Bunikowski: Patologie polskiej demokracji a kwestia restauracji monarchii: Wettyn, Romanow czy… Kaczyński na tron?

 

 

  1. Wprowadzenie: opis patologii.

1.1. Brak kompetencji polityków.

1.2. Nepotyzm i korupcja w administracji publicznej.

1.3. Wojny plemienne w Narodzie. Krasińskiego “mord elektrycznym prądem się            rozpostrze”.

1.4. Brak autorytetu państwa.

  1. Dlaczego monarchia? Moralne i polityczne uzasadnienie.

2.1. Dlaczego rządy jednej osoby?

2.2. Jakie wartości winny być wyznawane?

2.3. Jaki model? Westminster czy realne rządy Króla?

  1. Kto na tron?

3.1. Wettyn.

3.2. Romanow.

3.3. Polski arystokrata spokrewniony z Jagiellonami.

3.4. Polski przywódca wybrany przez Naród.

3.5. “Malowany król” Andrzej.

3.6. Realny król Jarosław.

  1. Konkluzje.

——————

            Od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem napisania krótkiego tekstu na temat możliwości przywrócenia monarchii w Polsce. Kontekst, w którym ta myśl zakwitła, jest prosty. Nie da się wprost patrzeć na patologię polskiej demokracji. Powstają pytania o realną alternatywę ustrojową i inne rządy w państwie.

  1. Wprowadzenie: opis patologii.

            Poniżej krótko opiszę ten patologiczny stan, stan upadku i rozkładu, stan trwania w złych i niszczących zwyczajach i praktykach państwowych.

1.1. Brak kompetencji polityków.

Nie ulega wątpliwości, że w polskiej polityce jest zbyt wiele osób niekompetentnych. Dotyczy to zarówno ich wykształcenia, doświadczenia zawodowego, inteligencji, jak również walorów moralnych. Większość posłów czy radnych lub ministrów albo innych urzędników[i] nie rozumie tekstów, które czyta ani nie jest w stanie merytorycznie tworzyć prawa, nawet wykonawczo. Rządzi nami przeciętny tłum, by nie rzec z szacunku dla nielicznych “sprawiedliwych”, że to wręcz hołota, której kultura często sprowadza się do poziomu rynsztoka i chamstwa. Jest wulgarna lub, w najlepszym przypadku, często nijaka. Brakuje też wiedzy. Rządy są upartyjnione. Aby dostać się do parlamentu, trzeba być blisko partii. Rekomendacja partyjna otwiera drzwi kariery w administracji publicznej i spółkach państwowych.

            Rządy obecne nie są rządami tzw. wybranych z wybranych, najlepszych z najlepszych. Są zaprzeczeniem tego pięknego ideału starożytnej demokracji ateńskiej czy tej naszej, szlacheckiej. Zresztą, ani w Atenach, ani w Polsce szlacheckiej nigdy ten ideał nie działał zbyt dobrze w praktyce. Perykles tępił swych wrogów i torpedował ich pomysły jako większościowy zwycięzca, a do upadku Rzeczypospolitej doprowadzili także sprzedajni posłowie z nadużywanym liberum veto.

            Większość głosujących wyborców nie zna konstytucji, nie zna systemu państwa, nie ma pojęcia o kompetencjach organów państwowych i samorządowych. Nie czyta albo nie zna programów partii. Nie jest w stanie czytać nawet poważnych gazet ani żadnych analiz, gdy nie ma czasu, nie chce lub nie umie. W swoim wyborach tłum, tj. Lud, kieruje się emocjami, wyobrażeniami, usłyszanymi sloganami, sympatiami i antypatiami. W ten sposób wybierany jest prezydent, parlament, radni, burmistrzowie, prezydenci miast, etc. W takim systemie, łatwiej dostać się do Sejmu gwiazdorowi programu rozrywkowego, sportowcowi, aktorce czy modelce niż osobie naprawdę kompetentnej. Główne miejsca zajmują jednak głównie tzw. stare wygi, rozpoznawane polityczne twarze. To jest cena płacona za demokrację popularną. O ile na poziomie lokalnym, ludzie znają się lepiej i znają swoje kompetencje, o tyle na poziomie wyższym, wojewódzkim czy krajowym, głosujemy na listy wyborcze przedstawione nam przez komitety wyborcze utworzone przez partie polityczne. Głosujemy na listy partyjne, na które mamy znikomy wpływ. To demokracja partyjna.

            Porównawczo patrząc, moją tezę o tym stanie potwierdzają ostatnie amerykańskie badania filozofa politycznego Jasona Brennana w jego książce pt. Against Democracy (2016)[ii]. Brennan postuluje wprowadzenie testów dla wyborców. Wiedza wyborców o państwie i gospodarce musi być potwierdzona.

            Wszelkie wydarzenia, które mogą służyć interesowi jakiegoś polityka czy partii, często są nagłaśniane przez media i tzw. tweety. Prowadzi do ogłupienia Ludu, pomieszania spraw ważnych z nieważnymi, do publicznych dysput nad nieistotnymi problemami, do zajmowania się sprawa drugorzędnymi, do żerowania na najniższych ludzkich emocjach zawiści i gniewu. Każdy zaś polityk chce prezentować się dobrze w mediach, stosując zasady marketingu politycznego albo ubierając ładne marynarki. Wszystko to jednak pozory. Lud się tym “podnieca”, ale to król jest nagi. Polityka jest jałowa, nie-merytoryczna. Brakuje wielkich sporów o państwo, o gospodarkę, o kulturę, o podatki, o armię, o Europę, o cywilizację, a są za to spory personalne i osobiste ambicje i dywagacje. Media opowiadają się po jednej ze stron konfliktu politycznego. Dziennikarze są często politykami w przebraniu publicystów i rzetelnych informatorów. Dziennikarze także otrzymują swe synekury w systemie państwowym, a dzięki temu utrwala się serwilizm. Dziennikarze realizują swoje polityczne, często niespełnione, ambicje. Jest to demokracja medialna, tweetowa.

            Podobnie na szczytach i dołach partii rodzi się źle pojmowany lojalizm, brak własnego zdania, powtarzanie sloganów partyjnych czy środowiskowych, brak krytycznego myślenia i otwartego umysłu, oportunizm. Są za to marzenia o miejscu w radzie gminy, powiatu, sejmiku, Sejmie, rządzie czy radzie nadzorczej albo zarządzie spółki państwowej. I wracając do początku, do polityki pchają się często osoby niekompetentne, bardzo często są to mężczyźni o słabej wiedzy o świecie, źle wykształceni, wulgarni, o niskiej kulturze osobistej, o wysokiej hipokryzji moralnej, bez realnych wysokich wartości moralnych opartych na zasadach uczciwości, życzliwości, służby, integralności moralnej, etc., etc.

            Takie rządy demokratyczne nie mogą być dobre dla kraju, jako że znika czy zanika pojęcie dobra wspólnego. Nie służy się państwu, Narodowi[iii], ale sobie i partii. I służy tylko swoim partykularnym interesom, także majątkowym, jako że w polityce coraz częściej idzie o to, by dostać rentę państwową w postaci etatu, powołania na stanowisko czy innej synekury, a nie o to, by ludziom, obywatelom, żyło się lepiej; by ludziom, obywatelom, służyć; by państwu służyć. By służyć najlepszym ideałom z przeszłości i przyszłym pokoleniom.

1.2. Nepotyzm i korupcja w administracji publicznej.

Mimo szczytnych haseł walki z korupcją czy nepotyzmem, w Polsce panoszy się nepotyzm i korupcja w administracji publicznej. By otrzymać stanowisko publiczne, trzeba mieć rekomendację partii. System jest chory. W dodatku problemem są powiązania polityków i biznesmenów, od struktur lokalnych po centralne. Otwiera to pytania o korupcję jako systemu dawania łapówki i rządy oligarchii. Przykładów i skandali po 1989 r. było i jest tak wiele, że nie ma sensu ich wymieniać.

