządzania”„Zdanie”, nr 10, październik 1986 r.

6 „(…) w pewnym okresie mego życia, powiedzmy przez lat około 70, byłem liberałem. Dopiero terach waham się, widząc, co w imię liberalizmu wyrabia z nami wicepremier Balcerowicz”, Aleksander Bocheński w: „Kontralfabet dla Kisiela”, Warszawa 1990 r., str. 10

7 Aleksander Bocheński, „Skuteczny system zarządzania”„Zdanie”, nr 10, październik 1986 r.

8 Aleksander Bocheński „Polski kryzys lat osiemdziesiątych. Propozycja spojrzenia bez emocji”, w: „Kierunki”, nr 22 (1352), 5 IX 1982 r.

9op. cit.

10 Aleksander Bocheński, „Człowiek i państwo”, w: „Za i przeciw”, nr 52/53 (1442/1443), Boże Narodzenie 1984 r., w: https://konserwatyzm.pl/artykul/4450/czlowiek-i-panstwo

11 Aleksander Bocheński, „ Inflacja i deflacja:, w: „Za i przeciw”, nr 6 (1344) 6 II 1983 r.

12 Aleksander Bocheński, „Szanse na optymizm”,w: „Za i przeciw”, nr 48 (1338) Boże Narodzenie 1982 r.

13 Aleksander Bocheński, „Blaski i cienie reformy”, w: „Za i przeciw”, nr 28 (1366) 10 VII 1983 r.

14 Aleksander Bocheński, „Może przestać się nadymać…”, w: „Za i przeciw” nr 44 (1334) 28 XI 1982 r.

15 Bronisław Łagowski, „Zniszczenie i pustka”, w: „Pochwała politycznej bierności”, Warszawa 2010, str. 73

16 „Przeciw rozumnym szałem”, w: „Kierunki” nr 16 (1346) 25 VII 1982 r.

17op. cit.

18op. cit

19op. cit.

20op. cit.

21op. cit.

22op. cit.

23 Aleksander Bocheński, „Inflacja i deflacja”, w: „Za i przeciw” nr 6 (1344) 6 II 1983 r. Nawiasem mówiąc w tym samym tekście pisarz z pewną dozą złośliwości pisał o polityce ówczesnego ministra finansów Stanisława Nieckarza: „Ci obywatele którzy sądzą, że lepsza polityka zdecydowana, choćby błędna od polityki żadnej i chwiejnej – byli na pewno zadowoleni”.

24„Przeciw rozumnym szałem”, w: „Kierunki” nr 16 (1346) 25 VII 1982 r.

25op. cit.

26op. cit.

27op. cit.

28op. cit.

29op. cit.

30 Aleksander Bocheński „Polski kryzys lat osiemdziesiątych. Propozycja spojrzenia bez emocji”, w: „Kierunki”, nr 22 (1352), 5 IX 1982 r.

31op. cit

32op. cit.

33op. cit.

34op. cit.

35op. cit.

36Bronisław Łagowski, „Totalny romantyzm”, w: „Pochwała politycznej bierności”, Warszawa 2010, str. 251

37 „Z Aleksandrem Bocheńskim o rozsądku i uczuciu”, w: „Za i przeciw” nr 40 (1430), 30 IX 1984 r.

