Bieleń: Geopolityka strachu

Polska dyplomacja ma na wielu etapach rozmaite osiągnięcia negocjacyjne, których nie można się wstydzić. Choćby traktaty sąsiedzkie, zawierane na początku lat dziewięćdziesiątych ub. stulecia, kiedy  trzeba było na nowo ułożyć współpracę i potwierdzić zgodnie zasiedzenie w tej części świata z nowymi-starymi sąsiadami.

Nieźle poszły też negocjacje akcesyjne do Unii Europejskiej, choć Polska  raczej godziła się na zastane warunki i formuły narzucane przez  silniejszego partnera. Akomodacja była wszak jedynym wyjściem. Wstąpienie do NATO wcale nie wymagało negocjacji, bo było aktem woli  gremiów decyzyjnych jednej strony i dokonało się całkowicie na jej warunkach. Okoliczności geopolityczne okresu pozimnowojennego sprzyjały temu, aby wiele spraw  uregulować  zgodnie z oczekiwaniami stron. Polska dyplomacja nie miała większego pola manewru, bo sprawy toczyły się niejako naturalnie, wszyscy dokonywali reorientacji swoich polityk (jedni na zachód, inni na wschód) i każdej ze stron zależało na sukcesie. Tym bardziej, gdy występowało się w roli petenta i „późnoprzychodzącego”.

Z dzisiejszej perspektywy wiele  ówczesnych traktatów, jak choćby te sąsiedzkie, nigdy nie zostało w pełni wdrożonych, a na traktaty akcesyjne i  konstytuujące Unię Europejską spogląda się z podejrzliwością i rozczarowaniem, tak jakby ówcześni decydenci nie zdawali sobie sprawy z asymetrycznego położenia stron i kosztów, które przyjdzie zapłacić za „dobrowolną europeizację”. Zresztą z traktatami tak już bywa (niczym „z dziewicami i różami”, mówiąc sarkastycznym językiem Charlesa de Gaulle’a), że „trwają tylko tyle, ile trwają”. Być może nadchodzi czas ich przewartościowań, a zatem i nowych negocjacji.

O wiele gorsze notowania ma praktyka współczesnej dyplomacji Polski, która nie może pochwalić się żadnymi osiągnięciami ani w formacie dwu-, ani w wielostronnym. Zanikła inicjatywność  Polski na arenie międzynarodowej, a przyjęcie strategii konfrontacyjnej prowadzi do izolacji i marginalizacji państwa w grze z innymi. Nie wiadomo, czy jest to wynik nastania niesprzyjających okoliczności, czy też wyjątkowej niekompetencji, a może jeszcze czegoś innego – geopolityki emocji. Pojęcie to wprowadził  już ponad dekadę temu francuski politolog i publicysta  Dominique Moisi w książce pod tym samym tytułem („Geopolityka emocji. Jak kultury strachu, upokorzenia, nadziei przeobrażają świat”, Warszawa 2012). Pasuje ono do  aktualnej strategii międzynarodowej Polski (jeśli taka rzeczywiście istnieje), w której  przeważają  aspekty irracjonalne i antyracjonalne.

Zdumiewające jest działanie na własną szkodę praktycznie na wszystkich wektorach polityki międzynarodowej oraz uprawianie  dziwacznego moralizmu i „prometejskiej” misyjności  na rzecz  symbolicznych wartości, których samemu się nie przestrzega. Ustawianie się w roli herolda wolności i demokracji przeciwko autorytarnym reżimom za granicą wschodnią (zwłaszcza w Rosji i na Białorusi, ale już nie w Azerbejdżanie, czy w Azji Środkowej) jest  przede wszystkim nieskuteczne i niewiarygodne, gdyż rządzącym autorytarne praktyki nie przeszkadzają  w wielu innych państwach, od bratnich Węgier poczynając. Brakuje realizmu w ocenie swoich możliwości i pragmatyzmu w poszukiwaniu politycznej skuteczności.  Prakseologia  jest obca decydentom, mimo że jest częścią polskiego dorobku intelektualnego.

Obecnie rządzący dokonują szeregu przewartościowań relacji z innymi państwami, a także w ramach Unii Europejskiej. Z nieznanej do końca przyczyny w stosunkach tak z sąsiadami, jak i najważniejszymi sojusznikami pojawił się głęboki brak zaufania, a nawet nieukrywana niechęć.  Polityka Polski za rządów PiS schodzi coraz bardziej na pozycje walki. Dotyczy to zresztą także wewnętrznej sceny politycznej. Obrona swoich racji z naruszaniem racji innych jest najgorszą z możliwych strategii negocjacyjnych. Strategia walki może często imponować kibicującej gawiedzi medialnej, ale ostatecznie najczęściej daje zwycięstwo silniejszemu, albo prowadzi do przegranej obu stron. Kto wie, czy z takim modelem negocjacji przyjętym przez stronę polską nie mamy do czynienia w stosunkach z Czechami, a nawet z całą Unią Europejską? Paradoksem jest to, że Polska będąc państwem członkowskim „boksuje się” nie tyle z Unią, ile jej organami.