            Nie chodzi tu tylko o nepotyzm, korupcję, nie idzie o nagrania prywatnych rozmów polityków i ich stosunek do kolegów czy państwa, ale także o nadużycia władzy, wykorzystywanie władzy dla osobistych czy partyjnych celów. To jest upadek moralny polityki, to  jest realna korupcja polityczna, korupcja w sensie moralnym w polityce. Tu nie pomoże sanacja, jako że nowa sanacja, Misiewiczami upchana, robi to samo, co stara polityczna oligarchia. Promuje nepotyzm i partyjne układy w dostępie do stanowisk. Może nie bierze łapówek, ale nadużywa władzy. Sama jest nowa oligarchią, nową łżącą elitą. Krytykując tzw. łże-elity, wybiera tzw. koryto pod pozorem reform państwa, troski o życie tzw. zwykłego człowieka i dobro wspólne. Jest dużo zakłamania, hipokryzji moralnej. Dla oportunistów w partii władzy, toczy się walka o przetrwanie, o tzw. stołek. Dla ambitnych, toczy się walka z tym, co stare, z tym, co było. Dla ideologów i mściwych, toczy się tak naprawdę tylko walka o władzę i realizacja własnej ideologii politycznej. Toczy się zemsta, “z Bogiem i choćby mimo Boga”. Dramat trwa.

            Rządy PO były rządami oligarchicznymi, pseudodemokratycznymi, antyreformatorskimi, tylko administrującymi i zarządzającymi, ale racjonalnymi i przewidywalnymi. Rządy PiS to tedy rządy rewolucyjne, reformatorskie, jakobińskie, republikańskie, populistyczne, demagogiczne, quasiautorytarne, sanacyjne, ale jawią się też jako krzykliwe i szalone. Oczywiście, można rzec, że Tusk był jednak katechonem, a gdyby nie “księgowy” Rostowski, “inwestor” Morawiecki nie mógłby wydawać pieniędzy, co jest ekonomicznie nie bez racji. No, ale czy katechonem nie jest też Kaczyński… W zasadzie jednak oba systemy stanowią zamknięcie się we własnym gronie, w “republice swoich kolesi”. Jest to zamknięcie się na osoby niezwiązane z partią, ale kompetentne, wykształcone, o wysokich standardach moralnych, o nastawieniu propaństwowym w ideale służby na rzecz dobra wspólnego. Ale… takie osoby są dla systemu zagrożeniem, więc są pomijane, a same ulegają zniechęceniu i realizują się na niszowych portalach albo w życiu prywatnym, kulturalnym czy zawodowym.

1.3. Wojny plemienne w Narodzie. Krasińskiego “mord elektrycznym prądem się    rozpostrze”.

Patrząc na wydarzenia i podziały po 2015 r. w polskim społeczeństwie, na myśl przychodzi  słynny wiersz hr. Zygmunta Krasińskiego, jednego z trzech polskich wieszczów. Padają tam słowa, że “mord elektrycznym prądem się rozpostrze”; że brat powstanie przeciw bratu, a “siostra przeciw siostrze”; że “bić się będą” całe wsie, miasta, rodziny… Po raz kolejny wizja ta może się ziścić. Skala wzajemnej niechęci w społeczeństwie przypomina nienawiść między wrogimi plemionami. Oto co, pisał Krasiński, w nieco innym kontekście, tj. walki starego świata z rewolucją, patrząc na ulicę w latach 40. XIX wieku:

“Mord elektryczmym prądem się rozpostrze,
Syn przeciw ojcu pochwyci za ostrze,
Brat przeciw bratu – siostra przeciw siostrze

I bić się będą rodziny – wsie – grody,
Powiaty – kraje – aż całkie narody
Odspołecznieją – i będą jak trzody

Porozwściekane! – I ujrzysz, o ziemio,
Jak twoje władźce i mędrce oniemią,
Gdy się pod nimi zwierzęta wyplemią

I miasto ludzi, skakać bada w szale
Tygrysy, tylko, hieny, i szakale,
Piejące wyciem, o szatana chwale!

Tysiące, bluźniąc, oszaleją społem,
Jakby zarazy widnokrężnym kołem,
Pójdzie szaleństwo tym ziemskim padołem!”

            Pięknie, na swój sposób, wyraził polskie podziały po 2010 r. współczesny “wieszcz smoleński” Jarosław Rymkiewicz w wierszu pt. Do Jarosława Kaczyńskiego (2010), gdzie pisze, że to, co się podzieliło, to już się “nie sklei”, że wszak “nie można oddać Polski w ręce jej złodziei”:

“To co nas podzieliło – to się już nie sklei

Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei

Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu

Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu!”

            Pisze ów nowy wieszcz, że są dwie Polski: ta konserwatywna, narodowa, kulturowa, etniczna, duchowa, no i ta kosmopolityczna, która chce podobać się światu:

“Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie

I ta druga – ta którą wiozą na lawecie”.

            Według mnie, podziały w Polsce są o wiele bardziej skomplikowane i nawet w tym samym obozie wyborców popierających czy to rząd, czy to opozycję, jest wiele różnic ideologicznych, w zakresie podejścia do polityki, spraw światopoglądowych, Kościoła, PRL, etc. Niemniej jednak, skala społecznego napięcia po 2015 r., wywołana totalnym zwycięstwem totalnej władzy, która totalnie “przejechała się” po totalnej opozycji, jest niesamowita. A jeśli spojrzeć na stronę internetową partii władzy, to jest tam w kalendarzu historycznym partii wymienione zdarzenie zabójstwa członka i pracownika partii sprzed lat, co jest tam określone jako mord polityczny. Co więcej, coraz częściej pada twierdzenie czy sugestia, że katastrofa w Smoleńsku była mordem; że ktoś został zamordowany czy “zdradzony o świcie”, jakby z Herberta “zajeżdżając” frazą…

            Podział główny, PiS v. nie-PiS, jest tak skrajny w społeczeństwie, że nic nie łączy tych dwóch głównych grup. Nie łączą ich ani organy państwa, ani prawo, ani konstytucja, ani nawet język, bo jest on inny po obu stronach, jako że inne są znaczenia pojęć mordu, sprawiedliwości, uczciwości, transformacji; i jest tak dla obu stron. To są dwa “narody”, dwa plemiona. Jeszcze się nie zabijają, co jest pozytywem. A język jest coraz bardziej agresywny, wulgarny, chamski, nie tylko w anonimowym często Internecie, ale nawet w wystąpieniach parlamentarnych, nomen omen. Rabin Heschel uczył, że od przemocy w języku zaczęła się Zagłada. Tylko czekać, gdy w Polsce zamiast krzyków i przepychanek na Krakowskim Przedmieściu, ktoś wyjmie nóż i zabije “w imię prawdy”, swojej prawdy czy innej tzw. gówno prawdy w ujęciu Tischnerowskim. Z pozycji emigracyjnej wydaje się mi ta przemoc na polskiej ulicy coraz bardziej realna, choć studzą mnie znajomi z Polski, ci, co pamiętają PRL lepiej, że mieć trzeba nadzieję; że tak się nie zdarzy; że na pewno tylko pokrzyczą i przestaną; że rozejdą się w niezgodzie, ale pokoju; że wszystko będzie jakoś dobrze.