38Jak np. wezwanie skierowane do Solidarności Wiejskiej RI maja 1981 r.: „Pragnę całym sercem Wam życzyć, abyście działali cierpliwie. My w Polsce nie możemy się awanturować, bo nie jesteśmy sami. Dobrze to rozumiemy. Największym osiągnięciem „Solidarności” jest to, że opiera się na podstawach społecznych, zawodowych, że skupia ludzi i już pracuje. Stanowi władzę tak, iż możemy powiedzieć, że obok władzy partyjnej jest w Polsce władza społeczna. Dowody na to mieliśmy 27 marca, dzięki Bogu, że nie było innego dowodu, a mianowicie zapowiadanego strajku generalnego. Tego należało uniknąć. Chociaż bowiem moralnie jest uzasadnione prawo użycia tego środka przez ludzi broniących się, jednakże zawsze środki muszą być proporcjonalne do zamierzeń, do zadań i osiągnięć. A to był środek na wyrost. Grupa zawodowa społeczna może ogłosić strajk dla dobra tej grupy, czy nawet dla obrony podstawowych praw osoby ludzkiej, ale trzeba zachować proporcje. Aby podjąć decyzję unieruchomienia całej ekonomii narodowej, państwowej, politycznej, a więc i rodzinnej, indywidualnej, osobistej muszą być bardzo poważne motywy. Zawsze układajcie to tak, żeby była ta proporcja między postulatem, wymaganiem, a środkiem, który się będzie stosowało. Żeby do ptaków nie strzelać z granatów”, cyt. za: „Za i Przeciw”, nr 19 (1259), 10 V 1981 r. czy stanowiąca swoisty testament Prymasa Tysiąclecia książka „Kościół w służbie narodu”, Rzym 1981 r.: „(…) zastanawiając się nad sytuacją pytam sam siebie: Czy lepiej z narażeniem naszej wolności, naszej całości, życia naszych współbraci już dzisiaj osiągnąć postulaty, choćby najsłuszniejsze? Czy też lepiej jest osiągnąć coś nie coś dzisiaj,a co do reszty powiedzieć: Panowie, do tej sprawy wrócimy później. (…) Powiedziałem Panu Generałowi na pożegnanie w Natolinie, że gdyby w wyniku jakichkolwiek zaniedbań z mojej strony, albo też nieodpowiednich posunięć zginął chociaż jeden młody chłopiec, nie darowałbym tego sobie nigdy. (…) Ten ruch musi służyć przede wszystkim sprawie Polski, to znaczy ludności polskiej, czy to będzie ludność rolnicza, czy robotnicza, dla zaspokojenia jej potrzeb. Trzeba się strzec, żeby nie wplątali się tacy ludzie, którzy mają inne założenia, którzy są gdzież uzależnieni i chcą przeprowadzić nie polskie sprawy. Trudno to po nazwisku wymieniać. Ludziom tym zależy na tym, aby Polskę wplątać w jakieś sytuacje polityczne. Tymczasem wasz ruch jest przede wszystkim ruchem społecznym i zawodowym. To sobie, Najmilsi zapamiętajcie na dłuższy czas.

39Np. homilia na KUL: „Jakieś niezrozumienie Kościoła. Bo czyż Kościół będzie ustalał jakieś plany, taktyki, strategie? A więc miałby włączyć się w jakąś walkę stronnictw, w grę polityczną, miałby stać się partnerem, a więc miałby mieć przeciwko sobie wrogów? Kościół miałby stać naprzeciw wrogów i miałby nienawidzić?

Musimy się strzec przed wciąganiem Kościoła w atmosferę walki grup społecznych także poprzez słownictwo. Bo Kościół ma wrogów i będzie ich miał, ale między wrogiem, który stoi naprzeciw Kościoła, a między wrogiem który stoi naprzeciw jakiejś grupy społecznej jest ta zasadnicza różnica, że grupa społeczna, która nie identyfikuje się jako chrześcijańska będzie tego wroga nienawidzić i będzie chciała go zniszczyć. A Kościół wobec swego wroga stoi i nie chce go zniszczyć. Bo Kościół swego wroga obejmuje miłością. Kościół chce go nawrócić”, cyt. za: „Ład”, nr 33 (64) 21 XI 1982 r. Albo: homilia z 7 II 1982 r. wygłoszona w Rzymie w kościele pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika: „Kościół nie chce aby ktokolwiek reżyserował gniewem, a tak łatwo pobudzić do gniewu i ten gniew ukierunkować, a my byśmy nie chcieli, aby ktokolwiek reżyserował naszym gniewem”, cyt. za: Witold Olszewski, „Przyszłość trwa długo”„Ład”, nr 8 (39), 30 V 1982 r.

40cyt. za: „Rzeczpospolita”, nr 11, 26 stycznia 1981 r.