Obserwując buńczuczne postawy polskich polityków można zaryzykować tezę, że swoją słabą pozycję przetargową w wielu dziedzinach, a także brak umiejętności negocjacyjnych (zamiast rozmów słyszymy nieustanny jazgot) starają się ukryć pod płaszczykiem retorycznej „twardości” i hałaśliwie artykułowanej nieustępliwości. Cechuje ich odporność na racjonalne argumenty i wzmożenie emocjonalne. Tymczasem naprawdę silni i kompetentni negocjatorzy potrafią na sprawy trudne spojrzeć z dystansu („pójść na galerię”), zachować dyskrecję i powściągliwość, dostrzec  uwarunkowania przyczynowo-skutkowe danych zjawisk, oszacować ryzyko w dalszej perspektywie i przede wszystkim zadbać o  przyjazne nastawienie drugiej strony, aby stworzyć klimat sprzyjający współpracy, a nie konfrontacji.

Wszystko to dzieje się na tle głębokich rozczarowań spowodowanych utratą szacunku we wspólnocie, z którą trzy dekady temu Polska entuzjastycznie się stowarzyszyła i co było krokiem na drodze do akcesji. Wbrew euforii demokratyzacyjnej, że oto po rozpadzie bloku wschodniego wszystkie państwa mają jednakowe prawa do samodzielnego definiowania swoich interesów, dość szybko okazało się, że w stosunkach międzynarodowych, a nawet w samej wspólnocie zachodniej, do której Polska chciała należeć, obowiązują pewne reguły hierarchiczności i zależności, swoisty „porządek dziobania”.  Są bowiem państwa, które z racji swojej potęgi i statusu zajmują pozycję dominującą (USA w NATO, Niemcy i Francja w Unii Europejskiej) i nie kierują się one bynajmniej w realizacji swoich interesów altruizmem, ani jakąś specjalną sympatią – jak często mniemano nad Wisłą – wobec  państw słabszych, mniej sprawnych w grze konkurencyjnej. Okazało się, że demokracja liberalna wcale nie oznacza respektu dla równego traktowania państw, lecz sprzyja uzasadnianiu geopolitycznych ambicji  liderów gospodarczych i politycznych.

Nagromadzone przez wieki kompleksy niższości i obcości powodowały, że w pierwszych latach  afiliacji z Zachodem polskie elity polityczne przyjmowały warunki narzucane przez zachodnich partnerów pokornie i  bez głośnego  sprzeciwu, unikając konfrontacji, głosząc jednocześnie, że nie będziemy negocjować „na kolanach”.  Obecnie widać jak na dłoni, że polskie rządy upajały się sukcesami, które bynajmniej nie były wyłącznie ich zasługą. Polska, podobnie jak inne państwa dawnego bloku wschodniego, stała się bowiem ofiarą ekspansji zglobalizowanego kapitalizmu i częścią świata, którego reguł gry (transakcyjności, pragmatyzmu i realizmu, a także bezwzględności w dążeniu do zysku) nigdy nie przyswoiła.

Rozczarowująca teraźniejszość i niepewność co do przyszłości, a także nieumiejętność poradzenia sobie z licznymi zagrożeniami i wyzwaniami są przyczyną narastania obsesyjnego strachu. Postawienie na hałaśliwą obronę anachronicznie pojmowanej polskiej tożsamości przez rządzących na tle konieczności dostosowania się do warunków dyktowanych przez procesy integracji europejskiej i globalizacji dały asumpt poczuciu wyobcowania i upokorzenia. Dla ekipy rządzącej w Polsce świat zrobił się nie tylko niezrozumiały, ale i niebezpieczny. Źródłem strachu jest nie tylko od lat demonizowana Rosja i jej przywódca, ale także utrata osobistej protekcji prezydenta USA,  determinacja Unii Europejskiej (choć spóźniona) w obronie praworządności w państwach członkowskich, czy wreszcie kryzysy: klimatyczny, energetyczny i migracyjny. W żadnej dziedzinie Polska nie ma siły i zdolności przekonywania do swoich racji. Straciła nawet duchową opiekę ze strony papieża Franciszka ze względu na „grzechy” polskiego Kościoła. Na dodatek z Węgier wieje grozą w obliczu zbliżających się wyborów  i ewentualnej przegranej Viktora Orbana, nad Ukrainą zbierają się „czarne chmury” rozpadu państwowości, a wszystkie projekty i inicjatywy współpracy regionalnej nie mają realnego znaczenia w grze sił.  Do tego wisi nad Polską kryzys gospodarczy i katastrofa biologiczna (spowodowana pandemią covid-19 i zapaścią służby zdrowia), które wzorem historycznych przesileń mogą doprowadzić do społecznego buntu o poważnych konsekwencjach politycznych.