            Myślenie jednak staje się coraz bardziej prymitywne i plemienne, przebiegając wedle takiego oto toku: “Ich sędzia konstytucyjny, prawidłowo wybrany, jest zły i nielegalny, a nasz sędzia, nieprawidłowo wybrany przy pomocy sztuczek prawnych, jest legalny, bo jest nasz, a poza tym dobry.” “Dobro” zaczyna mieć wiele interpretacji i znaczeń. Odstępstwo od linii plemienia jest tępione, wyśmiewane, choć oba plemiona mogą się jednakowo mylić w pewnych dziedzinach. Z drugiej strony, każde z plemion w swym mniemaniu moralnie góruje nad wrogiem i gardzi wrogiem, wyśmiewa go. Nie ma życzliwości powszechnej, o której tak ciekawie pisał Czesław Znamierowski. Dla niego demokracja była systemem, który można usprawnić i w nim dobrze żyć. Inni w te bajki już nie wierzą, chcą Króla, który jednoczy.

            Nic, co ludzkie, nie jednak pewne ani trwałe. Niczego nie da się przewidzieć. Nie ma żadnych praw dziejowych. Jesteśmy tylko my i nasza rzeczywistość. I są rzeczy, i zjawiska, “które nie śniły się” naszym filozofom i których nie rozumiemy. I nie zrozumiemy. Może nic nie będzie dobrze, może coś będzie dobrze. Wojna polsko-polska ma się dobrze. Są my i oni. Jest wróg i przyjaciel. Nikt nie może odstąpić od swego plemienia, musi być wierny. Jakie to Schmittowskie! Tylko zaiste chyba Król-filozof uleczy te rany.

1.4. Brak autorytetu państwa.

System ustrojowy sprzyja poczuciu niestabilności i nijakości politycznej. Ustrój konstytucyjny po 1989 r. nie pozwala na dobre sprawowanie władzy, a przez zwykłych ludzi jest odbierany jako chory albo przeznaczony dla elit i przez nie pisany, i realizowany, oraz broniony. Ustrój ten na papierze ujdzie, ale w zderzeniu z partyjną tkanką ludzką upada.

            Władza wykonawcza jest podzielona na dwie. Nie wiadomo, kto jest głową rządu, a kto głową państwa. Formalnie w naszym partyjnym systemie parlamentarnym, głową państwa czy rządu jest X, a nieformalnie Y.

            Władza ustawodawcza jest także podzielona. Liczba posłów jest ogromna. Podobnie z senatorami. Radykalne obniżenie składu osobowego obu izb jest konieczne. Poziom merytoryczny reprezentantów Narodu sprawia, że powstaje pytanie o sens trwania takiego systemu, tj. systemu opartego na partyjnym parlamentaryzmie i lojalizmie. Trend głównego legislatora, tj. parlamentu, jest taki, że występuje wciąż niekończąca się tzw. biegunka legislacyjna, tj. reguluje się wiele stanów rzeczy wciąż i na nowo. Nikt już nie wie, co obowiązuje na pewno. Prawne panta rei. Ten prawny “bulszit” (powiedzmy, badziewie) jest rajem dla cwanych prawników. Uczciwi bowiem często klepią tzw. biedę, i takie jest wielokrotne odczucie tzw. zwykłego człowieka.

            Trwa fikcja prawna, że Naród tworzy prawo; że 460 posłów jako ciało kolektywne ma obiektywną wolę zbiorową i każdy z osobna i wszyscy razem reprezentują Naród, podejmując decyzje, tworząc prawa, etc. Chyba tylko Hobbes wierzył w podobny mit w rozdziałach 17-18 “Lewiatana”. Hobbes promował republikę kosztem monarchii.

            Władza sądownicza jest władzą odrębną, ale jest nieefektywna i często daleka od poczucia elementarnej sprawiedliwości. Jest formalistycznie nastawiona do spraw, a nie na ich rozwiązywanie w sposób, który da się obronić jak najlepiej moralnie. Monarchia tego nie zmieni od razu, ale sprawiedliwość to musi zmienić, a ta jest esencją osoby Króla[iv].

            Jedna uwaga ogólna. Jedyne, co dobrem się wydaje w tym ataku podłym, plebejskim i populistycznym na sądownictwo, który nastąpił po 2015 r. w Polsce, to jest demitologizacja sądownictwa, to ta demistyfikacja tego stanu, że sędziowie są zawsze dobrzy, uczciwi, staranni, apolityczni, moralni; że nie odpowiadają przed wspólnotą polityczną, która dała im prawo sądzenia. Negatywne skutki tego ataku są atoli większe… oto dobito bowiem resztki jakiejś kultury w prawie, unieważniono na opak uchwały tylko po to, by wsadzić na stołki swoich. [Atak i zamach na sądy chwalą nawet ci, co atakują Marszałka Piłsudskiego za zamach majowy – o, paradoksie.] Tak sądownictwo nie może być reformowane. Jednak jego istota musi kiedyś ulec reformie, najlepiej w duch królewskim. A będzie to reforma trudna i skomplikowana co do formy, ale prosta co do ducha.

            Państwo nie ma należytego autorytetu także dlatego, że organy państwa nie działają sprawnie i sprawiedliwie. Organy samorządu terytorialnego czy zawodowego mogą działać lepiej niż te centralne, ale nie zmienia to faktu, że także są krytykowane i tworzą się lokalne czy środowiskowe patologie, które konserwują lokalne układy w danym środowisku. Ludzie nie mówią o swoim państwie dobrze. Nie mówią dobrze o organach władzy, o politykach, o ustroju. Trwa resentyment za zbrodniczym i nieprawowitym PRL, ale było nie było, jednak państwem, które dało stabilizację. Trwa popieranie populizmu, gdzie wygląda to tak, że, drogi wyborco, usłyszysz, co chcesz usłyszeć, a twój demagog, nie ważąc na skutki finansowe, społeczne i polityczne swych rządów, zaatakuje wrogów, przedstawiając proste a nikczemne rozwiązania, które dają mu władzę na lata. Całość w kontekście autorytetu państwa nie wygląda najlepiej i potrzebuje nowego ducha. Czegoś, co tchnie w te stare struktury nowego ducha i zbuduje nowy system.

            Polska demokracja jest “świątynią bez Boga”, świątynią bez ducha, jak Mickiewicz powiedział o poezji Słowackiego. Polska demokracja pachnie Słowackim, za “Uspokojeniem” kryje się Rewolucja. Nie ma tu jednak ducha i kultury politycznej. A kultura prawna została ostatnio zupełnie dobita sanacyjną obróbką sądu konstytucyjnego i innych ciał.

  1. Dlaczego monarchia? Moralne i polityczne uzasadnienie.

Dlaczego zatem monarchia? W czym jest lepsza? Jakie jest jej uzasadnienie? Przede wszystkim jest to forma historycznie dominująca na świecie, a ponadto zupełnie naturalna. Obecnie jest zaś uznana za relikt, zwłaszcza jeśli monarcha ma realną władzę. Część akademików czy obywateli wpada wręcz “w spazmy”, gdy słyszy krytykę demokracji. Niektórzy z nich zachowywali się podobnie, gdy krytykowano system komunistyczny. Zawsze być w “mainstreamie”.

            Zresztą w wielu obecnych systemach prezydenckich czy parlamentarnych jest mnóstwo dawnych uprawnień królewskich w rękach prezydentów. Oto oni są nazywani głowami państwa jak kiedyś królowie, mają pałace jak oni, tyle że prezydenckie, a ich żony noszą tytuły “Pierwszej Damy”, co jest jakimś nowym zwyczajem płynącym z tradycji, by tak nazywać żonę prezydenta. To oni podpisują ustawy, udzielają aktu łaski, są zwierzchnikami armii, powołują sędziów, premierów, ministrów, etc. To wobec nich stosuje się ceremoniały i rytuały, rozkłada dywany, salutuje, etc. To jest wzięte z monarchii. Nasze współczesne systemy, stworzone jako opozycja do monarchii, bazują na niej, gdyż nic innego historycznie i nic bardziej naturalnego nie znają.