41cyt. za: Dominik Horodyński, „Odnajdywanie trwałego gruntu”, w: „Kultura”, nr 8 (923), 22 II 1981 r.

42O samym pojęciu „kolaboracji” gen. Jaruzelski mówił z pewnym przekąsem: „Osobliwa to postać >patriotyzmu<, która pochwala bierność, czy wręcz szkodzenie własnemu państwu, ale dopuszcza, a nawet usprawiedliwia faktyczną kolaborację z obcymi ośrodkami<. Ci, którzy przeżyli hitlerowską okupację w Polsce pamiętają, że wtedy też były w obiegu słowa >kolaboracja<, >kolaboranci<. Stosowano je wówczas do ludzi współpracujących z okupantem w warunkach straszliwej poniewierki narodu. Stosowanie tych samych określeń dziś dla ludzi, którzy chcą społeczeństwu i krajowi służyć swoją wiedzą, talentami, doświadczeniem, autorytetem moralno-społecznym, pracą, którzy mają pełne prawo, by pretendować do roli współgospodarzy państwa, jest wysoce niemoralne. Ci, którzy takich ludzi odsądzają od czci i wiary dają odrażające świadectwo swojej >czci< i >wierze<”, cyt. za: Edmund Moszyński, „Rozważania wokół inflacji”, w: „Za i Przeciw”, nr 17 (1355) 24 IV 1983 r.

43Musimy zrobić wszystko, aby znaleźć w naszym kraju jedność. Nie jedność formalną, nie tę jedność, która wyrasta z powiedzenia 'kochajmy się” i z poklepywania poi ramieniu, a potem, kiedy ludzie rozchodzą się, wcale nie ma między nimi miłości i nie pamiętają o tych poufałych gestach, ale tę jedność, która trwa, która wrasta w człowieka, tę jedność opartą na sprawach najważniejszych. Z tej idei powstał Ruch Odrodzenia Narodowego. Od samego początku traktujemy ten ruch jako otwarty. Nie jest to organizacja, gdzie składa się przyrzeczenie, otrzymuje legitymacje. To jest ruch, który powinien zgromadzić tych wszystkich, którzy stoją na stanowisku, że Polski trzeba bronić, trzeba ją ratować, opierając się na gruncie rzeczywistości polskiej, takiej, jaka ona jest, takiej, która gwarantuje Polsce istnienie, ale która nie wyklucza rozmaitych różnic: światopoglądowych, ideologicznych, która pozwala tworzyć jedność z wielości. Jest to cecha bardzo polska, nasza i bardzo twórcza. U nas jedność zawsze ma charakter wielości”, Jan Dobraczyński, „Do Harcerzy”, w: „Odrodzenie” nr 4, kwiecień 1983 r, a także np.: „Kiedyś Chesterton stworzył powiedzenie o >oszalałych cnotach<. Cnoty nie umacniane i nie pogłębiane mogą >oszaleć< i przemieniają się wtedy w wady. Podobnie pisał abp. Feliński: >Zalety z biegiem czasu w przywary się wyradzają: uczucie osobistej godności zmienia się w magnacką butę, cześć dla obywatelskich swobód prowadzi do samowładztwa (…) brudne samolubstwa i stronnicze waśnie zajęły miejsce patriotycznego poświęcenia (…)<. Te wady stały się przyczyną upadku Polski – w przekonaniu jednak ogółu pozostały one nadal cnotami, a upadek Polski uznany był wyłącznie za wynik zaborczości sąsiadów.