Nie sposób skutecznie przeciwdziałać wielu  niebezpieczeństwom, jeśli polskiej polityce i dyplomacji brakuje przede wszystkim rzetelnej diagnozy systemu międzynarodowego, w którym Polska od trzech dekad funkcjonuje.  Gdy Zachód, zwłaszcza Stany Zjednoczone przegrywają wyścig cywilizacyjny z Azją, a  szczególnie z Chinami i gdy Rosja może odegrać istotną rolę w przeciwważeniu hegemonii chińskiej, polscy politycy nie mają w tej sprawie nic do powiedzenia. Przeciwnie, nie ma dnia, aby nie obwiniano Putina o wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na Polskę. Mamy do czynienia z polityczną groteską i propagandową farsą. Ale i ze straszną mizerią intelektualną ludzi władzy, którzy nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego wywiązująca się ze swoich umów gazowych Rosja tak drastycznie wpływa na podwyżki gazu. Miał być przecież dostępny zamiast rosyjskiego lepszy, bo „demokratyczny” gaz amerykański. Co się z nim stało?  Każdy zdroworozsądkowo myślący Polak wie przecież, że Putin nie dyktuje ceny gazu sprowadzanego zza oceanu. Okazuje się, że ignorancja i analfabetyzm w sprawach międzynarodowych też mogą być źródłem strachu.

Wystarczy prześledzić liczne wypowiedzi oficjeli na okoliczność zaczynającego się roku 2022, a okaże się, że refleksja o bezprecedensowych zmianach w skali globalnej, zbliżającej się utracie monopolu na urządzanie świata przez Zachód i konieczności poszukiwania pokojowych metod układania się w najbliższej przestrzeni, jest na poziomie śladowym. Polska ani mentalnie, ani logistycznie nie jest przygotowana na wyzwania ze strony asymetrycznej wielobiegunowości, w której największe potęgi nie tylko różnią się siłą i aspiracjami, ale mają także odmienne wizje porządku międzynarodowego. Podczas gdy Stany Zjednoczone  wraz ze zjednoczoną Europą podchodzą ciągle do  tego porządku w sposób normatywny, wierząc w sukces  swoich wartości w skali globalnej (ich uniwersalizację), to Chiny, Indie, Rosja, Brazylia, ale także Iran, Izrael czy Turcja są mniej zainteresowane tym, jaki powinien być świat, a bardziej dążą do umocnienia w nim swoich pozycji. Polaryzacja i koncentracja sił to stałe procesy zachodzące na globie. Zatem naturalne są też zmiany konstelacji potęg. Choć wielu kojarzą się one z powrotem do XIX-wiecznego „koncertu mocarstw”, mogą  jednak prowadzić do bardziej demokratycznej i zrównoważonej formy zarządzania systemem międzynarodowym, niż działo się to w czasach kończącej się hegemoni amerykańskiej.

Na przykładzie kryzysu politycznego i głębokich podziałów społecznych w Stanach Zjednoczonych ujawnia się rozziew między głoszonymi ideałami a praktykowaniem demokracji. Swoją atrakcyjność tracą stare zachodnie modele demokratyczne, a tzw. nowe demokracje (w tym w Europie Środkowej) ze względu na niedojrzałość  kultury politycznej, ale i kruchość instytucji demokratycznych popadają w recydywę autorytaryzmu. Maleje atrakcyjność demokratycznych form rządzenia ze względu na skutki procesów globalizacyjnych. Demokracja traci swoją siłę przyciągania, bo przecież także reżimy autorytarne zapewniają wzrost gospodarczy, a nawet wyprzedzają – jak Chiny – świat zachodni. Lepiej także radzą sobie z różnymi kryzysami, wymagającymi powszechnej mobilizacji i dyscypliny społecznej.