2.1. Dlaczego rządy jednej osoby?

Chodzi o monarchę. Jedna osoba bierze odpowiedzialność za całość. Ma mądrych doradców, ale decyzje podejmuje sam czy sama. Nie ma tu krzyku, wulgaryzmów. Jeden jest duszą duszy Narodu, służy mu, jest nim, spaja się z nim. Jest jego emanacją. Jest jaku dobry duch. Jest prowadzącym swój lud przez ciemne pola pasterzem. Niezwiązany z partiami czy ruchami, jest ponad podziałami. Jest wszystkim na danej ziemi, bo wszystko reprezentuje na danej ziemi. Wszystko, co łączy i symbolizuje jedność społeczną, władzę, państwo, granice, wspólnotę. Uosabia państwo. Prowadzi Naród. Jest dobrym ojcem i wymagającą, ale miłosierną matką, Jest sprawiedliwy. Daje to, co się należy i bierze to, co się należy. Karze, gdy należy. Jego płeć nie ma znaczenia. Jego czy jej walory moralne są istotą jego powołania i legitymizacji. Pokazuje ideał służby wspólnocie politycznej, jest darem dla ludu, jest dobrym pasterzem. Jest arbitrem i władcą. Nie znosi niedyplomatycznego sprzeciwu, nienawidzi rewolucji, ale i słucha różnych głosów. Buduje pokój i porządek, utwierdza i zabezpiecza wolność indywidualną. Daje poczucie przynależności i kontynuacji tradycji. Jest. I każdy może do niego się odnieść. Jest najwyższym odniesieniem w państwie. Jest najwyższym świeckim autorytetem. Jest europejskim humanistą, który stoi na straży cywilizacji łacińskiej, zachodniej, której Polska jest częścią, wraz ze swą całą specyfiką płynącą z historii. Kiedy idzie ulicą, wiwatuje mu tłum, bo kocha i szanuje władcę, jak władca kocha i szanuje lud. Jest ucieleśnieniem cnót Arystotlesowskich i katolickich zarazem. Jest roztropny, umiarkowany, sprawiedliwy i cechuje go męstwo. Jest jak idealny Bóg, ale nim nie jest. Jest tylko jak jego pomazaniec. Jest nim. Uczy swoje dzieci, aby  rządziły dla dobra wspólnego. Muszą być one świadome odpowiedzialności przed Bogiem i Historią, przed swoimi przodkami i przyszłymi pokoleniami. Przed Ludem, któremu służą, tak, jak to wyraził Fryderyk II Wielki w swoim testamencie politycznym z 1752 r.[v]

            I właśnie dlatego nie ma tego ideału teraz… Jak u Lechonia, “jest tylko Beatrycze i właśnie jej nie ma”. Gdzieś w historii ten “ideał sięgnął bruku” po Norwidowsku i nic go nie wskrzesza do tej pory.

2.2. Jakie wartości winny być wyznawane?

Bóg, Prawo, Król.

To potrzeba Hierarchii i Ładu. Pokoju Społecznego. To Tradycja i Wartości. Wszystko dzieje się na rzecz dobra wspólnego, nigdy dla prywaty i partykularnych grup interesu czy znajomości. To nie zaścianek, ale wiara we wspólnotę. (Także i dziś ci, co wierzą w Konstytucję przez wielkie “K”, wierzą w bezosobowego boga Konstytucyjnego.)

            Bóg oznacza najwyższe moralne wartości, zasady życia społecznego, zasady i normy moralne,  a także transcendentalny charakter ludzkiego życia. Nie wiemy, dlaczego żyjemy tu i teraz. Jest to kaprys historii i przypadku albo przeznaczenia czy woli osobowego Boga. “Każde życie ma minuty policzone”, jak pisze Ortega y Gasset[vi]. Musimy nadać sens swojemu życiu, walcząc o jakąś kulturę, wartości. Nasze życie jest puste bez tego, mówi Ortega. Nawet, dodam, ateista uwierzy w taki ład, w takiego Boga (i nawet jeśli pewna religia będzie uprzywilejowana, to wolność religijna będzie utrzymana). Nie jesteśmy na świecie tylko dla siebie, ale jest łączność pokoleń, jest duchowa siła, która zmieniała świat.

            Prawo zaś to stabilność. Prawo to wiara w porządek norm. Prawo to też hierarchia. To nie tylko prawo tworzone przez ludzi, ale i to wyższe, gdzie nie da się zbrodniczych praw pozytywnych uzasadnić; gdzie wyższe prawo moralne mówi, że prawa zbrodnicze nie są prawami w ogóle. Ta moralna, ale i kosmologiczna, perspektywa prawa jest fascynująca wciąż. Prawo to też kultura przestrzegania norm.

            Król jest władzą. W jego imieniu sprawowana jest władza rządzenia, stanowienia prawa i sądzenia czy kontroli. Jest symbolem państwa i jego jedności. Walory moralne Króla muszą być związane z jego imperatywem moralnym, że dążenie do wysokich wartości jest koniecznością dawania przykładu innym; że jest to życie w zgodzie ze sobą samym, z rozumianym przez siebie obowiązkiem, przed którym przyszło stanąć. I po Conradowsku, “Tak trzeba!” Król czy Królowa posiadają szacunek nie dlatego, że konstytucje tak stanowią albo inne dekrety o ceremoniałach tego wymagają, ale dlatego że jest Królem, Królową. Być monarchą to rozumieć sens państwa, dobro poddanych, ducha przeszłości i przyszłe pokolenia. To przekazać to następcom, tę specjalną misję, tę Ideę. To nie czekać na kolejne wybory, to skupić się na dobru wspólnym i nie przypodobywać się tym, którzy nie rozumieją tego, co rozumie monarcha. Władza nie może być pyszna, musi być umiarkowana, oto jej główna konstytucja. Monarcha musi dbać o wartości duchowe, zwłaszcza w skonsumerowanych i skonsumpcjonizowanych społeczeństwach, w którym ludziom brakuje sensu życia. Nie musi być ograniczony prawem ludzkim. Jeśli jest tyranem, lud go obali. Musi być ograniczony wyższym prawem, tj. rozumem i moralnością. Musi cechować się odpowiedzialnością za innych i za siebie oraz silnym poczuciem obowiązku wobec przodków wspólnoty, którą rządzi i przyszłych pokoleń w duchowej jedności tych, co byli, są i będą.

2.3. Jaki model? Westminster czy realne rządy Króla?

Są różne modele władzy królewskiej. Model brytyjski jest obecnie fasadowy. Król panuje, ale nie rządzi. Została symbolika i przekonanie o szczególnej roli[vii]. Nie ma jednak władzy.

            Inna opcja to realne rządy Króla, który sprawuje pełnię władzy. W jego imieniu władzę sprawują odpowiednie organy, rząd, parlament jako ciało doradcze, sądy, urzędnicy, armia, policja, etc. Jest to władza absolutna. Monarchia konstytucyjna jest możliwa, o ile nie ogranicza zanadto absolutyzmu Króla. Jak wiemy z historii i logiki, jest zatem niemożliwa.

            Oczywiście, każdy kraj i każdy naród ma własną specyfikę, historię, rozwój, zatem nie można przenosić sztucznie rozwiązań z innych państw, ale trzeba sięgać do swojej tradycji i ewentualnie czerpać z dobrych praktyk rządzenia za granicą.

            W każdej rodzinie są prawa i zwyczaje. Tak samo jest z każdym narodem i państwem. Jest też w rodzinie dużo trosk. Król czy królowa jak dobry i odpowiedzialny rodzic staje naprzeciw tym troskom w swym państwie, by dbać o swoich poddanych jak o swoje dzieci.