Przemiana cnót w wady (przy uznawaniu ich nadal z cnoty) uczyniła charakter narodowy polski miękkim, biernym, „kobiecym” – jak pisał Dmowski. Dążenie do spokoju, do odpoczynku, do zadowolenia z siebie – potem chwilowy, bojowy zryw – i znowu pełna oskarżeń drugich nieaktywność. (…) Dziś – niestety – pojawiają się znowu przejawy >oszalałych cnót<. W momencie, gdy stoją na skraju przepaści gospodarka narodowa wymaga zespolenia wszystkich sił, największego wysiłku intelektu, woli, inicjatywy i pracy, gdy potrzebny jest znowu wyścig poświęcenia – odzywają się głosy idealizujące cnoty, które przestały być cnotami, nawołujące do biernego wyczekiwania i do bezczynności. Szczególnie drażniące jest łączenie tego ideału >czekania na Godota< z postawą chrześcijańską. Katolicyzm nie rzucał tanich haseł >aby nam było lepiej< – ale też nigdy nie zwalniał człowieka od obowiązku pracy dla potrzeb swej rodziny i swojego narodu”. Jan Dobraczyński, „Praca organiczna”, w „Słowo Powszechne”,nr 42 (10778) 20 IV 1982 r.,

44 Patrz np. referat generała Jaruzelskiegona VII Plenum PZPR: „Działanie w pozastatutowych formach przejawiało się przede wszystkim w tak zwanych strukturach poziomych. Niezależnie od subiektywnych tendencji części uczestników, osłabiały one partię od wewnątrz, tworzyły płaszczyznę do tendencji oportunistycznych i kapitulanckich. Nazwijmy sprawę po imieniu: dalsze działanie tych struktur prowadziłoby wcześniej czy później do likwidacji partii.

Szkodzą też sprawie partii tzw. fora oraz podobne formy działalności pozapartyjnej. Ich uczestnicy próbują poprawiać partię, „recenzować” ją z lewa, działać poza jej demokratycznymi strukturami. Taka pomoc nie jest partii potrzebna. Czas zakończyć z dzieleniem partii na skrzydła.” – cyt. za: „Słowo Powszechne”, nr 5 (10741) 25 II 1982 r.

45 Aleksander Bocheński, „Nielubiane słowo – dyscyplina”, w: „Za i Przeciw” nr 38 (1376) 18 IX 1983 r.

46 Aleksander Bocheński, „O zasługach romantyzmu”, w: „Za i Przeciw”, nr 14 (1304) 2 V 1982 r.

47 Aleksander Bocheński, „Więcej niż pozytywizm”, w: „Za i Przeciw,” nr 10 (1300) 4 IV 1982 r.

48 Aleksander Bocheński, „Myśleć bardziej precyzyjnie”, w: Za i Przeciw”, nr 43 (1283) 25 X 1981 r.

49 Aleksander Bocheński,„Surowa lekcja wychowania obywatelskiego”, w:Kultura” nr 22 (937), 31 V 1981 r.

50 Aleksander Bocheński, „Polski kryzys polityczny”, w: „Rzeczpospolita” nr 33, 20-21 II 1982 r.

51 Aleksander Bocheński, „Zadania inteligencji polskiej”, w: „Tygodnik Polski” nr 7 (14) 12 II 1983 r.

52op. cit.

53op. cit.

54W innym miejscu pisał: „PRON pod żadnym pozorem nie powinien być parawanem dla błędnych decyzji rządu. A czy zdobędzie sobie mir czy nie, to wyłącznie będzie zależało od tego jak będzie działać (…) Żadna forma polityczna do końca świata nie może istnieć. Jest ciągła ewolucja. Trudno przewidzieć czy istnienie PRON będzie miało uzasadnienie za lat pięć, czy dziesięć. Na razie musimy wydobyć się z kryzysu, nie tylko gospodarczego, ale i politycznego. Musi działać tak długo, jak będzie wymagała tego sytuacja. (…) zgody całego społeczeństwa na cokolwiek nie ma w żadnym kraju na świecie, a jeśli jest to szybko się kończy. Nie chodzi o to, żeby wszyscy byli zgodni, tylko żeby wszyscy zrozumieli, mimo że nie każda grupa i nie każdy obywatel może mieć wpływ na rząd – że temu rządowi należy okazać szacunek i lojalność. Obywatele muszą być zgodni w tym, że interes państwa, przyszłość kraju wymaga szacunku dla władzy” . Aleksander Bocheński, „Trudno żyć bez ambicji”, w: Życie Warszawy nr 72, 24-27 III 1983 r.