Ze względu na strach przed nieznanym rodzą się więc pokusy obrony przed wrogimi siłami  przy pomocy metod sięgających do populizmu i nacjonalizmu, używających demokracji elektoralnej jako zasłony dla rządów dyktatorskich. Wybory nie służą reprezentowaniu ludzi i ich interesów, lecz wyłącznie umocowaniu władzy przez większość uprawnionych do głosowania. Władza pochodząca z „woli suwerena” ma gwarantować zakres praw i swobód obywatelskich według swojego systemu wartości. Może przeobrażać państwo na swoją ideologiczną modłę, tworząc  hybrydę ustrojową dla pokornego tłumu – „demokraturę” czy raczej „kreaturę demokracji”.  Jest to pomysł na rządzenie państwem bez oglądania się na zewnątrz, co jednoznacznie przypomina  kremlowskie pojmowanie „suwerennej demokracji”.

Głównym celem w urządzaniu ustroju państwa wcale nie musi być wolność różnych podmiotów, która zawsze jest warunkowana przez stosunek do własności, ale bezpieczeństwo państwa, jego wyidealizowana i abstrakcyjna suwerenność oraz narodowa tożsamość. Państwo powinno obronić się przed  „oddolnymi” naciskami wewnątrz, ale także „odgórnymi” z zewnątrz. W takim rozumowaniu bardzo łatwo jest wskazywać wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, którzy nie tylko przeszkadzają w skutecznym rządzeniu, ale czyhają na  samo trwanie państwowości. W mniemaniu rządzących  państwo zachowa tym więcej suwerenności, im bardziej będzie polegać na sobie, gdy zbuduje potęgę sektora siłowego i obroni swoją misyjną tożsamość kulturową.

Gdy strach zagląda w oczy, jak zatem zdefiniować swoją tożsamość w tym stale zmieniającym się świecie? Jak być pewnym siebie wobec dynamiki modernizacyjnej, rozwoju gospodarczego niosącego poważne zmiany cywilizacyjne, wreszcie masowych przemieszczeń ludności w skali świata?  „Ludzie identyfikują się z tymi, którzy są najbardziej do nich podobni i z którymi dzielą, w swoim pojęciu, przynależność etniczną, religię, tradycje oraz mit wspólnego pochodzenia i historii” (S. Huntington,  „Kim jesteśmy?”, Kraków 2007, s. 25).

Otóż mieszanie się ludzi, przekraczających granice państw, promowanie wielokulturowości i rozbudzanie nowych świadomości grupowych (na przykład płciowych) prowadzi do wywoływania i utrwalania stanów lękowych, które w pewnych sytuacjach przybierają postać syndromu „oblężonej twierdzy”.  Zjawisko to jest znane z wielu krajów, choćby z Rosji. Może ono posłużyć do politycznej mobilizacji społeczeństwa, aby zewrzeć szeregi przed nieznanymi  i nie do końca zbadanymi zagrożeniami, aby  postawić wszystko na jedną szalę – obronę ojczyzny z gotowością złożenia nawet ofiary najwyższej. To wpisuje się w polską tradycję heroistyczno-martyrologiczną i patriotyczno-insurekcyjną. Towarzyszy jej megalomania pseudomocarstwowa, przypominająca najgorsze cechy polskiego charakteru narodowego, prowadzące do klęsk i katastrof dziejowych.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 3-4 (16-23.01.2022)

Click to rate this post!
[Total: 12 Average: 4.3]
Facebook

1 thought on “Bieleń: Geopolityka strachu”

  1. (…)Straciła nawet duchową opiekę ze strony papieża Franciszka ze względu na „grzechy” polskiego Kościoła.(…)
    Oficjalnie tak, a nieoficjalnie wydał instrukcję, która prowadzi do absurdalnego (…)umiędzynarodowienia(…) sprawy pedofilii… https://oko.press/obirek-o-watykanskiej-instrukcji-papiez-franciszek-i-kuria-rzymska-jak-globalna-korporacja/

    (…)Choć wielu kojarzą się one z powrotem do XIX-wiecznego „koncertu mocarstw”, mogą jednak prowadzić do bardziej demokratycznej i zrównoważonej formy zarządzania systemem międzynarodowym, niż działo się to w czasach kończącej się hegemoni amerykańskiej.(…)
    No to kiedy będą pierwsze wybory na (…)prezydenta(…) ONZ’etu?

    (…)Wybory nie służą reprezentowaniu ludzi i ich interesów, lecz wyłącznie umocowaniu władzy przez większość uprawnionych do głosowania. Władza pochodząca z „woli suwerena” ma gwarantować zakres praw i swobód obywatelskich według swojego systemu wartości.(…)
    Takie rzeczy to tylko w Szwajcarii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.