 

  1. Kto na tron?

Nie będę tu wchodził w skomplikowane i historyczne czy legitymistyczne rozważania, zostawiając to specjalistom (polecam np. publikacje J. Bartyzela). Wskażę krótko tylko na to, kto może objąć tron polski, a kto nie ma już praw do tronu.

3.1. Wettyn.

Wettyni byli królami polskimi w osobach Augusta II Mocnego (1697-1706 i 1709-1733) i Augusta III Sasa (1733-1763). Pewnie dlatego byli wskazani jako dynastia panująca w Polsce w kolejnych konstytucjach, tj. majowej z 1791 r. i Księstwa Warszawskiego z 1807 r. Wettyni, ta stara niemiecka rodzina królewska z Saksonii z ponadtysiącletnią tradycją, utracili jednakże prawa do polskiego tronu, zgodnie z konstytucją z 1791 r.[viii] i 1807 r.[ix] Tamte ścieżki konstytucyjne się już wyczerpały, są zamknięte raz na zawsze.

            Inaczej może twierdzić tylko ktoś, kto uznaje, że rozbiór Polski był nielegalny, a postanowienia Kongresu Wiedeńskiego nie miały skutków prawnych. To raczej niemożliwe. Legalność rozbiorów i upadek konstytucji majowej przypieczętował nie tylko układ międzynarodowy trzech mocarstw, Rosji, Austrii i Prus, ale także np. tzw. sejm grodzieński z 1793 r., choć ten odbywał się pod bagnetami i oparty był na przekupstwie. O ile zatem rozbiory wraz z umowami o cesji terytorialnej były dziełem złych sąsiadów i jawiły się jako kontrowersyjne pod względem prawa międzynarodowego, a te nowe prawa sąsiadów względem Rzeczypospolitej były wymuszone siłą i przekupstwem, to tyle już sam Kongres Wiedeński był układem stałym, stabilnym, z międzynarodowym poparciem i silną legitymizacją. Polska jako Królestwo Polskie trafiła w ręce Rosjan i Romanowów, a reszta została u Hohenzollernów i Habsburgów. Wettyni zakończyli swój żywot jako polscy pretendenci. I chyba nie mają ochoty wracać.

            Wzywanie Wettynów na tron jest przedwczesne i nielegalne. Tym bardziej, jeśli czynią to nieraz różni “przebierańcy” ubrani formalnie w organizacje pseudomonarchistyczne. Z moich relacji z domem saskim i jego głową wynika, że są żywo zainteresowani tym, co dzieje się w Polsce i Saksonii, ale nie wysuwają roszczeń w sensie zmiany ustroju na monarchię. Interesuje ich raczej promocja stosunku do państwa i dobra wspólnego. Liderami politycznymi zatem winny być osoby o wysokich walorach moralnych, charyzmatyczni, ale spokojni, stabilni, kompetentni, służący swym społeczeństwom, wymagający wobec siebie. Dwór ubolewa nad brakiem takiego podejścia w obecnej polityce, np. w Niemczech czy Saksonii.

3.2. Romanow.

Ostatni królowie polscy w XIX wieku pochodzili z rosyjskich Romanowów. Formalnie, carowie byli królami w Polsce przed powstaniem listopadowym. Mikołaj I był koronowany na króla w 1825 r. Królestwo Polskie było monarchią konstytucyjną, podczas gdy car w Imperium Rosyjskim był monarchą absolutną, dzierżycielem idei samodzierżawia. Detronizacja Mikołaja w 1831 r. oznaczała apogeum powstania listopadowego, klęskę i koniec Królestwa. Jednak carowie, imperatorowie Rosji, formalnie tytułujący się także królami polskimi aż do 1917 r., sami zrzekli się lub utracili prawa do polskiego tronu. Mikołaj II zrzekł się tronu w Rosji 15 marca 1917 r., także w imieniu syna. Tym samym nie miał już praw do tronu polskiego. Władze przejęli bolszewicy, mordując także następcę tronu ks. Michała Romanowa w 1918 r. na Uralu. Nota bene, Rada Regencyjna w Królestwie Polskim w 1918 r. władzę przekazała Piłsudskiemu, a ten wprowadził republikę. Jedynym “Romanowem” jest chyba Władimir Putin obecnie. To żart, którego sensu sam nie rozumiem, ale przychodzi jednak do głowy. Tym samym ongiś prawowici Romanowowie nie mają w Polsce szans na tron. I chyba nie ma, komu wracać.

3.3. Polski arystokrata spokrewniony z Jagiellonami.

Jagiellonowie to dynastia pierwotnie litewska, ale spokrewniona przez królową Jadwigę z Piastami, spolszczona i myśląca po polsku. W tym sensie można uznać ją za rodzimą. Jej władza w Rzeczypospolitej wygasła na Zygmuncie Auguście w 1572 r. Szukając kandydata na polski tron, można by odwołać się do potomków któregoś z wielkich rodów spokrewnionych z Jagiellonami, a wywodzących się od Giedymina. Na przykład, do Czartoryskich. A może do starych książęcych rodów jak Radziwiłłowie.

3.4. Polski przywódca wybrany przez Naród. 

Inna opcja to polski przywódca wybrany na Króla przez Naród w referendum. To spekulacje trzeba zamknąć, odwołując się do dwóch nazwisk. Mój wybór jest arbitralny, ale rozsądny.

3.5. “Malowany król” Andrzej.

Andrzej Duda mógłby być formalnie polskim królem, jeśli Naród zmieniłby konstytucję z 1997 r. Jest wykształcony, żonaty, ma dziecko. Pochodzi z religijnej rodziny i sam przywiązuje wagę do religii i tradycji oraz historii. Duża część ludu kocha go. Pochodzenie jego żony mimochodem przypominać może niektórym postać Kazimierza Wielkiego. Nie jest jednak monarchistą. Nie jest też charyzmatyczny. Upadł moralnie, powołując w noc grudniową sędziów konstytucyjnych. Tkwił w chorym układzie z Jarosławem Kaczyńskim. Był długo “malowanym” prezydentem. Jego dwór sprawia infantylne wrażenie (np. medialne pyskówki rzecznika; chwalenie się przez szefa gabinetu prywatnymi, bardzo krótkimi, rozmowami prezydenckimi na zjazdach głów państw, etc. …). Czy ktoś taki może być realnie Królem…

3.6. Realny król Jarosław.

A zatem zostaje nam Jarosław Kaczyński, de facto przywódca państwa po jesieni 2015 r. w Polsce. Jest z nim wiele problemów. Jest demokratą. Jest jakobinem. Jest nieżonaty i bezdzietny. Nie jest umiarkowany. Deklaruje przywiązanie do religii i tradycji, ale… nigdy nie wiemy, na ile jest to silnie zinternalizowane przekonanie, a na ile instrumentalizacja dla innych celów partyjnych. Mimo to jego pozycja i wiek wskazują jednak, że formalnie mógłby takim królem zostać. Jest charyzmatyczny. I to może być jego jedyna legitymizacja. W przeciwieństwie do Dudy, jego rodzina ma korzenie szlacheckie. Podobnie jak Duda, wskazuje na szlachetność w życiu społecznym i politycznym. Brak dziecka oznacza jednakże  konieczność adopcji, np. jednego z wiceprezesów, zwłaszcza relatywnie młodego Joachima “Jojo” Brodzińskiego, albo brnięcie w linię bratanicy. Oba rozwiązanie są wątpliwe, a pierwsze wprost społecznie nieakceptowane i wywołujące słuszne oburzenie.