55 Rozmowa z Aleksandrem Bocheńskim „Zmniejszyć natężenie nieufności”, w: „Zorza” nr 7, lipiec 1983 r.

56 Aleksander Bocheński, „Zadania inteligencji polskiej”, w: „Tygodnik Polski” nr 7 (14) 12 II 1983 r.

57op. cit.

58 Aleksander Bocheński, „Skuteczny system zarządzania”, w: „Zdanie” nr 10, październik 1986 r.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Aleksander Bocheński o stanie wojennym”

  1. „Dobre ekonomiczne rady” dotyczące tego, jak podtrzymać ruch ciągle zatrzymującego się perpetuum mobile, nie doceniały praw obiegu energii w przyrodzie. Otóż, żeby coś było w ruchu, a zwłaszcza w ruchu do góry, musi być do tego dostarczona energia. W ekonomii kluczowa jest motywacja jednostek, która w poprzednim reżimie była immanentnie zapoznana. Dyscyplina w imię czego? W imię ideologii? Dla pieniędzy, których nie można zamienić na towary? Aleksander Bocheński proponował terapię dla ekonomicznego trupa, a do tego postawił na Jaruzelskiego, który kilka lat później przekazał władzę „lewicowym romantykom”. Paradoksalnie „romantycy”, którzy użyli robotników do wykazania hipokryzji poprzedniego systemu i odebrania mu resztek legitymizacji, okazali się większymi realistami w zakresie dobranej metody.

  2. Panie Alku, m.in. o tym jest przecież ten tekst i odpowiedzi na niektóre Pana wątpliwości są w nim zawarte. Nie bardzo sobie wyobrażam jak można było w latach 80-tych formułować programy abstrahujące od realiów, w tym politycznych i geopolitycznych? Uznanie, że „system nakazowo-rozdzielczy” jest zły, w związku z tym nie będzie się proponować żadnych form poprawy efektywności pracy w jego ramach – nie miało sensu. Co zaś się tyczy oddania władzy przez gen. Jaruzelskiego – nie bardzo też chwytam czemu miano nie proponować alternatywy. To, że ostatecznie pod naciskiem IMF, USA, Episkopatu itd. generał wskazał tego „partnera”, którego wskazał jeszcze przecież nie znaczy, że nie należało formułować innych propozycji programowych i kadrowych.

  3. Panie Konradzie, można taktycznie nawet i obstawiać kanalię w sytuacji zagrożenia inną kanalią, ale jeśli się szarga swój autorytet, to wypada być choćby dogadanym, mieć plan polityczny. Gdyby z tego lawirowania wśród komunistów coś wynikło, gdyby był dogadany model przekazania władzy we właściwą stronę, to byłby o czym mówić. „Nie bardzo sobie wyobrażam jak można było w latach 80-tych formułować programy abstrahujące od realiów” No widzi Pan, a jednak kilka lat później nie tylko formułowano, ale i zrealizowano radykalny plan gospodarczy. Nawiasem mówiąc, jakoś tak dziwnie się składa w Polsce, że realiści mają realistyczny ogląd rzeczywistości, realistyczne metody, ale to romantycy z ich nierealną diagnozą, metodami i pomysłami dochodzą do władzy.

  4. Panie Alku, Pan sugeruje, że Leszek Balcerowicz to romantyk? 🙂 Po prostu uległy zmianie realia, stąd otworzyła się możliwość przeprowadzenia nie tyle radykalnego, co błędnego programu gospodarczego. Powtarzam, zjawiskiem przedziwnym w analizie wydarzeń lat 80-tych jest ignorowanie oczywistego faktu, że de facto „okrągły stół był PRONEM” – tylko w nieco innym składzie. Ekipa generała Jaruzelskiego przez dekadę szukała partnera do ugody cieszącego się zapleczem społecznym. Pan twierdzi, że nie należało starać się formować tego zaplecza wysuwając alternatywne programy polityczne (ciekawe, że w odniesieniu do współczesności ma Pan radykalnie odmienny ogląd sytuacji…). Aleksander Bocheński był odmiennego zdania – i było to działanie politycznie prawidłowe i racjonalne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.