            Tylko czy to wszystko, co ja tu piszę, jest w ogóle realne?… Czy to nie jest “sen nocy” jesiennej? Król Jarosław… No, i jak to brzmi? W kontekście tych cnót kardynalnych, o których pisałem… Dyktatorem, naczelnikiem państwa, to może i być, ale Królem nigdy.

            Ktoś może rzec, że wielu królów bywało podłych, czas spędzali na jedzeniu, piciu, polowaniu, zabawianiu się z kochankami, zabijali dla przyjemności, byli gniewni, etc. Jarosław na pewno jest bardziej ascetyczny, także biorąc pod uwagę standardy współczesności, która wcale nie jest lepsza niż tzw. wieki ciemne. Rzec można, że takie były czasy. Dziś te uczty i kochanki byłyby nieakceptowane. Od Króla oczekuje się czegoś więcej, tj. kogoś, kim my sami nie jesteśmy ani być nie możemy. Ideału. A raczej, zbliżania się do Ideału. Kiedyś też oczekiwano tego od monarchy, ale na dworze pozwolić mógł sobie na więcej. Myślał o sprawach państwa, a prywatnie upadał (albo nie). Wybaczano do czasu. Przyszła rewolucja, wykorzystano okazję, zabito Króla bez powodu. W sanacyjnym i republikańskim duchu wychowany zaś był Kaczyński. Dziś myśli tylko o sprawach państwa, a nie ma raczej szerszego czy głębszego życia prywatnego. Jest pamięć, groby, kot, bratanica, kuzyn, dom, kanapki i książki oraz ideologie, teorie, myśli. A zatem idealny Król? Kolejny filozof na tronie, po Marku Aureliuszu i Fryderyku II Wielkim?

            Ortega przywołuje Goethego z jego słowami, że “Żyć, jak się komu podoba, jest czymś plebejskim; szlachetny człowiek aspiruje do porządku i prawa”[x]. Na pewno Kaczyński aspiruje do porządku i prawa, ale do swojego porządku i swojego prawa.

  1. Konkluzje.

Ktoś może rzec, że niby dlaczego wracać do monarchii, skoro lepiej oprzeć na demokracji deliberatywnej, gdzie są dobrze poinformowani obywatele, którzy są aktywni politycznie. Odpowiedź może być taka… pokażcie mi taką demokrację. Przecież Arystoteles taką deliberację na rzecz dobra wspólnego nazwał właśnie polis, ale uczynił to na zasadzie przeciwieństwa polis i demokracji. Polis jest bardziej … arystokratyczne niż demos. Jest tak w sensie walorów moralnych do sprawowania władzy, jako że obywatele są świadomi i aktywni, mądrzy i oddani wspólnocie, nie sobie i swoim interesom. Zatem nie każdy tzw. demokrata w polis się odnajdzie. Służy mu natomiast demokracja, tyrania czy oligarchia. Monarchia, arystokracja i polis nie są dla niego.

            Polityk musi wymagać od siebie. Być szlachetny nie szlachectwem z krwi i urodzenia, ale przez żądanie od siebie realizacji wysokich wymogów moralnych tak, jak to ujmuje w stosunku do każdego szlachetnego człowieka Ortega y Gasset w “Buncie mas”[xi]. W demos jest to rzadkie albo pełne hipokryzji, zakłamania, fałszu.

            Jeśli chcesz wiedzieć, czym jest polityka, od tego są księgi Arystotelesa, Platona i Akwinaty, nie zaś obecny stan polityki. Brak kompetencji, także intelektualnych, nie pozwala większości polityków na studiowanie tych dzieł i szukanie wzorców. “Etyka nikomachejska” uczy cnót, “Polityka” bycia wspólnotą. “Dialogi” uczą wysokich idei, a “Państwo” mądrości politycznej. “Summa teologiczna” uczy dobra wspólnego i tego, czym jest prawo. To dzieła zbyt trudne, jak widać, i tu piszę to bez ironii i prowokacji czy moralizmu.

            Pragnę jednak podkreślić, że wiara, iż formalna zmiana ustroju z demos na monarchię, zmieni wszystko na lepsze, jest naiwna i może być przedmiotem słusznego ataku. Tu nie chodzi o formalną zmianę tylko, ale o zmianę stosunku do państwa, gdzie istotą będzie służba wspólnocie, Narodowi przez duże “N”, a nie sobie, swoim ambicjom, swojej rodzinie tylko, czy swoim partiom, kolegom oraz znajomym.

            Zostaje albo trwanie w tym systemie, z jakimiś nadziejami na zmiany w jego ramach, dokonane poprzez jakobinów sanacyjnych, albo marzenia o deliberatywnej demokracji, albo nowe alternatywy ustrojowe, w tym powrót do monarchii, do podstaw, do tradycji, do historii, do prawa przodków. Wydaje się, że taka debata powinna się toczyć, albowiem nowa sanacja nie jest jedyną alternatywą. Deliberacja demosu jest zaś jedną z opcji, naiwnych i idealistycznych[xii]. Tam też w coś trzeba wierzyć, w pokój społeczny, dialog oparty na etyce, świadomość mądrych obywateli, uczciwość informacyjną, prawa człowieka, etc. Tak samo trzeba wierzyć w coś w monarchii, tylko że ta wiara jest prostsza, jako że opiera się na naturalnych potrzebach ładu, świętości, prawa, hierarchii, władzy. I w zasadzie to aż wszystko. Król w Polsce nie zstąpi z nieba, nie przygalopuje na białym czy czarnym rumaku. Król czy Królowa musi narodzić się sam, musi mieć wizję i moc. I musi założyć własną dynastię, i musi zyskać poklask tłumu w pierwszej fazie rządów po to, by w drugiej błagano, aby dalej rządził. Może już się narodził, może jeszcze się nie narodził, ale już działają jego prorocy na tej ziemi.

            Zastosowałem pewne uproszczenia, generalizacje, aby wskazać na pewne procesy. “Prawdziwa cnota krytyk sie nie boi”. W zasadzie chciałem powiedzieć, że tylko Król może być ponad szalonymi czy niekompetentnymi albo skorumpowanymi politykami. Ponad ideologiami, wyborami i innymi “głupotami”. I tylko Król może rządzić mądrze i sprawiedliwie. Ale musi być to dobry Król, bo zły król jest królem tylko z nazwy, a de facto jest tyranem, którego lud powinien obalić. Wiele problemów przed Tobą, Polsko. Trwać czy nie trwać… w tym systemie. Szukać czy nie szukać… czegoś nowego jako systemu. Znaleźć czy nie znaleźć. Monarchizm to jest (wysoka) postawa (wobec wspólnoty politycznej), nie (konkretna) osoba. Media i lud zawsze interesują się, kto będzie, a nie co będzie. Niestety, żyjemy w czasach ogłupienia (tu kłania się nam Ortega ze swych “Medytacji na polowaniu” znowu, ze zwrotem, że “żyjemy raczej w głupich czasach”[xiii]), ale i zalewu informacji, co przypomniał Jan Paweł II w “Fides et ratio”. A tu nawet nie o narodowość monarchy, ale o jego walory i ducha idzie i zalety systemu takiej władzy chodzi.

            I jest też teraz jakiś intelektualny przyczynek do dyskusji. Wracać czy nie wracać? Znaleźć czy nie? “Co to zmieni? Nic to nie zmieni…”. “Ja nie wiem”, można odrzec… Ale wiem, że to, co jest, nie jest dobre i trzeba zmian w teraźniejszości, głębokich zmian myślenia o dobru wspólnym, sprawiedliwości, o stosunku do państwa i jego historii oraz przyszłości. Jedni będą legitymizacji władzy szukać w abstrakcyjnych księgach praw, złotoustych terminach, wycieranych sloganach o prawach, w legalizmie, podczas gdy inni mogą dziś mówić, że hejże, a dlaczego nie w tradycjonalizmie i charyzmie! A dlaczego nie?! A dlaczego nie… No, właśnie. Demokracja współczesna, po 1789 r., przyjęła paradygmat swojego istnienia za równie święty i niepodważalny, jak to monarchie czyniły kiedyś. W pewnym sensie demos ukradł świętość, nadał nowe prawa, uczynił nowe księgi świętymi, a fikcyjne umowy społeczne metadogmatami. Jest takie powiedzenie, że to, co czyni człowiek, inny człowiek może zmienić. Ludzkie jest zmienne, nietrwałe. Równość! Ale co to znaczy… Czyż rządzić nie powinni najlepsi z najlepszych? Co to ma z równością wspólnego… Przecież nie mogą rządzić nami równie głupi i źli jak my sami. Podobnie gniewni, podobnie chamscy, podobnie mało oczytani, podobnie mało charyzmatyczni, podobnie myślący “od wyborów do wyborów”, podobnie fałszywi czy cyniczni, podobnie kłamiący, etc. Równi możemy być formalnie, ale natura nas różnie obdarzyłam talentami. I tak z władzą jest też, to znaczy…  nie każdy się do jej sprawowania nadaje, nie każdy powinien mieć prawo głosu, nie każdy powinien decydować. Wystarczy może jeden wsparty przez wybranych z wybranych. I nie chodzi tu o pierwszego sekretarza partii wspartego przez rady robotnicze, ale o Polskiego Króla z tradycji i charyzmy, o nowy, lepszy system, bardziej sprawiedliwy i duchowy, w imię najlepszych tradycji a odrzucenia tych złych i najgorszych, per asperam ad astram. Voilà!

Dawid Bunikowski

23-25.9.2017, Karelia Północna

[i] W zasadzie jednak urzędnik na dole struktury administracyjnej jest bardziej kompetentny niż podejmujący decyzje na górze. Jest to znana teza. Zob. szerzej Z. Leoński, Nauka administracji, Warszawa 2015. Nota bene, uważam, że w monarchii trafiają się głupi czy źli, sprzedajni albo nadużywający władzy, ministrowie czy urzędnicy. Władca głupca winien zwolnić i pognać na rynek do pracy, a jeśli go sam zatrudnił, winien posłuchać uwag nadwornego krytyka, najlepiej z Critical Legal Studies, i sam siebie też winić. Sprzedajnemu zaś winien władca skonfiskować cały majątek, a jego rodzinę winien zostawić w kraju tylko, jeśli złoży ona specjalną przysięgę na lojalność. Nadużywającego władzy wypadałoby na podstawie natychmiastowej decyzji sądu królewskiego czy Króla we własnej osobie wsadzić w cuglach do lochu i publicznie osądzić, ale unikać winno się w międzyczasie chłost i innych tortur, jako że to sprzeczne z dobrą polską tradycją zakazu naruszania nietykalności cielesnej nieosądzonego. Podążano by starym historycznym prawem z Korony i Litwy, neminem captivabimus. Sąd jest ważny. Wolność znaczy.

[ii]  Zob. J. Brennan, Against Democracy, Princeton University Press 2016.  Brenannowi chodzi o nowy system władzy, który nazywa epistokracją (epistocracy, the rule of the knowledgeable). Rządzić winni ci, którzy mają wiedzę o polityce, państwie, gospodarce. Jego zdaniem, powinniśmy taki eksperyment zastosować i zobaczyć, jak działa.

[iii] “Naród” piszę z dużej litery tak, jak na przykład stoi w preambule konstytucji z 1997 r.

[iv] W zależności od kontekstu, piszę “król”, “naród”, “lud” z dużej albo małej litery.

[v]  Chodzi o ten, znany i łatwo dostępny w różnych źródłach elektronicznych, testament króla Prus:

“Dobry rząd musi się opierać na systemie tak silnie zbudowanym jak system filozoficzny. Wszystkie środki muszą być dokładnie rozważone; finanse, polityka i wojsko zmierzać muszą do wspólnego celu, którym jest wzmocnienie państwa i powiększenie jego potęgi. System musi jednak wypływać z jednej tylko głowy, a zatem z głowy, panującego. Lenistwo, żądza używania i głupota, oto przyczyny przeszkadzające władcom w pełnieniu ich szlachetnego urzędu, jakim jest uszczęśliwienie ich ludów. Tacy książęta stają się godnymi pogardy. Służą swym współczesnym za przedmiot szyderstw i pośmiewiska, a dla historii nazwiska ich posiadają co najwyżej znaczenie wytycznych w chronologii. Wegetują na tronie, którego są niegodni, zajęci jedynie zaspokajaniem własnych swych pragnień.

Zaniedbywanie obowiązków względem poddanych staje się wprost zbrodnią. Władca nie po to został wyniesiony do swej wysokiej godności, nie po to powierzono mu władzę najwyższą, by żył w zniewieściałości, tuczył się krwią swego ludu i zażywał szczęścia, gdy wszyscy znoszą niedostatek. Panujący, jest pierwszym sługą państwa. Dobrze mu płacą, by podtrzymywał godność swego stanowiska, żąda się jednak od niego, by skutecznie pracował dla dobra państwa, a przynajmniej głównym sprawom poświęcał swą uwagę. Niewątpliwie potrzeba mu pomocy; wykonywanie wszystkich szczegółów przekraczałoby jego możność. Powinien jednak z gotowością słuchać skarg poddanych i wymierzać najszybszą sprawiedliwość, gdy komu grozi ucisk.” [Podkreślenia moje w przypisach.]

[vi] Korzystam z angielskiego tłumaczenia. Zob. J. Ortega y Gasset, Meditations on Hunting, tłum. Howard B. Wescott, Nowy Jork 1972, s. 23.

[vii] W systemie brytyjskim król nie rządzi w praktyce. Niemniej jednak Królowa Elżbieta II jest “starej daty” i uważa, jak często można usłyszeć od znawców dworu, że ma szczególną odpowiedzialność przed Narodem i Bogiem; że jej władza i jej dynastii od Boga pochodzi.

[viii] W tym miejscu chodzi jednak o rozdział VII (“Król, władza wykonawcza”) i ten jego fragment:

“Tron polski elekcyjnym przez familyje mieć na zawsze chcemy i stanowimy. Doznane klęski bezkrólewiów periodycznie rząd wywracających, powinność ubezpieczenia losu każdego mieszkańca ziemi polskiej i zamknięcia na zawsze drogi wpływów mocarstw zagranicznych, pamięć świetności i szczęścia ojczyzny naszej za czasów familyj ciągle panujących, potrzeba odwrócenia od ambicyi tronu obcych i możnych Polaków
zwrócenia do jednomyślnego wolności narodowej pielęgnowania, wskazały roztropności naszej oddanie tronu polskiego prawem następstwa. Stanowimy przeto, iż po życiu, jakiego nam dobroć Boska pozwoli, elektor dzisiejszy saski w Polszcze królować będzie. Dynastia przyszłych królów polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta, dzisiejszego elektora saskiego, którego sukcesorem de lumbis z płci męskiej tron polski przeznaczamy. Najstarszy syn króla panującego po ojcu na tron następować ma. Gdyby zaś dzisiejszy elektor saski nie miał potomstwa płci męskiej, tedy mąż przez elektora za zgodą stanów zgromadzonych córce jego dobrany zaczynać ma linią następstwa płci męskiej do tronu polskiego. Dla czego Maryję Augustę Nepomucenę, córkę elektora, za infantkę polską deklarujemy, zachowując przy narodzie prawo, żadnej preskrypcyi podpadać nie mogące, wybrania do tronu drugiego domu po wygaśnięciu pierwszego.”

Przepis ten ma charakter historyczny, jego moc wygasła, a on nigdy nie został zrealizowany.  Elektor saski nie miał syna, a córka zmarła w 1863 r. nie tylko bez wyrażania zgody przez stany zgromadzone Rzeczypospolitej na jej zamążpójście, ale i jako po prostu osoba niezamężna i bezdzietna, i do tego w zupełnie innych okolicznościach międzynarodowych, gdzie Polski jako bytu niepodległego od innych państw nie było już na mapie świata, zgodnie z rozbiorem z 1795 r. i postanowieniami Kongresu Wiedeńskiego z 1815 r.

Mimo to, proszę spojrzeć, jak pięknie pisano o osobie Króla w tym rozdziale:

“Każdy król, wstępując na tron, wykona przysięgę Bogu i Narodowi na zachowanie Konstytucyi niniejszej, na pacta conventa, które ułożone będą z dzisiejszym elektorem saskim jako przeznaczonym do tronu i które, tak jak dawne wiązać go będą. Osoba króla jest święta i bezpieczna od wszystkiego. Nic sam przez się nie czyniący za nic w odpowiedzi narodowi być nie może. Nie samowładcą, ale ojcem i głową narodu być powinien i tym go prawo i Konstytucyia niniejsza być uznaje i deklaruje. Dochody, tak jak będą w paktach konwentach opisane, i prerogatywy tronowi właściwe, niniejszą Konstytucyją dla przyszłego elekta zawarowane, tkniętymi być nie będą mogły. Wszystkie akta publiczne, trybunały, sądy, magistratury, monety, stemple pod królewskim
powinny iść imieniem. Król, któremu wszelka moc dobrze czynienia zostawiona być powinna, mieć będzie ius agratiandi na śmierć wskazanych, prócz in criminibus status. Do króla rozrządzenie najwyższe siłami zbrojnymi krajowymi w czasie wojny i mianowanie komendantów wojska należeć będzie, z wolą atoli ich odmianą za wolą narodu; penetrować oficyjerów i mianować urzędniki podług prawa niższego opisu, nominować biskupów i senatorów podług opisu tegoż prawa oraz ministrów, jako urzędników pierwszych władzy wykonawczej, jego będzie obowiązkiem. Straż czyli rada królewska do dozoru całości i egzekucyi praw królowi dodana składać się będzie (…)”.

[ix] Chodzi o Tytuł II. O rządzie. Jest tam Art. 5, który miał brzmienie:

“Korona książęca warszawska jest dziedziczną w osobie króla saskiego, jego potomków, dziedziców i następców, podług porządku następstwa ustanowionego w domu saskim.”

Jest to historyczny przepis, którego nie można już zastosować, gdyż w porządku saskim rządziło prawo salickie, gdzie córka nie mogła dziedziczyć po ojcu. Fryderyk August I Wettyn przestał był księciem Warszawskim w 1815 r. po upadku Napoleona, mimo że królem Saksonii był do 1827 r. Wcześniej, bo od 1763 r. do 1806 r., był księciem elektorem Saksonii. Po prostu sytuacja związana z upadkiem Napoleona i jego satelitów takich jak Księstwo Warszawskie uniemożliwiła realizację art. 5. Pomijam tu polski entuzjazm, radość ludu, z powodu wjazdu księcia do Warszawy i ponownej unii personalnej z Saksonią czy też jego przystąpienie do czerwcowej konfederacji generalnej Królestwa Polskiego z 1812 r. Tragizm Fryderyka Augusta polegał na trwaniu przy Napoleonie aż po bitwę pod Lipskiem (1813), płonnych nadziejach na polski tron, ogołoceniu go z większości saskiej ziemi przez Prusy na Kongresie Wiedeńskim. Bez wątpienia, w 1807 r. miał jednak prawo czuć się prawowitym władcą polskim. Królami Polski byli wszak jego dziadek i pradziadek, a mu samemu obiecano tron w konstytucji majowej w 1791 r. Realia i traktaty międzynarodowe zburzyły te konstytucyjne zapisy. Wygrał silniejszy. Na marginesie, pięknie w konstytucji warszawskiej brzmiał zaś art. 6. Ot, jak dostojnie:

“Rząd jest w osobie króla. On sprawuje w całej swojej zupełności urzędowania władzy wykonawczej. Przy nim jest praw początkowanie.”

[x] Korzystam z angielskiego tłumaczenia “La rebelión de las masas”. Zob. J. Ortega y Gasset, The Revolt of the Masses, Nowy Jork 1932 (W. W. Norton), s. 63. Autoryzowane tłumaczenie z hiszpańskiego na angielski.

[xi]  Jak wyżej, s. 61-67.

[xii] Nota bene demokracji deliberatywnej mam dwa przykłady. Tak się składa, że w ostatnim miesiącu zostałem poproszony o recenzowanie pewnego artykułu dla czasopisma prawniczego z Islandii i pewnej pracy magisterskiej na Memorial University of Newfoundland and Labrador w Kanadzie. Artykuł dotyczył tego, jak uwzględnia się opinię ludności lokalnej czy rdzennej w trakcie procesów inwestycyjnych mających na celu wydobycie ropy czy gazu na Syberii i rosyjskiej Północy. Autorzy uznali proces konsultacyjny za słaby. Z kolei praca magisterska dotyczyła uwzględniania głosów społeczności lokalnej żyjącej na zachodnim wybrzeżu Nowej Fundlandii przez panel ekspertów oceniający projekt inwestycji polegający na wykonaniu głębokich wierceń kontrowersyjnymi metodami z udziałem wody w skałach w poszukiwaniu ropy i gazu. Podobnie jak wspomniani naukowcy, Autorka pracy powstałej w St. John’s w Nowej Fundlandii także uznała, że wspomniany proces konsultacyjny jest jakościowo niewystarczający i nie realizuje ideałów i kryteriów deliberatywnej demokracji, różnych jej teorii, a ludzie na poziomie lokalnym nie są konsultowani należycie na temat inwestycji i projektów oraz konsekwencji wierceń. Nie mają też prawie żadnego wpływu w procesie decyzyjnym, mimo że inwestycja dotyczy miejsca, gdzie mieszkają. A wydawałoby sie, że tak bardzo demokratyczna Kanada tak bardzo różni się od tak bardzo niedemokratycznej Rosji. Analizując szczegółowo te prace, nie znalazłem tam tak wielu różnic co do podejścia biznesu i polityki do zwykłych ludzi i demokracji deliberatywnej. Raczej widać podobne trendy polegające na tym, że wielki biznes dogaduje się z wielką polityką, by wyrugować głos małych ludzi, lokalnych wspólnot. W jednym z projektowanych badań naukowych, wraz z angielskim profesorem ekologii kulturalnej Patrickiem Dillonem, staram się pokazać, że “location-sensitive governance” (rządy wrażliwe na lokalny głos) jest ważny i trzeba brać pod uwagę głos lokalnych wspólnot, gdyż są one związane ze swą ziemią i pewnymi miejscami w sposób emocjonalny, rodzinny, duchowy. Nie ma znaczenia, czy idzie o inwestycje infrastrukturalne czy decyzje o uchodźcach. Ludzie muszą być wysłuchani, zrozumieni.

[xiii] J. Ortega y Gasset, Meditations…, s. 19.

[Głosów:7    Średnia:3.9/5]
Facebook

1 thought on “Bunikowski: Patologie polskiej demokracji a kwestia restauracji monarchii: Wettyn, Romanow czy… Kaczyński na tron?”

  1. (…)Odpowiedź może być taka… pokażcie mi taką demokrację.(…)
    A ja też mam prośbę: Niech pan wskaże opisaną przez pana monarchie, bo to jakieś Królestwo Niebieskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *